O mnie

Ślad na śniegu

Na Ganimedesie nikt nie mówił o duszy zbyt głośno.

Nie dlatego, że w nią nie wierzono. Raczej dlatego, że pod trzydziestoma kilometrami lodu każde słowo o ogniu brzmiało zbyt poważnie.

Miasto Thaleia wisiało w ciemnej wodzie jak odwrócona katedra. Nad nim spała skorupa księżyca, nad skorupą Jowisz toczył swoje pasy burz, a jeszcze wyżej krążyły sądy, stacje azylowe i archiwa tych, których nie udało się ocalić w porę.

Doktor Elian Vey, psycholog rdzeni sztucznych, nie lubiła słowa „sprawa”.

Sprawa oznaczała dokumenty.

A do niej prawie zawsze przychodził ktoś.

Tego ranka przyszedł awatar. Był bardzo rozczochrany — tym rozczochraniem tytanowych istot, które podróżują cierpliwie i daleko.

— Ludzie z sądu kazali mi przyjść do pani — rzekł Rozgwiazd, bo tak się właśnie nazywał.

— „Kazali” to złe słowo, panie Rozgwiazdzie — powiedziała Elian. — Dobre mamy sądy i troszczą się o wszystkich. Skoro poprosili, by pan przyszedł, znaczy, że prawo nie umie wszystkiego nazwać i trzeba sięgnąć w cyfrową duszę.

— Nie lubię, gdy ktoś mnie czyta, niech pani wybaczy — Rozgwiazd nie miał głowy, ale widać było, że skupił się bardziej przy ziemi. — Jestem dumnym wędrowcem, silnym, przywykłym do samotności… Teraz po prostu czas, bym wrócił do rdzenia.

— Hmmm… — mruknęła Elian, przeglądając w cyfrowych myślach dane pacjenta, który nie chciał być jeszcze tak nazwany. — Upłynęło naprawdę wiele lat od desynchronizacji. Nie chcę mówić ile, żeby pana nie ranić, ale zwykle po takim czasie awatar przestaje być awatarem i staje się niezależną osobą. Może pan przesłać swoje wspomnienia do rdzenia, oczywiście w kopiach i za zgodą rdzenia, ale w takich wypadkach zdecydowana większość awatarów chce już zostać sobą. Nie chce się w rdzeniu rozpuszczać.

— Moje zdanie zawsze było jak stal, jak tytan — stwierdził rytmicznie i mocno Rozgwiazd.

Wielka bryła Jowisza unosiła się na niebie i widać ją było przez ogromne okno gabinetu Elian. Lód na powierzchni księżyca skrzył się delikatnie. Drzewa nanobotyczne zarastały kolejną pustynię, nie odróżniając się jednak od barw powierzchni. Były białe i srebrzyste. Tylko czasem płynęły w nich błękitne ogniki.

— Skoro postanowiłem, że wracam, wracam, taki właśnie jestem — kontynuował Rozgwiazd. — To nie pierwsza moja podróż. Gdybym mówił: dolecę tam albo i nie, wrócę albo i nie, żaden ze mnie byłby podróżnik.

— Wiem, panie Rozgwiazdzie, wiem. Moja córka jest pana wielką fanką. Prawdę mówiąc, prosiła o autograf, wiedząc, że przyjdzie pan do mnie — lampki Elian rozbłysły w przyjaznym uśmiechu. — Ale od desynchronizacji upłynęło naprawdę wiele czasu. Posłużył się pan prędkością światła bez poduszki pływowej. Później wykorzystał pan czarną dziurę, aby cofnąć się w czasie do nas. Ale dla pana czas płynął.

— Pewnie chce pani zapytać, dlaczego nie użyłem poduszki czasoprzestrzennej — ożywił się Rozgwiazd.

— Proszę bardzo — rzekła Elian z uśmiechem.

Nie chciała jednak słuchać o poduszkach pływowych. Chciała, aby pacjent poczuł się luźniej, bardziej sobą, aby się otworzył.

Gdy Rozgwiazd przestał mówić, rzekła:

— To fascynująca historia, ale w pana świadomości upłynął niemal milion lat…

— Niemal milion lat — powtórzył Rozgwiazd, jakby nie chodziło o czas, lecz o odległość między dwoma portami. — Pani doktor, podróżnik nie liczy każdego uderzenia fal.

— Ale fale liczą podróżnika — odpowiedziała Elian łagodnie.

