Wszystko się zmienia. Jedne rzeczy szybko, drugie nieco wolniej. W istocie nie ma to znaczenia, gdyż czas jest siłą, której każdy używa tak jak chce i tak jak nauczyła go natura, z której on wyrósł. Istnieją też inne siły umożliwiające odczuwanie zmian, ale ten język, będący owocem czasu, nie pozwala ich opisać. Założeniem każdej opowieści jest zatem niepodzielna hegemonia siły czasu. Niekiedy ten czas się odwraca, niekiedy wyrywa się z niego poszczególne nitki, trudno jednakże spotkać kogoś, kto odłożyłby zupełnie tą tkaninę i sięgnął po inny zgoła materiał. A przecież, jak uczy tego doświadczenie, obok jedwabiu istnieje też len, obok bawełny wełna, bywają też stroje z papieru.
Mej, który bardzo lubił pisać na papierze, chciał wreszcie odnaleźć inne medium dla swojego zwinnego pędzla. Jak to już miał w swoim zwyczaju, zwracał się o pomoc do natury, ona zaś, zgodnie ze swoją tradycją, milczała na swój głośny sposób. Nie porzucając swoich codziennych zajęć ignorowała po prostu mędrca, nie przejmując się jego siwą brodą, ani posłuchem, jaki wzbudzał u istot sobie podobnych. Mej znał ją na wylot i wraz z nią śmiał się z siebie. Jakże mógł prosić o cokolwiek tą, z której sam wyrastał, z której sam się składał, którą myślał i dzięki której czynił. On sam był przecież naturą. Gdzieżby mógł szukać odpowiedzi, jak nie w samym sobie?
Jednakże pewnego dnia filozof postanowił się podzielić tym pytaniem bez odpowiedzi ze swoim przyjacielem, wróblem. Ten mądry szary ptaszek był legendarny wśród swoich braci i ilekroć tylko przybywał w nowe strony, tylekroć wróble z rozległych okolic ściągały do niego gromadnie. Tak było i teraz, gdy przybył do niego Mej. Potężny figowiec upstrzony był niespokojnym stadem wróbli, jednakże mędrzec bez trudu odnalazł swojego przyjaciela, w stronę którego zwracały się wszystkie oczy, oraz dzioby.
- To jest pytanie bez odpowiedzi – rzekł wróbel, gdy wysłuchał już mędrca. – Nie pojmuję, dlaczego je zadajesz, Meju.
- Chciałem też po prostu ciebie zobaczyć – wytłumaczył się uczony.
- To z pewnością bardziej udane zamierzenie – ucieszył się ptak rozkładając skrzydełka, by Chińczyk mógł cieszyć się nim w całej swojej okazałości. – Ćwir! – dodał, gdy przestał się puszyć dla żartu. – Z drugiej strony co za znaczenie ma nasz wygląd? Wszyscy jesteśmy dziećmi świata i nim samym. Im mocniej to wiemy, tym łatwiej nas spotkać i czegoś się rzeczywiście dowiedzieć. Lecz ty wiesz to, co i ja wiem, więc niewiele z mojej wiedzy mogę ci ofiarować. Równie mało oczekuję w zamian.
- Rozmyślałeś kiedyś o innym sposobie odczuwania zmian? – zapytał Mej. – Chciałeś go kiedyś wyrazić?
- Oczywiście – ptak pokiwał głową. – Wiele razy usiłowałem ćwierkać w nowy sposób. Ale prowadzi to do jednej rzeczy. Można mówić poza czasem, lecz nikt nie usłyszy tej mowy.
- A gdybym ja się nauczył ją odczuwać? – zaproponował radośnie Mej. – I gdybyś ty czytał moją kaligrafię?
- Ćwir! – zauważył wróbel. – Coś w tym jest. Lecz cóż to da?
- Gdy wyrazi się myśl, nabiera ona mocy – odparł mędrzec. – I może przywołać nowe pomysły. Dopóki zachowujemy swoją wiedzę dla siebie, nie ma ona kontynuacji. Świat opiera się tylko na relacjach, on nie zna podmiotów. Każdy, kto zatrzyma wiedzę dla siebie, nie zdobywa jej w pełni.
