O mnie

Pokrętła, śruby i kondensatory

   Internet i YouTube przynoszą wiele wrażeń, których nie dawało radio ani telewizja. No może dawały je czasem w krajach, które nie były w bloku komunistycznym skazane w związku z tym na parę oficjalnych kanałów TV i niewiele więcej radiowych.

   Jednymi z takich „dziwnych” kanałów, na które czasem zerkam są Reduktor Szumu i Retro Audio. Oba są poświęcone naprawom sprzętu audio, z tym, że Retro Audio już prawie nie istnieje, prawie nie dodaje nowych materiałów.

   Jak można oglądać dla przyjemności naprawę wzmacniaczy, amplitunerów czy gramofonów, skoro samemu nie jest się technikiem ani nawet złotą rączką? Moje ręce znalazły raczej braci w Indiach, w krainie prowizorki, gdzie skleca się coś na szybko z tego co jest pod ręką. A pod ręką zwykle nie ma odpowiednich narzędzi, właściwych śrub i innych tego typu materiałów. Może dlatego swego czasu w Lidlu kupiłem elektrotechniczny miernik oporności i napięcia w komponentach elektronicznych, widząc dość radykalną przecenę całkiem dobrego urządzenia?

   Zapewne z uwagi na tę prowizorkę obserwowanie jak Reduktor Szumu i Retro Audio doprowadzają do ponownego życia zupełnie beznadziejne elektroniczne przypadki działa chyba na mnie relaksująco i uspokajająco.  Akurat w tym względzie doskonalszy jest twórca Retro Audio. On nie dokonuje normalnych napraw. Każde urządzenie rozkłada najpierw na części składowe, czyści je wszystkie starannie, wymienia każdą z najmniejszą nawet skazą, jednak na komponent, który musi być oryginalny, czyli najchętniej na doskonale zachowany podzespół z epoki. Jednak stara się unikać wymieniania jak ognia. Jest mistrzem w naprawianiu silniczków i potencjometrów, czyli stosunkowo małych, złożonych części, które prawie każdy inny technik wyrzuca i wymienia na nowe (lub dostępne na rynku wtórnym stare nieuszkodzone), a jak nie ma odpowiedników, dobiera zbliżone do zastępowanych części surogaty. Jak nie ma nawet zbliżonych podzespołów, normalny technik po prostu rezygnuje z naprawy. Silniczki i potencjometry bowiem nie tylko są stosunkowo małe, ale też przeważnie nie są pomyślane do naprawy. Trzeba je rozbijać i później na tokarce toczyć nowe łożyska, oraz na nowo nagwintować korpusy tychże, aby je znów złączyć. To jest czyste szaleństwo w związku z którym naprawy Retro Audio trwały miesiące a nawet lata (z przerwami oczywiście), zaś ich cena była zupełnie inna od tej przeciętnej. Dlatego Retro Audio wycofał się w dużej mierze z tworzenia kanału – większość klientów nie mogła zrozumieć kosztów ani czasu związanego z naprawami. Nie było też czasem tego zrozumienia w komentarzach.

   Retro Audio miał nawet całkiem stylową naklejkę, którą z dumą umieszczał we wnętrzu zrekonstruowanego przez niego urządzenia. Bardzo brudne urządzenia w trakcie rozmontowywania ich na części pierwsze płukał też intensywnie pod ciśnieniem. To też szokowało niektórych oglądających kanał. Jednak Retro Audio chciał, aby naprawione przez niego wzmacniacze czy odtwarzacze CD po prostu lśniły, od zewnątrz i od wewnątrz. Tłumaczył, że woda jest zabójcza dla elektroniki jeśli w niej pozostanie. Gdy jednak sprzęt się porządnie wysuszy, nie ma sprawy. A on nie żałował czasu aby go czyścić i suszyć. Nie cierpiał oczywiście palaczy. Dym z papierosów bardzo niszczy i brudzi od wewnątrz elektronikę, od zewnątrz zresztą też. Kolejną nemezis Retro Audio było bezmyślne smarowanie z zewnątrz podzespołów. Wydaje się, że niektórzy pryskają po prostu smarem do środka czegoś, co słabo działa i liczą na poprawę. Dodam natychmiast, że to już nie jest mój żywioł, czyli prowizorka, ale już zwykła bezmyślność.

