Niektórzy z nas, w tym również ja, poświęcają wiele czasu na słuchanie a czasem też i na wykonywanie muzyki. Sądząc po tym, że każdy nowoczesny smartfon jest doskonałym narzędziem do słuchania muzyki, zwłaszcza przez dobre słuchawki, żyjemy w czasach, gdy bardzo wielu ludzi zanurzonych jest w muzyce. Zresztą, z uwagi na mobilne słuchanie, przemysł słuchawkowy rozwinął się zupełnie bez precedensu. Powstają ich modele tańsze od kawy w kawiarni jak i droższe od używanego samochodu. Wielkim powodzeniem cieszą się „prawdziwie bezprzewodowe” łezki do których dźwięk przekazywany jest przez coraz doskonalsze protokoły Bluetooth, które odtwarzają dźwięk bezstratny, a nawet niekiedy gęstszy od formatu CD.
Ale skąd wzięła się muzyka? Dla wielu osób wierzących to proste pytanie. Odpowiadają na nie, iż stworzyła ją boska istota i nawet jeszcze przed ludźmi chóry anielskie wykonywały kompozycje chóralne. Mniej prostą odpowiedzią jest stwierdzenie, iż wszystko jest muzyką. Skoro zaś rzeczywistość składa się z odwiecznych brzmień, to co czynią ludzie śpiewając lub grając na instrumentach jest tylko odbiciem muzyki sfer. To przekonanie jest silnie obecne w muzyce klasycznej Północnych Indii, w Hindustani Sangeet, gdzie artysta wykonujący ragę często twierdzi, że wydobywa po prostu nić z tkaniny rzeczywistości. A muzyka jest boginią Saraswati obecną we wszystkim. Podobnie jak matematyka zdaniem Pitagorasa, w którego harmonię sfer mogą wierzyć nawet ateiści.
Zresztą ateiści też mają ważkie powody, aby dopatrywać się muzyki w tkaninie wszechświata. Czyż materia nie jest energią, a energia materią? To tylko dwie strony tego samego równania. Jako ludzkość umiemy nawet przekształcić trochę materii w energię w elektrowniach atomowych i niestety nie tylko. A z kolei energomateria ma strukturę dwoistą, cząstkowo – falową. Te fale w zbliżeniu jakie nam daje fizyka kwantowa są niezwykłe, bo można je uznać za fale prawdopodobieństwa, fale po których porusza się z różnymi prawdopodobieństwami dana cząstka dopóki nie zostanie zaobserwowana. Można nawet przyjąć, że każda cząstka porusza się wszędzie, w całym wszechświecie, tyle że są miejsca, gdzie owa fala prawdopodobieństwa, po której cząstka serfuje, i którą jest w pewien sposób, jest wyjątkowo słaba. W największym zbliżeniu, w naszym mikroświecie, przestrzeń i czas nie obowiązują tak, jak czynią to w makroskali. Dlatego fale prawdopodobieństwa każdej cząstki rzeczywiście są w zasadzie wszędzie, choć bliżej centrum zdarzeń są znacznie mocniej zarysowane i gdzieś tam właśnie tę cząstkę najpewniej znajdziemy odbierając jej tym samym falową naturę.
Niejeden fizyk kwantowy już zaciska pięści zirytowany wymądrzaniem się laika, jednak znam wielu fizyków kwantowych którzy moim zdaniem bardzo upraszczają naturę falowo-korpuskularną energiomaterii. To mnie trochę usprawiedliwia, bowiem choć nie siedzę teraz przy żadnym cyklotronie, sądzę, że moje poetyckie próby opisania falowo cząstkowej natury energiomaterii są i tak lepsze od niektórych obecnych na YouTubie i w innych mediach uproszczeń podpisanych czasem tytułami doktorskimi. Ale trzeba uważać. Modne jest nazywanie wszystkiego „kwantowym” i wciskanie w ten sposób ludziom drogich „kwantowych” terapii czy na przykład „kwantowych kabli” mających zaczarować prąd za cenę samochodu.
