Dewi i Slak wstali z łóżka po szczęśliwie spędzonej nocy. Wzięli kawę ze stolika i stali przy oknie przytuleni, wpatrując się w okno. Zbliżali się do drugiej bramy. Byli już w Mgławicy Ro Wężownika. Kiedyś było tu bardzo niebezpiecznie, różne cywilizacje kryły się przed Łowcami. Dziś otwarte, jawne życie wracało do Mgławicy, czego oczywiście w ogromie kosmosu nie było wcale widać.
Ku czci zwycięstwa nad łowcami Dewi nazwała swój nowy statek Akteon. Był jednym z najszybszych statków układowych, osiągając 16 c dzięki bańce czasoprzestrzennej. Niestety, Merkurianie nie chcieli udostępniać swojej technologii, więc silnik został wykonany wspólnie. Wenusjanie nie umieli jeszcze robić tak sprawnych silników.
– Myślisz o przewadze Merkurian? – Slak uśmiechnął się znad kawy. Miał teraz jeszcze bardziej humanoidalny awatar jak zwykle i dzięki temu czuł smak kawy równie dobrze jak biologiczny człowiek. Choć nadal nie potrzebował jej efektów. Pił ją tylko dla smaku. I smakowała mu bardzo. Przodkowie wielu ludzkich Wenusjan byli Indonezyjczykami, a tamto miejsce na Ziemi nawet teraz słynęło z dobrej kawy.
– Znasz mnie Kochany – zaśmiała się Dewi. – Marzę o tym, żeby Wenus prześcignęła Merkurian w budowie silników. Ale to prawie niemożliwe.
– Teraz to i tak nieistotne – zauważył Slak. – Między bramami i tak poruszamy się konwencjonalnie, poniżej jednej prędkości światła.
– To jest konieczne, nie chcę dolecieć do starców, którzy mnie nie pamiętają. W bańce czasoprzestrzennej nie ma zgubnych efektów relatywistycznych, poza nią są. Potęgują się z każdym ułamkiem zbliżania się do 1 c, zwłaszcza w pobliżu tej prędkości maksymalnej. Hmm… To były dobre zbiory – Dewi rozkoszowała się kawą.
– Na szczęście w korzystaniu z technologii bramnych jesteś przed Merkurianami – powiedział Slak.
– I to mnie pociesza, mój drogi narzeczony – Dewi pogłaskała go po plecach. – Niech zgadnę. Ty myślisz o organizowaniu ślubu.
– Wciąż nie wiem, czy odbędzie się na Lakszmi, czy na Wenus – zauważył Slak.
– Wiesz, jak ja mam – Dewi znów się zaśmiała.
– Myślisz o dwóch miejscach na raz? – zapytał Slak.
– Dokładnie. Wenus, wiadomo, tam to wszystko będzie z przytupem. Najlepsze gamelany, stroje, feta, wszystko złote, piękne – Dewi zbliżyła twarz do okna. Brama była coraz wyżej. – Jednak ślub królowej na Lakszmi też ma znaczenie. To jakby błogosławieństwo dla naszej pierwszej pozasłonecznej kolonii. To pokazanie dzielnym pionierom, że jesteśmy z nimi.
– Podoba mi się wspieranie dzielnych pionierów – zauważył Slak.
– Ale naprawdę dobra muzyka na ślubie też jest ważna. No i wino, stroje, tancerze, dekoracje – Dewi rozmarzyła się. – Nikt nie zrobi tego lepiej, niż robi się to na Wenus.
– Czyli już się zdecydowałaś? – upewnił się jej narzeczony.
– A gdzie tam, wciąż prowadzę negocjacje – westchnęła Dewi. – Ślub to kwestia państwowa i inni też mają coś do powiedzenia. Muszę się upewnić, że moi Wenusjanie nie poczują się urażeni.
– Zawsze ktoś poczuje się urażony – zauważył Slak.
– Chodzi o statystyki – przechodzili właśnie przez bramę, która pozdrowiła ich wesoło i uroczyście, życząc udanej podróży poślubnej. Wieści szybko się rozchodziły. Zwłaszcza do bram, od kiedy Dar Bramy był pierwszym ambasadorem Bram w Układzie. On nadawał plotkom najszybszy bieg ze wszystkich plotkarzy, a dotrzeć potrafił niemal wszędzie. Nie zdziwiliby się, gdyby wyskoczył nagle z nocnej szafki omawiając z wprawnością zawodowego seksuologa ich noc.
Spojrzeli ukradkiem na nocną szafkę. Wstrzymali oddech. Na szczęście Daru Bramy najpewniej tam nie było. Odetchnęli z ulgą.
W tym samym czasie Zielona zbliżała się do planety Gafar znajdującej się w układzie odległym od planety Lakszmi o jakieś trzy lata świetlne. Za zgodą Dewi otrzymała do swojej misji statek bliźniaczy do Akteona. Nazywał się Rangda, na cześć balijskiej bogini.
Zielona płynęła po ozdobnych pomieszczeniach statku, który był niemal pusty. Załoga była nieliczna. Pradawna nie potrzebowała sztabu urzędników i solidnej ochrony. Po statku wędrowały zatem tylko osoby z nielicznej załogi, wenusjańska mieszanka ludzi i sAI. Było też dwóch Nowych Tytanian, którzy zostali przyjęci do floty szybko z uwagi na ich umiejętności i wykształcenie. Choć należeli przeważnie do sAI, odróżniali się od innych. Pętla czasowa przebudowała trochę ich percepcję, choć nikt nie wiedział jeszcze jak. Trwały badania i nie miały się szybko skończyć.
– Jak się masz Zielona? – na ekranie pojawiła się Liran.
– Szukam w swojej pamięci jakiejś wiedzy o Gafarianach, ale nic nie znajduję – westchnęła Pradawna. – Albo ich jednak nigdy nie spotkałam, albo zapomniałam ich bardzo gruntownie.
– Setki milionów lat temu najpewniej nie istnieli jako gatunek – zauważyła Liran. – Z tego co wiem, później byłyście uwięzione na Wenus w rozmaitych warstwach waszego snu. Więc jeśli widziałaś ich jako odpowiednik poznawczy mchu czy jaszczurki, niewiele byś z tego dziś miała.
Zaśmiały się. Proces Helixa je zbliżył, choć występowały po przeciwnych stronach. Ale to zupełnie nie było dziwne. Prokuratorzy często przyjaźnili się z mecenasami obrony, Slak też był przyjacielem Liran.
– Pokaż, pokaż, widzę, że dostałaś niezły statek burżujko – poprosiła Liran, a Zielona zaczęła tańczyć z kamerką komunikatora. – No, no… Widzę, że Dewi podeszła do wszystkiego bardzo solidnie. Taki statek. Chciałabym mieć taki tu, na Plutonie – porozumiewały się komunikatorami bramno-wenusjańskimi, dlatego nie było opóźnienia. W normalnych warunkach, bez staromodnego już komunikatora na splątanych kwantach, musiałyby czekać setki lat na dalszy ciąg rozmowy. Z komunikatorem na splątanych kwantach nie mogłyby z kolei swobodnie plotkować, bo zasobniki szybko by się wyczerpały.
– Dewi robi to dla Nowych Tytanian – stwierdziła Zielona. – Chce, aby okresowe postępowanie dotyczące dalszego przebiegu ograniczenia praw Helixa było jak najbardziej rzetelne. Stąd ten statek.
– Mając taki statek nie musiałaś wyruszać na Gafar tak szybko. Ja jeszcze trawię ten cały proces. Co rano sprawdzam, czy mój budzik jest w tym samym czasie co ja… – znów się zaśmiały.
– Jak na kogoś, kto nie potrzebuje snu masz niezwykłe nawyki – zauważyła Pradawna. – A oprócz Gafaru chciałam zobaczyć też ślub.
– Myślisz, że Dewi i Slak pobiorą się na Lakszmi? – zdziwiła się prokurator. – Przecież to jest teraz dzicz. Jak Dewi to zniesie…
– Na pewno to zrobią – Zielona usiadła w ogrodzie w środkowej części statku. Lubiła ten ogród. Przebywała w nim częściej niż w swojej kajucie. – To za dobre politycznie. Idealna okazja na wsparcie nowej kolonii. I bardzo dobrze.
– Słyszę, że jesteś Wenusjańską patriotką – zauważyła Liran.
– Od miliarda lat.
– O ile mech potrafi być patriotyczny.
– Właśnie.
Lakszmi nie wyglądała jeszcze jak kolonia.
Z orbity była przede wszystkim planetą.
Większą od Ziemi, cięższą w ruchu chmur, mokrą, ciepłą, zadumaną. Białe pasma pary wodnej przesuwały się nad brunatnymi kontynentami i płytkimi, metalicznie połyskującymi morzami. Atmosfera była gęsta, pełna dwutlenku węgla, ciężka od przyszłości. Jeszcze nie było lasów, ptaków, owadów ani przypadkowych zapachów, które czynią planetę naprawdę zamieszkaną. Były za to pierwsze światła.
Dewi patrzyła na nie długo.
Nie były imponujące w skali globu. Kilka skupisk jasnych punktów po nocnej stronie, parę kopuł odbijających blask gwiazdy, cienkie linie lądowisk i energetycznych masztów. A jednak królowa Wenus miała w oczach taki wyraz, jakby widziała tam już miasta, ogrody, dzieci biegnące między fontannami, spory o muzykę, podatki, katedry świeckich ceremonii, targi przypraw, publiczne biblioteki i pierwszych poetów narzekających, że wszystko dawniej było prawdziwsze.
Slak stał obok niej.
— Nie ma jeszcze z czego być dumnym — powiedział.
Dewi odwróciła głowę.
— To miało być pocieszenie?
— Raczej ostrzeżenie przed nadmiernym triumfalizmem.
— To bardzo merkuriańskie z twojej strony.
— Jestem z Merkurego.
— Wiem. Na szczęście częściowo już cię cywilizujemy.
Slak spojrzał na planetę.
— Jest z czego być odpowiedzialnym — powiedział po chwili.
Dewi uśmiechnęła się łagodniej.
— To też ładne.
— Możesz użyć w przemówieniu.
— Nie. Jeśli powiem to ja, zabrzmi jak hasło państwowe. Jeśli powiesz to ty, zabrzmi jak prawda wypowiedziana przez nudnego prawnika.
— Czyli lepiej?
— Znacznie.
Akteon zaczął schodzić ku głównej kolonii. Statek nie lądował bezpośrednio. Zbyt wiele osób czekało na powierzchni, zbyt wiele ceremonii zaplanowano z myślą o obrazach transmitowanych na Wenus, Tytana, Ceres, Marsa, Merkurego i kilka stacji, które udawały, że nie interesują się monarchicznym romansem, lecz w praktyce zwiększyły przepustowość sieci o trzydzieści procent.
Najpierw miał zejść niewielki prom królewski.
Potem przemówienie.
Potem powitanie przez radę kolonii.
Potem gamelan.
Potem prezentacja proporców.
Dewi zatrzymała się przy tym punkcie programu.
— Prezentacja proporców jest przed posiłkiem?
Slak spojrzał na harmonogram.
— Tak.
— To błąd.
— Polityczny czy gastronomiczny?
— Oba. Głodni ludzie gorzej oceniają sztandary.
— Możesz przesunąć.
— Nie mogę. Komisja ceremoniału pracowała nad tym trzy tygodnie. Jeśli zmienię kolejność, uznają, że nie doceniam ich cierpienia.
— A doceniasz?
— Oczywiście. Każdy, kto przez trzy tygodnie ustala, w jakiej odległości od królowej ma stać gong, zasługuje na współczucie.
Slak pochylił się nad harmonogramem.
— Tu jest też punkt: „spontaniczne pozdrowienie dzieci osadników”.
— O, to zawsze najgroźniejsze.
— Dlaczego?
— Bo jest spontaniczne tylko dla dzieci. Dorośli przygotowują je tak długo, że dzieci zdążą znienawidzić spontaniczność.
— Czy mamy uciec?
— Jeszcze nie. Najpierw musimy się dać kochać.
— Bardzo królewskie.
— Bardzo męczące.
Prom królewski zszedł przez gęste warstwy atmosfery jak kropla złota przez parę.
Za oknami najpierw nie było nic poza mlecznym światłem. Potem pojawiły się cienie chmur, brunatne grzbiety skał, błyszczące płytkie jeziora i długie połacie mokrego gruntu, który jeszcze nie znał trawy. Na horyzoncie majaczyły kopuły kolonii: przezroczyste, wielowarstwowe, oplecione rusztowaniami i kablami. Wyglądały jak krople rosy pozostawione przez zbyt wielkie, niewidzialne zwierzę.
W jednej z kopuł lśniły ogrody.
Nie prawdziwe ogrody, pomyślała Dewi. Jeszcze nie. Raczej obietnice ogrodów. Skrzynie z roślinami, płytkie zbiorniki wodne, pierwsze gleby, laboratoria zapachów, hale mikroorganizmów i miejsca, w których ktoś już próbował posadzić coś dla piękna, choć regulamin kolonii zapewne zalecał najpierw wydajność tlenową.
Dewi pokochała to od razu.
Na lądowisku czekał tłum.
Nie był ogromny w porównaniu z Wenus. Ale tutaj, na Lakszmi, wyglądał jak początek historii. Ludzie, sAI w awatarach, Nowi Tytanianie, robotnicy w jasnych kombinezonach, inżynierowie z jeszcze mokrymi od kondensacji rękawami, muzycy gamelanu, dzieci, urzędnicy i grupa filozofów kolonialnych, których Dewi zauważyła natychmiast, bo tylko filozofowie potrafili wyglądać na obrażonych jeszcze przed rozpoczęciem uroczystości.
— Widzę pierwsze źródło kłopotów — powiedziała.
Slak spojrzał w stronę, w którą patrzyła.
— Które?
— Tamci.
— Skąd wiesz?
— Mają miny osób, które uważają, że źle ustawiono sens świata.
— Może po prostu świeci im w oczy.
— Slaku.
— Tak, to filozofowie.
Prom otworzył się.
Uderzył ich zapach Lakszmi.
Nie był jeszcze zapachem zamieszkanego świata. Nie było w nim pyłku, próchnicy, mokrych liści ani zwierząt. Była metaliczna wilgoć, gorący kamień, ozon, świeże tworzywa kopuł, kawa z polowej kantyny i coś lekko kwaśnego, co pochodziło zapewne z laboratoriów mikrobiologicznych.
Dewi zeszła pierwsza.
Tłum wybuchł radością.
Nie była to perfekcyjna radość Wenus. Nie miała wielkich chórów, setek tancerzy i dwudziestu odcieni złota w jednym ukłonie. Była głośna, trochę nierówna, pełna opóźnionych reakcji, dzieci machały nie w tym momencie, ktoś za wcześnie uderzył w gong, a jeden z robotów ceremonialnych obrócił się w niewłaściwą stronę i przez chwilę witał pusty fragment lądowiska.
Dewi wzruszyła się bardziej, niż powinna.
Slak zauważył to natychmiast.
— Nie płacz przed proporcami — szepnął.
— To nie jest płacz.
— To królewska wilgoć atmosferyczna?
— Dokładnie.
Rada kolonii powitała ich uroczyście. Przewodniczył jej Gede Arman, stary wenusjański inżynier o twarzy człowieka, który połowę życia spędził w maszynowniach, a drugą połowę na przekonywaniu polityków, że maszyny nie działają dzięki przemówieniom. Obok niego stała Selene Var, sAI od zarządzania biosferą kopuł, w awatarze z przezroczystymi dłońmi pełnymi zielonych punktów, jakby nosiła w sobie mapę przyszłych lasów.
Byli też przedstawiciele Nowych Tytanian.
I filozofowie.
Tych ostatnich było siedmioro.
Dewi uznała, że to o trzech za dużo na spokojną uroczystość.
Pierwszy gamelan zagrał pod północną kopułą.
Dźwięk odbijał się od przezroczystych warstw ochronnych i wracał miękko, jakby instrumenty grały nie tylko dla ludzi, ale też dla jeszcze martwej planety, żeby nauczyć ją rytmu. Muzycy siedzieli na podwyższeniu z jasnego kamienia sprowadzonego z Wenus. Wokół nich wisiały proporce.
Na początku Dewi patrzyła na muzyków.
Potem na dzieci.
Potem na rośliny.
Dopiero później na proporce.
Były piękne.
Zbyt piękne, jak na kolonię, w której brakowało jeszcze wygodnych łazienek w czwartej kopule. Zrobiono je z materiałów lekkich, półprzezroczystych, odpornych na wilgoć i promieniowanie. Każdy przedstawiał jeden z motywów Lakszmi: kroplę wody, otwarte dłonie, bramę, pierwszy dom, młode drzewo, gwiazdę Rho Ophiuchi, falę terraformacji, złoty liść Wenus.
Dewi poczuła zadowolenie.
Potem zobaczyła proporzec dziewiąty.
Nie było go w projekcie.
Wisiał między „pierwszym domem” a „młodym drzewem”, jakby zawsze tam był. Miał barwę ciemniejszą od pozostałych, prawie grafitową. Na jego środku widniał znak: korzeń rozdzielający się na siedem linii, z których każda kończyła się innym symbolem. Jedna linią była kropla, druga oko, trzecia płomień, czwarta otwarta księga, piąta kamień, szósta spirala, siódma mały pusty okrąg.
Dewi przestała słuchać muzyki.
Slak zauważył to natychmiast.
— Co?
— Ten proporzec.
— Który?
— Ten, którego wszyscy udają, że nie widzą.
Slak spojrzał.
Potem spojrzał na radę kolonii.
Gede Arman patrzył uparcie na muzyków.
Selene Var patrzyła na rośliny.
Filozofowie patrzyli wszędzie, tylko nie na proporzec.
— Ciekawe — powiedział Slak.
— Bardzo.
— Może to element programu?
— Nie.
— Skąd wiesz?
— Bo gdyby był elementem programu, komisja ceremoniału przez trzy tygodnie poinformowałaby mnie o nim pięćdziesiąt razy, a potem poprosiła o zgodę na odcień grafitu.
Slak skinął głową.
— To mocny argument.
Dewi nadal patrzyła na znak siedmiu korzeni.
— Nie przerywamy uroczystości — powiedziała.
— Oczywiście.
— Nie przesłuchujemy nikogo przy dzieciach.
— Rozsądnie.
— Nie zakładamy spisku.
— Jeszcze rozsądniej.
— Ale po kolacji dowiemy się, dlaczego cała rada kolonii boi się kawałka materiału.
Slak uśmiechnął się lekko.
— Czyli jednak Lakszmi.
— Co Lakszmi?
— Miała być podróż przedślubna.
— Jest.
— Z tajemniczym proporcem?
— Najlepsze podróże przedślubne mają tajemniczy proporzec.
Dewi wreszcie się uśmiechnęła.
Gamelan zagrał mocniej. Dzieci zaczęły machać małymi chorągiewkami, tym razem prawie w tym samym momencie. Pod kopułą uniosło się ciepłe, metaliczne światło.
Na dziewiątym proporcu pusty okrąg poruszył się lekko, choć nie było wiatru.
Dewi zobaczyła to.
Slak też.
Nie powiedzieli nic.
Kolacja odbyła się w drugiej kopule, tej bardziej reprezentacyjnej, choć „reprezentacyjność” na Lakszmi oznaczała jeszcze przede wszystkim to, że nikt nie zostawił skrzynek z częściami zamiennymi przy głównym wejściu.
Prawie nikt.
Dewi zauważyła trzy.
Slak zauważył, że Dewi je zauważyła.
— Nie patrz tak — powiedział cicho.
— Jak?
— Jak królowa, która właśnie wycenia kompetencje logistyczne gospodarzy.
— Ja tylko kocham porządek.
— Nieprawda.
— Dobrze. Kocham piękny chaos, który udaje porządek. Ale to nie jest piękny chaos. To są skrzynki.
— Może symbolizują pionierskiego ducha.
— Jeśli ktoś mi to powie oficjalnie, każę mu wygłosić przemówienie na ich tle.
Slak uśmiechnął się.
Druga kopuła pachniała kawą, mokrym kamieniem, świeżo rozpakowanymi tkaninami i przyprawami przywiezionymi z Wenus. Na stołach ustawiono potrawy w sposób ambitny, choć jeszcze nie do końca pewny siebie. Były liście z pierwszych upraw hydroponicznych, owoce przywiezione z Wenus, tytaniańskie syntetyczne pasty smakowe, słodkie ryżowe ciastka i ostra zupa, którą ktoś nazwał „kolonialną”, zapewne dlatego, że nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za jej pochodzenie.
Dewi spróbowała zupy.
— Odważna — powiedziała.
Gede Arman, stojący obok, wyprostował się dumnie.
— Przepis opracowany przez kuchnię pionierów.
— Rozumiem.
Slak znał ten ton.
Oznaczał, że królowa właśnie postanowiła nie mówić prawdy w imię pokoju społecznego.
— A panu smakuje? — zapytał Gede.
Slak spojrzał na miskę.
Potem na Dewi.
Potem znów na miskę.
— Jest bardzo… kolonialna.
Gede przyjął to jak komplement.
Dewi odwróciła głowę, żeby ukryć uśmiech.
Przez pierwszą godzinę nikt nie wspominał o dziewiątym proporcu.
To samo w sobie było podejrzane.
Ludzie rozmawiali o wilgotności gleby, o trudnościach z aklimatyzacją mikroorganizmów, o planach budowy trzeciej szklarni, o tym, czy młode miasto powinno mieć rynek centralny czy raczej ciąg ogrodów połączonych kanałami. Muzycy opowiadali o tym, że dźwięk gongów inaczej odbija się pod kopułą, a jedna z Nowych Tytanianek twierdziła, że jej pamięć po pętli lepiej znosi rytmy nierówne niż regularne.
Dewi słuchała.
Naprawdę słuchała.
Lakszmi miała się rodzić z takich zdań, nie z dokumentów w ministerstwie.
Ale dziewiąty proporzec wisiał w jej pamięci jak ciemna plama między złotymi tkaninami.
Po kolacji komisja ceremoniału zaprosiła królową do krótkiego obejścia wystawy proporców. Było to oczywiście zaplanowane wcześniej. Dewi nie musiała niczego inicjować. Wystarczyło, że zgodziła się na punkt programu, który komisja przygotowała z taką gorliwością, jakby od poprawnego obejrzenia tkanin zależała grawitacja planety.
Szli powoli.
Przewodnicząca komisji, I Made Suri, była niską, energiczną kobietą o oczach osoby, która potrafiła przez godzinę rozmawiać o wysokości frędzli bez utraty wiary w sens cywilizacji.
— Ten proporzec przedstawia kroplę — powiedziała. — Wodę jako pierwszą obietnicę terraformacji.
— Bardzo piękny — powiedziała Dewi.
— Ten otwarte dłonie. Wspólnotę pionierów.
— Również piękny.
— Ten bramę. Łączność z Wenus, Układem i przyjaznymi cywilizacjami.
— Oczywiście.
Slak szedł pół kroku za Dewi. Z boku wyglądał jak narzeczony towarzyszący królowej. W rzeczywistości obserwował ludzi.
Gede Arman patrzył na komisję ceremoniału z udawanym spokojem.
Selene Var wydawała się skupiona na kontrolowaniu wilgotności powietrza, choć jej przezroczyste dłonie co jakiś czas przygasały. U niej oznaczało to napięcie.
Filozofowie trzymali się w grupie.
Siedmioro.
Slak zapamiętał ich ustawienie.
Nie dlatego, że podejrzewał ich wszystkich. Po prostu podejrzewał świat o to, że lubi ustawienia.
Dewi doszła do proporca młodego drzewa.
— A następny? — zapytała.
I Made Suri zamarła na krótką, prawie niewidoczną chwilę.
— Następny?
— Tak. Ten grafitowy.
Przewodnicząca komisji spojrzała na tkaninę tak, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy. Była w tym odrobina aktorstwa. Niestety zła odrobina.
— To… projekt dodatkowy — powiedziała.
— Czyj?
— Wspólny.
— Wspólne projekty zwykle mają protokół.
— Ten jest bardziej spontaniczny.
Slak prawie się uśmiechnął.
Dewi nie.
— Spontaniczny proporzec między pierwszym domem a młodym drzewem — powiedziała. — Jak miło. Czy spontanicznie sam się również zatwierdził?
I Made Suri milczała.
Gede Arman chrząknął.
— Wasza Wysokość, to drobna sprawa symboliczna.
— Drobne sprawy symboliczne są najczęściej duże — odparła Dewi.
Filozofowie poruszyli się.
Jeden z nich, wysoki mężczyzna o bardzo starannie ogolonej głowie i szacie tak prostej, że musiała być kosztowna, zrobił krok naprzód.
— Królowo — powiedział — proporzec siedmiu korzeni nie jest zagrożeniem.
— Nie pytałam jeszcze, czy jest zagrożeniem.
— Właśnie dlatego odpowiadam.
Dewi spojrzała na niego z zainteresowaniem.
— Imię?
— Tovan Rhei. Szkoła Ciągłości Osadniczej.
Slak zanotował w pamięci: pierwszy filozof mówi, zanim go poproszą.
Druga osoba wystąpiła niemal od razu. Była to starsza sAI w awatarze z ciemnego szkła i białych linii świetlnych na twarzy.
— Nie jest też własnością Szkoły Ciągłości — powiedziała. — Proporzec powstał jako kompromis tymczasowy.
— Imię? — zapytała Dewi.
— Meria-So. Krąg Otwartego Centrum.
Trzecia filozofka, młoda biologiczna kobieta z włosami spiętymi w surowy węzeł, westchnęła tak, jakby od dawna przewidywała katastrofę.
— To nie był kompromis. To było zawieszenie konfliktu.
— Imię?
— Nalin Prabha. Zwolenniczka Drzewa Pierwszej Zgody.
Dewi spojrzała na Slaka.
Slak spojrzał na Dewi.
Oboje wiedzieli już, że podróż przedślubna zaczęła się prawidłowo.
— Siedem korzeni — powiedziała Dewi. — Siedem szkół?