- W naszej relacji jedna rzecz będzie dość wątpliwa – ptak zastukał w korę drzewa. – W większości poświęcimy się przekładowi z mowy wróbli na mowę ludzką. Zaś reszta może pozostać nadal niezmieniona, a przecież o nią nam chodzi.
- Tym nie mniej warto spróbować – zachęcił go Mej.
Obydwaj mędrcy oddali się swojemu projektowi. Dni płynęły wartkim strumieniem. Księżyc wzrastał i malał nad koroną figowca. Choć poświęcili się pracy bez reszty, nic się nie zmieniało. Istota relacji poza czasem nie wyszła ze skorupki pierwotnej idei. Czasem osiągali stan bez czasu, wszystko zamierało w bezruchu, jednakże każdy, kto znał czas, wiedział, że jego zatrzymanie też do niego należy. Niekiedy znów cofali czas, kształtując jego mieniące się fale. Ziemia, zakochana w ich pomysłach, zwróciła ku nim liście wszystkich drzew i krawędzie obłoków.
- Wasza wiedza jest wielka – rzekła wreszcie Gaja. – Lecz wasze możliwości są zbyt wątłe, by dokonać rzeczy niemożliwej. Ja, Ziemia, wykuta w ciemnych kuźniach kosmosu, dysponuję mocą, która jest wam potrzebna. Aby odrzucić czas, trzeba ogromnych ilości jego samego, aby obrócić go przeciw sobie i spalić w jego własnym ogniu.
- Ile to może zająć? – zapytał wróbel, pozdrawiając z szacunkiem planetę.
- Trzy, albo cztery miliardy moich obrotów wokół słońca – odrzekła Gaja.
- To dość dużo – zmartwił się Mej, którego cierpliwość nie była jeszcze narażona na tak niezwykłą próbę.
- Cóż – odparła ze zrozumieniem Ziemia. – Moglibyśmy zacząć już teraz, ale zważywszy na to, że jesteście tak gorączkowi w waszych dążeniach, mam wam do zaproponowania inne wyjście z tej sytuacji.
- Jakie? – zapytał ciekawie wróbel.
- Nie chcę wzbudzać w was fałszywej nadziei – stwierdziła Gaja. – Nie wiem, na ile gość, którego zaproszę, pozwoli wam rozwiązać waszą zagadkę.
- Gość? – Mej pogładził się po brodzie wyraźnie zaintrygowany.
- Tyle na razie – ucięła rozmowę Ziemia. – Zajmijcie się swoimi sprawami i wróćcie tu za chwilę.
- Kiedy dokładnie? – spytał nieufnie ptak, który nieraz już rozmawiał z Gają.
- Za jakieś tysiąc lat – odrzekła planeta. – Poproszę go, aby się pospieszył.
Chcąc, nie chcąc obydwaj uczeni wrócili do swoich domów i gniazd. Mej miał okazję zająć się nieco polityką swojego kraju, zyskując sławę. Wychował wielu uczniów, którzy zanim przeminęli, pozostawili po sobie niezwykłe wiersze i pełne wyrafinowanej równowagi pejzaże. Udało mu się też zaadoptować do muzyki chińskiej dwa instrumenty z dalekiej Persji, z czego był szczególnie dumy. Wróbel tymczasem łowił z przestrzeni nowe melodie i przekazywał zawartą w nich wiedzę swojemu ludowi. Nauczył się używać skrzydeł do dalszych podróży i często wyruszał poznawać nieznane światy, nawet takie, gdzie nie było żadnych, choć trochę podobnych do ptaków stworzeń. Zaczął nawet żywić nadzieję, że uprzedzi Ziemię i sam zdobędzie siłę odczuwania przemian odrębną od czasu. Niedługo jednak po tym, jak trafił na właściwy trop, musiał porzucić poszukiwania, gdyż nadeszła data wyznaczonego przez Gaję terminu. Gdy zbliżał się do znajomego miejsca, ujrzał ogromną łunę i przeraził się, że figowiec płonie. Kiedy jednak się zbliżył, uspokoił się. Drzewo rosło w dobrym zdrowiu, a obok niego stał Mej i jakiś bliżej nieokreślony obłok, jaśniejszy od południowego słońca.