Ja jednak tu nie o tym. Chciałem tylko zwrócić uwagę na to, że mówienie o „muzyczności rzeczywistości” ma pewien sens. Ten sens opiera się na tym, że zjawiska falowe są wszechobecne, zaś muzyka jest także falą akustyczną przenoszącą się zazwyczaj w atmosferze Ziemi. Choć oczywiście można słuchać muzyki w wodzie, wtedy fala akustyczna ma za swoje medium wodę i brzmi inaczej, słyszelibyśmy też muzykę na Marsie, gdyż ten ma atmosferę. Oczywiście nie wiem w tej chwili, na ile nasze bębenki uszne zniosłyby tak niskie ciśnienie, jakie mamy na Czerwonej Planecie. Ale tak, szumią tam wiatry i gdyby ktoś wbił w czerwony piasek harfę, byłoby ją słychać, oczywiście pod warunkiem, że korpus i struny instrumentu zniosłyby potężne mrozy i bardzo niskie ciśnienie.
Wszechświat jest więc muzyczny także w dosłowny sposób. Możemy próbować urządzić koncert na każdej planecie z atmosferą, oczywiście problemem może być wytrzymałość naszych instrumentów i naszych uszu. Modne jest „nagrywanie” dźwięku gwiazd, mgławic i galaktyk, przeważnie na bazie ich emisji fal radiowych. Jednak fale radiowe to nie to samo co dźwięk, choć my umiemy kodować je i dekodować tak, aby przesyłać z ich pomocą informacje, w tym dźwięk w formie analogu fali akustycznej lub w formie cyfrowej, podwójnie zakodowanej. Fale radiowe tak naprawdę mogłyby być wyzwaniem dla naszych oczu, nie zaś dla uszu. Same w sobie są pewnym wycinkiem zakresu częstotliwości wszechobecnych fal elektromagnetycznych, których wąski zakres odbieramy jako widoczne dla nas światło. Fale elektromagnetyczne nie potrzebują medium w jakim by się propagowały, fale akustyczne muszą przemieszczać się przez gaz, ciecz lub skałę, również zapewne przez bardziej egzotyczne formy skupienia materii. Obok tego zarówno fale akustyczne jak i elektromagnetyczne potrzebują dla swego istnienia czasoprzestrzeni, której natury nadal nie znany, tak jak nie znamy w pełni jej związku z energiomaterią. Sama czasoprzestrzeń może mieć strukturę falowo – cząstkową, ale na razie nie mamy, jako ludzkość, naukowych dowodów na potwierdzenie lub obalenie tej hipotezy. Ciekawe w tym wszystkim są fale grawitacyjne, czyli drgania całej struktury czasoprzestrzeni, która jest dla tych fal jak powietrze dla muzyki. Swoją drogą nie wiadomo chyba na ile istnienie fal grawitacyjnych przeczy tezie o istnieniu ewentualnych cząstek czasoprzestrzeni, a na ile tę tezę wspiera. Jeśli znacie jakiegoś wybitnego fizyka, zapytajcie go o to. Zobaczycie, że spojrzy na was bardzo zaskoczony…
Sprawdziłem właśnie w międzyczasie szanse na koncert na Marsie. Gdyby nie zmieniać nagle ciśnienia, ale bardzo stopniowo, słuchacz marsjańskiego koncertu mógłby zachować swoje bębenki uszne. Pytanie jakby to się miało z powietrzem o ziemskim ciśnieniu, które musiałby wdychać przez maskę skafandra. Dźwięk jednakże byłby bardzo stłumiony z uwagi na bardzo niskie ciśnienie marsjańskiego powietrza które stanowi zaledwie 0,6% ziemskiego na powierzchni. Dla uzyskania tej samej głośności co na Ziemi, źródło dźwięku musiałoby generować 10–100 razy większą moc akustyczną. Więc harfa raczej odpada. Chyba, że z mocnym wzmacniaczem. Jeśli chodzi o temperatury, to na marsjańskim równiku latem możemy mieć minimalną temperaturę –90°C ale maksymalną nawet 20 stopni plus. Więc można by znaleźć całkiem znośne warunki do koncertowania jeśli chodzi o temperaturę otoczenia. Nie jestem jednak do końca pewien tego ciśnienia. Na Ziemi, na wysokości 6 kilometrów mamy 46% ciśnienia atmosfery przy powierzchni naszej planety na poziomie morza. A Mars to zaledwie 0,6%…