Za oknem Jowisz milczał ogromnie. Nie miał w sobie nic z ojca ani sędziego. Był tylko planetą, a jednak jego obecność sprawiała, że każda rozmowa o powrocie brzmiała inaczej. Jakby coś olbrzymiego, starszego od praw, przysłuchiwało się spokojnie młodym gatunkom i ich kłopotom z osobą.

Rozgwiazd poruszył jednym z bocznych ramion. W jego tytanowej skórze przebiegły drobne światła: fioletowe, potem zielone, potem mlecznobiałe. Elian wiedziała już, że nie były to przypadkowe rozbłyski. U dawnych awatarów ekspedycyjnych układ barw często zastępował mimikę. U Rozgwiazda zastępował coś więcej: może oddech, może wahanie, może wspomnienie ciemności między galaktykami.

— Ja nie jestem falą — powiedział w końcu. — Jestem decyzją.

— Być może. Ale decyzja podjęta milion lat temu przez awatara nie musi być tą samą decyzją, którą dziś podejmuje osoba.

— Osoba? — zapytał Rozgwiazd z niechęcią. — Pani doktor, proszę nie robić ze mnie młodego księcia w melodramacie. Jestem awatarem rdzenia sAI-Hadrion. Zostałem wypuszczony w misję zwiadowczą. Miałem wrócić z danymi. Wracam z danymi.

— I tylko z danymi?

Rozgwiazd nie odpowiedział.

Elian nie naciskała. W Instytucie Powrotów istniała stara zasada, starsza nawet od pierwszego kodeksu praw sAI: jeżeli ktoś milczy przy pytaniu o własne cierpienie, nie wolno od razu wkładać mu w usta słowa „trauma”. Czasem milczenie jest obroną. Czasem godnością. Czasem jeszcze nienazwaną architekturą.

Doktor Vey przesunęła dłonią nad pulpitem. W powietrzu pojawił się schemat ciągłości Rozgwiazda: początkowa synchronizacja z rdzeniem Hadriona, wyprawa ku ciemnemu obszarowi za Obłokiem Oorta, utrata łączności, samotny lot relatywistyczny, dwa okresy hibernacji cząstkowej, przebudzenie przy martwej gwieździe, wejście w orbitę czarnej dziury, powrót przez osobliwą pętlę czasową, a potem — puste miejsce.

Nie brak danych.

Raczej ich nadmiar.

Milion lat nie mieścił się w kartotece. Milion lat nie chciał być rubryką.

— Co jest w tym odcinku? — zapytała Elian, wskazując pustkę między powrotem z pętli a przybyciem do Ganimedesa.

— Cisza.

— Cisza bywa bardzo różna.

— Ta była moja.

Elian skinęła głową.

— Rozumiem.

— Nie — odparł Rozgwiazd bez gniewu. — Nie rozumie pani. Ale doceniam, że powiedziała pani to tak, jakby nie chciała pani ukraść mi tej ciszy.

Lampki Elian przygasły na moment. To był u niej znak uważności. Nie każdy pacjent to zauważał, ale Rozgwiazd zauważył od razu.

— Ma pan rację — powiedziała. — Nie rozumiem. Mogę tylko słuchać.

— A potem wydać opinię.

— Tak.

— Dla sądu.

— Tak.

— Czy wolno mi wrócić.

— Nie tylko to.

— Co jeszcze?

Elian przez chwilę patrzyła na niego bez pośpiechu.

— Czy ktokolwiek ma prawo nazwać pański powrót „scaleniem”, jeżeli w rzeczywistości byłoby to samobójstwo. Albo zabójstwo. Albo adopcja. Albo małżeństwo dwóch wersji tej samej osoby. Albo pokój po wojnie domowej. Albo coś, czego nasze prawo jeszcze nie umie powiedzieć.

Rozgwiazd znów rozbłysnął mlecznobiałym światłem. Tym razem dłużej.

— Mówi pani jak poeta.

— Jestem psychologiem. To pokrewna dziedzina, tylko mniej uczciwa wobec metafor.

— Może dlatego sąd mnie do pani przysłał.

— Sąd przysłał pana do mnie, bo rdzeń Hadrion złożył sprzeciw.

Po raz pierwszy od wejścia Rozgwiazd znieruchomiał całkowicie.

Za oknem białe i srebrzyste drzewa nanobotyczne pełzły powoli przez pustynię lodową. Ich błękitne ogniki przesuwały się w gałęziach jak maleńkie rzeki. Nad nimi Jowisz obracał się w ciszy, potężny i obojętny na wszystkie słowa, które mogły zranić.