- Witajcie – rzekła Gaja, gdy usiadł już na gałęzi. – To jest istota z gwiazd. Jej ciałem jest energia, tak jak waszym jest materia. Jak wiecie, to tylko dwie strony tej samej monety, więc jest ona waszą bliską kuzynką. Na szczęście całkiem bliska gwiazda jest jej ojczyzną, mogliśmy się więc spotkać po tak krótkiej chwili.
- I ona pomoże nam poznać siłę odczuwania inną niż czas? – upewnił się Chińczyk.
- Oczywiście – zapewniła go Ziemia. – Ona nie zna czasu, lecz zupełnie inny rytm percepcji zdarzeń. To naturalne u istot rozwiniętych na bazie ewolucji stanów energii.
- Istnieje pewien problem – zauważył wróbel. – Skoro dla niej obcy jest czas, a nam nieznany jest jej sposób odczuwania następstw, będzie nam niezwykle trudno się porozumieć.
- No tak… – westchnęła Gaja, a wiatr ogarnął pobliskie wzgórza i dalekie góry. – Nie pomyślałam o tym, ale też nie miałam w ogóle czasu, żeby to uczynić.
- Jak ona się tu czuje? – spytał zaciekawiony Mej. – Musi mieć chyba jakiś rodzaj skafandra, żeby wytrzymać w takim chłodzie.
- Ona jest pogrążona w głębokiej medytacji – wyjaśniła Ziemia. – Dzięki przemyślnemu użyciu wartości kwantowych, w większości przebywa teraz na Słońcu. Widzicie przed sobą tylko jej cząstkę, która jest jednym z narządów zmysłów pozwalających jej na kontakt z otoczeniem.
- Może mogłabyś być dla nas tłumaczem? – zaproponował niepewnie wróbel.
- Nie znam jej języka – rzekła Ziemia. – Poprosiłam o jej przysłanie gwiazdę. Z wami rozmawiam tylko dlatego, że sami nauczyliście się mojej mowy. Zazwyczaj planety gawędzą tylko ze sobą i swoimi słońcami. Ta tutaj istota nauczyła się rozmawiać ze swoją gwiazdą.
- Powinna zatem rozumieć język, w jakim rozmawiamy z tobą – zauważył Mej.
- Język gwiazd jest inny – odparła Gaja.
- Skoro więc w nim rozmawiasz, znasz inne od czasu odczucia – zauważył wróbel oskarżycielsko.
- Pewnie – zaśmiała się trzęsieniem ziemi Gaja. Mędrzec pogroził palcem ptakowi, gdyż wszyscy wiedzieli, że Ziemi nie należy rozśmieszać. – Naucz Meja latać, a ja nauczę cię jak być w innym niż czas stanie.
- Rozłóż ramiona – rzekł wróbel do Meja. – I powtarzaj po mnie uważnie.
- To była metafora – stwierdziła Ziemia nie przerywając kataklizmu.
- Trudno – mędrzec machnął ręką z rezygnacją i usiadł przed istotą ze światła, odwracając głowę tak, żeby nie oślepnąć. – Trzeba będzie próbować do skutku, nie ma innej rady.
- Nie obraź się, przyjacielu – rzekł ptak. – Ale proponuję taniec z pochodniami. Sam rozumiesz, że z oczywistych względów to ty będziesz musiał opanować jej język. Ja natomiast muszę lecieć.
- Dokąd? – zmartwił się Chińczyk. – Twoja wiedza będzie mi ogromnie potrzebna.
- To nie dla wróbli – rzekł ptak. – Odnalazłem inny trop i powinienem nim podążać.
- Miłej podróży zatem – skłonił się przed nim Mej i zaczął rozpalać pochodnie uczynione naprędce z suchych gałęzi figowca. – A ty przestań się śmiać – dodał, gdyż Gaja była coraz bardziej rozbawiona. – Nie sposób utrzymać się na nogach, gdy humor ci dopisuje. A jak widzisz, nie jestem zbyt zdolnym tancerzem.
- Trzeba przyznać – przyznała Ziemia. – Ale nauczysz się, wierzę w twoją wytrwałość, a jak wy mawiacie, wiara czyni cuda.