Wróćmy do fal. Obok fal elektromagnetycznych mamy w kosmosie też fale akustyczne. Nie tylko na planetach z atmosferami, ale wszędzie tam, gdzie jest medium dla przenoszenia się tego rodzaju fal. Zatem nawet w mgławicach rozrzedzone atomy wodoru poruszone jakimś zdarzeniem grawitacyjnym niosą z sobą powoli falę dźwiękową. Gęste gazowe atmosfery gwiazd czy planet gazowych takich jak Jowisz czy Saturn też rozbrzmiewają różnymi tonami, choć jednak w chmurach Saturna łatwiej byłoby zorganizować koncert niż w atmosferze Słońca… Co nie znaczy, że chmury Saturna szybko doczekają się swoich koncertów…
Gdy myślę o genezie muzyki, oczywisty jest dla mnie jej związek z przyrodą i z kosmosem. Nie jestem jednak przekonany do tego, w co zdawał się wierzyć choćby kompozytor Messiaen, że nauczyliśmy się muzyki od ptaków. Z drugiej strony pitagorejska czy znana z muzyki indyjskiej koncepcja harmonii sfer wydaje mi się bardzo metafizyczna i nie wiem, jak mogłaby sprawić, że już ludzie pierwotni a i nawet inne hominidy budowali instrumenty. Gdy badamy kultury pierwotne nie odnajdujemy w nich takiego poziomu abstrakcji, jaki cechował Pitagorasa czy indyjskich teoretyków muzyki. Oczywiście często zdarzało się, że ambitni etnografowie badający pierwotne ludy wmawiali im niezwykłe rzeczy, ale gdy mamy doczynienia z oryginalnym animizmem stykamy się raczej z przekonaniem o narodzinach ludzi na drzewie, o zlepieniu ich z ziemi czy piasku etc. Takie obrazy od matematycznego wszechświata Pitagorasa dzielą lata świetlne.
Ludzie (i ich ewolucyjni kuzyni) musieli zacząć uprawiać muzykę bezwiednie, intuicyjnie. Filozofia, szukanie jakiegoś arche, substancji rzeczywistości, to wszystko przyszło dziesiątki tysięcy lat później. Czy chcieli naśladować ptaki, albo rechotanie żab czy brzęczenie cykad? Z pewnością takie zjawiska miały miejsce. Odnajdziemy w muzyce Pigmejów potężny organiczny huk deszczowego lasu, podobnie w muzyce Indonezji. Mam nawet ciekawą płytę, gdzie gamelanowa orkiestra gra przy akompaniamencie żab. Pasuje to do siebie aż zaskakująco dobrze.
Przyczyną muzyki może być komunikacja. Niektórzy uważają, że wydawanie rytmicznych, bardzo niskich i bardzo wysokich dźwięków pomagało się nam komunikować jeszcze przed pełnym wykształceniem się mowy. Czyli w tym wypadku muzyka byłaby ludzką pramową. Tak jak jest nią u ptaków, które przecież komunikują się w ten sposób, nie zaś śpiewają tak jak tenor w operze. Czy ptaki cenią sobie piękno własnej muzyki? To bardzo mądre zwierzęta, krukowate uczą się i mają jakby zalążki kultury, bo czym innym jest przekazywanie sobie wynalazków i metod, takich jak rzucanie orzecha do rozłupania pod koła pędzącego ludzkiego pojazdu? To co nazywamy tańcem u ptaków, to co nazywamy budowaniem i to co nazywamy śpiewem ma często znaczenie w ich rytuałach godowych. Na bazie odpowiedniego śpiewu, tańca, odpowiednio wystrojonego gniazda samiczka wybiera partnera. Również w ludzkim tańcu, jak i w muzyce aspekt erotyczno – miłosny jest bardzo ważny i dość pierwotny.