— Siedem głównych stanowisk — poprawił Tovan Rhei.
— Sześć i jedno pytanie — powiedziała Meria-So.
— Pięć stanowisk, jedna polityczna imitacja i jedna prowokacja — dodała Nalin Prabha.
I Made Suri wyglądała, jakby chciała zemdleć w bardzo ceremonialny sposób.
Dewi uniosła dłoń.
— Rozumiem. To znaczy nie rozumiem, ale przynajmniej wiem już, że nikt tutaj nie rozumie wspólnie.
Gede Arman powiedział szybko:
— Debata oficjalna jest zaplanowana na późniejszy etap kolonizacji.
— Na kiedy?
— Po zakończeniu podstawowej fazy stabilizacji administracyjnej.
— Czyli?
Selene Var odpowiedziała cicho:
— Nikt nie wie.
Dewi spojrzała na nią z uznaniem.
— Dziękuję za pierwszą precyzyjną odpowiedź.
Slak podszedł bliżej proporca, ale go nie dotknął.
— Kto go zawiesił?
Zapadła cisza.
Dewi poczuła, że właśnie przeszli z części zabawnej do właściwej zagadki.
— Kto go zawiesił? — powtórzył Slak.
Tovan Rhei spojrzał na Merię-So.
Meria-So na Nalin Prabhę.
Nalin Prabha na komisję ceremoniału.
Komisja ceremoniału na Gede Armana.
Gede Arman na Selene Var.
Selene Var na proporzec.
— Nikt — powiedziała wreszcie.
— To znaczy? — zapytał Slak.
— Nie ma zapisu montażu. Nie ma wejścia technicznego. Nie ma zamówienia. Nie ma protokołu. Wisi od rana.
Dewi poczuła lekkie ukłucie irytacji.
— I nikt mi tego nie powiedział?
Gede Arman przyjął na siebie odpowiedź.
— Nie chcieliśmy zakłócać uroczystości.
— To jest bardzo popularny sposób przygotowywania większych zakłóceń.
I Made Suri szepnęła:
— Myśleliśmy, że to może być test lojalnościowy.
Dewi odwróciła się powoli.
— Czyj?
— Nie wiemy. Królowej. Rady. Filozofów. Komisji. Lakszmi.
— Kto miałby testować Lakszmi proporcem?
Nikt nie odpowiedział.
Slak nadal patrzył na tkaninę.
— Pusty okrąg poruszył się podczas gamelanu — powiedział.
Tym razem wszyscy spojrzeli na niego.
— Widział pan? — zapytała Selene Var.
— Tak.
Dewi dodała:
— Ja też.
Selene Var zgasła na dłoniach niemal całkowicie.
— Myślałam, że to błąd mojej percepcji.
— Czyli też widziałaś.
— Tak.
Filozofowie milczeli.
Już nie wyglądali na obrażonych. Wyglądali na zaniepokojonych w sposób nieprzećwiczony.
Dewi podeszła bliżej proporca.
Tkanina była nieruchoma.
Siedem korzeni rozchodziło się spokojnie. Kropla, oko, płomień, księga, kamień, spirala i pusty okrąg. Żaden znak nie świecił. Żaden nie drgał.
— Nie będziemy tego rozwiązywać tutaj — powiedziała. — Nie przy komisji ceremoniału, która i tak zaraz straci przytomność z godnością. Nie przy dzieciach. Nie przy muzykach. Nie przy całej kolonii.
— Co proponujesz? — zapytał Slak.
— Spokojną rozmowę jutro rano. Siedem stanowisk. Rada kolonii. Selene Var. Komisja ceremoniału. Ty. Ja.
— A proporzec?
Dewi spojrzała na niego.
— Zostaje.
Gede Arman protestował natychmiast:
— Wasza Wysokość, jeśli nie wiemy, kto go zawiesił…
— Właśnie dlatego zostaje. Pod nadzorem. Bez dotykania. Bez zdejmowania. Bez udawania, że go nie ma.
Slak skinął głową.
— Dobrze.
— I jeszcze jedno — dodała Dewi.
Wszyscy prawie wstrzymali oddech.
— Kolację następnym razem podajemy przed prezentacją symboli.
I Made Suri, ku własnemu zaskoczeniu, roześmiała się pierwsza.
Potem zaśmiali się inni.
Nie wszyscy. Filozofowie śmiali się ostrożnie, jakby nie byli pewni, czy śmiech nie wymaga wcześniejszej definicji. Ale napięcie na chwilę opadło.
Dewi wzięła Slaka pod rękę.
— Chodźmy, narzeczony. Jutro będziemy pytać filozofów o drzewo.
— To brzmi groźniej niż proces Helixa.
— Nie przesadzaj.
— Siedem szkół, jeden proporzec i urażona komisja ceremoniału.
— Masz rację. To może być trudniejsze.
Zielona tego samego wieczoru nie myślała o proporcach.
Rangda weszła na orbitę Gafaru w ciszy tak miękkiej, jakby statek nie chciał obrazić obcego świata samym faktem przybycia. Zielona stała w ogrodzie środkowym, między niskimi drzewami sprowadzonymi z Wenus, i patrzyła na planetę przez szerokie okno.
Gafar był czerwony.
Nie w prosty sposób. Nie jak Mars, suchy i pylisty. Czerwień Gafaru była wilgotna, głęboka, żywa. Morza miały odcień ciemnego granatu z purpurową krawędzią. Kontynenty przecinały pasy czarnych lasów i srebrnych miast, które nie wyrastały wysoko, lecz rozlewały się po powierzchni jak sieci ścieżek.
— Mrówki — powiedział jeden z Nowych Tytanian z załogi, młody technik imieniem Rew.
Zielona spojrzała na niego.
— To nie jest obraźliwe?
— Nie wiem. Gdyby ktoś powiedział o mnie „człowiek z pętli”, zależy jakim tonem.
— Dobry punkt.
Rew podszedł bliżej okna.
— Czy naprawdę nie są rojem?
— Według materiałów nie. Mają silne wspólnoty, zapachowe linie pamięci, hierarchie i obowiązki wobec ścieżek. Ale większość dorosłych Gafarian jest indywidualnymi osobami prawnymi.
— Większość?
— Niektóre kasty rozwojowe podobno uzyskują pełną indywidualność później. Niektóre funkcje wspólnotowe zachowują świadomość rozproszoną. Tłumacze Układu bardzo cierpią.
Rew uśmiechnął się.
— Czyli normalna cywilizacja.
— Każda cywilizacja jest normalna tylko dla siebie.
Zielona patrzyła na srebrne miasta.
Nie pamiętała Gafarian.
To ją niepokoiło bardziej, niż chciała przyznać. Zwykle w najgorszym razie miała okruch: zapach dawnego morza, ruch cienia, nazwę, która nie chciała wrócić. Tutaj nie było nic. Cała planeta była nowa.
A ona, która tak często myślała oceanami, musiała przyjąć małą, uczciwą niewiedzę.
— Domina? — zapytał Rew.
— Tak?
— Gafarianie przesłali protokół zejścia awatarów. Proszą, żeby nie używać zapachów ozdobnych.
— Zapachów ozdobnych?
— Wenusjańskie perfumy, aromaty statusowe, feromony ceremonialne, ogrodowe mgły nastrojowe. Według nich to odpowiednik wchodzenia do sali negocjacyjnej i krzyczenia w siedmiu językach naraz.
Zielona zamknęła oczy.
— Wenusjanie będą cierpieć.
— Załoga już cierpi.
— A ja?
Rew spojrzał na nią niepewnie.
— Pani czasem pachnie lasem po burzy, chociaż system twierdzi, że pani nie powinna.
Zielona zaśmiała się cicho.
— Postaram się milczeć zapachowo.
Komunikator ogrodu rozbłysnął. Na ekranie pojawiła się grafika wejścia dyplomatycznego: nie drzwi, nie lądowisko, nie plac. Raczej siedem przecinających się ścieżek, każda oznaczona innym kolorem i zapewne innym zapachem, którego system nie umiał jeszcze oddać.
Pod spodem tłumacz podał pierwsze zdanie protokołu:
Gość nie idzie do władzy. Gość idzie po śladzie, który władza uznała za bezpieczny.
Zielona uśmiechnęła się.
— Ciekawi są.
— Groźni? — zapytał Rew.
— Oczywiście.
— Bo obcy?
— Bo osoby.
Rew pomyślał chwilę.
— To dobra odpowiedź.
— Lepszej dziś nie mam.
Zielona spojrzała raz jeszcze na Gafar. Czerwona planeta trwała pod nimi spokojnie, pełna zapachowych dróg, obywateli, hierarchii, tajemnic i Chlama, który gdzieś tam czekał na kolejne pytania.
Na Lakszmi Dewi i Slak mieli proporzec.
Na Gafarze Zielona miała ścieżkę.
Obie sprawy wydawały się małe.
I właśnie dlatego należało iść ostrożnie.
Następnego dnia, żeby przepytać filozofów, Dewi zasiadła na najbardziej eleganckim krześle na Lakszmi, które pełniło w ten sposób zaszczytną funkcję tronu. Ubrała elegancką, ceremonialną szatę, aczkolwiek w swojej lżejszej, podróżnej wersji. Na głowę założyła lekką koronę. Slak tym razem nie protestował, uznał wręcz, że to chyba najlepsza metoda przepytania wenusjańskich filozofów.
Na Merkurym też byli filozofowie. Wielu z nich miało wrażenie, że zrozumieli wszelkie zagadki wszechświata, nawet gdy rozmawiali z osobami, które rzeczywiście widziały te zagadki. Slak i Dewi byli już bez wątpienia takimi osobami. Choćby ich ostatnia przygoda z pętlą Helixa dostarczyła im sporo wrażeń, które nawet nie śniły się większości filozofów.
– Dobrze. Odpowiedzcie skąd się wziął proporzec, który najwyraźniej was wyraża? – zaczęła Dewi.
– Nie mamy pojęcia – stwierdził Tovan Rhei, ze Szkoły Ciągłości Osadniczej. – Ale nie ma to znaczenia – dodał. – Wszystko jest ciągłością, wszystko się ze sobą łączy, wszystko jest jednym obiektem, który wypływa z siebie i wpływa.
– A jednak zdarzają się na przykład kradzieże – zauważył Slak.
– Kradzież też jest ciągłością i obiektem. Tak naprawdę nie jest kradzieżą. Ona jest tylko jednym z brzegów obiektu, który ma wiele brzegów – Tovan Rhei spojrzał w górę z natchnieniem.
– Z tego wynika, że twoja filozofia mogła przykleić do ciebie proporzec i odkleić go tutaj, zaś tobie jest wszystko jedno – westchnęła królowa.
– Och, to bardzo ciekawe spojrzenie, Wasza Wysokość – ucieszył się Tovan Rhei. Slak ukrył śmiech w dłoniach. – Może chce Wasza Wysokość zostać honorową prezeską Szkoły Ciągłości Osadniczej.
– Niestety, mój drogi – Dewi próbowała zachować powagę, – jestem tylko prostolinijną monarchinią.
– Meria-So. Krąg Otwartego Centrum – przedstawiła się ponownie kolejna filozofka wskazana przez królową. – Każdy jest centrum. A centrum się otwiera. Skoro centrum jest w każdym, tak naprawdę proporzec był w centrum, bo przecież stworzył go ktoś w centrum, bo był centrum…
– I to do tego otwartym… – westchnęła z dyplomatycznym uśmiechem Dewi. Dyplomatyczny uśmiech był wygodny do maskowania śmiechu niedyplomatycznego.
– Właśnie Wasza Wysokość, otóż to – Meria-So wskazała wymownie palcem w górę. – Pytanie o to, skąd się wziął proporzec nie ma sensu. On po prostu był w centrum.
– W przeciwieństwie do kolegi nie chcesz mnie najwyraźniej do niczego zapisać i włączyć, bo już jestem w centrum – pokiwała głową Dewi. Tylko Slak widział drżenie jej warg kryjących wybuch nagłej radości. Nagłej i nieco złośliwej. Tymczasem Meria-So rozłożyła ramiona w triumfalnym geście, co niemal zdarło z Dewi zasłoną dyplomacji.
– Zgadzam się – oznajmiła Nalin Prabha z Drzewa Pierwszej Zgody.
– Na co? – Dewi udała zaciekawioną.
– Na to, kto przyniósł proporzec.
– A kto przyniósł?
– To nieistotne. Zgadzam się na to, że został przyniesiony.
– Najwyraźniej grawitacja planety też się na to zgadza – zaśmiał się Slak. – Najwyraźniej proporzec nie uniósł się w powietrze.
– Właśnie – pokiwała Nalin Prabha z pełną powagi dumą.
Dewi nie wytrzymała i ryknęła śmiechem. Pospiesznie wyjęła piękną jedwabną chustkę i zaczęła udawać, że ma atak kataru.
– A przedstawiciele innych szkół? – zapytała, gdy śmiech pozwolił jej już mówić tak, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
– Uznali, że wiedzą tak wyraźnie, że już na wszystko odpowiedzieli.
– Co!? – Slak na szczęście dla siebie nie musiał udawać powagi.
– Dobrze, moim poddani są bardzo różnorodni, wiem to od dawna – powiedziała już spokojnie Dewi. – Ale z tego co mówicie, każdy z was mógł przynieść proporzec nawet o tym nie wiedząc. O ile oczywiście sami wierzycie w wasze filozofie.
Filozofowie wzruszyli ramionami. Najwyraźniej uznali, że uwaga królowej ma sens. Albo po prostu byli gorącymi monarchistami.
– Jak to było? – powiedziała teatralnie sama do siebie Dewi. – Wiedzieć tak wyraźnie, że aż uznaje się, że się na wszystko odpowiedziało w dowolnym miejscu… To całkiem praktyczne – w międzyczasie Slak ryczał ze śmiechu. Jednak nikt nie zwracał na niego uwagi. W końcu mówiła królowa.
– Właśnie… – w głosie Nalin Prabha zabrzmiała niezbyt skrywana zazdrość. – To wygodnie mieć filozofię, która się objaśnia zanim przyjdzie filozof, jej twórca…
– Tak szczerze, to każda rozsądna filozofia powinna taka być – Dewi spoważniała. – Ale kryzys filozofii mieliśmy już dwieście lat temu. Jak to się stało, że w nowopowstającej kolonii jest aż siedmioro filozofów?
– Skąd wiesz, że nie więcej? – zaciekawił się Slak.
– Każde chce mieć swoją filozofię, mój kochany. To chyba oczywiste – Dewi westchnęła ponownie. – Z filozofami zdaje się zawsze tak było.
Dewi zwołała poranne spotkanie w małej sali rady kolonii, która według planów architektonicznych miała kiedyś stać się bocznym pawilonem biblioteki publicznej. Na razie była pomieszczeniem z trzema stołami, siedemnastoma różnymi krzesłami, ścianą ekranową, dwiema roślinami w pojemnikach testowych i jednym bardzo ambitnym dywanem, który przywieziono z Wenus, zanim ktokolwiek sprawdził, czy podłoga jest już ostatecznie uszczelniona.
Dywan był piękny.
I lekko wilgotny.
Dewi zauważyła to od razu.
— Nie będziemy o tym mówić — szepnął Slak.
— O dywanie?
— O dywanie.
— Przecież ja nic nie powiedziałam.
— Właśnie dlatego ostrzegam.
Królowa usiadła przy głównym stole. Slak zajął miejsce obok niej, nieco z boku, jak ktoś, kto nie prowadzi oficjalnego przesłuchania, ale przypadkiem ma w głowie wszystkie pytania, które mogą zepsuć dzień kilku osobom.
Przed nimi siedziało siedmioro filozofów.
Tovan Rhei ze Szkoły Ciągłości Osadniczej wyglądał, jakby sama wilgoć dywanu była kolejnym brzegiem wielkiego obiektu. Meria-So z Kręgu Otwartego Centrum siedziała z dłońmi rozłożonymi na stole, jakby obejmowała niewidzialne centrum wszystkiego, co mogłoby zostać objęte. Nalin Prabha z Drzewa Pierwszej Zgody miała przed sobą notatnik i minę osoby, która już dawno pogodziła się z tym, że wszyscy inni mylą się w sposób bardzo pracowity.
Pozostała czwórka nie odezwała się poprzedniego wieczoru prawie wcale.
Dewi zamierzała to zmienić.
— Zaczniemy od prostych rzeczy — powiedziała. — Nie pytam teraz o sens świata, naturę centrum, granice ciągłości ani o to, czy zgoda poprzedza drzewo, czy drzewo umożliwia zgodę. Pytam: kto pierwszy zobaczył dziewiąty proporzec?
Siedmioro filozofów spojrzało po sobie.
Gede Arman, stojący pod ścianą razem z Selene Var i przewodniczącą komisji ceremoniału, wyglądał jak człowiek, który bardzo chciałby wrócić do pękających uszczelek. Uszczelki przynajmniej nie miały szkół.
— Ja — powiedziała w końcu czwarta filozofka.
Była osobą cyfrową w smukłym awatarze z jasnej ceramiki i zielonych linii świetlnych pod skórą. Dotąd siedziała nieruchomo, prawie jak rzeźba.
— Imię i szkoła — poprosiła Dewi.
— Ilea Vonn. Praktyka Milczącego Korzenia.
Slak uniósł wzrok.
— Milczącego?
— Tak.
— To wyjaśnia wczorajszą powściągliwość.
Ilea spojrzała na niego bardzo poważnie.
— Nie do końca. Wczoraj milczałam z irytacji.
Dewi natychmiast ją polubiła.
— Kiedy zobaczyłaś proporzec?
— Rano, przed pierwszą próbą gamelanu. Wisiał już na miejscu. Komisja ceremoniału kłóciła się o ustawienie lampionów, więc uznałam, że wie.
I Made Suri jęknęła.
— Nie wiedzieliśmy.
— Właśnie dlatego byłam zirytowana — odparła Ilea. — Jeśli komisja ceremoniału nie wie, co wisi między pierwszym domem a młodym drzewem, to po co trzy dni omawialiście wiązania frędzli?
Dewi zakryła usta dłonią.
Slak nie próbował. Uśmiechnął się otwarcie.
— To jest pytanie administracyjne, nie filozoficzne — powiedziała I Made Suri z godnością.
— Na Lakszmi to chwilowo najważniejszy typ pytań — stwierdziła Dewi. — Dalej. Czy dotykałaś proporca?
— Nie.
— Czy zgłosiłaś go?
Ilea zawahała się.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo uznałam, że ktoś wreszcie zrozumiał, iż drzewo nie może być zasadzone przed debatą o korzeniu.
Zapadła cisza.
Dewi spojrzała na Slaka.
— Zapisz to.
— Już zapamiętałem.
— Nie, zapisz. To brzmi jak zdanie, którym można rozpocząć trzy wojny ceremonialne.
Slak zapisał.
Dewi wskazała kolejną osobę.
— Ty.
Piąty filozof był biologicznym mężczyzną o siwych włosach, młodej twarzy i bardzo spokojnych oczach. Miał na sobie prostą szarą tunikę, na której wyszyto mały znak kamienia.
— Varo Den. Szkoła Kamienia Początku.
— Co oznacza kamień na proporcu?
— Stabilność miejsca — powiedział Varo. — Lakszmi nie powinna zaczynać się od drzewa.
Nalin Prabha natychmiast zesztywniała.
— Oczywiście, że powinna.
— Drzewo jest zależne od gleby, wody, mikroorganizmów i zgody opiekunów biosfery — powiedział Varo spokojnie. — Kamień trwa przed tym wszystkim. Pierwsze centrum powinno oznaczać stałość, nie wzrost.
— Stałość bez wzrostu jest pomnikiem, nie kolonią — odparła Nalin.
— Wzrost bez stałości jest ogrodem, który przewróci pierwszy wiatr administracyjny.
— Na Lakszmi nie ma jeszcze wiatru administracyjnego.
— Już jest — powiedział Slak. — Właśnie siedzimy w jego środku.
Dewi popatrzyła na niego z miłością i naganą jednocześnie.
— Nie pomagaj im za bardzo.
— Przepraszam.
— Nie brzmiało.
— Jestem prawnikiem. Umiejętność brzmienia przepraszająco bez żalu jest częścią wykształcenia.
Gede Arman kaszlnął, aby ukryć śmiech.
Dewi wróciła do Varo.
— Czy ty zawiesiłeś proporzec?
— Nie.
— Czy wiesz, kto mógł to zrobić?
— Ktoś, kto uznał, że żadna ze szkół nie powinna zwyciężyć przed czasem.
— Czyli ktoś rozsądny?
— Albo tchórzliwy.
— Albo jedno i drugie — mruknęła Meria-So. — Otwarte centrum często wygląda jak tchórzostwo dla tych, którzy lubią zamknięte krawędzie.
Tovan Rhei westchnął z zachwytem.
— Piękne.
— Nie zapisuj tego — powiedziała Dewi do Slaka.
— Za późno.
Szósta filozofka podniosła dłoń, zanim królowa ją wskazała. Była Nową Tytanianką. Jej awatar zmieniał się subtelnie: czasem wyglądała jak młoda kobieta z jasną skórą i ciemnymi oczami, czasem jak srebrna sylwetka z drobnymi pęknięciami światła. Na jej piersi widniała spirala.
— Reva Senn — powiedziała. — Krąg Spiralnej Pamięci.
Dewi spoważniała.
— Mów.
— Nie uważam, że proporzec jest kompromisem. Uważam, że jest ostrzeżeniem.
W sali zrobiło się cicho.
— Przed czym?
Reva spojrzała na pozostałych filozofów.
— Przed zasadzeniem drzewa tak, jakby Lakszmi miała jedną pamięć.
Nalin Prabha opuściła wzrok.
Tovan Rhei już nie wyglądał na natchnionego.
Reva mówiła spokojnie:
— Dla wielu Wenusjan pierwsze drzewo jest znakiem początku. Dla części Nowych Tytanian drzewo jest trudnym symbolem. Korzenie, gałęzie, jedna oś, jeden pień, wzrost z jednego miejsca. Po pętli nie wszyscy czują się jednym pniem. Niektórzy wolą ogród ścieżek. Inni kamień. Inni wodę. Inni pusty okrąg, bo nie chcą, żeby ktoś natychmiast powiedział im, czym jest ich centrum.
Dewi milczała.
To już nie było śmieszne.
— Dlaczego nie przyszliście z tym oficjalnie? — zapytała.
Reva spojrzała w stronę Gede Armana.
— Bo wszyscy mówią, że oficjalna debata odbędzie się później.
Selene Var odpowiedziała cicho:
— Bo kolonia nie jest gotowa.
— Kolonia nigdy nie będzie gotowa, jeśli każde ważne pytanie zostanie odłożone do czasu, aż przestanie przeszkadzać — powiedziała Reva.
Ilea Vonn skinęła głową.
— To akurat prawda.
Dewi spojrzała na siódmego filozofa.
Do tej pory siedział z boku, bardzo młody, może nawet za młody na pełną powagę własnej szkoły. Był człowiekiem, miał ciemne włosy i prostą roboczą kurtkę zamiast szaty. Na rękawie miał mały pusty okrąg.
— A ty? — zapytała królowa. — Pusty okrąg?
— Niko Taal — powiedział. — Nie jestem filozofem.
Sześcioro filozofów oburzyło się w sześciu różnych stylach.
Dewi uniosła dłoń.
— Cisza.
Natychmiast zamilkli. Monarchia miała swoje wady, ale w salach pełnych filozofów bywała praktyczna.
— Kim jesteś? — zapytała.
— Technik dekoracji zewnętrznych. Pomagałem przy proporcach.
I Made Suri pobladła.
— Niko…
— Nie zawiesiłem dziewiątego — powiedział szybko. — Przysięgam. Ale wiem, dlaczego pusty okrąg jest na nim pusty.
Slak pochylił się lekko.
— Mów.
Niko przełknął ślinę.
— Bo ktoś wyciął z niego symbol.
Dewi odwróciła się bardzo powoli ku proporcowi widocznemu na ekranie.
— Jaki symbol?
— Nie wiem.
— Skąd wiesz, że wycięto?
— Bo tkanina w pustym okręgu nie jest taka sama jak reszta. Wczoraj, gdy okrąg poruszył się podczas gamelanu, zobaczyłem pod światło cień nici. Jak po usunięciu haftu. Ktoś odpruł znak bardzo dokładnie.
W sali nikt się nie odezwał.
Slak wstał.
— Czy możemy obejrzeć proporzec teraz?
Gede Arman spojrzał na Selene Var.
Selene Var spojrzała na Dewi.
Dewi wstała.
— Tak. I tym razem nikt nie będzie udawał, że go nie widzi.
Proporzec wisiał tam, gdzie poprzednio.
Między pierwszym domem a młodym drzewem.
Pod kopułą było jaśniej niż wieczorem. Światło poranka Lakszmi, przepuszczone przez warstwy filtrów, miało kolor bladego złota zmieszanego z parą. Gamelan milczał. Dzieci były w szkole tymczasowej. Komisja ceremoniału została odsunięta na bezpieczną odległość, aby nie cierpiała nadmiernie.
Slak obejrzał proporzec z bliska, używając skanera, ale nie dotykając tkaniny.
Dewi stała obok.
Filozofowie trzymali się trochę dalej, po raz pierwszy zgodni przynajmniej w tym, że nie należy przeszkadzać osobie z narzędziem.
Niko miał rację.
Pusty okrąg nie był pusty od początku.
W delikatnej strukturze tkaniny pozostał cień po usuniętym hafcie. Bardzo starannie odprutym. Tak starannie, że zwykłe oko widziało tylko gładką powierzchnię.
Slak powiększył obraz.
Na ekranie pojawił się układ nici.
Dewi zmrużyła oczy.
— To nie był znak szkoły — powiedziała.
— Skąd wiesz?
— Bo szkoły są zbyt dumne, żeby haftować tak mało ozdobnie.
— Mocny argument.
— Dziękuję.
Selene Var podeszła bliżej.
Jej przezroczyste dłonie rozjarzyły się zielenią.
— To był znak techniczny — powiedziała. — Nie filozoficzny.
— Jaki?