   Wydaje się, że Retro Audio wierzył w to, że zachowanie oryginalnego brzmienia naprawianych, a w zasadzie rekonstruowanych urządzeń wymaga jak najwierniejszego zachowania ich pierwotnej struktury. Czyli pozostawienia w nich tych samych silników i potencjometrów, a nawet, jeśli się da, znalezienie do nich identycznych, lecz sprawnych, kondensatorów i oporników. To ostatnie u innych techników działa na przykład tylko jeśli chodzi o tranzystory. Więcej jeszcze. Wiele urządzeń ma podświetlane wyświetlacze z vu-metrami czy skalą radiową (jeśli są to radia albo amplitunery). Tu niemal każdy technik z radością zamienia przepalone lampki na znacznie wygodniejsze i nowocześniejsze diody. Nie Retro Audio – on nadal szukał analogicznych żaróweczek, które dziś już nie są używane. Są przecież diody. Faktem jest jednak, że mała żaróweczka daje zupełnie inne światło niż dioda.

   Reasumując moje impresje o Retro Audio – działo się tam coś niezwykłego. Urządzenia były rozkładane do części pierwszych, po czym składane i dopieszczane w każdym drobiazgu. Dopiero później następowała naprawa, okazywało się, że trzeba wymienić coś jeszcze, albo jakieś małe łączenie na płytce było przerwane. O Retro Audio piszę w czasie przeszłym, choć nadal dokonuje napraw i czasem wrzuca coś krótkiego. Zgodnie z zapowiedzią skupił się na caraudio, od którego zaczynał. Widać posiadaczom zabytkowych samochodów bardziej zależy na oryginalnych komponentach niż audiofilom czy melomanom.

   Zupełnie inny jest kanał Reduktor Szumu. Tu mamy normalniejszego technika, który nie boi się zamieniać lampek na diody, czy dawnych kondensatorów na ich nowoczesne odpowiedniki. Czasem zmienia ich typologię na lepszą, bardziej odporną na zakłócenia pracy, choć chyba faktem jest, że w złotym okresie hifi (lata 70., 80.) robiono podzespoły solidniej i w większości są one bardziej trwałe. Reduktor Szumu oczywiście nie rozkłada urządzeń do najmniejszej śruby i nie czyści ich z zawstydzającą muzealne pracownie konserwacji pedanterią. A skoro o śrubach mowa, Retro Audio poświęcił wiele uwag zjawisku ich niszczenia przy niedbałym zakręcaniu i odkręcaniu. Również zniszczone lub po prostu porysowane śruby potrafił wymieniać na oryginalne i w dobrym stanie, sam zaś miał całą armię śrubokrętów, aby dzięki doskonałemu dopasowaniu nie niszczyć śrub, które miał w swojej pieczy. To dopiero uspokaja osobę przyzwyczajoną do prowizorki, taką jak ja! Prawdziwa terapia. Ale wróćmy do Reduktora Szumu. On z kolei w bardzo ciekawy i mądry sposób tłumaczy budowę urządzeń, które ma w swojej pieczy. Jeśli są ciekawe i wyjątkowe, wyjaśnia na czym polega ich specyfika. Na koniec każdej naprawy prezentuje też dźwięk przywróconych przez siebie do życia komponentów i wyraża opinię na temat zasadności ich popularności i racjonalności ich cen na rynku wtórnym.

Kanał Reduktora Szumu ma więc wielkie znaczenie edukacyjne. Po pierwsze uczy on młodych techników, amatorów i czasem też profesjonalistów, jak podchodzić do niektórych zagadnień. Po drugie czyni to na tyle przystępnie, że nawet zwykły zjadacz chleba znacznie lepiej zrozumie budowę swojego wzmacniacza czy odtwarzacza CD. A to jest ważne. Wydaje mi się, że brak zrozumienia do urządzeń, którymi się posługujemy jest jedną z przyczyn dekadencji cywilizacji europejskiej. Czy można być mądrą i świadomą istotą, jeśli nie ma się żadnego pojęcia o funkcjonowaniu przedmiotów, którymi się otaczamy? Oczywiście tu największą lekcją do odrobienia byłaby jakaś ogólna wiedza o funkcjonowaniu smartfonów, bo to jest obecnie najbardziej popularne urządzenie. Ale muzyki niektórzy z nas słuchają nie tylko na smartfonach, dlatego tym bardziej warto oglądać Reduktora Szumu. Zresztą smartfon też posiada liczne komponenty audio – wzmacniacz słuchawkowy, głośniczki, przetwornik DAC. Zwłaszcza topowe modele potrafią brzmieć całkiem nieźle i to nie tylko przez słuchawki. Jak to jest możliwe, skoro mieszczą się w dłoni? Czy miłośnik chodzenia po mieście ze słuchawkami na głowie zadaje sobie takie pytania, czy też przyjmuje to co słyszy jako magię, albo w ogóle o tym nie myśli?