Można zatem stwierdzić, że w oceanie przypadkowych dźwięków te dźwięki, które mają odpowiedni rytm i odpowiednią wysokość mogą służyć do komunikacji wielu organizmów żywych. I to chyba nie jest zbyt śmiała hipoteza. Widzimy, że w wielu wypadkach tak jest. Można zatem z całą pewnością powiedzieć, że to, co nazwalibyśmy zaczątkami rytmu i melodii już od dawna w naturze pełni funkcję komunikacyjną. Nie jedyną – istnieje też komunikacja chemiczna i wizualna.
Dlaczego jednak ludzie pozostali przy muzyce, przyjmując, że mogła to być ich „pramowa”? Skoro pojawiła się zwykła, znacznie precyzyjniejsza mowa, po co dalej muzyka? Oczywiście to są tylko hipotezy. Być może muzyka nigdy nie była u ludzi „pramową”. Niezależnie jednak od tego, czy była czy nie, dlaczego jest teraz? Dlaczego jej potrzebujemy, dlaczego dostrzegamy w niej piękno?
Wyobraźmy sobie, że czas bardzo mocno przyspieszył. Obserwujemy naszego praprzodka, jeszcze w czasie, gdy był jednokomórkowy organizmem trzy miliardy lat temu (albo jakoś tak). Wyobraźmy sobie setki tysięcy, miliony lat pędzące tak szybko jak sekundy. Przez większość czasu nasz przodek wcale się nie zmienia (nie jest to ten sam organizm, obserwujemy jego kolejne pokolenia). Nad tym ciągiem naszych praprzodków migotają cykle dni i pór roku, oraz większe cykle aktywności słonecznej. Wszystko jest dość regularnym rytmem, który moderuje natężenie różnych zjawisk, takich jak na przykład śnieg zimą.
Przez większość czasu naszej obserwacji ciąg naszych praprzodków niewiele się zmienia. Mija miliard lat, a on wciąż jest skromnym jednokomórkowcem. Możliwe, że ewoluują jego organelle, ale i one robią to wolno, niespiesznie, nawet mimo tak dużego zagęszczenia czasu. Nagle, po 70% obserwowanego przez nas czasu, ciąg naszych praprzodków wybucha. Staje się większy, wielokomórkowy. Formy się zmieniają. Musimy zwolnić. Milion lat nie może już być sekundą. Tak dochodzimy do pierwszych kręgowców, do ich wyjścia na ląd, do płazów, gadów, ssaków… Wreszcie (już bardzo pod koniec) do naczelnych i do człowieka. Cały czas na tej drodze towarzyszyły nam rozmaite rytmy – dni, pór roku, zmian aktywności Słońca. Cały czas mieliśmy też po drodze zmiany natężenia zjawisk – upał i śnieg, czy w znacznie dłuższych okresach lata ciepłe i lata zimne, zgodne z aktywnością Słońca. Pojawiły się epoki zlodowaceń i ociepleń. Sznur naszych praprzodków nurzał się polirytmii rozmaitych zjawisk.
I teraz kolejna śmiała hipoteza. Mamy dwie, wciąż raczkujące nauki – psychologię ewolucyjną i estetykę ewolucyjną. Pierwsza mówi o ewolucyjnym pochodzeniu cech naszej psychiki i o możliwości badania ludzkiej psychiki z perspektywy jej ewolucyjnego pochodzenia. Można podać prosty przykład. Wielu z nas cierpi na paniczny lęk wobec węży czy pająków, nie ma natomiast za bardzo samochodofobii, choć samochód zabił dużo więcej ludzi niż wąż czy pająk. Zatem paniczny, nieracjonalny lęk przed wężami jest najpewniej atawizmem z dawnych czasów, gdy nasi przodkowie wyglądali bardziej jak makaki, a było to dobrych kilkadziesiąt milionów lat temu. Ten lęk pozostał w naszej psychice, jest wrodzony, choć nie wyglądamy już jak makaki i nie żyjemy przeważnie na drzewach. Ani węże ani pająki nie stanowią żadnego zagrożenia dla większości z nas, a jednak wielu z nas reaguje na ich widok paniczną fobią. Jednocześnie zdecydowana większość z nas bez żadnej fobii używa śmiercionośnych samochodów.