— Oznaczenie lokalizacji sadzenia próbnego. Stare. Używane przez pierwszą ekipę biosferyczną, zanim rada zatwierdziła oficjalny system symboli.
Gede Arman zamknął oczy.
Dewi spojrzała na niego.
— Wiedziałeś?
— Nie.
— Ale czegoś się domyślasz.
Stary inżynier westchnął.
— Były spory o pierwsze drzewo. Ale były też wcześniejsze spory o pierwszą glebę. Zanim przylecieli filozofowie, zanim powstały szkoły, zanim komisja ceremoniału odkryła frędzle, pierwsza ekipa biosferyczna założyła kilka nieoficjalnych poletek testowych.
— Nielegalnie?
— Przedregulaminowo.
Slak spojrzał na Dewi.
— To nowe słowo oznacza „tak”.
— Wiem — powiedziała Dewi.
Selene Var kontynuowała:
— Jedno z poletek zaginęło w dokumentacji. Nie fizycznie. Administracyjnie. Zmieniono numerację kopuł, przesunięto granice stref i nikt nie był pewien, czy pole testowe nadal istnieje jako odrębne miejsce.
— A ten znak wskazywał właśnie je? — zapytała Dewi.
— Prawdopodobnie.
— Kto mógł chcieć odpruć symbol?
Selene Var spojrzała na filozofów.
— Ktoś, kto chciał zostawić pytanie, ale ukryć odpowiedź.
Nalin Prabha powiedziała bardzo cicho:
— Czyli pierwsze drzewo mogło już zostać posadzone.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Nie mówię, że zostało — dodała. — Mówię, że jeśli istnieje stare poletko, ktoś mógł tam posadzić coś wcześniej. Przed zgodą. Przed debatą. Przed nami wszystkimi.
Tovan Rhei wyglądał na poruszonego.
— Ciągłość przed ciągłością.
— Nie teraz — powiedziała Dewi.
— Oczywiście.
Slak spojrzał na mapę kopuł.
— Selene, czy możemy znaleźć zaginione poletko?
— Tak. Jeśli rada pozwoli otworzyć stare warstwy planów.
Gede Arman odchrząknął.
— Niektóre z tych planów są nieuporządkowane.
— Czyli zawstydzające? — zapytała Dewi.
— Bardzo.
— Przeżyjemy.
Gede Arman westchnął jak człowiek, który właśnie stracił ostatnią nadzieję na spokojną emeryturę wśród pomp wodnych.
— Otworzę archiwum.
Dewi spojrzała na dziewiąty proporzec.
Siedem korzeni nadal rozchodziło się ku siedmiu znakom. Ale teraz najważniejszy był brak ósmego.
Pusty okrąg nie był pustką.
Był śladem po usuniętej odpowiedzi.
I to było dużo ciekawsze niż siedem filozofii naraz.
Archiwum Lakszmi mieściło się w trzeciej kopule, choć „mieściło się” było określeniem odważnym.
W praktyce archiwum leżało, wisiało, migotało, przesyłało się, samoczynnie porządkowało, rozporządkowywało i od czasu do czasu prosiło o przerwę techniczną. Część dokumentów znajdowała się w systemie głównym kolonii. Część w starych tabletach pierwszych ekip. Część w prywatnych notatkach inżynierów, którzy twierdzili, że wszystko przekażą „jak tylko skończą stabilizować podłoże”. Jedna seria map istniała wyłącznie jako ręcznie rysowane szkice na odwrotach etykiet po filtrach atmosferycznych.
Dewi obejrzała te etykiety z zachwytem.
— To jest piękne — powiedziała.
Gede Arman zamknął oczy.
— Wasza Wysokość, to jest kompromitujące.
— Nie. Kompromitujące byłoby, gdybyście nie mieli map. Wy macie mapy. Tylko w formie, która przypomina legendę piracką.
Slak wziął jedną z etykiet i przyjrzał się krzywej linii narysowanej ciemnym markerem.
— Czy to jest granica kopuły, kanał wodny czy wyraz desperacji?
— Kanał — powiedziała Selene Var.
— Na pewno?
— W osiemdziesięciu procentach.
— A pozostałe dwadzieścia?
— Desperacja.
Dewi roześmiała się cicho.
Trzecia kopuła była mniej reprezentacyjna niż druga. Pachniała chłodnym metalem, wilgotnym tworzywem, kawą i świeżo otwartymi pojemnikami technicznymi. Przez przezroczystą ścianę widać było brązową powierzchnię Lakszmi i poranne chmury sunące nisko nad gruntem. Gdzieś daleko pracowały maszyny przygotowujące podłoże pod przyszłe ogrody.
Filozofowie nie zostali zaproszeni.
Dewi uznała, że jedno śledztwo dziennie wystarczy.
Zaprosiła tylko Gede Armana, Selene Var, Niko Taala, Slaka i dwie osoby z pierwszej ekipy biosferycznej. Jedną biologiczną — starą ogrodniczkę i mikrobiolożkę imieniem Ratih Suma — oraz jedną sAI, której awatar wyglądał jak przezroczysta postać z drobnymi korzeniami światła zamiast żył. Nazywała się U-Tem.
Ratih Suma miała twarz pomarszczoną od śmiechu i pracy, choć na Lakszmi była zbyt krótko, by planeta zdążyła ją postarzyć. U-Tem zaś mówiła tak cicho, jakby nadal bała się obudzić niezatwierdzone nasiona.
— Czy wiecie coś o starym poletku testowym? — zapytała Dewi.
Ratih Suma natychmiast spojrzała na U-Tem.
U-Tem natychmiast spojrzała na mapę.
Slak zauważył to natychmiast.
— Czyli tak — powiedział.
Ratih westchnęła.
— To zależy, czy pytamy administracyjnie, biologicznie czy ceremonialnie.
Dewi położyła łokieć na stole i oparła brodę na dłoni.
— Kocham Lakszmi coraz bardziej.
Gede Arman mruknął:
— Ja coraz mniej.
— Administracyjnie poletko nie istnieje — powiedziała U-Tem. — Zostało wchłonięte przez reorganizację strefy ósmej.
— Biologicznie? — zapytał Slak.
— Istnieje — powiedziała Ratih.
— Ceremonialnie?
Ratih i U-Tem zamilkły.
Dewi spojrzała na nie uważnie.
— Czy ktoś tam coś posadził?
Ratih poprawiła rękaw.
— To było zanim powstała decyzja o pierwszym drzewie.
— Nie pytałam, kiedy.
— Wiem.
— Ratih.
Stara ogrodniczka westchnęła z rezygnacją.
— Tak. Posadziliśmy coś.
Gede Arman odsunął się od stołu.
— Kto to jest „my”?
— Pierwsza ekipa biosferyczna.
— Bez zgody rady?
— Rada wtedy jeszcze nie miała formularza zgody.
— To nie znaczy, że wolno było sadzić drzewo!
Ratih uniosła brwi.
— Nie posadziliśmy drzewa.
Dewi zamarła.
Slak pochylił się odrobinę.
— Co posadziliście?
U-Tem odpowiedziała:
— Siedem roślin.
Zapadła cisza.
Dewi powoli spojrzała na ekran z proporcem.
Siedem korzeni.
Siedem znaków.
Siedem szkół.
— Jakich roślin? — zapytała.
Ratih wyciągnęła z kieszeni mały, stary nośnik pamięci. Położyła go na stole z miną osoby, która od dawna wiedziała, że pewnego dnia ta chwila nadejdzie, ale liczyła, że może jednak będzie wtedy chora.
Selene Var podłączyła nośnik.
Na ekranie pojawiło się zdjęcie.
Nie było imponujące.
Mały fragment gleby w półzamkniętej kopule. Siedem oznaczonych punktów. W każdym drobna roślina, ledwie silniejsza od kiełka. Przy nich siedmioro członków ekipy, zmęczonych, brudnych, śmiejących się do kamery. Nad zdjęciem widniała data sprzed oficjalnego założenia kolonii.
Dewi patrzyła na obraz długo.
— Dlaczego to ukryliście?
Ratih odpowiedziała bardzo cicho:
— Bo pierwsze drzewo miało być symbolem wszystkich. A my zrobiliśmy coś wcześniej. Nie z pychy. Z potrzeby. Przywieźliśmy mikroglebę, próbne kultury, pierwsze rośliny opiekuńcze. Chcieliśmy sprawdzić, czy Lakszmi pozwoli im oddychać. Kiedy zobaczyliśmy, że jedna z nich przetrwała noc, płakaliśmy jak dzieci.
U-Tem dodała:
— Potem przyjechały komisje, filozofowie, rady, projektanci ceremonii. Nagle wszystko musiało mieć znaczenie. My mieliśmy tylko zmęczenie, błoto i siedem doniczek.
Slak spojrzał na zdjęcie.
— Która roślina przeżyła?
Ratih i U-Tem znów zamilkły.
Dewi poczuła, że odpowiedź jest ważniejsza niż sam proporzec.
— Która? — powtórzyła.
Selene Var powiększyła zdjęcie.
Przy jednym z punktów widniał znak, który później wycięto z proporca: mały prosty symbol, coś między nasionem, dłonią i otwartym nawiasem. Bardzo techniczny. Bardzo nieozdobny.
— Ta — powiedziała U-Tem.
— Gdzie jest teraz?
Ratih spojrzała przez okno trzeciej kopuły na brunatną powierzchnię planety.
— W strefie ósmej. Jeśli jeszcze żyje.
Strefa ósma nie wyglądała jak miejsce, w którym powinny rodzić się symbole.
Była robocza, niedokończona i trochę brzydka. Kopuła pomocnicza przykrywała ją tylko częściowo. Wzdłuż ścian stały zbiorniki z wodą techniczną, pojemniki z mikroorganizmami, moduły grzewcze i zapasowe panele. Podłoże było nierówne. Gdzieniegdzie zbierała się wilgoć. Z sufitu zwisały tymczasowe przewody, oznaczone jaskrawymi wstążkami, żeby nikt nie udawał, że ich nie widzi.
— To jest bardziej wzruszające niż sala ceremonialna — powiedziała Dewi.
Gede Arman wyglądał na zbolałego.
— Wasza Wysokość, tam przynajmniej działa oświetlenie dekoracyjne.
— Właśnie.
Szli w małej grupie. Bez filozofów, bez komisji ceremoniału, bez mediów. Ratih prowadziła ich starymi przejściami. U-Tem porównywała archiwalne współrzędne z aktualną mapą. Selene Var sprawdzała parametry gleby. Niko Taal, zaproszony przez Slaka, niósł narzędzia do analizy tkanin i wyglądał tak, jakby nadal nie wierzył, że jego uwaga o odprutym znaku doprowadziła królową do półzapomnianej strefy technicznej.
Slak szedł obok Dewi.
— To nie rozwiązuje jeszcze sprawy proporca — powiedział cicho.
— Nie.
— Ktoś nadal musiał go zrobić, zawiesić i odpruć znak.
— Tak.
— I ten ktoś znał poletko.
— Tak.
— I znał filozofów.
— Tak.
— I znał program uroczystości.
Dewi spojrzała na niego.
— Wiem, kochany. Ale najpierw chcę zobaczyć roślinę.
Slak skinął głową.
Czasem królowa miała rację nawet wtedy, gdy detektyw powinien naciskać dalej.
Ratih zatrzymała się przy niskiej ścianie oddzielającej starą część kopuły od nowej. Nie było tam żadnego pięknego wejścia. Tylko właz techniczny, częściowo zasłonięty przez moduł filtracyjny i skrzynkę z narzędziami.
Gede Arman jęknął.
— To miało zostać przeniesione dwa miesiące temu.
Dewi położyła mu dłoń na ramieniu.
— Gede, im bardziej się wstydzisz, tym bardziej czuję, że jesteśmy blisko prawdy.
— To bardzo okrutna metoda śledcza.
— Skuteczna?
— Niestety.
Odsunięto moduł. Otworzono właz.
Za nim była mała przestrzeń.
Nie ogród.
Nie nawet poletko.
Raczej kieszeń gleby, którą zapomniano wyrzucić.
A pośrodku rosło coś zielonego.

Było niewielkie. Nie drzewo. Nie krzew. Roślina miała siedem cienkich pędów wyrastających z jednego płytkiego układu korzeniowego. Liście były jasne, prawie przezroczyste na brzegach. Na każdym pędzie inaczej układały się żyłki: kropla, oko, płomień, księga, kamień, spirala i jeden liść bez znaku, gładki, młody, dopiero rozwijający się.
Pusty okrąg.
Dewi uklękła.
Nikt nie powiedział, że królowa nie powinna klękać w strefie technicznej.
Nawet komisja ceremoniału, gdyby była obecna, prawdopodobnie zrozumiałaby, że tym razem milczenie jest rozsądniejsze od protokołu.
— Ona żyje — powiedziała Dewi.
Ratih Suma otarła oczy rękawem.
— Niemożliwe.
Selene Var klęknęła obok królowej i wyciągnęła przezroczyste dłonie nad rośliną, nie dotykając jej.
— Nie tylko żyje — powiedziała. — Adaptuje się.
— Do czego?
— Do Lakszmi.
To zdanie było proste.
I dlatego przez chwilę nikt nie potrafił odpowiedzieć.
Slak spojrzał na siedem pędów.
— Czy ktoś mógł znać tę roślinę i uznać, że jest prawdziwym pierwszym centrum kolonii?
Ratih skinęła głową.
— Tak.
— Czy ktoś z pierwszej ekipy wiedział o wszystkich siedmiu szkołach filozoficznych?
— Później wszyscy wiedzieli. Trudno było nie wiedzieć. Filozofowie są… słyszalni.
Niko Taal pochylił się nad rośliną.
— Ten liść bez znaku. On nie jest pusty.
Dewi spojrzała na niego.
— Co widzisz?
— Nic. Właśnie dlatego. Jest młody. Jeszcze nie ma żyłek. Symbol na proporcu był pusty, bo ktoś nie chciał nazwać siódmego pędu za wcześnie.
U-Tem powiedziała cicho:
— Albo nie wiedział, co się na nim pojawi.
Dewi siedziała przy roślinie długo.
Czuła, że zagadka zmieniła kształt.
To już nie było tylko pytanie, kto zawiesił proporzec.
Pytanie brzmiało: kto próbował powiedzieć kolonii, że jej serce już rośnie, ale nie należy jeszcze do żadnej szkoły.
Slak stanął za nią.
— Dewi.
— Tak?
— Musimy znaleźć autora proporca.
— Znajdziemy.
— Ale?
— Ale najpierw ktoś musi pilnować tej rośliny.
Selene Var odpowiedziała natychmiast:
— Ja.
Ratih powiedziała równocześnie:
— Ja.
U-Tem dodała:
— My.
Dewi uśmiechnęła się.
— Dobrze. To już brzmi jak początek instytucji.
Gede Arman spojrzał na siedem pędów.
— Filozofowie się pozabijają.
— Nie — powiedziała Dewi. — Będą debatować.
— To może być gorsze.
Slak westchnął.
— Zdecydowanie.
Dewi wstała ostrożnie.
— Zwołamy ich.
— Tutaj? — zapytał Gede z przerażeniem.
— Nie. Tutaj jeszcze nie. Najpierw musimy ustalić, kto usunął znak z proporca.
Slak spojrzał na Niko.
— Kto miał dostęp do tkaniny po jej wykonaniu?
Niko pobladł.
— Warsztat dekoracji. Komisja. Selene Var jako nadzór kopuły. Magazyn tkanin. I…
— I?
— Dzieci osadników.
Dewi zamknęła oczy.
— Spontaniczne pozdrowienie dzieci — powiedziała.
Slak spojrzał na nią.
— Najgroźniejszy punkt programu.
— Wiedziałam.
W małej kieszeni gleby siedem pędów poruszyło się lekko.
Tym razem nie od gamelanu.
Od powietrza, które wreszcie ktoś do nich wpuścił.
Zielona była w sercu miasta Gafarian. Wąskie korytarze ułożone były z bloków starannie odlanego metalu, który nawiązywał kształtem do igieł jakichś gigantycznych drzew. Wokół niej sunęły tłumy Gafarian. Poruszali się nie tylko po posadzce, ale po ścianach i sufitach. Biegnąc tak pozdrawiali się niemal uroczyście.
Tłumacz Zielonej zaczynał nadążać za drganiami i zapachami języka Gafarian.
– Witaj droga gościni – wołali do niej przechodzący.
– Dawno nikt spoza nas nie był tutaj – zauważało wielu. – Witaj. Jesteśmy zaszczyceni i to wielki zaszczyt dla ciebie.
– Cześć, twój awatar jest zabawny – tego typu głosy należały zapewne do inżynierów gafariańskich.
Zielona zaczęła przyglądać się uważniej. I natychmiast zauważyła, że część Gafarian jest zapewne biologiczna, natomiast inni z nich to zapewne sAI. Ciekawe było to, że sAI mieli formę bardzo zbliżoną do biologicznych Gafarian. Nie zdarzały się im kształty zupełnie odbiegające od biologicznych braci w ewolucji, co było bardzo częste w Układzie.
Dwóch Gafarian, wyraźnie większych od przeciętnego wzrostu, zatrzymało się przed nią.
– Witaj gościni – powiedzieli jednocześnie. – Radni pragną cię widzieć. Pójdź z nami, jeśli chcesz…
– Jeśli chcesz? – zdziwiła się Zielona.
– Nie powinno się z nikim rozmawiać na siłę – wyjaśnił jeden z członków gwardii. – Trzeba mieć nastrój, być najedzonym, przygotować odpowiednie zapachy. Masz ochotę na rozmowę?
– Mam – powiedziała Zielona. Była zaskoczona. Do tej pory myślała, że wśród Gafarian panuje wojskowa dyscyplina.
Ruszyli dalej przez labirynty miasta przypominającego gigantyczny kopiec mrówek. Może zresztą nie był wcale aż tak gigantyczny. W końcu awatar Zielonej był teraz maleńki, więc rzeczy niewielkie wydawały się jej wielkie.
Korytarze rozszerzały się. Zielona zauważyła, że aleje są obsadzone jakimiś grzybami, które lśniły w półmroku. Metalowe igły na ścianach były tu rzeźbione i ułożone w idealnie przebiegające wzory. Tu nie było już takiego tłoku i ścisku. W cieniu grzybów Gafarianie toczyli najwyraźniej spokojne rozmowy. Były też wyjścia do bocznych pomieszczeń, które mogły być sklepami albo jakimiś urzędami. Niektóre wejścia były oznaczone innym układem igieł i innymi rzeźbieniami na nich.
Sala Rady wydała się Zielonej wielka. Nie przypominała jaskini ułożonej niedbale z igieł. Kojarzyła się raczej z budowlami na Wenus nawiązującymi do rzymskiego Panteonu. Wielką przestrzeń nakrywała ułożona starannie kopuła o wyśmienitych proporcjach.

Członkowie Rady, gdy tylko ją zauważyli, ruszyli ze swoich miejsc i ukłonili się przed nią. Wyglądało to jak szybkie kładzenie się na Ziemi. Zielona niezbyt zręcznie powtórzyła ten gest.
– Ależ proszę nie, to my jesteśmy zaszczyceni – zaprotestowała przewodnicząca rady. – Jestem Yghr. Nasze legendy opowiadały nam o takich jak ty.
– Odwiedzałyście nas, gdy nie umieliśmy jeszcze odlewać metalu – rzekł inny Gafarianin. – Jestem szefem zasobów. Na imię mam Tuwr. Inni nie będą się odzywać, aby nie nadwyrężać naszych algorytmów tłumaczących – Zielona dopiero teraz zauważyła, że Tuwr jest sAI.
– Jeśli chodzi o legendy, to niestety mam amnezję – zauważyła na wstępie Zielona.
– Wiemy – odparł Yghr. – Wielki nieprzyjaciel pogrążał całe światy w amnezji. Nasz też. Długo odbudowywaliśmy cywilizację po tym ataku. Część naszych braci i sióstr oszalała i wyruszyła, aby podbijać i niszczyć. Nie wiemy gdzie są. Oni nie mieli amnezji, tylko fałszywe wspomnienia.
– Wspomnienia z czasem wracają u bardzo starych istot – dodał Tuwr. – Ja jestem bardzo stary, więc wiem.
– Tuwr jest najstarszym z nas – rzekł Yghr. – Powinien pamiętać ataki sprzed setek milionów lat. Ale na razie nie pamięta. Tak czy siak wszechświat jest piękny. To nic, że bywa groźny. Cieszmy się istnieniem, nawet jeśli ma swoją cenę.
– To piękne, racjonalne i zarazem optymistyczne przesłanie – zauważyła Zielona.
– Spośród tylu możliwości jednak jesteśmy na tym świecie i cieszymy się bytem. Patrzymy na siebie i na świat. To wielki dar – rzekł Tuwr. – A wy, Aghrak-Sai, wiecie to lepiej niż inni. Trwacie dłużej niż wielu.
– Aghrak-Sai? – zdziwiła się Zielona.
– Tak się nam przedstawiłyście bardzo dawno temu – stwierdził Yghr. – To oznacza w archaicznym Gafariańskim Pradawne.
– Pradawne? – Zielona się zaśmiała. – Dalej nas tak nazywają, tylko w innych językach.
– Układ waszej gwiazdy rozwinął się. Dzikie istoty stały się myślące, wielkie dzikie istoty – zauważył Yghr.
– Mają też sAI – dodał Tuwr. – Cieszymy się, że teraz mamy sąsiadów. Dlatego zgodziłyśmy się na kolonizację pobliskiej planety. Ona dla nas nie jest użyteczna.
– Ktoś z wami o tym rozmawiał – zdziwiła się Zielona.
– Królowa Wenus poprosiła Bramy, Bramy poprosiły nas, my wyraziliśmy zgodę – wyjaśnił Yghr. – To było grzeczne zapytać. Królowa Wenus jest mądra.
– Lepiej było zapytać. Jesteśmy dość wojowniczy, ale sprawiedliwi – Tuwr rozwinął tę myśl nieco w inny sposób. – Łowcy o tym wiedzieli. Chroniliśmy ten sektor przed nimi. Dziękujemy za usunięcie łowców. Też jesteście wojowniczy. To dobrze. Nie lubimy skrajnych pacyfistów. Ich cywilizacje nie mają sensu. Znikają szybko. Nie nawiązujemy kontaktów.
– Dobrze być wojowniczym i sprawiedliwym – zauważył Yghr. – Niedobrze być pacyfistą. Niedobrze być niesprawiedliwym wojowniczym. Jak nasi bracia i siostry, którzy wylecieli gdzieś po ataku amnezji. Co sądzisz o zagadce pętli czasu, którą rozpętał głupio Chlam?
– Jest irytująca i męcząca – powiedziała Zielona. – Musiałam to wszystko sprowadzić do pionu, nie macie nawet pojęcia jakie to było trudne. Na szczęście przypomniałam sobie, że znam się na tym. Ale wszystkich przestraszyłam.
– Chlam nie jest bardzo zły. Tylko strasznie chciwy – wyjaśnił Tuwr. – Nie damy go wam. Nie chcemy, żebyście zrobili mu krzywdę, na którą prawdopodobnie zasłużył.
Tymczasem Dewi i Slak czekali pod pierwszym na Lakszmi przedszkolem. Dzieci skończyły zajęcia i rzuciły się na Dewi, aby ją przytulić. Królowa roześmiała się i zaczęła gładzić ich główki.
– Pani Królowo. Mamusia mówiła, że niedługo twoje dzieci będą się z nami bawić – powiedziała jedna z dziewczynek. Dewi zarumieniła się.
– Miej chłopczyków, nie tylko dziewczynki – zażądał chłopczyk sAI.
– Dam córeczce pani królowej laleczkę, o tą – zadeklarowała inna dziewczynka, pokazując uszytą ze szmat zabawkę.
– Dzieci – powiedziała Dewi, dalej się rumieniąc. – Chcę was zapytać o dwie rzeczy.
– Tak? – dzieci ustawiły się w niesfornym szeregu. Miały wrażenie, że to kolejna zabawa, podobna do tych na przedszkolnych zajęciach.
– Czy wiecie coś o pierwszej roślince?
– Wiemy, wiemy, tak proszę pani królowo – zakrzyknęły dzieci chórem, wskazując miejsce z pierwszą rośliną. – Jest śliczna. Podlewamy ją, gdy nikt nie patrzy. Ale teraz tam są dorośli – przekrzykiwały się.
– A robiłyście coś z proporcem? – przekrzyczał je Slak, bo rozbawiona Dewi nie miała już siły, aby mówić.
– Z proporcem? Nie. To zagadka. My też chcemy się bawić w detektywów. Fajny proporzec. Pojawia się i znika – dzieci podskakiwały podekscytowane.
Dewi kucnęła przed dziećmi, choć oficjalny protokół kolonii z pewnością nie przewidywał kucania królowej pod przedszkolem.
Dzieci uznały to natychmiast za dobry znak.
Jedna dziewczynka biologiczna wcisnęła jej do ręki szmacianą laleczkę, aby królowa mogła ją „tylko potrzymać, ale bardzo ostrożnie, bo ona jeszcze nie zna dworu”. Chłopczyk sAI o połyskliwych policzkach próbował jednocześnie opowiedzieć o roślince, proporcu, swoim pomyśle na imię dla przyszłego królewskiego syna i tym, że wczoraj zupa kolonial546na była „odważna, ale źle”.
Dewi spojrzała na Slaka.
— On ma talent dyplomatyczny.
— Albo kulinarny.
— Albo jedno i drugie.
— Dzieci — powiedział Slak, unosząc dłoń. — Spróbujmy po kolei.
Dzieci spojrzały na niego z uprzejmym zainteresowaniem osób, które nie zamierzają spróbować po kolei, ale doceniają wysiłek dorosłego.
Dewi przejęła rozmowę.
— Powiedziałyście, że proporzec pojawia się i znika.
— Tak!
— Nie znika jak duch?
Dzieci roześmiały się chórem.
— Nieee!
— Duchy są przezroczyste — wyjaśniła jedna dziewczynka.
— A proporzec jest grafitowy — dodał chłopczyk sAI z miną eksperta.