Bez wiedzy o tym, co nas otacza przypominamy trochę ludzi pierwotnych, dla których wszystko wokół jest magią. A jeśli nie jest, to często znaczy, że w ogóle nie pytamy się o to, jak coś działa. A wtedy już lepiej stać się szamanistą i animistą. Modlić się do duchów monitorów i smartfonów, składać im ofiary z kwiatów. To i tak lepsze od całkowitej, bezmyślnej obojętności. To jest zdecydowanie lepsze od akceptacji dla niewiedzy tak głębokiej, że nawet nie stawia pytań. Z modleniem się do urządzeń elektronicznych zetknąłem się zresztą w Indiach. Nie śmiejcie się! Prowizorka przy napięciach elektrycznych które mogą zabić lub okaleczyć niejednego skłoni do takiej wiary…

Wracając do Reduktora Szumu. Na jego kanale znajdziemy też kilka ciekawych cykli programów. Jednym z nich jest budowa własnych urządzeń lampowych. Lampy to poprzedniczki tranzystorów i w audio służą one do wzmacniania sygnałów. Ale też kineskopy w dawnych telewizorach były rodzajem lamp, z lamp składały się wielkie i archaiczne komputery, bez wielkich lamp nie mogłyby nadawać swoich sygnałów stacje radiowe. Lampy latały w kosmos i lampy do dziś obsługują niektóre silosy jądrowe, które powstawały jeszcze przed epoką tranzystorów. Wielu melomanów i audiofilów kocha brzmienie urządzeń lampowych, choć trudniej z nich uzyskać moc równą tranzystorom. Chwalone jest ich ciepłe i naturalne brzmienie, oraz przestrzeń jaką budują. Wady, to konieczność stosunkowo częstej wymiany, ceny, i niekiedy problemy z niskimi tonami i dynamiką. Ja jestem wygodny i stawiam na tranzystory, ale lubię posłuchać opowieści lampowych marzycieli (a u odważnych znajomych samych lamp). Dzięki Reduktorowi Szumu możemy kupić przygotowany przez niego kit i samodzielnie zbudować znakomity wzmacniacz lampowy, który w innym razie kosztowałby powyżej 10000 złotych. Inny cykl to tropienie tak zwanego „audiovoodoo”, które sprawia, że ludzie kupują jakieś małe naklejki mające rzekomo poprawiać akustykę ich pomieszczeń, demagnetyzery winylowych płyt, które są z plastiku i nie mają właściwości magnetycznych czy też kable w cenie dobrego samochodu. Kolejną atrakcją jest przedstawienie historii wielkich firm audio, takich jak Technics, Sony, Pioneer, Sansui etc. Tu warto zauważyć, że Sony czy Phillips nie kojarzą się dziś z dobrym sprzętem audio. Zajęły się tanią, supermarketową masówką lub w ogóle w dużej mierze zrezygnowały z produkcji głośników czy wzmacniaczy. Jednak w złotej erze audio miały one swoje złote karty. Niektórzy uważają, że ich dzieła z lat 70. i 80. biją na głowę współczesne wynalazki.  