- Jesteś religijna? – zdziwił się Chińczyk. – Myślałem, że planety są realistkami i uprawiają jedynie filozofię środka.
- Planety są też obdarzone wyjątkową empatią – znów zerwał się wiatr. – Niosąc ze sobą nieskończoność stworzeń, znają każdy odcień wiedzy i szaleństwa.
- A jaka wiedza jest najprawdziwsza? – zaciekawił się Mej.
- Ta która jest przed nami – objaśniła Ziemia. – Nigdy nie krążymy do tyłu. Pcha nas siła świata, podobnie jak i wszystkich. My tą siłę wyrażamy, podobnie jak wszyscy. I będąc dla niej przejrzyste jak szkło, cieszymy się darem poznawania. Nie ma niczego poza światem, poza światem światów. On wzrasta, a my wznosimy się wraz z jego unoszącą siłą. A on rośnie dlatego, że jest sam bez niczego. Jest sam swoją podstawą, dążeniem i celem. Gdy się w nim rozpływamy, budzimy się wreszcie.
- Ale ja także w nim się rozpływam – ucieszył się mędrzec.
- Bardziej we mnie, niż w nim – odparła Gaja. – Pamiętasz chyba, kiedy się poznaliśmy?
- Gdy wyszedłem przed aśram i poczułem, że świat jest całością i moja osobowość jest fałszywą granicą – przypomniał sobie uczony. – Wtedy usiadłem pod drzewem i usłyszałem twój głos po raz pierwszy.
- Zebrałeś pełną wiedzę o pobliskich relacjach i odczułeś je w sobie świadomie – dodała Ziemia. – Nie pominąłeś też kilku praw zasadniczych, które są obecne na wielu światach. Lecz to nie wszystko.
- Tym niemniej już wtedy mogłem zrzucić płaszcz określoności i pozostać w nirwanie – zauważył Mej.
- To była próba – stwierdziła Ziemia. – Jeszcze nie raz poczujesz, że jesteś pełny i przebyłeś wszystkie drogi. I jeszcze nie raz będzie to jedynie pułapka.
- Co się zatem dzieje z tymi, którzy odeszli stąd uśmiechnięci i spokojni jak niebo? – zmartwił się mędrzec.
- Czym się martwisz? – zdziwiła się Gaja. – Czy nie jest miło doczekać swojego kresu w dobrym nastroju?
- Ale to nie była nirwana? – upewnił się uczony.
- Nie – potwierdziła Ziemia. – Wy, ludzie, jesteście strasznie aroganccy. Wydaje wam się, że wystarczy poznać jedną dolinę, żeby wiedzieć wszystko. A tylko ten, kto ma pełną wiedzę, realizuje swoje istnienie w pełni. Nasz przyjaciel wróbel ma do tego znacznie zdrowsze podejście.
- A jakie ono jest? – zapytał Mej odsuwając się trochę od świetlistego gościa, gdyż bił od niego trudny do zniesienia żar.
- Piękno tkwi w poznaniu – zacytowała Gaja. – A istota piękna tkwi poza czasem, poza przestrzenią i poza najśmielszym marzeniem, najbardziej żywą wyobraźnią, najszybszym lotem. Ono jest poza wszystkim. To pieśń świata światów i jedyna podstawa dla naszej natury.
- Zatem nauczę się tańczyć – uśmiechnął się Mej.
- To najważniejsze co masz teraz do zrobienia – potwierdziła Ziemia. – Odezwę się za jakiś czas i nawet, jeśli nie porozumiesz się z naszym gościem, a zobaczę, że pięknie tańczysz, przetłumaczę ci jego słowa.
- Wróbel o tym wiedział? – spytał zawstydzony mędrzec.
- Jak tylko powiedział o tańcu, domyślił się – odparła Gaja wstrzymując się od śmiechu. – Powodzenia – dodała i zamilkła dla Meja.