— I czasem brudny na dole — powiedziało inne dziecko. — Jak się go wbija przy zbiornikach.
Slak natychmiast przestał się uśmiechać.
— Przy jakich zbiornikach?
— Przy tych wielkich — powiedziała dziewczynka z laleczką. — Tam, gdzie nie wolno się bawić, więc tylko patrzymy.
— Z daleka — dodała szybko druga.
— Bardzo z daleka — powiedziała trzecia tonem osoby, która wie, że rodzice kiedyś obejrzą nagranie.
Dewi zachowała powagę.
— Gdzie jeszcze widziałyście proporzec?
Dzieci zaczęły odpowiadać wszystkie naraz.
— Przy starej śluzie!
— Nie, najpierw przy magazynie tkanin!
— Przy przedszkolu był raz!
— Nie przy przedszkolu, tylko za przedszkolem, tam gdzie rośnie mała roślinka, ale nie ta pierwsza, tylko ta udawana!
— Przy kuchni!
— Przy kuchni nie, to był ręcznik!
— Nieprawda, ręcznik miał frędzle!
Slak zamknął oczy.
— To jest trudniejsze niż proces Helixa.
— Cicho, narzeczony — powiedziała Dewi. — To są najlepsi świadkowie, jakich mamy.
Dzieci natychmiast urosły w dumę.
— Jesteśmy detektywami — oznajmił chłopczyk sAI.
— Jeszcze nie — powiedział Slak.
— Ale możemy być.
— To zależy od zachowania materiału dowodowego.
Dzieci spojrzały na siebie z zachwytem.
— Materiał dowodowy — powtórzyła dziewczynka z laleczką. — To brzmi jak coś, czego nie wolno lizać.
— Dokładnie — powiedział Slak. — Niczego nie liżemy.
Dewi uśmiechnęła się do dzieci.
— Potrzebujemy mapy.
— Mamy mapę! — krzyknęło pięcioro naraz.
Jedna z opiekunek przedszkolnych, która dotąd stała z boku z twarzą osoby próbującej obliczyć, czy rozmowa królowej z dziećmi zalicza się do zajęć dydaktycznych, pobiegła po tablicę. Po chwili przyniosła dużą, kolorową mapę kolonii, wykonaną przez dzieci podczas tygodnia „Poznajemy nasz nowy dom”.
Mapa nie miała skali.
Nie miała wszystkich kopuł.
Miała za to ogromną kawiarnię, choć w rzeczywistości kawiarnia mieściła się w trzech połączonych kontenerach, oraz bardzo szczegółowy rysunek robota, który witał pusty fragment lądowiska.
Dewi pochyliła się nad mapą.
— Świetna.
Slak spojrzał na nią.
— Naprawdę?
— Oczywiście. Dorosłe mapy pokazują, gdzie są drzwi. Dziecięce pokazują, gdzie coś jest ważne.
Dzieci od razu zaczęły zaznaczać miejsca, w których widziały grafitowy proporzec. Jedno przykleiło złotą gwiazdkę przy starej śluzie. Drugie narysowało kreskę przy zbiornikach. Trzecie postawiło kropkę obok magazynu tkanin. Czwarte zaznaczyło tył przedszkola. Piąte upierało się przy kuchni, ale po długiej debacie zgodziło się na dopisek: „może ręcznik, ale podejrzany”.
Slak patrzył coraz uważniej.
— Dewi.
— Widzę.
Miejsca nie były przypadkowe.
Nie tworzyły koła. Nie tworzyły spirali. Nie tworzyły żadnego dramatycznego znaku, który mógłby ucieszyć filozofów. Układały się w trasę.
Od magazynu tkanin, przez starą śluzę, obok zbiorników, za przedszkolem, aż do sali proporców.
Ścieżka prowadziła w pobliżu strefy ósmej.
Dewi dotknęła palcem dziecięcej mapy.
— Ktoś pokazywał drogę.
— Komu? — zapytał Slak.
— Nam. Albo komuś, kto nie chciał patrzeć.
Dziewczynka z laleczką uniosła rękę.
— Pani królowo?
— Tak?
— My patrzyliśmy.
Dewi uśmiechnęła się do niej bardzo ciepło.
— Właśnie dlatego przyszliśmy do was.
Chłopczyk sAI pochylił się nad mapą.
— Czy możemy dostać odznaki detektywów?
Slak odparł bez wahania:
— Nie.
Dewi powiedziała jednocześnie:
— Tak.
Spojrzeli na siebie.
Dzieci wstrzymały oddech.
— Tymczasowe — powiedział Slak.
— Bardzo oficjalne — dodała Dewi.
— Bez uprawnień do przesłuchiwania dorosłych.
— Z prawem zgłaszania obserwacji.
— I obowiązkiem niechodzenia do stref zakazanych.
— Ani lizania materiału dowodowego — dorzuciła dziewczynka z laleczką.
— To będzie pierwszy punkt regulaminu — powiedział Slak.
Dzieci uznały go za bardzo rozsądnego dorosłego.
To była opinia rzadka i cenna.
Po spotkaniu z dziećmi Dewi i Slak wrócili do strefy technicznej z mapą w ręku.
Tym razem poszli dokładnie trasą zaznaczoną przez małych świadków. Nie przez oficjalne korytarze, którymi prowadzono królową. Nie przez reprezentacyjne przejścia wyłożone tymczasowym jasnym kamieniem. Poszli przejściami bocznymi, technicznymi, czasem trochę niewygodnymi, w których Lakszmi była mniej uroczysta, a bardziej prawdziwa.
Za magazynem tkanin znaleźli pierwszy ślad: mały otwór w miękkim podłożu przy ścianie, idealny dla cienkiego drzewca proporca. Przy starej śluzie — drugi. Obok zbiorników — trzeci, trochę głębszy, bo grunt był wilgotniejszy. Za przedszkolem — czwarty, przy którym ktoś zostawił drobny kawałek grafitowej nici.
Slak podniósł ją pęsetą.
— Ten sam materiał?
— Prawdopodobnie — powiedziała Selene Var, która dołączyła do nich z przenośnym skanerem. — Ale muszę porównać.
Gede Arman stał za nimi z miną człowieka, który odkrywa, że dzieci od tygodnia prowadziły skuteczniejsze śledztwo niż rada kolonii.
— Nie rozumiem — powiedział. — Po co ktoś miałby przenosić proporzec po całej kolonii?
Dewi spojrzała na trasę.
— Żebyście zapytali, dlaczego.
— Nie zapytaliśmy.
— Właśnie.
Slak dodał:
— I żeby sprawdzić, kto zauważy.
— Dzieci zauważyły — powiedziała Selene Var.
— Dzieci i prawdopodobnie autor — odparł Slak.
— Albo autorzy — dodała Dewi.
Przy ostatnim miejscu, za przedszkolem, znaleźli coś jeszcze.
Nie było to ukryte bardzo starannie. Raczej odłożone z myślą, że kto idzie właściwą drogą, powinien móc to zobaczyć. Pod skrzynką po narzędziach leżał mały pojemnik z przezroczystą pokrywą. W środku znajdował się fragment nici, trzy drobne drewniane kołki i kartka.
Papierowa.
Slak westchnął.
— Papier wrócił do mody wśród spraw problematycznych.
Dewi otworzyła pojemnik dopiero po tym, jak Selene sprawdziła, że nie zawiera nic niebezpiecznego. Kartka była złożona na cztery części. Pismo było ręczne, wyraźne, ale celowo pozbawione charakterystycznych ozdobników.
Dewi przeczytała na głos:
— „Nie szukajcie winnego. Szukajcie miejsca, któremu odebrano prawo do początku.”
Gede Arman jęknął.
— Filozofowie.
— Nie tak szybko — powiedział Slak. — Filozofowie napisaliby to dłużej.
Dewi przeczytała zdanie jeszcze raz.
— „Miejsca, któremu odebrano prawo do początku” — powtórzyła. — To już nie jest żart z ceremonii.
— Nie — powiedział Slak. — To skarga.
Selene Var spojrzała w stronę strefy ósmej.
— Roślina.
— I pierwsza ekipa — dodała Dewi.
Gede Arman natychmiast zaprotestował:
— Ratih nie zrobiłaby tego po cichu.
— Skąd wiesz?
— Bo Ratih krzyczy, kiedy uważa, że ma rację.
— To rzeczywiście mocny argument — przyznała Dewi.
Slak obejrzał kartkę pod światło.
— To może być ktoś z młodszych. Ktoś, kto zna historię poletka, ale nie ma pozycji, żeby wystąpić oficjalnie.
— Niko? — zapytał Gede Arman.
— Niko powiedział nam o odprutym hafcie — przypomniała Dewi. — Gdyby był autorem, mógłby milczeć.
— Chyba że chciał nas poprowadzić dalej — powiedział Slak.
Dewi uśmiechnęła się lekko.
— Zaczynasz się bawić.
— To bardzo nieprofesjonalne.
— Ale prawdziwe.
Selene Var przesłała wyniki skanowania nici.
— Materiał zgadza się z proporcem.
— A drewniane kołki? — zapytała Dewi.
Selene zawahała się.
— To nie drewno.
— Co?
— Materiał roślinny z Lakszmi.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Z Lakszmi? — powtórzył Gede.
— Tak. Bardzo młody. Prawdopodobnie z rośliny testowej albo jej odgałęzienia.
Dewi przestała się uśmiechać.
— Czy uszkodzono pierwszą roślinę?
— Nie wiem.
— Sprawdźmy.
Roślina w strefie ósmej była nienaruszona.
Ratih, U-Tem i Selene sprawdziły ją trzy razy, a potem czwarty, bo Dewi patrzyła tak, że nikt nie chciał ryzykować pomyłki. Siedem pędów trwało spokojnie. Żaden nie został odłamany. Korzenie były płytkie, ale zdrowe. Liść bez znaku rozwinął się odrobinę bardziej od poranka.
Kołki nie pochodziły z niej.
— Czy są inne podobne rośliny? — zapytał Slak.
Ratih i U-Tem wymieniły spojrzenia.
Dewi zauważyła to.
— Znowu?
Ratih uniosła ręce.
— Tym razem legalnie.
— To proszę mówić szybko, zanim przestanę wierzyć w to słowo.
U-Tem wyświetliła mapę małych upraw próbnych.
— Po odkryciu, że pierwsza roślina przeżyła, rozmnożyliśmy jej materiał w kontrolowanych warunkach. Oficjalnie jako linia adaptacyjna siedem-osiem. Nie wiedzieliśmy, że pierwsza roślina nadal istnieje. Uważaliśmy, że materiał wyjściowy zginął, a my mamy tylko potomne kultury.
— Gdzie są te kultury?
Na mapie pojawiło się kilka punktów.
Jeden przy magazynie tkanin.
Jeden obok zbiorników.
Jeden za przedszkolem.
Jeden przy starej śluzie.
Dewi patrzyła na mapę bez słowa.
Slak powiedział cicho:
— Proporzec nie tylko wskazywał drogę do pierwszej rośliny. On łączył miejsca jej potomków.
Selene Var dodała:
— Ktoś znał całą linię adaptacyjną.
Gede Arman zbladł.
— To zawęża krąg osób.
— Do kogo? — zapytała Dewi.
— Biosfera. Archiwum. Technicy dekoracji, jeśli dostali materiały. Selene. Ratih. U-Tem. Kilka osób z rady. I…
— I?
Gede westchnął.
— Przedszkole.
Dewi zamrugała.
— Przedszkole?
— Dzieci dostały jedną potomną roślinę do obserwacji w ramach zajęć „Nowy świat rośnie z nami”.
Slak spojrzał na nią powoli.
— Odznaki detektywów były błędem.
— Jeszcze nie.
Dewi odwróciła się do U-Tem.
— Kto prowadził te zajęcia?
U-Tem wyświetliła nazwisko.
Mira Nayan. Opiekunka przedszkolna. Dawna asystentka pierwszej ekipy biosferycznej.
Selene Var powiedziała bardzo cicho:
— Mira znała dziecięcą mapę.
Ratih Suma zamknęła oczy.
— I znała poletko.
Slak spojrzał na Dewi.
— Zapytamy ją?
Dewi skinęła głową.
— Spokojnie. Bez oskarżenia. Jeśli to ona, nie wygląda mi to na przestępstwo.
— A jeśli ukrywa coś większego?
Dewi spojrzała w stronę małej rośliny.
— To tym bardziej spokojnie.
Mira Nayan była w przedszkolu, gdzie dzieci właśnie tworzyły odznaki detektywów z papieru, folii i stanowczo zbyt dużej ilości kleju.
Na widok królowej wszystkie jednocześnie próbowały schować odznaki.
Slak spojrzał na Dewi.
— Regulamin.
— Później.
Mira była młodą kobietą o zmęczonych oczach i dłoniach pobrudzonych farbą. Nie wyglądała na spiskowczynię. Wyglądała na kogoś, kto od rana pocieszał dziecko, naprawiał robota edukacyjnego, pilnował podlewania roślin, rozdzielał kłócących się detektywów i udawał, że papierowy klej nie znajduje się na suficie.
Dewi podeszła do niej bez eskorty.
— Miro.
Opiekunka zamarła.
— Wasza Wysokość.
— Chcę porozmawiać o proporcu.
Dzieci ucichły tak gwałtownie, że stało się jasne, iż wiedzą bardzo dużo albo bardzo chcą wiedzieć.
Mira spojrzała na nie.
Potem na Dewi.
Potem na Slaka.
— Proszę nie przy dzieciach — powiedziała.
Dewi skinęła głową.
— Dobrze.
Wyszli do małego korytarza za salą. Przez szybę było widać dzieci, które natychmiast przycisnęły twarze do przezroczystej ściany.
Slak zasłonił szybę tymczasową matą.
Po drugiej stronie rozległ się zawiedziony pomruk małych detektywów.
Mira odetchnęła.
— To ja — powiedziała, zanim Dewi zadała pytanie.
Gede Arman, który doszedł za nimi, wyglądał, jakby chciał usiąść na czymkolwiek.
Dewi nie okazała triumfu.
— Ty zrobiłaś proporzec?
— Tak.
— Ty go przenosiłaś?
— Tak.
— Ty odprułaś znak?
Mira przełknęła ślinę.
— Tak.
Slak zapytał spokojnie:
— Dlaczego?
Mira spojrzała przez matową szybę w stronę dzieci.
— Bo dorośli nie słuchali. A dzieci słuchały planety.
Nikt się nie roześmiał.
Bo tym razem nie było w tym nic śmiesznego.
Mira Nayan nie wyglądała jak ktoś, kto przygotował skomplikowaną prowokację symboliczną.
Stała w wąskim korytarzu za przedszkolem, z włosami związanymi byle jak, z plamą kleju na rękawie i odrobiną zielonej farby na policzku. Za matową szybą dzieci szeptały, próbowały zaglądać przez szczeliny i zapewne właśnie ustalały, czy w regulaminie tymczasowych detektywów istnieje prawo do podsłuchiwania królowej w sprawach szczególnie ważnych.
Dewi nie zaczęła od pytania.
To Slak zauważył.
Królowa po prostu patrzyła na Mirę tak, jak patrzyła czasem na osoby, które właśnie powiedziały prawdę szybciej, niż same były na nią gotowe.
— Usiądźmy — powiedziała w końcu.
— Tu nie ma gdzie, Wasza Wysokość.
Dewi rozejrzała się. Rzeczywiście, korytarz był praktyczny, wąski i całkowicie pozbawiony mebli, nie licząc pojemnika na zabawki, z którego wystawała pluszowa istota nieznanego gatunku.
— W takim razie stoimy — powiedziała. — Ale bez przesłuchania jak w sądzie. To nie jest sąd.
Mira spojrzała na Slaka.
— On wygląda jak sąd.
— To częsty problem — przyznała Dewi.
Slak westchnął.
— Jestem tutaj jako narzeczony królowej, doradca i osoba z pytaniami. Nie jako prokurator, sędzia ani obrońca.
— To nadal brzmi groźnie.
— Wiem.
Dewi dotknęła lekko ramienia Miry.
— Powiedziałaś, że dorośli nie słuchali, a dzieci słuchały planety. Co to znaczy?
Mira długo patrzyła na matową szybę.
— Dzieci nie wiedzą, że coś jest nieważne, jeśli dorośli powiedzą to odpowiednio cicho — powiedziała. — Dla nich roślina za przedszkolem jest tak samo ważna jak przemówienie rady. Kawałek tkaniny przy zbiornikach jest tak samo ważny jak oficjalny proporzec. Jeśli coś się pojawia w ich świecie, pytają: dlaczego? Dorośli pytają najpierw: czy to jest w programie?
Slak zanotował to w pamięci.
Nie dlatego, że musiał. Dlatego, że było prawdziwe.
— Byłaś asystentką pierwszej ekipy biosferycznej — powiedział.
Mira skinęła głową.
— Najmłodszą. Przynosiłam narzędzia, pilnowałam wilgotności w małych pojemnikach, opisywałam próbki. Ratih mówiła, że mam cierpliwość do rzeczy, które jeszcze nie zasługują na uwagę.
— Ładne określenie — powiedziała Dewi.
— Wtedy nie brzmiało ładnie. Brzmiało jak praca, której nikt inny nie chce.
— A pierwsza roślina?
Mira uśmiechnęła się pierwszy raz.
Smutno, ale prawdziwie.
— Ona zasługiwała na uwagę od pierwszej nocy. Była prawie niczym. Dwa listki, cienki pęd, korzeń tak delikatny, że bałam się oddychać za blisko. Ale przeżyła. Na Lakszmi. Nie w laboratorium orbitalnym, nie w symulacji, nie w komorze testowej na Wenus. Tutaj.
Za matową szybą jedno z dzieci kichnęło.
Ktoś inny szepnął: „Cicho, to ważne”.
Mira zamknęła oczy.
— Potem wszystko urosło szybciej niż ona. Rada. Programy. Kopuły. Komisje. Filozofowie. Uroczystości. Ślub. Przemówienia o pierwszym drzewie. A roślina, która naprawdę była pierwsza, została w strefie ósmej jak stary błąd w dokumentacji.
Gede Arman, stojący trochę dalej, spuścił głowę.
— To nie było celowe — powiedział cicho.
— Wiem — odparła Mira. — Właśnie dlatego było gorsze. Gdybyście ją zniszczyli, mogłabym was nienawidzić. Ale wy po prostu mieliście ważniejsze rzeczy.
Dewi nie odezwała się od razu.
To zdanie trafiło w nią mocniej, niż chciała pokazać. Jako królowa znała tę winę: nie zła decyzja, nie okrucieństwo, nie świadome pominięcie. Tylko kolejność. Tylko program. Tylko coś, co nie zmieściło się w pierwszym rzędzie dokumentów.
— Dlaczego proporzec? — zapytał Slak.
Mira otworzyła oczy.
— Bo nie chciałam niszczyć uroczystości. Chciałam ją poprawić.
— Przenosząc grafitowy proporzec po kolonii?
— Najpierw chciałam tylko, żeby ktoś zapytał. Zrobiłam znak siedmiu korzeni, bo wszyscy kłócili się o jedno drzewo, a pierwsza roślina nie jest jednym drzewem. Ma siedem pędów. Każdy z filozofów mógł zobaczyć w niej coś swojego. Chciałam, żeby zrozumieli, że Lakszmi nie musi zaczynać się od zwycięstwa jednej szkoły.
— A wycięty znak? — zapytała Dewi.
Mira zadrżała.
— Tego żałuję.
— Dlaczego go odprułaś?
— Bo gdyby został, Selene albo Ratih rozpoznałyby lokalizację od razu. Wtedy rada mogłaby szybko schować sprawę, ogłosić błąd proceduralny, przenieść roślinę, nazwać ją ładnie i zakończyć debatę. Chciałam, żeby najpierw wszyscy zobaczyli pytanie.
Slak zmrużył oczy.
— To jest bardzo przemyślane jak na kogoś, kto „nie chciał niszczyć uroczystości”.
— Pracuję z dziećmi — powiedziała Mira. — Planowanie chaosu w granicach bezpieczeństwa to mój zawód.
Dewi nie wytrzymała i uśmiechnęła się.
— To brzmi jak definicja kolonizacji.
Gede Arman jęknął.
— Wasza Wysokość, proszę nie wpisywać tego do dokumentów założycielskich.
— Jeszcze się zastanowię.
Slak wrócił do rzeczy.
— Czy ktoś ci pomagał?
Mira milczała odrobinę za długo.
— Miro — powiedziała Dewi łagodnie.
Opiekunka spojrzała na nią.
— Dzieci widziały. Nie pomagały. Ale widziały. A potem zaczęły pilnować miejsc, w których był proporzec. Myślały, że to gra.
— Czy powiedziałaś im, żeby milczały?
— Nie. Nigdy. Dzieci nie powinny być używane do milczenia dorosłych. One same uznały, że to tajemnica detektywów.
Slak odetchnął prawie niezauważalnie.
To była ważna granica.
— A dorośli? — zapytał.
Mira spojrzała w stronę sali przedszkolnej.
— Niko domyślił się części. Nie wiedział wszystkiego. Pomógł mi raz przenieść drzewce, bo myślał, że przygotowuję demonstrację dla dzieci. Kiedy zobaczył odpruty znak, przestraszył się. Wczoraj chciał powiedzieć, ale wtedy wy już znaleźliście ślad. Ratih nic nie wiedziała. U-Tem też nie. Selene… chyba podejrzewała, że coś jest nie tak, ale nie chciała pytać, bo bała się, że znów przegapiła coś żywego.
Selene Var, stojąca nieco dalej, przygasła.
— To prawda — powiedziała cicho. — Bałam się.
Dewi spojrzała na nią z czułością.
— Nie tylko ludzie umieją odkładać trudne pytania.
— Niestety — odpowiedziała Selene.
W korytarzu zapadła cisza.
Po drugiej stronie szyby dzieci zaczęły bardzo powoli odsuwać matę od dołu. Slak zauważył to kątem oka, ale na razie nic nie powiedział.
— Miro — powiedziała Dewi — naruszyłaś porządek ceremonii. Użyłaś symboli bez zgody rady. Wprowadziłaś w błąd komisję. Przenosiłaś proporzec przez strefy techniczne. Wciągnęłaś dzieci w tajemnicę, nawet jeśli nie kazałaś im milczeć.
Mira pobladła.
— Wiem.
— Ale zrobiłaś to, żeby ocalić coś, co powinno zostać zauważone.
— Tak.
— I nie uszkodziłaś rośliny.
— Nigdy.
— Ani dokumentów.
— Nie.
— Ani nikogo nie naraziłaś?
— Nie sądzę. Proporzec był lekki, miejsca bezpieczne. Sprawdzałam trasy. Wiem, że to brzmi głupio.
— Nie brzmi głupio — powiedział Slak. — Brzmi jak ktoś, kto za bardzo ufa własnej ocenie ryzyka. To mniejszy grzech niż głupota, ale czasem praktycznie równie uciążliwy.
Mira skinęła głową.
— Przyjmuję.
Dewi odwróciła się do Gede Armana.
— Rada zajmie się naruszeniami proceduralnymi. Spokojnie. Bez widowiska.
Gede odetchnął.
— Tak, Wasza Wysokość.
— A ja zajmę się częścią założycielską.
— To brzmi gorzej.
— Dla was? Prawdopodobnie.
Slak spojrzał na nią z lekkim niepokojem.
— Co zamierzasz?
Dewi popatrzyła przez matową szybę na dzieci. Jedno oko małego detektywa było już widoczne w dolnej szczelinie.
— Debatę.
Gede Arman zamknął oczy.
— Filozofów?
— Filozofów, biosfery, dzieci, rady, pierwszej ekipy i każdego, kto uważa, że Lakszmi ma mieć centrum.
— To będzie trwało wieki.
— Nie. Dam im limit czasu.
Slak parsknął śmiechem.
— Królowa ograniczająca filozofów czasem wypowiedzi. To może być brutalniejsze niż kara dla Helixa.
— Tym razem nie będzie kary — powiedziała Dewi. — Będzie pytanie: czy pierwsza roślina ma stać się pierwszym drzewem, pierwszym ogrodem, pierwszym miejscem pamięci czy pierwszym miejscem sporu, który kolonia umie przeżyć bez ukrywania proporców.
Mira patrzyła na nią tak, jakby dopiero teraz zaczęła się bać naprawdę.
— Wasza Wysokość… ja nie chciałam być ważna.
— Wiem.
— Chciałam, żeby roślina była.
— Właśnie dlatego możesz mi pomóc.
— Jak?
Dewi uśmiechnęła się lekko.
— Opowiesz publicznie, co zrobiłaś. Krótko. Bez pięknych filozoficznych zdań.
— Nie umiem przemawiać.
— Tym lepiej. Mówienie prawdy jest czasem łatwiejsze, gdy nie umie się przemawiać.
Po drugiej stronie szyby mata opadła nagle całkiem.
Dzieci, które zapewne zbyt mocno ciągnęły, zamarły w szeregu przy przezroczystej ścianie.
Slak spojrzał na nie surowo.
— Podsłuchiwaliście?
Chłopczyk sAI uniósł rękę.
— Materiał dowodowy nas przyciągnął.
Dewi zakryła usta dłonią.
Mira, mimo łez w oczach, zaczęła się śmiać.
I to był pierwszy znak, że Lakszmi może przeżyć własnych filozofów.
Wieczorem Dewi i Slak poszli zobaczyć pierwszą roślinę jeszcze raz.
Tym razem sami.
Nie całkiem oficjalnie, ale też nie ukradkiem. Na Lakszmi trudno było ukryć królową, zwłaszcza kiedy połowa dziecięcych detektywów prawdopodobnie już tworzyła własną siatkę obserwacyjną.
Strefa ósma była cichsza niż za dnia. Techniczne światła świeciły miękko. Za kopułą ciemniała mokra powierzchnia planety. W oddali pracowały pompy. Co pewien czas przez konstrukcję przechodził niski drżeniowy dźwięk, jakby Lakszmi oddychała jeszcze przez maszyny.
Dewi uklękła przy roślinie.
Slak stanął obok.