Nie sądzę, że można tak mówić. Dziś zdarzają się prawdziwe cuda i postęp jest wyraźny zwłaszcza w dziedzinie kolumn, które są najważniejszym elementem toru audio. To z nich w końcu płynie muzyka, choć oczywiście śmieciowy wzmacniacz czy źródło okaleczy nam dźwięk. W kolumnach chodzi o coraz doskonalsze i bardziej futurystyczne membrany głośników. To duże wyzwanie. Muszą one być lekkie, wytrzymałe i odpowiednio sztywne. Nasze możliwości wykonywania coraz lepszych kompozytowych materiałów stale wzrastają, wystarczy prześledzić takie firmy jak francuski Focal. Tym niemniej ceny dobrych urządzeń audio są obecnie irracjonalne. Jako, że większość ludzi słucha muzyki przez smartfony i słuchawki, domowe, stacjonarne zestawy stereo zaczęły być traktowane jako snobistyczny luksus i ich producenci bez mrugnięcia okiem dodają kolejne zera z tyłu proponowanych przez siebie sprzętów, bez żadnego już uzasadnienia w kosztach komponentów i produkcji. Co rusz pojawiają się też mali producenci sprzętu, którzy wszystko robią ręcznie (często bez porządnego wykształcenia technicznego) i za swoje dzieła proponują od razu do zapłaty kwoty, za które można sobie kupić najlepsze kinowe telewizory, czy najszybsze komputery. To szaleństwo napędzają dodatkowo Chińczycy, gdzie jest już całkiem zamożna i liczna warstwa średnia chętna by kupować drogie i okazale wyglądające urządzenia dla podkreślania własnego statusu. Ale obok tego szaleństwa powstają naprawdę dobre rzeczy. Rozwinął się też znacząco rynek przetworników cyfrowych. Wszyscy melomani i audiofile bali się, że oznacza to odejście od fizycznych nośników na rzecz streamingu, jednak na szczęście nie. Pojawiło się zjawisko renesansu płyt winylowych, zaś obecnie wzrasta nawet sprzedaż CD (najdoskonalszego moim zdaniem nośnika dźwięku po SACD i kopiach masterów na szpulach). Ale niezależnie od problemów fizycznych fonogramów, przetworniki, które mogą obsługiwać zarówno streaming jak i napędy na płyty cyfrowe, są coraz doskonalsze i bardzo dobrze. Z uwagi na popularność smartfonów rozwinął się przepastnie rynek słuchawek i mamy wśród nich wstrząsająco drogich przedstawicieli. Jednak, na szczęście, z uwagi na masowy rynek mamy też doskonałe słuchawki za niewielkie kwoty. Ja sam ostatnio kupiłem sobie słuchawki legendarnego i mocno obecnego na rynku JBL!. Kosztowały mnie 120 złotych a nie 70000 złotych i w porównaniu z dawniej produkowanymi budżetowymi słuchawkami nie ma w ogóle porównania. Używam ich do słuchania przed snem rzeczy w stylu właśnie Reduktora Szumu, nie do muzyki… Ale muzyka brzmi naprawdę przyzwoicie na tych tanich zamkniętych, całkowicie niemal plastikowych słuchawkach. Swoją drogą JBL! jest obecnie własnością Samsunga, podobnie jak wiele innych legendarnych firm audio. Samsung sprawia, że firmy pod jego pieczą produkują świetne urządzenia bez „magicznych” cen. W końcu jego smartfony czy monitory to jedne z największych osiągnięć światowej techniki. Rok w Indiach spędziłem z laptopem Samsunga. Gdy wracałem do mojego pokoju w Delhi, komputer bywał cały pokryty pyłem (Delhi nie jest czystym miastem). W pewnym momencie mój Samsung znosił temperatury powyżej 45 stopni. Wszystkim na około psuły się ich Lenovo, Maki i inne HP. A mój Samsung działa do dziś, choć oczywiście po kilkunastu latach używam nowszej elektroniki.

   Ale umieściłem te moje dość rozwlekłe rozważania w dziale wspomnień i impresji. Dlaczego? Otóż będąc jeszcze dzieckiem dużo majsterkowałem. Miałem wujka i matkę elektroników i wśród zabawek walały się u mnie na podłodze również komponenty elektroniczne. Bardziej je psułem niż umiałem coś z nich stworzyć, ale udało mi się na przykład zrobić odbiornik radiowy. Całkiem niedawno, czyli wczoraj, odważyłem się wyczyścić głowicę magnetofonu kasetowego, bowiem Anadialog (o którym piszę gdzie indziej na mojej stronie) zachęcił mnie do nagrania kilku kaset. Oczywiście wyczyszczenie głowicy magnetofonu to żadne wyzwanie, ale była też prowizorka, bo nie miałem alkoholu etylowego, więc użyłem jakichś męskich perfum, które dostałem w prezencie kiedyś, i których nie lubię. Na razie głowice działają świetnie, mam nadzieję, że śladowa ilość estrów zapachowych nie zaszkodziła im. Właśnie sprawdzam, rzeczywiście działają jak nowe…  

Jedną z najbardziej egzotycznych rzeczy, jakie miałem w swoim dziecięcym pokoiku były karty perforowane do komputerów lampowych jakie były w ELWRO. To było dopiero coś. Pomyślcie, że można było wprowadzać dane do komputerów robiąc dziurki na kartonikach! Jednak ilość przekazywanych w ten sposób informacji była dość mizerna a i programy musiały być odpowiednio proste. Dziś informatycy rzadko są zmuszani do takiej lapidarności. Nawet zwykły smartfon to całkiem potężny komputer, zwłaszcza przy tych z lat 70. A teraz mamy prawdziwe bestie, choć nie zawsze widać profity płynące z tak dużych możliwości. Czas chyba aby AI się tym zajęła… Ale to temat na inną opowieść.   

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

cztery × jeden =