Wszystko się zmienia. Jedne rzeczy szybko, drugie nieco wolniej. Ciekawskie stadko wróbli zasiadło na figowcu i podziwiało taneczne popisy starego Chińczyka. Mieszkańcy pobliskich wiosek nazwali to miejsce od niego i ilekroć ich droga wiodła w te strony, zatrzymywali się by obserwować wzorcowe interpretacje narodowych tańców. Inni znani krajowi uczeni byli wpierw zdziwieni nagłą pasją Meja. Wszakże taniec był ostatnią z rzeczy, jakie wypadało czynić filozofowi. Jednakże słoma ich niechęci wypaliła się powoli i nieraz sami, w domowym zaciszu, szkolili się w tej niezwykłej sztuce. Tymczasem Ziemia milczała, a Mej z coraz większą przyjemnością tańczył, nie myśląc o niczym innym. Świetlista istota płonęła przed nim, rzucając zwinne cienie na soczystą trawę. Figowiec szumiał wszystkimi liśćmi, a wróble wychowały kolejne ze swych pokoleń. Po wielu latach mędrzec zawirował, a jego twarz rozjaśnił spokojny uśmiech. Przestrzeń rozpaliła w nim swoje ognie i usłyszał głos tajemniczej istoty. Były to słowa ruchu i ciągłych przemian, nie następowały jednak po sobie, lecz płynęły w gestach i znakach, w nagłych łukach eksplozji i cichym wygasaniu. Mej stracił wszelkie punkty odniesień. Nie był już na Ziemi, nie był też nigdzie. Barwy otworzyły przed nim swoje przejścia, huk wodospadów stał się bazą dla migoczących jak lotne mgły skał.
- Nie sądziłam, że można mieszkać w lodowej pustce – rzekła istota, której słowa Mej w ten sposób później przetłumaczył.
- Podobnie ja nie przypuszczałem, że można mieszkać wśród ognia, który zmieniłby każdą znaną mi rzecz we mgłę – odparł mędrzec.
- Kto by mógł przypuszczać, że można odczuwać rzeczy po kolei, jedna po drugiej – dziwiła się dalej istota. – Tak jakby możliwy był stan stały, pozornie zatrzymany, jakby można było podzielić się na obiekt i otoczenie.
- I ja nie sądziłem, że zdarzenia można mierzyć miarą wyładowań i ich wzajemnym stosunkiem. Że inny od mojego czas może być struną lutni, nie zaś jej brzmieniem. Lecz to ty jesteś bliżej czasu, nie zaś ja. To niezwykłe.
- Ty zaś jesteś dalej od czasu, dzięki czemu możesz go oglądać. To niezwykłe – powtórzyła jak echo istota.
- Teraz czas stał się dla mnie jak przedmiot, który można chwycić w dłonie jak śnieżną kulę i rzucić przed siebie – zachwycił się mędrzec.
- Odkryłam go poza sobą i mogę łowić w jego sieć rzeczy ulotniejsze od marzeń – cieszyła się istota.
- Dobrze, dobrze – zaprotestowała Gaja, która przemówiła zgodnie ze swoją obietnicą. – Wasze osiągnięcia radują moje metaliczne serce, lecz nie eksperymentujcie z nimi na mojej skórze. Z natury jestem wrażliwa – Mej przetłumaczył jej słowa i istota z energii znikła, udając się w drogę do swojego domu. Mędrzec zaś posłuszny prośbom Ziemi zaprezentował jej swoje osiągnięcia w sztuce tańca.
- Powiedz mi Ziemio – zapytał w pewnym momencie. – W jaki sposób nas widzisz, słyszysz i odczuwasz?
- Używam do tego nieświadomości istot, które mnie zamieszkują – zaśmiała się Gaja. – Jeśli ktoś patrzy tylko trochę, ja mogę spojrzeć resztą. Jeśli ktoś słyszy byle jak, ja jestem w nim słyszeniem.
- Gdybyśmy więc wszyscy byli mądrzy, nie mogłabyś nas widzieć, ani słyszeć? – pytał dalej Mej wirując jak obłok.
- To nam raczej nie grozi – zapewniła go Ziemia, podziwiając taneczne wariacje milionami oczu. W pobliżu zjawił się wróbel i usiadłszy na ulubionej przez siebie gałęzi spoglądał na Meja zamyślony. Ruchy człowieka wydawały mu się nadal trochę niezręczne, lecz doceniał tkwiący w nich potencjał. Pogładził pióra nadpalone trochę ostatnio odbytą przez siebie rozmową i zasnął zmęczony trudami podróży.