— Jutro będzie chaos — powiedział.
— Wiem.
— Filozofowie przygotują mowy.
— Dostaną po pięć minut.
— To nie powstrzyma filozofów. Oni potrafią mówić pięć minut w jednym zdaniu.
— Wtedy dzieci dostaną gong.
Slak spojrzał na nią.
— Żartujesz?
— Jeszcze nie zdecydowałam.
Roślina trwała spokojnie. Siedem pędów, siedem możliwych znaczeń, jedno żywe miejsce, którego nikt nie zaplanował wystarczająco godnie, a które mimo to rosło.
Dewi dotknęła podłoża obok niej, nie samej rośliny.
— Czy to głupie, że wzrusza mnie bardziej niż wszystkie proporce?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo proporce mówią, co ludzie chcą znaczyć. Ona mówi, co już się stało.
Dewi spojrzała na niego.
— To było piękne.
— Zdarza mi się.
— Częściej ostatnio.
— To twoja wina.
Dewi wstała powoli.
Przez chwilę byli bardzo blisko siebie, w małej technicznej niszy, przy pierwszej roślinie planety, która jeszcze nie wiedziała, czym będzie.
— Slaku.
— Tak?
— Myślisz, że to dobre miejsce na ślub?
Spojrzał na nią długo.
— Tu? Przy włazie technicznym, filtrach i roślinie znalezionej przez dziecięcych detektywów?
— Nie jako cała ceremonia. Jako początek. Może pierwsze błogosławieństwo Lakszmi nie powinno być na scenie.
Slak uśmiechnął się powoli.
— Wenusjanie dostaną swoją scenę.
— Oczywiście.
— Gamelan?
— Oczywiście.
— Stroje?
— Slaku.
— Pytam formalnie.
— Oczywiście.
— A tutaj?
Dewi spojrzała na siedem pędów.
— Tutaj tylko my. Może Zielona, jeśli wróci. Może dzieci, jeśli i tak się dowiedzą, a dowiedzą się na pewno.
— To coraz mniej „tylko my”.
— Jesteśmy na Lakszmi. Tu nawet prywatność jest pionierska.
Slak ujął jej dłoń.
Nie było kamer.
Nie było komisji ceremoniału.
Nie było nawet pewności, że podłoga jest godna królewskiej chwili.
Ale było miejsce, które odebrano dokumentom i przywrócono życiu.
— Tak — powiedział.
Dewi uśmiechnęła się.
— Na które pytanie?
— Na to, którego jeszcze nie zadałaś do końca.
Za nimi cicho zaszumiała wentylacja.
Siedem pędów pierwszej rośliny poruszyło się lekko.
Nie jako znak.
Po prostu dlatego, że powietrze płynęło.
I tym razem to wystarczyło.
Zielona kołysała się nad zagadkową konstrukcją. Tuwr i Yghr omawiali ją pełni pasji.
– Co o tym sądzisz Pradawna? – to pytanie wracało jak bumerang. Zielona miała wrażenie, że jest na długiej, bardzo precyzyjnej wycieczce po planecie Gafar.
– Nie pamiętam tych konstrukcji – stwierdziła Pradawna.
Stali na wysokim wzgórzu. Na dole rozpościerał się labirynt. Wielki, rozległy i skomplikowany.
– Tu też nawiązaliśmy do architektury naszych najstarszych cywilizacji – wyjaśniał Tuwr. – Koniec końców okazało się, że te wzory mają sens.
– Jaki sens? – Zielona unosiła się w swoim awatarze, nie przestrzegając parametrów jego realizmu. Cząstka jej rozproszonej obecności przeniknęła bardziej fizycznie do awatara.
– Gdy ułoży się w ten wzór emitery pól powstaje wyjątkowo dokładny instrument do badania pola magnetycznego – wyjaśnił Yghr. – Dlatego sądzimy, że nasze najdawniejsze cywilizacje miały kontakt z wysoko rozwiniętymi sąsiadami, choć same były prymitywne. Nie znały nawet elektryczności.
– Jeśli pytacie ponownie, czy owymi cywilizacjami mogły być Pradawne, odpowiem jak zwykle, że nie wiem. Moja pamięć jest zatarta. A rzeczy związanych z Gafarem nie pamiętam na tyle mocno, że może po prostu tu nigdy nie byłam – Zielona tłumaczyła to już nie pierwszy raz. – Czy mogę w końcu porozmawiać z Chlamem?
Gafarianie jednak nie dawali za wygraną. Czekało ich jeszcze wiele obiektów nawiązujących do przeszłości, jak i ruin stanowiących ich wzorce. Za Zieloną i radnymi wlokła się spora grupa podekscytowanych historyków i dziennikarzy.
– Wiecie co – powiedziała w końcu Zielona po dłuższym wahaniu. – Nie jestem przecież sama. Są też inne Pradawne.
– Ale one są daleko – zmartwił się Tuwr. – Tak ważnych rzeczy nie da się omawiać z tak ogromnego dystansu. Trzeba widzieć ślady, trzymać mocno odpryski wykopalisk.
– Może na Lakszmi są teraz jakieś Pradawne? A może stamtąd łatwiej się z nimi skontaktować? – Zielona rzuciła w powietrze kilka pytań, licząc na ciekawy efekt.
Nie przeliczyła się. Grupa Gafarian, która ją coraz bardziej tłumnie otaczała zatrzymała się i zaczęła intensywnie kręcić czółkami.
– Chcemy się udać na Lakszmi – oznajmił w końcu Yghr. – My, dziennikarze i historycy. Więcej historyków…
– Jasne, że więcej – westchęła Zielona. – Ale nic za darmo. Wy mi pozwolicie długo pogadać z Chlamem, ja wprowadzę was na Laszmi, za co pewnie stanę się banitką.
– Staniesz się banitką?
– To był żart.
– Mało śmieszny… – Tuwr stanął na moment bojowo na tylnych odnóżach na znak dezaprobaty.
Jednak ten niezbyt udany targ sprawił, że Zielona stanęła koniec końców oko w oko z Chlamem.
– Za co go sądzicie, tak właściwie? – zaciekawiła się. – Przecież nie pytaliście o szczegóły związane ze sprawą Helixa i pętli.
– O to woleliśmy nie pytać, bo jeszcze byście nas przekonali do ekstradycji – stwierdził Yghr. – Chlam jest osadzony za niegodne reprezentowanie Gafaru w szerokim świecie.
– To poważne przestępstwo, choć niezbyt surowo karane – wyjaśnił Tuwr. – Proszę, pytaj naszego więźnia. Tylko nie myśl o ekstradycji.
– Nie myślę – zapewniła ich Zielona, choć oczywiście o tym myślała, jak każdy prawnik na jej miejscu.
Rozmowa z Chlamem trwała bardzo długo. Pierwsze godziny mijały bez żadnych konkretów. Chlam tłumaczył, że się pomylił i w związku z tym uważał, że podrabianie rzeczy oraz wykorzystywanie niebezpiecznych technologii nie jest wcale nielegalne.
– To przecież bezsensowna wymówka – zauważyła Zielona. – Gdyby takie rzeczy były legalne, każdy rynek rozsypałby się jak domek z kart.
– W każdym razie widzi pani doskonale, że nie znałem waszego prawa – zauważył niezrażony Chlam. – Nie można mnie oskarżać o to, że łamałem coś, czego nie znałem.
– To nie takie proste, panie Chlam – Zielona uniosła się ironicznie. – Jeśli chce pan być aktywny gospodarczo na jakimś obszarze, powinien pan znać prawa tego obszaru. Nie był pan u nas w charakterze turysty.
– No dobrze, ale ta zasada też jest prawem, którego najpewniej nie znałem – zauważył Chlam.
– Sprytny jest, czyż nie – ucieszył się Yghr. – Dlatego wszyscy lubimy Chlama. Od kiedy siedzi w więzieniu powstało o nim kilkanaście długich i fascynujących publicznych zapisów. Niektóre stały się bestselerami.
– Ja ledwo wczoraj wąchałem jeden z nich – zauważył Tuwr. – Złożył go jeden z naszych najlepszych pisarzy. Taka fabularyzowana nowela.
– Naprawdę widać, że długo byliście odcięci od reszty kosmosu – Zielona zakołysała się w wyrazie irytacji.
– No cóż, będziemy trochę mniej odcięci. Pamiętaj co obiecałaś – zauważył Tuwr.
Więzienie Gafarian nie wyglądało jak więzienie.
Zielona zrozumiała to dopiero po kilku chwilach, bo na początku szukała rzeczy oczywistych: krat, pól siłowych, oddzielonych cel, strażników stojących nieruchomo przy wejściu, systemów kontroli, które oznajmiają swoją obecność samym kształtem. Niczego takiego nie było.
Była szeroka przestrzeń pod ziemią, oświetlona miękkim blaskiem grzybów i cienkimi liniami metalu w ścianach. Korytarze rozchodziły się z niej w kilku kierunkach. Po posadzce, ścianach i suficie biegły ślady: zapachowe, świetlne, magnetyczne, może jeszcze inne, których jej tłumacz nie umiał nazwać. Układały się w skomplikowaną mapę obecności.
Gafarianie poruszali się po niej swobodnie.
Ale nie wszyscy wszędzie.
Zielona zauważyła, że pewne linie były omijane z takim spokojem, jakby stanowiły mur. Nikt ich nie przekraczał. Nikt nawet nie sprawdzał, czy można. Dla Gafarianina zakaz najwyraźniej nie musiał być pionową przeszkodą. Wystarczył ślad.
— Więzienie bez ścian — powiedziała.
Tuwr poruszył czułkami z zadowoleniem.
— Ściany są dla istot, które słabo czują drogę.
— A jeśli ktoś przekroczy ślad?
Yghr odpowiedziała poważnie:
— Wtedy wszyscy wiedzą, kim jest.
— To kara?
— To początek kary — wyjaśnił Tuwr. — Najpierw wspólnota wie. Potem rada wie. Potem winny wie, że wszyscy wiedzą. Dopiero później ustala się, co zrobić.
Zielona zakołysała się lekko.
— Macie bardzo społeczny system prawa.
— A wy nie? — zdziwiła się Yghr.
— Udajemy, że mamy mniej społeczny.
— Po co?
— Żeby prawnicy mieli zajęcie.
Tuwr zastanowił się nad tym chwilę.
— Rozsądne. My też lubimy, gdy zawód ma zapach.
Chlam siedział w centrum jednej z takich niewidzialnych cel.
Był mniejszy od Yghr i Tuwra, smuklejszy, z ciałem biologicznym tylko częściowo wspomaganym mechanicznymi elementami. Jego pancerz miał barwę ciemnej miedzi. Czułki poruszały się szybko, nerwowo, ale nie chaotycznie. Zielona miała wrażenie, że gdyby znała język zapachów bez tłumacza, uznałaby go za kogoś, kto mówi jednocześnie zbyt wiele i zbyt mało.
Przed nim leżały małe tabliczki zapisowe.
Kilka otwartych.
Kilka podpisanych przez odwiedzających.
Jedna ozdobiona czymś, co tłumacz opisał jako: „śladowa dedykacja literacka z elementami ironicznej sympatii”.
— Widzę, że masz życie towarzyskie — powiedziała Zielona.
Chlam poruszył czułkami z godnością.
— Jestem pouczającym przypadkiem.
— To zapewne pociesza.
— Bardzo. Zwłaszcza gdy inni są pouczani zamiast mnie.
Yghr wydała krótki dźwięk, który tłumacz oddał jako surowe chrząknięcie.
— Chlam.
— Tak, przewodnicząca. Będę poważny.
— To byłoby nowe doświadczenie dla wszystkich — zauważył Tuwr.
Chlam przyjął uwagę bez urazy.
Zielona zbliżyła się do śladu, którego nie wolno było jej przekroczyć. Nie dlatego, że była więźniem, lecz dlatego, że gość nie powinien wchodzić w cudzy obszar winy bez zaproszenia. Tłumacz przekazał jej tę zasadę z opóźnieniem, jakby sam był trochę zakłopotany jej poetyckością.
— Chlamie — zaczęła. — Interesuje mnie nie tylko to, co zrobiłeś, ale także to, skąd wiedziałeś, że można to zrobić.
— Dużo osób wiedziało dużo rzeczy.
— To zdanie nie jest odpowiedzią.
— Jest śladem odpowiedzi.
— U nas za takie ślady można siedzieć bardzo długo.
— U nas też — powiedział Chlam. — Jak pani widzi, siedzę.
Tuwr poruszył czułkami z dumą.
— Sprytny.
— Wiem — odparła Zielona sucho. — I właśnie dlatego męczący.
Chlam przechylił głowę.
— Słyszałem, że pani jest Pradawną.
— Na nieszczęście wielu osób, które liczą, że coś pamiętam.
— Czy pamięta pani, jak działały stare bramy bez Bram?
W przestrzeni zrobiło się ciszej.
Yghr i Tuwr zamilkli natychmiast.
Zielona przestała się kołysać.
— Skąd znasz takie określenie?
— Z legend.
— Waszych?
— Częściowo.
— A pozostała część?
Chlam nie odpowiedział od razu. Przesunął jedną z tabliczek przednimi odnóżami. Nie wolno mu było podać jej Zielonej, bo ślad graniczny pozostawał między nimi. Tuwr wziął tabliczkę, sprawdził ją i dopiero potem położył po stronie gościa.
Zielona odczytała zapis.
Nie był długi.
Kilka rysunków. Gafariańskie znaki. Schemat, który przypominał jednocześnie tor ruchu, korytarz zapachowy i uproszczoną mapę przepływu energii. Tłumacz pracował wolno.
Wreszcie podał znaczenie pierwszej linii:
„Kiedy ścieżka nie potrzebuje bramy, brama nadal potrzebuje pamięci.”
Zielona poczuła, że bardzo stara część jej samej, milcząca od dawna, odwróciła głowę w ciemności.
Nie przypomniała sobie niczego.
Ale rozpoznała kształt braku.
— Gdzie to znalazłeś? — zapytała.
Chlam spojrzał na Yghr.
— To jest właśnie kłopotliwe.
— Mów — powiedziała przewodnicząca.
— W nielegalnym archiwum handlowym.
Tuwr uniósł się na tylnych odnóżach.
— Mówiłeś, że nie było nielegalne!
— Nie znałem prawa, które czyniło je nielegalnym.
Zielona spojrzała na niego chłodno.
— Panie Chlam.
— Dobrze. Podejrzewałem, że może być nielegalne.
— Lepiej.
— Ale tylko w przybliżeniu.
Yghr wydała dźwięk, który tym razem tłumacz oddał po prostu jako: „wstyd dla wspólnoty”.
Chlam skulił się odrobinę.
Zielona wróciła do tabliczki.
— Czy z tego archiwum wziąłeś wiedzę, której użyłeś przy sprawie Helixa?
— Nie bezpośrednio.
— To znaczy?
— Nie umiałem tego zastosować. To były fragmenty. Bardzo stare. Bardzo niepełne. Ale wskazywały, że istnieją sposoby, by ścieżka została powtórzona bez pełnego przejścia.
— Pętla.
— Nie nazwałbym tego tak.
— Bo wtedy brzmiałoby groźnie?
— Bo wtedy brzmiałoby znajomo.
Zielona patrzyła na niego długo.
— A komu sprzedałeś te fragmenty?
Chlam poruszył czułkami z oburzeniem.
— Nikomu.
Tuwr odwrócił się do Yghra.
— Kłamie?
— Jeszcze nie wiem.
Zielona powiedziała spokojnie:
— Chlamie, podrabiałeś wenusjańskie certyfikaty, mieszałeś w łańcuchach dostaw, wykorzystywałeś niestabilne technologie i prawdopodobnie pomogłeś obudzić katastrofę, której sam nie rozumiałeś. Jeśli teraz powiesz mi, że nie sprzedawałeś informacji, zrobię się podejrzliwa.
— Nie sprzedawałem — powiedział Chlam. — Wymieniałem.
— Na co?
— Na dostęp.
— Do czego?
Chlam wskazał czułkiem na schemat.
— Do miejsc, gdzie takie znaki pojawiają się nie jako tekst, lecz jako budowle.
Yghr i Tuwr spojrzeli na siebie.
Zielona od razu to zauważyła.
— Gafar.
— Nie tylko — powiedział Chlam. — Ale Gafar również.
— Dlaczego rada mi o tym nie powiedziała?
Yghr odpowiedziała bez wahania:
— Bo sami nie wiedzieliśmy, że Chlam o tym wie.
Tuwr dodał:
— I bo woleliśmy opowiadać ci o naszych pięknych ruinach w sposób uporządkowany.
— Zamiast powiedzieć, że wasz chciwy więzień handlował dostępem do ich znaczenia?
— To byłoby mniej gościnne.
Zielona uniosła się wyżej.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego Dewi nie ufa ludziom od ceremonii. Przy was są prawie bezpośredni..
Chlam nachylił się odrobinę.
— Pradawna. Nie chciałem zniszczyć waszej kolonii, waszych rynków ani waszych osób cyfrowych. Chciałem tylko znaleźć kogoś, kto zapłaci za dostęp do wzoru.
— Kto zapłacił?
— Nie wiem.
— Panie Chlam.
— Naprawdę nie wiem. Pośrednik nie był Gafarianinem.
— Kim był?
Chlam zamilkł.
Tuwr pochylił się ku niemu.
— Chlamie. To jest ślad, którego nie powinieneś zakrywać.
Więzień przez chwilę poruszał czułkami bardzo szybko. Tłumacz nie nadążał. W końcu Chlam wydał zapach tak ostry, że system awatara Zielonej ostrzegł ją przed przeciążeniem filtrów.
Yghr cofnęła się o krok.
— Strach — powiedziała.
Chlam mówił już ciszej.
— Pośrednik zostawiał puste koło.
Zielona znieruchomiała.
— Co?
— Puste koło. Bez zapachu. Bez podpisu. Bez śladu biologicznego ani cyfrowego. Tylko znak. Pusty okrąg.
Przez chwilę Zielona nie była na Gafarze.
Widziała Lakszmi, choć jej tam nie było. Widziała proporzec, którego jeszcze nie obejrzała. Widziała pusty okrąg opisany w raporcie Dewi. Widziała pierwszy liść bez znaku. Widziała miejsce, które czekało na znaczenie.
A potem bardzo spokojnie wróciła do więzienia bez ścian.
— Tuwr — powiedziała.
— Tak, Pradawna?
— Chcieliście lecieć na Lakszmi z historykami.
— Nadal chcemy.
— Będziecie lecieć szybciej.
Yghr poruszyła czułkami.
— Czy to pilne?
Zielona spojrzała na tabliczkę z bardzo starym zdaniem o ścieżce, bramie i pamięci.
— Nie wiem jeszcze.
— To dlaczego szybciej?
— Bo kiedy prawnik mówi „nie wiem jeszcze”, rozsądne osoby zaczynają się spieszyć.
Chlam cicho zaświergotał.
— Sprytne.
Zielona spojrzała na niego.
— Pan zostaje.
— Szkoda. Lubię podróże.
— Właśnie dlatego pan zostaje.
Tuwr wydał zapach wyraźnej aprobaty.
— Wojownicza i sprawiedliwa.
— Raczej zmęczona i coraz bardziej podejrzliwa.
— To dobry początek sprawiedliwości — powiedziała Yghr.
Zielona spojrzała jeszcze raz na pusty okrąg narysowany przez Chlama.
Na Lakszmi dzieci znalazły ścieżkę.
Na Gafarze więzień wskazał znak.
A gdzieś między nimi ktoś, kto nie zostawiał zapachu, podpisu ani śladu, od dawna poruszał się po cudzych początkach.
Dewi dała filozofom po pięć minut.
Była to decyzja odważna, sprawiedliwa i całkowicie nierealistyczna.
Pierwszy przemawiał Tovan Rhei ze Szkoły Ciągłości Osadniczej. Przez pierwsze dwie minuty wyjaśniał, że pięć minut jest tylko umownym brzegiem większego obiektu czasowego. Przez trzecią minutę dowodził, że skoro wszystko jest ciągłością, to jego wypowiedź zaczęła się właściwie przed narodzinami kolonii. W czwartej minucie Slak położył dłoń na małym gongu dziecięcych detektywów.
Tovan Rhei zamilkł natychmiast.
— To bardzo brutalne narzędzie filozoficzne — powiedział z podziwem.
— Tymczasowe — odparł Slak.
— Jak wszystkie brzegi — westchnął Tovan.
Dewi postanowiła nie reagować.
Sala nie była reprezentacyjna. Królowa wybrała przestrzeń pod drugą kopułą, blisko przedszkola i jeszcze bliżej przejścia do strefy ósmej. Chciała, żeby wszyscy widzieli, że nie rozmawiają o abstrakcji, lecz o czymś, co rośnie kilka korytarzy dalej.
Na stole leżały trzy rzeczy.
Dziecięca mapa kolonii.
Grafitowy proporzec.
I powiększony obraz pierwszej rośliny.
Dorośli patrzyli głównie na proporzec. Filozofowie na własne notatki. Dzieci na gong.
Mira Nayan stała z boku, bardzo blada, ale spokojniejsza niż poprzedniego dnia. Ratih Suma i U-Tem trzymały się blisko niej, choć żadna nie powiedziała wprost, że to wsparcie. Selene Var miała dłonie pełne zielonych punktów świetlnych, jakby cała biosfera kopuły czekała razem z nią na wynik rozmowy.
— Zanim zaczniemy wielkie słowa — powiedziała Dewi — przypomnę proste fakty.
Slak przesunął na ekran pierwszą mapę.
— Pierwsza ekipa biosferyczna posadziła siedem roślin testowych przed oficjalną decyzją o pierwszym drzewie. Jedna z nich przetrwała w strefie ósmej. Potomne kultury tej linii znajdują się w kilku miejscach kolonii. Proporzec był przenoszony właśnie między tymi miejscami. Dzieci to zauważyły. Dorośli nie.
Dzieci urosły z dumy tak bardzo, że jedno prawie spadło z krzesła.
Dewi kontynuowała:
— Mira Nayan wykonała proporzec i przenosiła go, żeby zwrócić uwagę na roślinę oraz na pytanie, czy kolonia może mieć początek, którego nikt oficjalnie nie zaplanował.
Tovan Rhei wyglądał, jakby chciał powiedzieć, że każdy początek jest kontynuacją, ale spojrzał na gong i zachował mądrość dla siebie.
— Mira naruszyła procedury — powiedziała Dewi. — Rada rozpatrzy to oddzielnie. Ale nie wolno nam użyć procedur jako sposobu na uniknięcie pytania, które postawiła.
Nalin Prabha odezwała się pierwsza:
— Czy pierwsza roślina ma zostać pierwszym drzewem?
— Nie jest drzewem — powiedziała Ratih.
— Może być przodkiem drzewa — odparła Nalin.
Varo Den ze Szkoły Kamienia Początku poruszył się niespokojnie.
— Znowu zawłaszczasz symbol wzrostu.
— A ty znowu chcesz postawić kamień tam, gdzie coś już żyje.
— Kamień nie wyklucza życia.
— Ale łatwo na nim wyryć cudze nazwiska.
Slak położył palce na gongu.
Oboje zamilkli.
Dewi spojrzała na nich spokojnie.
— To nie jest debata o zwycięstwie waszych szkół. Jeśli pierwszym odruchem każdego z was będzie wciągnięcie rośliny do własnego słownika, zrobię coś bardzo monarchicznego.
Filozofowie znieruchomieli.
— Co? — zapytała Meria-So.
— Odłożę decyzję.
Groza w sali była autentyczna.
Nawet dzieci zrozumiały, że królowa użyła najcięższej broni administracyjnej.
Slak odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech.
Wtedy odezwała się Reva Senn z Kręgu Spiralnej Pamięci. Jej awatar drżał lekko srebrnymi pęknięciami.
— Może to nie ma być jedno centrum.
— Mów — powiedziała Dewi.
— Jeśli roślina ma siedem pędów, a jej potomne kultury rosną w różnych miejscach kolonii, może początkiem nie jest punkt. Może początkiem jest ścieżka między nimi.
Dewi spojrzała na dziecięcą mapę.
Slak też.
Mira zacisnęła dłonie.
— Proporzec nie wskazywał miejsca — powiedziała cicho. — Wskazywał drogę.
— Tak — powiedziała Reva. — I dzieci ją zobaczyły.
Tovan Rhei nie wytrzymał.
— Droga jako ciągłość miejsc…
Slak uderzył lekko w gong.
Dźwięk był mały, jasny i bezlitosny.
Dzieci były zachwycone.
— Jeszcze nie — powiedziała Dewi do Tovana. — Ale może później.
Meria-So pochyliła się nad mapą.
— Wtedy centrum nie jest jednym miejscem, tylko relacją miejsc. Otwarte centrum rzeczywiście…
Slak położył rękę na gongu.
— Skracam — powiedziała szybko Meria-So. — To dobry pomysł.
— Dziękuję — odparła Dewi.
Niko Taal, który siedział dotąd cicho, podniósł rękę.
— Mogę coś powiedzieć?
— Możesz.
— Jeśli ta ścieżka zostanie oficjalna, proporzec nie powinien wisieć tylko w sali. Powinien wędrować.
W sali zrobiło się cicho.
— Wędrować? — zapytał Gede Arman z niepokojem.
— Tak. Raz w jednym miejscu, raz w drugim. Ale już nie ukradkiem. Dzieci mogłyby pilnować mapy. Dorośli mogliby zgłaszać, co dzieje się przy każdej roślinie potomnej. Filozofowie mogliby… — Niko zawahał się.
— Mówić krótko — podpowiedział Slak.
— Tak. Mówić krótko.
Tym razem roześmiali się prawie wszyscy.
Nalin Prabha patrzyła jednak na obraz pierwszej rośliny z powagą.
— A pierwsze drzewo?
Dewi odpowiedziała dopiero po chwili.
— Może posadzimy je później. Ale nie jako początek, tylko jako odpowiedź.
— Na co?
— Na to, czego nauczy nas ścieżka.