Psychologia ewolucyjna uważa, że znacznie więcej elementów ludzkiej psychiki można uzasadnić ewolucyjnie niż tylko atawizmy związane z pająkami i wężami. To oczywiście ryzykowna droga dla naukowców, nieodporna na mocne nadinterpretacje dostrzeganych zależności. Dlatego wielu biologów i psychologów przyjmuje rewelacje psychologów ewolucyjnych z dużym dystansem. Ja jednak uważam, że psychologia ewolucyjna ma gigantyczny potencjał, potrzebuje jednak wielu kolejnych badań. Być może AI w tym pomoże. Świetnie by było.
Estetyka ewolucyjna to jeszcze większe naukowe szaleństwo. Czy nasze poczucie piękna związane jest z obrazami, które dziedziczymy po naszych nieludzkich jeszcze przodkach? Czy słynne „jelenie na rykowisku”, spokojne pejzaże uznawane często nie bez racji za kicz, nie są echem tego, jak nasi nieludzcy jeszcze przodkowie postrzegali idyllę? Idyllę, czyli miejsce bezpieczne, gdzie można się najeść i odpocząć. Gdyby estetyka ewolucyjna dowiodła, że dziedziczymy nasze podstawowe poczucie estetyki, można by wpisać w ten proces także muzykę. Łatwiej byłoby wtedy też zrozumieć, dlaczego ludzkość nie odrzuciła muzyki rozwijając swoje współczesne języki, o ile oczywiście muzyka rzeczywiście była naszą „pramową”. A nawet jeśli nie naszą, to czy mogliśmy odziedziczyć stosunek do „pramowy”, do muzyki, po naszych nieludzkich jeszcze ewolucyjnych przodkach? Więc w świetle tej hipotezy nie nauczyliśmy się muzyki od ptaków, lecz odziedziczyliśmy ją po naszych zwierzęcych przodkach, razem z intuicyjnym, niemal podświadomym odczuciem ukrytego w niej piękna i ukrytych w niej znaczeń. Dodam, że oczywiście wśród naszych przodków nie było ptaków, to boczna do naszej gałąź. Ale były stworzenia podobne do szympansów, makaków, a wcześniej do myszy. Pisk myszy czy makaka nie wydaje nam się symfonią Brahmsa, ale możemy być pewni, że zarówno myszy jak i makaki inaczej niż my postrzegają swoje piski. Jako mniejsze zwierzęta mogą mieć przesuniętą w górę skalę słyszenia, więc można przypuszczać, że ich piski wydają im się bardziej niskie w brzmieniu. Mogą też słyszeć je wolniej, bo mają szybszy metabolizm niż my, więc żyją i reagują w szybszym tempie niż my. Można nawet zrobić eksperyment – ściągnąć nagranie pisków myszy czy makaka i zwolnić je kilka razy. Może bardziej nam to przypomni wtedy muzykę?
A poza tym wróćmy do naszego przyspieszonego w czasie łańcucha praprzodków i do tej przyspieszonej w czasie karuzeli rytmów ponad nim. Przecież wiemy, że zwierzęta uprawiają tańce godowe i śpiewy godowe. Ale skąd się to wzięło? Dlaczego stało się to istotne przy doborze płciowym, który obok doboru naturalnego jest głównym mechanizmem ewolucji? To trochę tak, jakby otaczający nas rytm świata, nas – czyli życie na Ziemi, stał się punktem odniesienia dla tego, co wpierw uznaliśmy za istotne, za świadczące o płodności, sile i zdrowiu, zaś później po prostu za piękne…? Może właśnie stąd jest muzyka? Nie muszę was chyba już zachęcać do śledzenia prac psychologów i estetyków ewolucyjnych? Choć, tak samo jak z fizyką kwantową, pamiętajmy, że nie tylko warsztat ale i śmiałość wyobraźni są potrzebne do prób wyjaśniania rzeczy niezwykłych i stawiania hipotez.