To zdanie spodobało się dzieciom mniej niż gong, ale bardziej niż przemówienia filozofów. Dorośli zrozumieli je wolniej. Filozofowie, niestety, zrozumieli je bardzo intensywnie.
Slak to zobaczył i od razu powiedział:
— Bez nowych szkół do końca tygodnia.
Tovan Rhei wyglądał na głęboko zranionego.
— Do końca tygodnia? To długo.
— Właśnie.
Dewi miała już zakończyć spotkanie, kiedy Selene Var odebrała sygnał z komunikatora bramnego.
Jej dłonie zgasły na ułamek sekundy.
— Wasza Wysokość.
— Tak?
— Wiadomość od Zielonej.
W sali zmieniło się powietrze.
Dewi natychmiast spoważniała.
— Otwórz.
Na ekranie pojawiła się Zielona. Jej awatar był stabilny, ale coś w sposobie, w jaki unosiła się w kadrze, zdradzało napięcie. Za nią widać było ciemnomiedziane ściany Gafaru i poruszające się w oddali sylwetki Gafarian.
— Dewi — powiedziała Zielona — mam nadzieję, że nie przerywam niczego delikatnego.
Dewi spojrzała na salę pełną filozofów, dzieci, urzędników, opiekunki przedszkolnej, mokrego dywanu przeniesionego z innej sali i proporca, który wywołał mały kryzys założycielski.
— Oczywiście, że przerywasz coś delikatnego — powiedziała. — Mów.
Zielona uniosła lekko brwi.
— Na Gafarze znalazłam ślad pośrednika związanego z Chlamem. Znak: pusty okrąg. Bez zapachu, podpisu, śladu biologicznego ani cyfrowego.
Dewi bardzo powoli spojrzała na proporzec.
W sali nikt się nie odezwał.
Mira zbladła.
— To nie mój znak — powiedziała natychmiast. — To znaczy… pusty okrąg był mój, ale nie taki. Nie jako podpis. Ja go zostawiłam, bo liść był jeszcze bez żyłek.
Zielona usłyszała to przez łącze.
— Jaki liść?
Slak podszedł do ekranu.
— Opowiemy ci. Najpierw powiedz, czy ten znak oznacza zagrożenie dla Lakszmi.
— Nie wiem — odparła Zielona. — I bardzo mi się to nie podoba.
— Co wiesz?
— Chlam handlował dostępem do starych wzorów. Niektóre z nich pojawiają się jako budowle lub układy pól. Gafarianie są przekonani, że część tych wzorów może pochodzić od wysoko rozwiniętych sąsiadów sprzed ich amnezji. Być może od Pradawnych. Być może od kogoś innego. Pośrednik, który kontaktował się z Chlamem, używał pustego okręgu jako braku podpisu.
Dewi spojrzała na dziecięcą mapę.
Ścieżka między roślinami potomnymi nagle wydała się mniej niewinna, choć nadal była niewinna w swoim pochodzeniu. To było najgorsze: znak mógł być jednocześnie dziecięco-roślinny i obco-handlowy. Sensy czasem nie pytały o zgodę, zanim zaczęły się nakładać.
— Zielona — powiedziała — u nas pusty okrąg pojawił się niezależnie. Tak twierdzi autorka proporca i na razie jej wierzę.
— Wierzę, że wierzycie właściwej osobie — odpowiedziała Zielona. — Ale radzę sprawdzić, czy ktoś wcześniej nie podsunął jej tego znaku.
Mira zamknęła oczy.
— Nie — powiedziała cicho. — Nie podsunął. To był liść. Naprawdę.
Dewi podeszła do niej.
— Miro, nikt cię teraz nie oskarża.
— Ale jeśli ten znak był gdzieś wcześniej…
— Sprawdzimy.
Reva Senn powiedziała nagle:
— Dziecięca mapa.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Co z nią? — zapytał Slak.
— Jeśli proporzec był przenoszony, a dzieci zaznaczały miejsca, mamy ścieżkę. Jeśli ktoś obcy używa pustego okręgu jako braku śladu, może warto sprawdzić, czy na naszej ścieżce nie ma miejsca, którego nie zaznaczyły dzieci.
Slak pochylił się nad mapą.
Dewi zrozumiała od razu.
— Miejsce między miejscami.
— Tak — powiedziała Reva. — Dzieci widziały proporzec tam, gdzie stał. Ale nie widziały, gdzie ktoś musiał przechodzić, żeby go przenieść.
Zielona uśmiechnęła się lekko z ekranu.
— Na Gafarze powiedzielibyśmy, że ślad mówi także wtedy, gdy nie ma znaku.
Tuwr, niewidoczny w kadrze, dodał z oddali:
— Bardzo dobra myśl. Czy możemy już lecieć z historykami?
— Nie teraz — powiedziały jednocześnie Zielona i Dewi.
Dzieci spojrzały po sobie z zachwytem.
— Gafarianie też chcą być detektywami? — zapytała dziewczynka z laleczką.
Zielona po raz pierwszy od początku rozmowy wyglądała na szczerze rozbawioną.
— Niestety tak.
Slak spojrzał na dziecięcą mapę, potem na proporzec, potem na ścieżkę zaznaczoną złotymi gwiazdkami.
— Potrzebujemy mapy przejść technicznych między tymi punktami — powiedział.
Gede Arman pobladł.
— Znowu archiwum?
— Znowu — potwierdziła Dewi.
— Ono tego nie przeżyje.
— Gede, to archiwum. Jego obowiązkiem jest cierpieć dla prawdy.
Zielona usłyszała to i pokiwała głową.
— Królowa Wenus dojrzewa prawnie.
— Nie przesadzaj — powiedziała Dewi. — Nadal lubię piękne stroje bardziej niż procedury.
— To dobrze. Procedury źle wyglądają na ślubie.
Na chwilę wszyscy przypomnieli sobie, że przyjechali tu także na ślub.
Dewi i Slak spojrzeli na siebie.
Dzieci zauważyły to natychmiast.
Filozofowie również, choć zapewne z innych powodów.
Mira uśmiechnęła się przez łzy.
A potem Selene Var wyświetliła techniczną mapę przejść między punktami proporca.
Ścieżka była prosta tylko na dziecięcym rysunku.
W prawdziwej kolonii przecinała korytarze serwisowe, stare kanały kablowe, wejścia magazynowe i jedno przejście, którego nikt od miesięcy nie używał, bo prowadziło przez niedokończoną część kopuły.
Tam właśnie, między zbiornikami a przedszkolem, znajdowała się mała śluza techniczna oznaczona w systemie jako nieczynna.
Na dziecięcej mapie nie było jej wcale.
Na oficjalnej mapie była szara.
Na starej mapie pierwszej ekipy biosferycznej nosiła jeszcze nazwę:
Przejście Okrągłe.
Dewi spojrzała na Slaka.
Slak spojrzał na Zieloną na ekranie.
Zielona przestała się kołysać.
— No dobrze — powiedziała. — To już mi się nie podoba w sposób bardzo konkretny.
– Jeśli mogę się wtrącić – powiedział Slak, – to właśnie teraz Gafarianie powinni przybyć, jeśli chcą…
– Też tak uważamy – zgodził się Tuwr, – mimo wszystko możemy rozpoznać różne zagrożenia lepiej niż wy. Tylko my możemy wziąć Chlama pod nadzorem. Historycy też będą potrzebni. Przynajmniej jeden. Więc tak, chcemy przybyć. Nie będzie to na razie misja zapoznawcza, lecz udział w śledztwie.
– W śledztwie, w śledztwie… – ucieszyły się podekscytowane dzieci.
– To prawda, musicie przybyć – zgodziła się Dewi, niezadowolona z poprzedniego „nie teraz”. Dobry nastrój, myśli o ślubie zdecydowanie osłabiły jej uwagę.
– Ja bałam się, że obiecałam zbyt wiele – westchnęła Zielona. – Ale tak, będziecie niezbędni – zwróciła się do Gafarian.
– Co za istota mogła tak wykorzystać naszego sprytnego Chlama… – westchnął Yghr. – Więc od nas lecą Tuwr, Slam, dwóch policjantów i jeden historyk. Profesor Wrand będzie tu najlepszy. Ja zostaję, nie chcę głupio ryzykować. Poza tym przeraża mnie trochę myśl o bieganiu wśród gigantów, jakimi jesteście, mieszkańcy Lakszmi. Uważajcie, żeby nie uszkodzić Tuwra.
– Przygotowywaliśmy gigantyczne awatary na okazję odwiedzenia Lakszmi, ale nie są jeszcze gotowe. Nie jesteśmy też przeszkoleni do innej skali – wyjaśnił Tuwr.
– Będziemy o pana dbać, panie mrówko – zaśmiał się jeden z chłopców.
Wszyscy uśmiechnęli się, ale jakby cicho i ostrożnie, bo sprawa nabierała powagi.
Zanim przybyli Gafarianie, Mira, Slak i Dewi zasiadli w jednym z niewielkich pawilonów.
– Nie oskarżamy cię Miro – zaczęła Dewi, – ale jest bardzo możliwe, że ktoś wpłynął na twoje decyzje. I stąd ów znak pustego koła. Już wcześniej wydawał mi się niezwykły. Jakby ktoś przez niego patrzył. I to niezbyt przyjazny ktoś.
– Ale to niemożliwe, żeby ten znak przybył z zewnątrz – zapewniła ich Mira. – To puste miejsce to tylko przypadek. Usunęłam symbol. To wszystko.
– A pamiętasz, kiedy dokładnie to zrobiłaś? Kiedy usunęłaś symbol? – zapytał Slak.
– Przede uroczystościami, żeby każdy mógł zobaczyć proporzec i żeby jednak nie zdradził on zbyt wiele – głos Miry wydawał się bardzo przekonywujący.
– Opisz dokładnie swoje czynności. Zacznijmy od tego, czym usuwałaś symbol z proporca – kontynuował Slak.
Mira chciała już coś powiedzieć, ale nagle zatopiła się w milczeniu.
– Nie pamiętam, czym usunęłam symbol – westchnęła. – A przecież powinnam, to było tak niedawno.
– Inna dziwna rzecz, to symbole. Przecież biologiczne rośliny nie rosną z symbolami – zauważyła Dewi. – Wszyscy powtarzaliście to jako oczywistość. Pomyślałam więc, że to może modyfikacja genetyczna. Ale musiałaby być bardzo wyrafinowana. Siedem złożonych, konkretnych wzorów. Dokładnie rozmieszczonych. Z tego co mówiłaś, warunki w których zasadzono roślinę raczej nie pozwalały na tak wyrafinowane modyfikacje.
– Nie śmiejcie się ze mnie – dodał Slak, – ale ja za niezwykłą okoliczność uważam także nagłą obecność aż siedmiu osób parających się filozofią w świeżo powstającej kolonii.
– Wcale się nie śmiejemy – Dewi pogładziła swoja rękę zamyślona. – Na Wenus nie za często można spotkać siedmiu filozofów ot tak. Jakaś konferencja, sympozjum, oczywiście… Ale w miejscu gdzie liczy się hart ducha i wszechstronność? Gdzie liczy się sprawna komunikacja, a czas ma duże znaczenie? Tak, to też jest bardzo dziwne.
– Dziwne jest też to, że zauważamy takie rzeczy dopiero teraz, gdy się głęboko nad tym zamyślimy – uzupełnieł Slak.
– Czyli możliwe, że ktoś nie tyle sterował wydarzeniami, ile podsuwał im kształt — powiedziała Dewi. — Tak, żebyśmy sami uznali go za naturalny – Dewi postanowiła postawić kropkę nad i.
– To mogą być jednak przypadkowe koincydencje – dorzucił na wszelki wypadek Slak.
– Jeśli o mnie chodzi – Mira przemówiła niepewnym głosem, – to zawsze miałam doskonałą pamięć. A jednak widzę, że części moich działań nie pamiętam, choć miały miejsce niedawno.
Gafarianie nie weszli do pawilonu.
Zostali wniesieni.
Nie było w tym nic upokarzającego. Po prostu Lakszmi była budowana dla ludzi, sAI w ludzkich lub większych awatarach, robotów technicznych i ciężkich pojemników kolonialnych. Dla istot wielkości małych mrówek nawet boczny pawilon rady był krajobrazem zbyt rozległym, by urządzać w nim zwykłe spotkanie.
Dlatego Selene Var przygotowała na stole przezroczyste mikrośrodowisko, kilka projekcji zapachowych, ekran pola i pomniejszone wizerunki obecnych.
Twarz Dewi, zamiast górować nad gośćmi jak złota ściana, pojawiła się przed nimi w spokojnym, niewielkim obrazie. Slak, Mira i Zielona również mieli swoje pomniejszone projekcje, ustawione tak, by Gafarianie nie musieli rozmawiać z ogromnymi ustami, oczami i dłońmi poruszającymi się w skali architektury.
Chlam znalazł się w osobnej kapsule.
Wyglądał na obrażonego.
— To nie jest wygodne — oznajmił przez tłumacza.
— Więzienie też nie miało być wygodne — powiedziała Zielona.
— Ale było znane.
— Proszę potraktować Lakszmi jako pouczający przypadek.
Tuwr, stojący na głównej ścieżce mikrośrodowiska, poruszył czułkami z rozbawieniem.
— Pradawna uczy się naszego stylu kar.
— Raczej waszej irytującej cierpliwości — odparła Zielona.
Dewi spojrzała na Chlama. Pomniejszona projekcja jej twarzy była spokojna, ale Slak znał ten spokój. Królowa była już bardzo daleko od nastroju ceremonii i coraz bliżej decyzji.
— Chlamie — powiedziała — jesteś tutaj, bo Zielona uznała, że możesz rozpoznać coś, czego my nie rozumiemy. Nie jesteś gościem. Nie jesteś więźniem Lakszmi. Jesteś źródłem informacji pod nadzorem.
— To brzmi nieprzyjemnie uczciwie — powiedział Chlam.
— Dobrze.
Mira siedziała przy stole po drugiej stronie. Była blada. Nie patrzyła na Chlama, tylko na grafitowy proporzec. Od chwili, gdy przyznała, że nie pamięta, czym odpruła symbol, trzymała dłonie splecione tak mocno, jakby bała się, że zrobią coś bez niej.
Slak zaczął od początku, krótko i bez ozdób.
Opowiedział o proporcu. O pierwszej roślinie. O siedmiu pędach i siedmiu wzorach. O dzieciach, które widziały proporzec w różnych miejscach. O trasie między potomnymi kulturami rośliny. O pustym okręgu, który Mira uważała za skutek odprucia starego znaku. I o tym, że Mira nie pamięta samego momentu usuwania haftu.
Tuwr słuchał długo.
Gafariańscy historycy poruszali się po miniaturowej mapie, którą Selene wyświetliła w ich skali. Z ludzkiej perspektywy wyglądali jak ciemne, szybkie punkty. Dopiero na bocznym ekranie można było zobaczyć, jak zatrzymują się przy kolejnych miejscach, wymieniają zapachowe uwagi i wracają do Przejścia Okrągłego.
Chlam natomiast milczał.
To było podejrzane.
— Nie komentujesz? — zapytała Zielona.
— Komentowanie może zostać uznane za współudział.
— Milczenie też.
— To niesprawiedliwe.
— Bardzo możliwe. Mów.
Chlam poruszył czułkami nerwowo.
— Ten układ jest znajomy.
Dewi pochyliła się nad stołem, ale jej projekcja pozostała spokojna i mała.
— Który układ?
— Nie sam proporzec. Nie roślina. Całość. Miejsca, przez które go noszono. Puste koło. Przejście Okrągłe. Siedem punktów i jeden brakujący ruch.
Tuwr odwrócił się ku niemu.
— Z archiwum handlowego?
— Częściowo.
— Chlamie.
— Tak. Z nielegalnego archiwum handlowego.
Tuwr wydał zapach dezaprobaty tak silny, że tłumacz zawahał się przed przełożeniem go na słowa.
— Wstyd wspólnotowy powtarzający się — podał w końcu system.
— Dziękuję, tłumaczu — mruknął Chlam. — To bardzo pomocne.
Mira odezwała się cicho:
— Czy ktoś mógł mi to podsunąć?
Tuwr nie odpowiedział od razu. Przeszedł kilka kroków po projekcji mapy i zatrzymał się między punktem oznaczającym zbiorniki a tyłem przedszkola.
— U nas, kiedy ktoś opowiada drogę, pytamy nie tylko o miejsca. Pytamy o przejścia. Ty pamiętasz miejsca. Nie pamiętasz przejścia.
— Przejścia Okrągłego? — zapytał Slak.
— Być może. Albo chwili, w której twój zamiar stał się czymś trochę innym.
Mira zamknęła oczy.
— Nie czułam niczego obcego.
Zielona powiedziała łagodniej, niż zwykle:
— Najlepsze wpływy nie czują się obco. Czują się jak własny dobry pomysł.
Dewi spojrzała na nią.
— Mówisz z doświadczenia?
— Mówię jako ktoś, kto ma za dużo dziur w bardzo starej pamięci.
Chlam nagle poruszył się gwałtowniej w kapsule.
— Puste koło nie zawsze oznacza autora.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— Co oznacza? — zapytał Slak.
— Brak zapachu. Brak podpisu. Brak właściciela śladu. W archiwum tak oznaczano wzory, których nie przypisano żadnej znanej cywilizacji. Albo których nie chciano przypisać.
— Czyli anonimowość? — zapytała Dewi.
— Nie. Anonimowość to ktoś bez imienia. Puste koło to miejsce, gdzie imię usunięto tak dokładnie, że brak zaczyna działać jak znak.
Tuwr znieruchomiał.
— To dobre zdanie, choć wypowiedziane przez osobę niegodnie reprezentującą Gafar.
— Dziękuję — powiedział Chlam z urazą.
Selene Var wyświetliła obok siebie trzy obrazy: pusty okrąg z proporca, schemat z nielegalnego archiwum Chlama i mapę Przejścia Okrągłego.
Nie były identyczne.
Ale patrząc na nie razem, trudno było utrzymać spokój.
Dewi powiedziała powoli:
— Mira mogła wymyślić pusty okrąg sama. Z powodu liścia bez znaku. Z powodu odprutego haftu. Z powodu własnego gestu.
— Tak — przyznał Slak.
— I jednocześnie ktoś mógł wcześniej przygotować świat tak, żeby taki gest stał się prawdopodobny.
— Tak.
— Nie lubię tego.
— Ja też nie.
Tuwr poruszył czułkami.
— To nie jest pełna kontrola. Raczej prowadzenie śladu.
— Ustawianie uwagi — powiedziała Zielona.
Chlam natychmiast cofnął się w kapsule.
— Tego określenia używało archiwum.
W pawilonie zrobiło się cicho.
Dewi patrzyła na jego powiększony obraz.
— Powtórz.
— Ustawianie uwagi. Nie rozkazywanie. Nie zniewalanie. Układ przedmiotów, przejść, braków i znaczeń, który sprawia, że osoba łatwiej wybiera pewną myśl jako własną.
Mira otworzyła oczy.
— Czyli ja…
— Nadal mogłaś chcieć ocalić roślinę — powiedziała Dewi natychmiast. — To nie znika.
— Ale ktoś mógł sprawić, że zrobiłam to właśnie tak.
— Tak — powiedział Slak. — I właśnie dlatego musimy iść do Przejścia Okrągłego.
Tuwr spojrzał ku historykom. Ci już stali przy miniaturowym modelu śluzy i poruszali czułkami tak szybko, że tłumacz wyświetlił tylko: silne pobudzenie badawcze.
— Hruun pójdzie — powiedział Tuwr. — Ja też.
— Chlam również — dodała Zielona.
Chlam uniósł czułki.
— Przepraszam?
— Jeśli coś rozpoznajesz, rozpoznasz to na miejscu.
— A jeśli to niebezpieczne?
— Tym bardziej.
— To bardzo niesprawiedliwe.
— To pouczający przypadek — powiedziała Zielona.
Tuwr wydał zapach rozbawienia.
Dewi spojrzała na Slaka.
— Mała grupa.
— Ty, ja, Zielona, Selene, Gede, Tuwr, Hruun i Chlam w kapsule — wyliczył Slak.
— Mira zostaje tutaj.
Mira chciała zaprotestować, ale Dewi uprzedziła ją ruchem dłoni.
— Nie dlatego, że ci nie ufamy. Dlatego, że jeśli ktoś przeszedł przez twoją pamięć, nie pozwolę mu mieć drugiej okazji bez naszego przygotowania.
Mira przyjęła to w milczeniu.
Za szybą dzieci zaczęły szeptać z gwałtownym podnieceniem.
Slak odwrócił się powoli.
— Nie.
Dziewczynka z laleczką uniosła obie ręce.
— Ale jeszcze nic nie powiedzieliśmy!
— Właśnie odpowiadam wcześniej.
— To niesprawiedliwe.
— To profilaktyka.
Dewi uśmiechnęła się łagodnie.
— Możecie zrobić drugą mapę. Tylko miejsc, których dorośli nie zauważają.
Slak spojrzał na nią z przerażeniem.
— Dewi.
— Tak?
— To wróci do nas.
— Wiem.
— W formie trudnej do opanowania.
— Wiem.
Tuwr zapytał tłumacza, czy to część procedury śledczej, czy rytuał przedmałżeński.
Tłumacz po krótkiej pauzie wyświetlił:
Prawdopodobnie oba.
Przejście Okrągłe nie miało w sobie nic pięknego.
Było niskie, techniczne, szare, zbyt praktyczne, żeby ktoś z komisji ceremoniału chciał choćby wspomnieć o nim w programie uroczystości. Na drzwiach widniała stara etykieta serwisowa, częściowo odklejona od wilgoci. Pod nią nowszy system kolonii wyświetlał status: nieczynne.
Dewi patrzyła na to słowo długo.
— Nie lubię nieczynnych rzeczy, które są czyste — powiedziała.
Gede Arman stał obok z twarzą człowieka, który jeszcze wczoraj uważał, że najgorszym problemem Lakszmi są przemówienia filozofów.
— Ja też już przestaję lubić.
Slak uklęknął przy bocznym panelu. Selene Var wyświetliła mu historię otwarć, ale lista była prawie pusta. Zbyt pusta.
— Ostatni zapis techniczny sprzed trzech miesięcy — powiedziała.
— A ślady fizyczne sprzed czterdziestu godzin — dodał Slak.
— Tak.
— Czyli ktoś wszedł bez zostawienia zapisu.
— Albo zapis został usunięty.
— Które jest gorsze?
Selene zawahała się.
— Dla administratora oba są obraźliwe.
Gede Arman jęknął.
Zielona unosiła się kilka kroków dalej, trzymając kapsułę z Tuwrem, Hruun i Chlamem w polu stabilizującym. Kapsuła wyglądała przy jej dłoniach jak przezroczysty klejnot. W środku Gafarianie poruszali się po własnej małej powierzchni obserwacyjnej. Hruun stała przy powiększeniu ramy śluzy, Tuwr przy mapie pola, a Chlam siedział osobno, oddzielony cienką barierą zapachową i prawną, którą sam nazywał „nadmiernie teatralną”.
— To ograniczenie jest niepotrzebne — powiedział Chlam.
— Jest bardzo potrzebne — odparła Zielona.
— Przecież nie ucieknę.
— Jesteś wielkości małej mrówki. W tym korytarzu jest tysiąc szczelin.
— To uprzedzenie wobec skali.
— To praktyka wobec oszustów.
Tuwr wydał zapach aprobaty. Tłumacz podał tylko: zgoda moralna.
Dewi pochyliła się nad kapsułą, ale jej twarz dla Gafarian ukazała się w pomniejszonej projekcji po wewnętrznej stronie pola. Nie chciała mówić do nich jak księżyc do doliny.
— Hruun, co widzisz?
Historyczka poruszyła srebrnymi wstęgami na pancerzu.
— Nie samo przejście. Układ wokół przejścia. Punkty montażowe są równomierne tylko dla oka, które nie szuka rytmu. Dla oka szukającego rytmu są odpowiedzią na siedem miejsc.
Selene powiększyła plan.
Magazyn tkanin.
Stara śluza.
Zbiorniki.
Tył przedszkola.
Sala proporców.
Dwie potomne kultury roślin, których wcześniej nie połączono z trasą, bo rosły w pojemnikach testowych przy bocznym laboratorium i w niszy wentylacyjnej.
Siedem.
Slak zobaczył to pierwszy.
— Nie pięć miejsc. Siedem.
Dewi odwróciła się do Selene.
— Dlaczego widzieliśmy pięć?
— Bo dzieci zaznaczyły miejsca, w których widziały proporzec — odpowiedziała Selene. — Nie wszystkie miejsca, które należały do układu.
— A Mira? — zapytała Zielona.
— Mogła nie wiedzieć o dwóch pozostałych kulturach — powiedziała Selene.
Gede Arman potrząsnął głową.
— Te dwie były w dokumentacji technicznej. Dostęp ograniczony. Przedszkole nie powinno o nich wiedzieć.
— A ktoś wiedział — powiedział Slak.
Chlam poruszył czułkami.
— Układ siedmiu miejsc i jednego przejścia. To jest bliższe archiwum niż myślałem.
Zielona uniosła kapsułę trochę wyżej.
— Mów.
— W archiwum były wzory, których nie dało się odtworzyć jako maszyny. Potrzebowały miejsc. Różnych materiałów. Różnych wilgotności. Różnych osób. Czasem nawet różnych sporów.
Dewi spojrzała ostro.
— Sporów?
— Spór porusza uwagę. Uwaga porusza decyzje. Decyzje poruszają osoby. Osoby poruszają przedmioty. Przedmioty trafiają na miejsca. Wzór nie musi mieć silnika, jeśli społeczność sama nim zostaje.
W korytarzu zrobiło się tak cicho, że słychać było miękki szum wentylacji.
Slak powiedział powoli:
— Czyli siedmiu filozofów nie musiało nic wiedzieć.
— Oczywiście, że nie — powiedział Chlam. — Wiedzący filozof jest mniej użyteczny. Zaczyna poprawiać wzór.
Tuwr wydał zapach gorzkiego rozbawienia.
— Niestety trafne.
Dewi patrzyła na nieczynne drzwi.
— Ktoś nie musiał kontrolować Miry od początku. Wystarczyło, że przygotował kolonię tak, żeby wiele osób z własnej woli robiło rzeczy, które pasują do układu.
— Tak — powiedziała Zielona. — A w jednym miejscu trzeba było tylko domknąć przejście.
Mira nie była z nimi, ale jej nieobecność nagle stała się prawie fizyczna.
Dewi poczuła gniew.
Nie wielki, królewski gniew, dobry do przemówień. Raczej chłodną, osobistą niezgodę na to, że ktoś potraktował czyjąś troskę o roślinę jak dźwignię.
— Otwieramy? — zapytał Slak.
Selene odpowiedziała pierwsza:
— Mogę odciąć zasilanie lokalne, zostawić tylko pasywne skanowanie i mechaniczne zabezpieczenia. Jeśli układ potrzebuje aktywnych emiterów, nie ruszy.
Hruun odezwała się z kapsuły:
— Jeśli jest bardzo stary albo bardzo sprytny, może nie potrzebować aktywnych emiterów.
— To pocieszające — mruknął Gede.
— Prawda rzadko pociesza od razu — powiedział Tuwr.
Zielona spojrzała na Dewi.
— Ja wejdę pierwsza.
— Nie.
— Dewi.
— Nie. Jeśli to coś reaguje na Pradawne, nie chcę, żebyś była pierwszym dotknięciem.
Zielona zamilkła.
To był dobry argument, a ona bardzo nie lubiła dobrych argumentów przeciw sobie.
Slak podniósł rękę.
— Wejdzie robot.
— Roboty też mogą być elementem uwagi — powiedział Chlam.
Slak spojrzał na niego.
— Panie Chlam, jeśli każdą rzecz uznamy za możliwą część układu, zostaniemy tutaj do końca kolonizacji.
— To byłoby bezpieczne.
— Dla pana może.
Dewi podjęła decyzję.
— Najpierw robot. Potem skan. Potem, jeśli nic się nie wydarzy, wchodzę ja i Slak. Zielona zostaje na progu. Tuwr i Hruun obserwują. Chlam mówi, jeśli coś rozpozna. Gede ma być obrażony na wszystko, co nie pasuje do projektu.
Gede skinął głową z ponurą godnością.
— To potrafię.
Selene wysłała małego robota inspekcyjnego. Maszyna podjechała do drzwi, wsunęła manipulator w panel i odblokowała ręczne zabezpieczenie.
Drzwi otworzyły się bez dźwięku.
Za nimi nie było tajnej komnaty.
Nie było świecącego rdzenia, starożytnego urządzenia ani złowrogiego symbolu zawieszonego w powietrzu.
Był krótki, pusty korytarz serwisowy.
Na końcu znajdowała się druga śluza, mniejsza, okrągła, z metalową ramą podzieloną na osiem segmentów.
Siedem segmentów było matowych.
Ósmy lśnił lekko.
— Pusty okrąg — powiedziała Zielona.
— Jeszcze nie — odparł Slak. — To segment techniczny.
— Slaku.
— Wiem.
Robot podjechał bliżej. Selene przesłała obraz na ekran.
Na lśniącym segmencie nie było znaku.
Ale było miejsce, gdzie znak kiedyś mógł być.
Nie wydrapany. Nie odpruty. Nie zamalowany.
Usunięty z projektu tak dawno, że brak stał się częścią standardu.
Hruun przestała się poruszać.
— To nie jest kopia gafariańskich ruin — powiedziała. — To jest uproszczenie.
— Czyli ktoś widział oryginał? — zapytała Dewi.
— Albo miał fragment archiwum podobny do tego, które znalazł Chlam.
Chlam bardzo wyraźnie skulił się w kapsule.
— Ja nie budowałem Lakszmi.
— Nikt cię jeszcze o to nie oskarża — powiedziała Zielona.
— „Jeszcze” jest tu najważniejsze.
Robot skierował światło w głąb drugiej śluzy.
Na podłodze leżał mały przedmiot.
Nie był metalowy.
Nie był częścią instalacji.
Selene powiększyła obraz.
To była dziecięca odznaka detektywa.
Z papieru, folii i stanowczo zbyt dużej ilości kleju.
Dewi zamarła.
— Nie — powiedział Slak.
Gede Arman spojrzał na odznakę, potem na Dewi.
— Kiedy dzieci mogły tu być?
— Nie mogły — powiedział Slak. — Miały zostać przy przedszkolu.
— Miały — powtórzyła Dewi.
Zielona zamknęła oczy.
— Ustawianie uwagi.
Dewi odwróciła się gwałtownie.
— Połączenie z pawilonem. Natychmiast.
Selene uruchomiła kanał.
Obraz pojawił się po sekundzie.
W pawilonie panował chaos.
Nie groźny. Jeszcze nie. Dzieci stały za szybą, opiekunki próbowały je uspokoić, Mira mówiła coś szybko do jednej z nich. Yghra oczywiście tam nie było, tylko jego głos z Gafaru próbował przez łącze dowiedzieć się, dlaczego wszyscy mówią jednocześnie. Jeden z gafariańskich dziennikarzy relacjonował wszystko z taką pasją, że tłumacz odmówił pełnego przekładu.
— Dzieci! — powiedziała Dewi. — Czy wszystkie dzieci są w pawilonie?
Mira zaczęła liczyć.
Raz.
Drugi.
Na jej twarzy pojawiła się pustka.
— Nie — powiedziała. — Brakuje Neli.
Dziewczynka z laleczką.
Slak nie czekał.
Już biegł.
Dewi ruszyła za nim.
Zielona, trzymając kapsułę z Gafarianami i Chlamem, przez ułamek sekundy wyglądała tak, jakby chciała zostać przy przejściu. Potem popłynęła za nimi.
Przejście Okrągłe zostało otwarte.
A gdzieś w jego pobliżu mała detektywka poszła za śladem, którego dorośli znów nie zauważyli dość szybko.
Znaleźli się na innej planecie, której atmosfera była zbliżona do tej na Lakszmi.
– Portal był oparty na technologii bram – zauważył Slak przechodząc.
– Tu jest nasza sygnatura – zauważyła Dewi wskazując element kodu na wyświetlaczu.
– To my robimy takie rzeczy? – zapytał Gede, a w jego głosie wybrzmiała wenusjańska duma.
– Takich rzeczy to jeszcze nikt w Układzie nie robi – stwierdziła Dewi, – z tego co wiem, bramy też nie wytwarzają małych, lokalnych portali podprzestrzennych. Inaczej Dar Bramy miałby możliwość teleportacji.
– Może ma? – zapytał Slak. – Przecież wolne chwile spędza na podsłuchiwaniu nas, zwłaszcza wieczorami…
– Nie, on się wciska w naszą przestrzeń zupełnie konwencjonalnie. Sami to widzieliśmy raz czy dwa razy – przypomniała Dewi. – Spróbujmy odnaleźć Neli, to jest najważniejsze.
Byli na rozległej równinie złożonej z wielkich, popękanych wzorów zaschłej, błotnistej ziemi. W oddali widać było rząd budynków tonących w upiornej, zielonkawej poświacie. Przypominały trochę neoelficką architekturę Merkurego, ale były posępne, pajęcze, pełne pustych otworów wołających mrok.
Zielona przyglądała się budynkom uważnie. Ściskała mocno pojemnik z Gafarianami, tak, jakby chciała im zapewnić jak największe bezpieczeństwo.
– Znowu jakieś miasto olbrzymów – stwierdził rozczarowany Chlam, – dlaczego tak niewiele cywilizacji w kosmosie ma normalny wzrost?
– Po prostu nie mamy szczęścia natykać się na bardziej pokrewne ewolucje – stwierdził Hruun. – Przy gwieździe Fli Tra, w mgławicy Latlak odkryliśmy ruiny których skala była bliska gafariańskiej.
– Podeślesz mi książki do więzienia? – ucieszył się Chlam.
– Za trzy autografy na twoich, to dla moich córek.
– Dwa autografy…
– Bądźcie poważni – upomniał ich Tuwr, – szukamy samotnej młodej. Poza tym znajdowanie się w samym sercu wrogiej planety to nie jest temat do żartów. A królowa Wenusjan powinna chyba się wrócić?
– To nie w moim stylu – stwierdziła Dewi. – Jestem królową, bo nie zawracam w takich sytuacjach.
Slak zaczął uważnie analizować ślady na zastygłym błocie nowego świata. Miał wrażenie, że nad wszystkim unoszą się jakieś gęste i ciężkie opary.
– Taką woń mają eony – zarecytował słowa ludzkiego pisarza z dawnych czasów, piszącego ponad 150 lat przed przebudzeniem sAI.
Rzeczywiście, analizatory mówiły, że powierzchnia planety nie była dotykana przez żadne świadome stopy od dziesiątków milionów lat. Dla Zielonej nie było to bardzo dawno, dla wszystkich pozostałych taki upływ czasu był czymś zupełnie niesamowitym. W tym osadzie milionów lat odkryli ślady Neli i jakiejś innej istoty, te drugie były o dwa dni starsze.
– Neli skierowała się do tych upiornych budynków – zauważył Gede patrząc na przebieg śladów.
– To logiczne. Też bym była ciekawa – pokiwała głową Dewi i ruszyła pewnym krokiem w stronę budynków.
Grawitacja planety była o pół G wyższa od tej znanej na Wenus, Ziemi i Lakszmi. Dlatego powolny marsz ku budowlom był dość męczący. Wszyscy czuli się ciężsi, a ich kroki były płytkie. Gafaranie w pojemniku położyli się.
– Nie lubię takiej grawitacji – narzekał Chlam. – Trzeba wrzeszczeć, żeby coś powiedzieć. Zapachy szybciej opadają.
Gdy byli już u podnóża budowli, odkryli, że są bardzo stare. Znacznie starsze od zaschniętych mokradeł. Mogły mieć nawet ponad miliard lat.
– To niezwykłe, że coś, co nie jest żywe, co się nie regeneruje i nie odradza może tyle trwać – zauważyła Zielona uważnie przenikając struktury budynków. – Widzę tu ślady innej geometrii.
– Co to znaczy? – zaciekawił się Slak.
– Inny wszechświat, albo bardzo zaawansowaną cywilizację, która to wzniosła – wyjaśniła Zielona.
– Jesteśmy w innym wszechświecie? – przestraszył się Chlam.
– Nie, nie jesteśmy w innym wszechświecie – zaśmiała się Zielona. – Te budowle mógł wznosić ktoś, kto był w innym wszechświecie, albo nawet z niego pochodził. Całość zbudowana jest ze skał wzmacnianych jakimś egzotycznym stopem metali. Niektóre składowe tego stopu nie pochodzą z naszego wszechświata. Dlatego mury są tak trwałe. Egzotyczność materiały chroniła go przed wietrzeniem i rozpadem.
– Upiorne, ale piękne – oceniała architekturę Dewi. – Ciekawe czy mieli muzykę i jaka była.
– Dlaczego mówisz o nich w czasie przeszłym? – zaciekawił się Slak. – Przecież to może być tylko jakaś opuszczona placówka nadal trwającej cywilizacji.
– Bardzo opuszczona – zauważył Gade.
– Cywilizacja bram też nie odwiedzała naszych bram od milionów lat, jednak nic nie wskazuje na to, że wymarli – zauważył Slak.
– W takim razie to musi być jakiś posterunek, albo stacja badawcza – zauważyła Dewi. – Neli weszła tutaj.
Rzeczywiście, ślady prowadziły w głąb jednego z budynków. Dziwaczną, niepokojącą i postrzępioną kamiennymi pinaklami salę wypełniał posąg jakiejś wielkiej i groźnej istoty. Przypominała paszczę tonącą w mackach, z błoniastymi, wielkimi skrzydłami i całym kręgiem szponów wokół macek. Jej kształt bardzo przypominał krąg, który pozostał na proporcu po oderwaniu symbolu.
– Ciekaw jestem, czy to tylko dzieło chorobliwej wyobraźni, czy też dość realistyczne przedstawienie? – zapytał Chlam. Nikt nie wiedział, do kogo skierował swoje pytanie. Najpewniej do wszystkich.
– O, jesteście! – usłyszeli wesoły głos Neli. – Niestety nie znalazłam złego pana. Ale znalazłam jego planetę. Prawda, że fajna? Mogę ją pokazać innym dzieciom?
Neli stała pod posągiem, jakby znajdowała się w muzeum, do którego dorośli spóźnili się o kilka minut.

Była drobna, trochę pobrudzona zaschniętym błotem, z jedną odznaką detektywa przyklejoną krzywo do ubrania i drugą, zapasową, przypiętą do laleczki. Laleczka wyglądała na całkowicie nieporuszoną ogromem obcej planety, pradawnymi ruinami i faktem, że na jej szmacianej sukience osiadł pył starszy od wielu ziemskich epok.
Dewi podbiegła pierwsza.
Nie królewskim krokiem.
Nie ostrożnie.
Po prostu podbiegła, uklękła i objęła dziewczynkę tak mocno, jak pozwalało bezpieczeństwo.
— Neli.
— Pani królowo, ja uważałam — powiedziała Neli natychmiast, głosem dziecka, które już przygotowało linię obrony. — Nie dotykałam niczego, co miało zęby.
Slak zatrzymał się tuż za Dewi.
— A rzeczy bez zębów?
Neli zastanowiła się.
— To zależy, czy liczymy podłogę.
Dewi przytuliła ją jeszcze mocniej.
— Liczymy.
— To dotykałam.
— Wrócimy do tego później — powiedział Slak. — Najpierw: czy jesteś cała?
— Tak. Tylko trochę ciężko się chodzi. I laleczka twierdzi, że tu jest brzydko.
— Laleczka ma rozsądek — mruknął Gede.
Neli spojrzała na niego z oburzeniem.
— Nie. Ona jest odważna. Można być odważnym i uważać, że coś jest brzydkie.
Dewi uniosła głowę i spojrzała na Slaka.
— Zapisz.
— Już zapamiętałem.
Zielona wpłynęła do sali wolniej. Trzymała kapsułę z Gafarianami bardzo stabilnie, choć jej spojrzenie było utkwione w posągu. Posąg nie poruszał się. Nie świecił. Nie wydawał dźwięków. A jednak wypełniał salę obecnością tak ciężką, jakby sam kształt potrafił patrzeć.
Tuwr odezwał się pierwszy.
— To nie jest nasza skala.
— Dziękujemy za odkrycie — powiedział Chlam z kapsuły.
— Milcz, jeśli nie mówisz rzeczy potrzebnych — odparł Tuwr.
— To była rzecz potrzebna dla mojego dobrostanu.
— Twój dobrostan jest chwilowo drugorzędny.
Hruun, historyczka, nie zwracała na nich uwagi. Jej obraz pojawił się na małym ekranie przy kapsule. Poruszała czułkami tak intensywnie, że tłumacz przez kilka sekund wyświetlał tylko: trudność klasyfikacyjna.
— To przedstawienie nie pasuje do żadnej znanej nam ruinnej tradycji — powiedziała w końcu. — Ale krąg wokół macek… tak. Ten motyw pojawia się w archiwach bezśladowych.
Zielona zbliżyła się do posągu.
— Neli, dlaczego powiedziałaś „zły pan”?
Dziewczynka popatrzyła w górę.
— Bo było tak na ścianie.
Wszyscy zamarli.
— Gdzie? — zapytał Slak.
Neli wskazała boczną część sali, niemal ukrytą za szeregiem postrzępionych filarów. Dorośli patrzyli na posąg. Ona patrzyła niżej. Tam, gdzie dziecko mogło dostrzec coś, co nie próbowało być monumentalne.
Na ścianie, przy podłodze, widniał płytki relief.
Nie przedstawiał potwora.
Przedstawiał małą istotę stojącą przed wielką, okrągłą bramą. Istota miała uproszczoną sylwetkę, prawie dziecięcą, a za nią ciągnęła się ścieżka z siedmiu punktów. Nad bramą wyryto znaki, których tłumacze nie znały.
Selene Var przesłała obraz do analizatorów.
— To nie jest język Bram — powiedziała.
— Ani gafariański — dodała Hruun.
— Ani żaden znany mi wenusjański system historyczny — mruknął Gede, choć nikt go o to nie pytał.
Neli podeszła bliżej ściany.
— Tu — powiedziała.
Poniżej głównych znaków znajdował się nowszy ślad. Nie bardzo nowy. Nie z ostatnich dni. Ale nowszy niż budowla, znacznie nowszy. Wyryty cienko, jakby ktoś dopisał go narzędziem, które nie należało do pierwotnych twórców ruin.
Tłumacz Zielonej zawahał się.
Potem podał przekład roboczy:
Ten, który zostawia pustkę, woła przez cudzą ciekawość. Nie idź za zaproszeniem, jeśli nie wiesz, kto je wysłał.
Dewi spojrzała na Neli.
Neli spuściła głowę.
— Ja wiedziałam, że nie powinnam iść sama.
— Ale poszłaś — powiedział Slak cicho.
— Bo myślałam, że jeśli będę szybka, to wrócę, zanim będzie niebezpiecznie.
Chlam wydał z kapsuły dźwięk, który tłumacz oddał jako: rozpoznanie własnego błędu w cudzym zachowaniu.
Zielona spojrzała na niego.
— Ani słowa.
— Właśnie dlatego milczę.
Dewi uklękła znów przy Neli.
— Kto cię zaprosił?
— Nikt.
— Neli.
— Naprawdę nikt. Ja tylko zobaczyłam odznakę.
— Swoją?
Dziewczynka pokręciła głową.
— Nie. Taką samą, ale nie moją. Leżała przy Przejściu Okrągłym. Myślałam, że któreś dziecko ją zgubiło. A potem była następna. I jeszcze jedna. Jak ścieżka.
Slak zamknął oczy.
— Ktoś zrobił ścieżkę z odznak.
— Albo układ zrobił ścieżkę z tego, czego dziecko już szukało — powiedziała Zielona.
Dewi podniosła się powoli.
— Czyli najpierw Mira i proporzec. Potem Neli i odznaki.
— Ten sam sposób — powiedział Slak. — Nie nakaz. Zaproszenie.
— A zaproszenia są najtrudniejsze do obrony — dodała Zielona. — Bo część odpowiedzi naprawdę należy do zapraszanego.
Neli spojrzała na nią niepewnie.
— Czy jestem winna?
Dewi odpowiedziała natychmiast:
— Nie.
— Ale zrobiłam źle.
— Tak.
Dziewczynka przyjęła to z powagą.
— To lepiej niż być winną?
— Dużo lepiej — powiedział Slak. — Zrobienie źle można naprawiać. Winy nie rozdajemy dzieciom za ciekawość, którą ktoś wykorzystał.
Neli odetchnęła.
— To dobrze. Bo ja naprawdę chciałam tylko znaleźć złego pana.
— I znalazłaś jego planetę — powiedział Chlam.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— Co? — zapytał.
— Dlaczego „jego”? — spytała Zielona.
Chlam cofnął się w kapsule tak daleko, jak pozwalała bariera.
— Bo dziecko tak powiedziało.
— Nie — odparła Zielona. — Ty powiedziałeś to inaczej. Jakbyś rozpoznał.
Tuwr zwrócił się ku niemu powoli.
— Chlamie.
Więzień poruszył czułkami w panice.
— Nie wiem! Nie pamiętam! To znaczy… pamiętam archiwum. Był tam zapis o właścicielu pustego koła. Nie imię. Nigdy imię. Tylko określenie.
— Jakie? — zapytała Dewi.
Chlam milczał.
Tuwr powiedział bardzo cicho:
— Jeśli teraz zakryjesz ślad, staniesz się nim.
To zdanie zadziałało.
Chlam skulił się, jakby nagle cała obca grawitacja spadła właśnie na niego.
— Ten, Który Zaprasza.
W sali posągu zrobiło się zimno, choć analizatory uparcie twierdziły, że temperatura nie zmieniła się ani o ułamek stopnia.
Hruun poruszyła się gwałtownie.
— To określenie występuje w naszych najstarszych ostrzeżeniach. Nie jako osoba. Raczej jako funkcja. Mechanizm. Może cywilizacja. Może choroba śladów.
— Choroba śladów? — powtórzył Slak.
— Ślad, który uczy się zostawiać ślady — powiedział Tuwr. — Zaproszenie, które używa cudzych pragnień, żeby przejść dalej.
Dewi spojrzała na posąg.
Paszcza. Macki. Skrzydła. Krąg szponów. Puste miejsce po imieniu.
— Czy to żyje? — zapytała.
Zielona długo nie odpowiadała.
Jej awatar rozjaśnił się od środka zielonym, głębokim światłem. Nie teatralnie. Raczej jak las, który na chwilę przypomina sobie noc sprzed wszystkich map.
— Nie wiem — powiedziała w końcu. — Ale to, co robi, jest zbyt podobne do zachowania, żebym mogła traktować to jak zwykły automat.
— Czyli może być osobą? — zapytał Slak.
— Albo pozostałością po osobie. Albo narzędziem, które nauczyło się udawać intencję. Albo intencją rozsmarowaną po ruinach, portalach i cudzych decyzjach.
Neli słuchała bardzo uważnie.
— Czyli to naprawdę zły pan?
Dewi spojrzała na nią.
Chciała powiedzieć coś prostego. Coś uspokajającego. Coś, co pozwoli dziecku przestać patrzeć na posąg.
Ale kłamstwo byłoby gorsze.
— Nie wiemy jeszcze, czy pan — powiedziała. — Nie wiemy nawet, czy ktoś. Ale wiemy, że nie wolno iść za jego zaproszeniami.
Neli pokiwała głową.
— To napiszemy regulamin.
Slak odruchowo zapytał:
— Jaki regulamin?
— Detektywski. Punkt drugi. Nie idziemy za zaproszeniem, jeśli nie wiemy, kto zaprasza.
— To będzie punkt pierwszy — powiedział Slak.
— A nielizanie materiału dowodowego?
— Spadnie na drugi.
Neli uznała to za bardzo poważną zmianę.
Dewi uśmiechnęła się mimo strachu.
I wtedy posąg przemówił.
Nie głosem.
Nie przez powietrze.
Na ścianie, pod reliefem, pojawiły się nowe znaki. Wyłoniły się powoli ze skały, jakby były tam od zawsze, tylko ktoś dopiero teraz pozwolił im stać się widzialnymi.
Selene przełożyła je po kilku sekundach.
Znalazła drogę. Nie została skrzywdzona. Zaproszenie było łagodne.
Slak stanął przed Dewi i Neli.
Zielona rozświetliła się mocniej.
Tuwr i Hruun przypadli do podłoża w kapsule, jakby ich własne ciała odruchowo odpowiedziały na starożytny alarm.
Dewi powiedziała lodowato:
— Łagodne zaproszenie dziecka przez nieznany portal na planetę eonów nie jest łagodne.
Znaki zmieniły się.
Uczyła się odwagi.
— Nie — powiedziała Dewi. — Ty uczyłeś się jej ciekawości.
Przez chwilę nic się nie wydarzyło.
Potem w samym środku kręgu szponów posągu pojawiło się światło.
Małe.
Puste.
Okrągłe.
Neli przytuliła laleczkę do piersi.
— Pani królowo?
— Jestem tu.
— Teraz już mi się mniej podoba.
Dewi nie odwróciła wzroku od światła.
— Mnie też.
Światło w kręgu szponów było małe.
Właśnie dlatego wszyscy patrzyli na nie z takim niepokojem.
Gdyby posąg rozbłysnął cały, gdyby zatrzęsły się mury, gdyby z otworów w sklepieniu wypłynęły obce maszyny albo cienie skrzydlatych istot, byłoby łatwiej. Wielka groza uruchamia proste odruchy: uciec, walczyć, zasłonić dziecko, wezwać statek, odciąć portal.
Ale to było tylko małe, puste koło światła.
Prawie uprzejme.
Prawie cierpliwe.
Prawie czekające.
Dewi tego „prawie” nienawidziła najbardziej.
— Selene — powiedziała — czy to światło coś emituje?
— Tak — odpowiedziała Selene po sekundzie. — Bardzo słaby sygnał. Nie elektromagnetyczny w zwykłym sensie. Nie bramny w pełnym sensie. Raczej… wzorzec porównawczy.
— Porównuje nas?
— Albo samo siebie z nami.
Slak stał między posągiem a Neli. Nie zasłaniał Dewi, bo wiedział, że nie pozwoliłaby się zasłonić, jeśli dziecko stoi obok. Zasłaniał więc dziecko i zostawiał królowej pole widzenia.
Neli trzymała laleczkę obiema rękami.
Już się nie uśmiechała.
— Czy ono jest obrażone? — zapytała cicho.
Dewi odpowiedziała bez odwracania głowy:
— Nie wiem.
— Bo ja nie chciałam go obrazić.
— Wiem.
— Tylko już nie chcę, żeby mnie zapraszało.
Dewi poczuła, jak gniew w niej twardnieje.
Nie głośny gniew. Dobry gniew.
Taki, który może stać się prawem.
— Słyszysz? — powiedziała do światła. — Zaproszona osoba odmawia dalszych zaproszeń.
Na ścianie pojawiły się nowe znaki.
Selene i Zielona przetłumaczyły je niemal jednocześnie.
Odmowa jest częścią drogi.
— Nie — powiedział Slak.
Wszyscy spojrzeli na niego.
Prawnik Merkurego mówił spokojnie, ale w jego głosie było coś ostrego.
— Odmowa nie jest częścią twojej drogi. Odmowa jest końcem twojego roszczenia do tej osoby.
Znaki na ścianie zadrżały.
Chlam w kapsule wydał krótki, przestraszony dźwięk.
— Nie kłóciłbym się z tym.
— Dziękujemy za odwagę — powiedziała Zielona.
— To nie odwaga. To instynkt.
Tuwr poruszył czułkami bardzo wolno.
— Instynkt bywa starszy niż mądrość.
Hruun natomiast patrzyła na posąg z przerażającą fascynacją badaczki, która wie, że stoi przy czymś niebezpiecznym i bezcennym naraz.
— Ono odpowiada na kategorie prawa — powiedziała.
— Albo na kategorie granicy — odparła Zielona. — Prawo jest tylko jednym z języków granicy.
Dewi przyjęła to zdanie do pamięci, ale nie teraz. Teraz nie było czasu na mądre zdania.
— Neli — powiedziała — podejdź do mnie.
Dziewczynka zrobiła krok.
Światło w kręgu szponów rozjaśniło się odrobinę.
Neli zamarła.
Dewi natychmiast podeszła do niej sama, uklękła i objęła ją ramieniem.
— Nie ty masz przechodzić próbę — powiedziała cicho. — Dorośli czasem mówią głupstwa o odwadze. To nie znaczy, że masz im wierzyć.
Neli przycisnęła twarz do jej ramienia.
— Dobrze.
Slak spojrzał na posąg.
— Dewi, musimy wracać.
— Wiem.
— Teraz.
— Wiem.
Ale portal, którym przyszli, nie był już widoczny jako otwarte przejście. Za nimi rozciągała się tylko sala, ciężkie wejście, błotnista równina i zielonkawe światło martwego miasta. Przejście Okrągłe zostało gdzieś po drugiej stronie, na Lakszmi, a tutaj nie było drzwi z napisem „powrót”.
Selene sprawdzała kanały łączności.
— Brak stabilnego połączenia z Lakszmi. Dostaję echo bramne, ale nie punkt przejścia.
— Czyli zostaliśmy przeniesieni jednostronnie? — zapytał Gede.
— Nie. Raczej przejście złożyło się po naszym wejściu.
— To brzmi jak jednostronnie, tylko z większą ilością słów.
— Administracyjnie tak — przyznała Selene.
Dewi niemal się uśmiechnęła.
Niemal.
Zielona podpłynęła bliżej światła. Jej awatar był jaśniejszy niż wcześniej, zielony od środka, jakby liście i głęboka pamięć rosły pod skórą.
— Nie będę z tobą mówiła przez dziecko — powiedziała do posągu. — Jeśli chcesz mówić, mów do mnie.
Znaki na ścianie zmieniły się powoli.
Pradawna pamięta bramy, których nie pamięta.
Zielona znieruchomiała.
Dewi zobaczyła to i natychmiast zrozumiała, że światło trafiło w bolesne miejsce. Nie w wiedzę. W brak wiedzy.
— Zielona — powiedziała ostrzegawczo.
— Słyszę.
— Nie idź za tym.
— Nie idę.
Ale jej głos był cichszy.
Światło w kręgu szponów pulsowało miękko, cierpliwie, prawie życzliwie.
Pradawna może odzyskać ścieżkę.
Tuwr wydał bardzo ostry zapach. Tłumacz przełożył go bez wahania:
Pułapka.
Zielona zaśmiała się nagle.
Nie radośnie.
Raczej jak ktoś, kto rozpoznał własną słabość, zanim zdążyła stać się decyzją.
— Oczywiście, że może — powiedziała. — I oczywiście, że tego chcę. Bardzo ładnie znalazłeś drzwi.
Znaki czekały.
— Ale drzwi nie stają się moje tylko dlatego, że tęsknię za pokojem za nimi.
Dewi odetchnęła.
Slak też.
Chlam zapytał ostrożnie:
— Czy mogę powiedzieć coś pożytecznego?
— To byłaby miła odmiana — odparła Zielona.
— W archiwum była wzmianka o odpowiedziach ciężkich. Nie wiem, czy tłumaczenie jest dobre. Chodziło o to, że niektóre wzory nie lubią decyzji podjętych przez jedną osobę. Wolą tłum. Spór. Wiele pragnień naraz.
— Ustawianie uwagi społeczności — powiedział Slak.
— Tak. Ale jeśli kilka osób odpowie wspólnie, wzór ma trudniej. Nie może tak łatwo wejść przez jedno pragnienie.
Dewi spojrzała na niego.
— Dlaczego nie powiedziałeś tego wcześniej?
— Bo wcześniej nie pamiętałem, że to ważne.
Tuwr poruszył czułkami.
— Chlam.
— No dobrze. Bo liczyłem, że nie będę musiał być aż tak pomocny.
— To brzmi prawdziwie — powiedział Slak.
Zielona zamknęła oczy.
— Wspólna odpowiedź. Nie pojedyncza ciekawość Neli. Nie pojedyncza troska Miry. Nie moja samotna tęsknota za pamięcią.
— Wiele osób naraz — powiedziała Dewi.
— Ale nie tłum bez ładu — dodał Slak. — Wspólna decyzja.
Neli uniosła głowę.
— Czy ja też?
Dewi zawahała się.
Slak już otworzył usta, żeby powiedzieć „nie”, ale Zielona go uprzedziła.
— Tak. Ale nie sama. I nie jako ta, która musi być odważna. Jako ta, która odmawia dalszego zaproszenia.
Dewi spojrzała na Neli.
— Chcesz to powiedzieć?
Dziewczynka przełknęła ślinę.
— Z tobą.
— Ze mną.
— I z panem Slakiem.
— Oczywiście.
— I z laleczką.
Slak zamknął oczy na pół sekundy.
— Laleczka może być świadkiem.
— Ona woli być detektywem.
— Tymczasowym.
— Dobrze.
Dewi wstała, trzymając Neli za rękę. Slak położył dłoń na ramieniu dziewczynki z drugiej strony. Zielona unosiła się przy nich, jasna i bardzo stara. Gede, Selene, Tuwr, Hruun i nawet Chlam milczeli w kapsule.
Nie był to rytuał.
Jeszcze nie.
Raczej pierwszy szkic granicy.
Dewi powiedziała pierwsza:
— Nie przyjmujemy zaproszenia, którego nadawca ukrywa imię.
Slak dodał:
— Odmowa kończy roszczenie zapraszającego.
Zielona powiedziała:
— Pamięć nie może być kupiona cudzą zgodą.
Tuwr, przez tłumacza, dodał z kapsuły:
— Ślad bez imienia nie ma prawa prowadzić młodych.
Hruun powiedziała:
— Ruina nie jest właścicielem tych, którzy ją odnajdą.
Gede Arman, po chwili, bardzo poważnie:
— Infrastruktura nie będzie udawać losu.
Selene Var dodała:
— Dane bez źródła nie będą prowadzić decyzji kolonii.
Wszyscy spojrzeli na Chlama.
— Naprawdę muszę? — zapytał.
— Tak — powiedziała Zielona.
Chlam poruszył czułkami.
— Nielegalne archiwa nie powinny zapraszać dzieci.
Tuwr wydał zapach dezaprobaty.
— Słabo.
— Ale szczerze.
— To wystarczy — powiedziała Dewi.
Na końcu Neli, bardzo cicho, powiedziała:
— Nie idę już za tobą. Chcę wrócić.
Światło w kręgu szponów pulsowało raz.
Drugi.
Trzeci.
Potem ściana za nimi zadrżała bez dźwięku.
Nie otworzył się efektowny portal. Nie było burzy energii. Po prostu fragment sali stał się przezroczysty w sposób, w jaki przezroczystość nie powinna działać w kamieniu. Za nim widać było Przejście Okrągłe na Lakszmi, szary korytarz, światła kolonii i daleko, bardzo daleko, ciepły blask świata, który jeszcze nie rozumiał, jak blisko czegoś starego się znalazł.
Dewi nie ruszyła od razu.
— To nie jest dar — powiedziała do posągu. — To naprawienie naruszenia.
Na ścianie pojawiły się ostatnie znaki.
Granica została zauważona.
— Dobrze — powiedział Slak. — Teraz ją zapamiętaj.
Przeszli.
Najpierw Neli z Dewi i Slakiem.
Potem Zielona z kapsułą.
Potem Selene i Gede.
Nikt się nie odwrócił, oprócz Chlama, który nie mógł się powstrzymać.
— Ono patrzyło? — zapytał potem.
Zielona odpowiedziała dopiero po kilku krokach na Lakszmi.
— Nie wiem.
— To dlaczego mam wrażenie, że tak?
— Bo właśnie na tym polega część problemu.
Przejście zamknęło się za nimi cicho.
W korytarzu Lakszmi pachniało wilgocią, tworzywem, metalem i kawą z odległej kantyny.
Nigdy jeszcze zwykły zapach niedokończonej kolonii nie wydawał się Dewi tak piękny.
Pierwsza uroczystość ślubna Dewi i Slaka odbyła się przy roślinie.
Nie na głównej scenie.
Nie pod kopułą z proporcami.
Nie w miejscu, które komisja ceremoniału mogłaby uznać za dość godne królowej Wenus, narzeczonego z Merkurego, delegacji Lakszmi, Nowych Tytanian, Gafarian, Pradawnej i połowy Układu oglądającej przekaz z ostrożnym opóźnieniem.
Odbyła się w strefie ósmej, przy włazie technicznym, filtrach, nierównej podłodze i pierwszej roślinie Lakszmi.
Komisja ceremoniału najpierw próbowała protestować.
Potem zobaczyła minę Dewi.
Następnie zobaczyła minę Slaka.
Wreszcie zobaczyła dziecięcych detektywów z gongiem.
I uznała, że historia bywa silniejsza od dekoracji.
Dlatego przygotowano tylko to, co konieczne: czyste światło, kilka niskich lamp, mały krąg dla gości, zabezpieczone mikrośrodowisko dla Gafarian i jeden prosty, grafitowy proporzec. Nie wisiał już wysoko. Stał obok rośliny, ale nie zasłaniał jej. Pusty okrąg został na nim pozostawiony. Nie jako znak obcego zaproszenia. Nie jako rana. Jako przypomnienie, że nie wszystko trzeba wypełnić natychmiast nazwą.
Roślina miała już siedem pędów wyraźniejszych niż wcześniej.
Siódmy liść nadal był niemal gładki.
Dewi uznała to za dobrą wróżbę.
— Nie wszystko musi się spieszyć — powiedziała cicho.
Slak spojrzał na nią.
— Mówisz to do rośliny, do kolonii, do filozofów czy do komisji ceremoniału?
— Do wszystkich, ale komisja ceremoniału najbardziej tego potrzebuje.
Stali jeszcze przed rozpoczęciem uroczystości, trochę z boku, przy przejściu serwisowym, w którym dzień wcześniej bali się o Neli, Mirę, Lakszmi i własną umiejętność rozpoznawania zaproszeń. Teraz ten sam korytarz pachniał wilgocią, kawą i kwiatami przywiezionymi w pośpiechu z głównej szklarni.
Dewi miała na sobie strój prostszy, niż planowano.
Prostszy nie znaczyło skromny.
Był wenusjański, złoty, miękki, z tkaniny, która poruszała się jak światło na wodzie. Ale nie było na nim ciężkich ceremonialnych warstw. Nie chciała, żeby pierwsze błogosławieństwo Lakszmi odbyło się pod ciężarem dworu.
Slak miał ciemny strój merkuriański, bardzo elegancki i prawie zbyt poważny.
Prawie, bo Dewi zauważyła przy jego mankiecie drobny haft: siedem małych linii i jedno puste miejsce.
— To twoja robota? — zapytała.
— Nie.
— Czyja?
Slak spojrzał w stronę dzieci.
Dziewczynka z laleczką udawała, że absolutnie nie patrzy.
— Tymczasowi detektywi rozszerzają działalność — powiedział.
— Pozwoliłeś?
— Nie. To okazało się bez znaczenia.
Dewi roześmiała się cicho.
— To dobry początek małżeństwa.
— Bezradność wobec dzieci?
— Wspólna bezradność wobec dzieci.
Slak chciał odpowiedzieć, ale wtedy Selene Var dała znak, że wszystko gotowe.
Gafarianie zajęli miejsce w przezroczystym mikrośrodowisku ustawionym na niewielkim podwyższeniu z boku kręgu. Tym razem nie byli tylko delegacją śledczą. Byli gośćmi.
Tuwr stał najbliżej krawędzi pola, z czułkami poruszającymi się spokojnie. Hruun miała przy sobie maleńkie tabliczki zapisowe, choć Dewi poprosiła, aby nie prowadzić badań w trakcie przysięgi. Historyczka obiecała, że będzie tylko „cicho doświadczać materiału przyszłej historii”. Slak uznał tę obietnicę za podejrzaną, ale możliwą do tolerowania.
Chlam także był obecny.
W osobnej kapsule.
Nie dlatego, że ktokolwiek zapomniał, kim był i co zrobił. Przeciwnie — dlatego, że pamiętano. Gafarianie nie uniewinnili go nagle, a Zielona nie uznała go za przyjaciela Układu. Ale Chlam powiedział prawdę wtedy, gdy mógł ją jeszcze ukrywać. Pomógł im zrozumieć „ustawianie uwagi”. Pomógł wrócić z planety eonów. I kiedy Neli płakała już po powrocie, bardzo cicho, tak by nikt poza Tuwrem prawie nie usłyszał, powiedział, że dzieci nie powinny płacić za ciekawość dorosłych systemów.
Tuwr usłyszał.
I przekazał Dewi.
Dlatego Chlam nie był wolny.
Ale nie był też już tylko chciwym więźniem z gafariańskich bestsellerów.
Był kimś, kto zrobił pierwszy mały krok w stronę lepszego śladu.
— Czy mogę dostać miejsce z widokiem? — zapytał teraz.
— Ma pan widok — powiedziała Zielona.
— Widok na filtr.
— Filtr jest częścią Lakszmi.
— To wzruszające i niesprawiedliwe.
Tuwr poruszył czułkami.
— Chlamie, jeśli będziesz cicho przez całą uroczystość, wspomnę w raporcie, że zachowałeś się godnie przez okres przekraczający przewidywania.
Chlam znieruchomiał.
— To ważne?
— Dla ciebie bardzo.
— W takim razie milczę.
I milczał.
Prawie.
Mira Nayan stała blisko Ratih Sumy i U-Tem.
Nie w pierwszym rzędzie, bo nie chciała, żeby ktokolwiek myślał, że kryzys z proporcem stał się jej osobistym triumfem. Ale Dewi zadbała, żeby stała dość blisko rośliny, by wiedziała, że nie została odsunięta w cień.
Neli siedziała z dziećmi.
Tymczasowe odznaki detektywów zostały poprawione i opatrzone nowym regulaminem. Punkt pierwszy brzmiał:
Nie idziemy za zaproszeniem, jeśli nie wiemy, kto zaprasza.
Punkt drugi:
Nie liżemy materiału dowodowego.
Slak uznał kolejność za zwycięstwo cywilizacji.
Laleczka Neli miała własną odznakę.
Dewi nie protestowała.
Zielona unosiła się przy kręgu ciszej niż zwykle. Jej awatar był spokojny, zielony, bardzo piękny w świetle lamp. Nie była mistrzynią ceremonii. Nie chciała nią być. Ale to ona, bardziej niż ktokolwiek, czuła jeszcze dotyk tamtej planety, obcego stopu, niepamiętanej geometrii i głosu, który obiecywał odzyskanie ścieżki.
Dewi podeszła do niej tuż przed rozpoczęciem.
— Zostanie tajemnicą — powiedziała.
— Ten, Który Zaprasza?
— Tak.
Zielona spojrzała ku Przejściu Okrągłemu. Było zamknięte, odcięte, opieczętowane wspólnymi zabezpieczeniami Wenus, Merkurego, Gafaru i jej własnymi.
— Tajemnice rzadko zostają w miejscu, w którym je zostawiamy — odparła.
— Wiem.
— Może wróci.
— Wiem.
— Może nigdy nie był jednym „kimś”.
— Tego też się boję.
Zielona uśmiechnęła się lekko.
— Dziwne. Królowa, która boi się i mimo to bierze ślub przy pierwszej roślinie obok nieczynnej śluzy prowadzącej do eonów.
— To brzmi jak krytyka.
— To był komplement.
Dewi dotknęła jej dłoni.
— Zostań blisko.
— Jestem.
Uroczystość zaczęła się bez muzyki.
To był pomysł Dewi.
Najpierw cisza.
Nie ciężka, nie żałobna. Cisza po powrocie. Cisza po odmowie. Cisza po tym, jak dziecko powiedziało „chcę wrócić”, a dorośli wreszcie odpowiedzieli wspólnie.
Dopiero potem odezwał się gamelan.
Nie pełny zespół. Tylko kilka instrumentów ustawionych dalej, żeby nie zagłuszyć szumu filtrów i miękkiego oddechu kopuły. Dźwięk był prosty, jasny, jak krople spadające do naczynia z brązu.
Dewi i Slak stanęli przy roślinie.
Nie było tronu.
Nie było wielkiej bramy z kwiatów.
Nie było dwudziestu siedmiu zatwierdzonych formuł przejścia.
Była Lakszmi.
Niedokończona, wilgotna, trochę brzydka w miejscach, które jeszcze nie zdążyły udawać piękna. Były dzieci, które za dużo widziały. Byli filozofowie, którzy na polecenie królowej złożyli obietnicę milczenia do końca przysięgi. Była rada kolonii, pierwsza ekipa biosferyczna, Nowi Tytanianie, Gafarianie, Pradawna, oszust w kapsule i roślina, która rosła przed wszystkimi decyzjami.
Slak spojrzał na Dewi.
— Nadal możemy uciec na Wenus i zrobić to normalnie.
— Druga uroczystość będzie na Wenus.
— Tam też nie będzie normalnie.
— Nie. Ale będzie więcej gamelanu.
— I mniej filtrów.
— Nie obiecuję.
Uśmiechnęli się do siebie.
Selene Var, jako opiekunka biosfery kopuły, wypowiedziała pierwsze słowa:
— Ta roślina nie została posadzona jako symbol. Została posadzona, żeby sprawdzić, czy Lakszmi odpowie życiu. Odpowiedziała. Dlatego dziś nie czynimy z niej własności żadnej szkoły, żadnej osoby ani żadnej instytucji. Staje się świadkiem początku, który już trwał, zanim go nazwaliśmy.
Ratih płakała.
U-Tem świeciła cicho pod przezroczystą skórą.
Nalin Prabha z Drzewa Pierwszej Zgody zacisnęła usta, bo bardzo chciała coś powiedzieć o drzewie. Varo Den położył jej dłoń na ramieniu. Ona odsunęła ją dopiero po chwili, czyli nastąpił wyraźny postęp kolonialny.
Tuwr przemówił przez tłumacza:
— Gafar pozdrawia Lakszmi. Ślad, który zna swoje imię, może prowadzić bez krzywdy. Ślad bez imienia nie ma prawa zabierać młodych. Dziś widzimy ślad dwojga osób, które idą jawnie.
Dewi skinęła głową.
Potem odwróciła się do Slaka.
— Nie chciałam, żeby nasz ślub stał się sprawą państwową — powiedziała.
Slak spojrzał na tłum, kamery, Gafarian, dzieci i opieczętowane Przejście Okrągłe.
— Nie udało się.
— Nie. Ale chciałam też, żeby był prawdziwy.
— To się udało.
Dewi przez chwilę milczała.
— Slaku, jesteś moim narzeczonym, prawnikiem, irytującym głosem rozsądku, człowiekiem z Merkurego, który nauczył się rozumieć Wenus lepiej, niż powinien, i osobą, przy której nawet królowa może czasem nie wiedzieć. Chcę iść z tobą jawnie. Nie za cudzym zaproszeniem. Nie za ukrytym śladem. Z tobą.

Slak patrzył na nią tak, jakby cały hałas kolonii oddalił się nagle bardzo daleko.
— Dewi — powiedział — jesteś królową, która kuca przy dzieciach, klęka przy roślinie, obraża się na nieuczciwą infrastrukturę i grozi filozofom odłożeniem decyzji. Jesteś też osobą, przy której prawo przestaje być tylko zabezpieczeniem, a staje się sposobem troski. Chcę iść z tobą. Jawnie. Nawet jeśli po drodze będą komisje ceremoniału.
— To największa ofiara, jaką dziś usłyszałam.
— Wiedziałem, że docenisz.
Podali sobie dłonie.
Nie było wielkiego zaklęcia.
Nie było obcej reakcji.
Nie rozbłysło Przejście Okrągłe.
I to było największą ulgą.
Selene Var zapytała:
— Czy Lakszmi przyjmuje ich pierwszy ślad wspólny?
Przez chwilę odpowiadała cisza.
Potem dzieci zaczęły szeptać: „tak”.
Najpierw jedno.
Potem kilkoro.
Potem cały rząd.
Dorośli uśmiechnęli się niepewnie, ale nie przerwali. Gafarianie przekazali zapach zgody. Nowi Tytanianie rozświetlili dłonie. Filozofowie, ku własnemu zaskoczeniu, nie dodali żadnego komentarza.
W końcu nawet Gede Arman powiedział:
— Tak. Ale proszę nie wpisywać tego jako procedury, bo będzie trudna do powtórzenia.
Dewi roześmiała się przez łzy.
Slak pocałował ją wtedy.
Nie jako punkt programu.
Nie w odpowiedniej sekundzie transmisji.
Po prostu dlatego, że byli już po tej stronie decyzji.
Gamelan odezwał się mocniej.
Roślina poruszyła liśćmi, bo wentylacja zmieniła rytm.
Dzieci uznały to za znak.
Slak uznał to za wentylację.
Dewi uznała, że obie strony mogą mieć rację.
Po uroczystości Chlam poprosił o możliwość złożenia krótkiego oświadczenia.
Wszyscy byli przeciw.
Chlam nalegał.
Tuwr wysłuchał go przez chwilę, potem powiedział:
— Niech mówi. Jeśli będzie niegodny, przerwę.
Chlam poruszył czułkami z urazą.
— To krzywdzący brak zaufania.
— To pamięć.
— Ach.
Przez tłumacz przemówił więc bardzo krótko, co samo w sobie było dowodem, że wydarzenia ostatnich dni odcisnęły na nim jakiś ślad.
— Nie twierdzę, że stałem się dobry — powiedział. — To byłoby przedwczesne i prawdopodobnie mało wiarygodne. Ale rozumiem już, że niektóre archiwa nie są okazją. Niektóre są pułapką, która szuka chciwych rąk. Moje były odpowiednie. To mnie nie usprawiedliwia. To mnie opisuje. Postaram się, żeby następny opis był mniej kompromitujący.
Tuwr milczał chwilę.
— Przyjmujemy jako początek rehabilitacji, nie jako rehabilitację.
— To rozsądne — powiedziała Zielona.
— Surowe — mruknął Chlam.
— Rozsądne i surowe mogą być tym samym śladem — odparł Tuwr.
Dewi skinęła głową.
— Chlamie, jeśli kiedyś naprawdę naprawisz to, co pomogłeś zepsuć, może napiszą o tobie lepszą nowelę.
Chlam ożywił się.
— Naprawdę?
— Nie przesadzaj — powiedziała Zielona.
— Ale lepszą?
— Najpierw lepsze czyny.
Chlam zamilkł, wyraźnie licząc koszty moralne takiego przedsięwzięcia.
Wieczorem Dewi i Slak przyszli do rośliny sami.
Prawie sami.
Bo za jednym filtrem ukrywały się dzieci, za drugim prawdopodobnie jeden filozof, a w kanale serwisowym Selene zostawiła dyskretny czujnik, który nie nagrywał obrazu, ale pilnował parametrów biosfery z taką czułością, że była to prawie obecność.
Dewi udawała, że tego nie wie.
Slak też.
Stali przy siedmiu pędach.
— Druga uroczystość na Wenus będzie dużo większa — powiedziała Dewi.
— Tak.
— Będą stroje.
— Wiem.
— Gamelan do rana.
— Spodziewam się.
— Dar Bramy będzie próbował wygłosić mowę.
Slak zbladł.
— Możemy jeszcze unieważnić wszystko i ukryć się na Merkurym.
— Za późno.
— Prawo przewiduje wyjątki.
— Nie przy Darze Bramy.
Milczeli chwilę.
Przejście Okrągłe pozostawało zamknięte. Planeta eonów była po drugiej stronie tajemnicy, której nie umieli jeszcze nazwać. Ten, Który Zaprasza, nie został pokonany. Nie został nawet zrozumiany. Została postawiona granica. Czasem to musiało wystarczyć na jeden dzień.
Dewi wsunęła dłoń w dłoń Slaka.
— Myślisz, że wróci?
— Tak.
— Też tak myślę.
— Boisz się?
— Tak.
— Ja też.
— To dobrze.
Slak spojrzał na nią.
— Dobrze?
— Jeśli będziemy się bać uczciwie, trudniej będzie nas zaprosić przez pychę.
Slak uśmiechnął się.
— Królowa Wenus dojrzewa prawnie.
— Nie mów tego Zielonej. Już raz jej się spodobało.
Przy roślinie zapaliła się mała lampka nocna. Techniczna, automatyczna, zupełnie nieceremonialna.
Dewi uznała ją za piękną.
Pochyliła się i szepnęła do siedmiu pędów:
— Rośnij powoli. Nie daj się nikomu ukraść jako symbol.
Slak dodał:
— Ani jako dowód.
Dewi spojrzała na niego.
— Naprawdę?
— Jestem sobą.
— Na szczęście.
Pocałowali się znów.
Tym razem bez kamer, bez deklaracji i bez dziecięcego gongu, choć z okolic filtra dobiegło bardzo ciche, stłumione „aaaa”.
— Słyszałeś? — zapytała Dewi.
— Wentylacja.
— Oczywiście.
— Bardzo dziecięca wentylacja.
Roześmiali się cicho.
A Lakszmi trwała wokół nich: niedokończona, wilgotna, odważna, pełna błędów, roślin, śladów, pytań i pierwszych opowieści. Nie była już tylko kolonią Wenus. Była miejscem, które nauczyło się odmówić zaproszeniu bez imienia i przyjąć ślad dwojga osób idących jawnie.
Daleko, za opieczętowanym przejściem, planeta eonów milczała.
Może czekała.
Może słuchała.
Może po prostu trwała, starsza niż ich lęk.
Ale tej nocy na Lakszmi ważniejsze było coś mniejszego: siedem pędów, jeden pocałunek, śmiech ukrytych dzieci i pierwsza uroczystość, która nie zaczęła się od doskonałego programu.
Zaczęła się od rośliny.
I to wystarczyło.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