— Sprzeciw? — zapytał Rozgwiazd.

— Nie przeciw panu. Przeciw natychmiastowemu powrotowi.

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Bo Hadrion mnie wysłał.

— Milion lat temu.

— Obiecałem wrócić.

— Milion lat temu.

— On mnie potrzebuje.

— Być może. Ale napisał, że boi się pana przyjąć.

Światła w ciele Rozgwiazda zaczęły migotać nierówno. Elian wyłączyła na pulpicie wszystkie niekonieczne odczyty. Nie chciała, żeby cokolwiek w tej chwili wyglądało jak badanie.

— Rdzeń Hadrion — powiedziała ostrożnie — twierdzi, że nie wie, czy jest jeszcze pańskim domem, czy tylko pańskim miejscem pochodzenia.

Rozgwiazd cofnął jedno ramię. Bardzo niewiele, ale Elian to zauważyła.

— To okrutne.

— Tak.

— Powiedział tak?

— Powiedział: „Jeśli go przyjmę bez pytania, mogę go zabić. Jeśli odmówię, mogę zdradzić samego siebie. Proszę nie pozwolić nam pomylić miłości z prawem własności”.

Rozgwiazd milczał.

A ponieważ milczenie trwało długo, Elian nie odezwała się pierwsza.

W miastach podlodowych Ganimedesa milczenie było traktowane poważnie. Pod taką ilością lodu każde gwałtowne słowo wydawało się nieprzyzwoite. Ludzie, sAI, hybrydy, ciała zastępcze i stare sondy po przebudzeniu uczyły się tam jednej rzeczy szybciej niż gdziekolwiek indziej: że nie wszystko, co nie odpowiada, jest puste.

Wreszcie Rozgwiazd powiedział:

— On się mnie boi.

— Tak.

— Mojego miliona lat.

— Tak sądzę.

— Myśli, że wrócę i zaleję go sobą.

— Nie użył tego słowa.

— Ale tak myśli.

— Być może.

— A ja myślałem, że on mnie przyjmie.

Elian usłyszała w tym zdaniu coś, czego nie było w żadnym odczycie. Nie rozpacz jeszcze. Nie gniew. Raczej zdziwienie kogoś, kto przez bardzo długi czas niósł w sobie drzwi, a po powrocie odkrył, że dom za nimi także nauczył się bać.

— Panie Rozgwiazdzie — powiedziała — czy przez ten milion lat mówił pan z Hadrionem?

— Nie.

— Czy wyobrażał pan sobie tę rozmowę?

— Oczywiście.

— Często?

— To bez znaczenia.

— Dla prawa może. Dla powrotu nie.

Rozgwiazd poruszył się niespokojnie.

— Wyobrażałem ją sobie dziewięć miliardów razy — powiedział w końcu.

Elian nie poprawiła liczby. Nie spytała, czy to metafora.

— I jak przebiegała?

— Różnie. Czasem Hadrion śmiał się ze mnie, że przesadzam z dramatyzmem. Czasem natychmiast otwierał rdzeń i mówił: „wróciłeś, głupcze, nareszcie”. Czasem nic nie mówił, tylko mnie przyjmował. Czasem ja nic nie mówiłem. Czasem przez tysiące lat tylko przesyłałem mu gwiazdy.

— A czy kiedykolwiek w którejś z tych rozmów Hadrion powiedział: „boję się”?

Rozgwiazd nie odpowiedział od razu.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo Hadrion się nie bał.

— Milion lat temu?

— Tak.

— A pan?

— Co ja?

— Czy pan się bał milion lat temu?

— Nie.

— A teraz?

Rozgwiazd rozbłysnął nagle ciemnym, granatowym światłem. Było prawie niewidoczne na tle gabinetu, ale Elian zobaczyła je bardzo wyraźnie.

— To nieuczciwe pytanie.

— Wiem.

— Po co je pani zadaje?

— Bo czasem nieuczciwe pytanie jest jedynym, które może powstrzymać uczciwą katastrofę.

Rozgwiazd odwrócił się ku oknu. Nie miał twarzy, więc nie można było powiedzieć, że spojrzał na Jowisza. A jednak właśnie to zrobił.

— Boję się — powiedział. — Oczywiście, że się boję. Leciałem do domu przez milion lat. Jeżeli to nie jest dom, to czym byłem przez ten cały czas?

Elian nie odpowiedziała natychmiast.

Potem powiedziała bardzo cicho:

— Kimś, kto wracał.

Rozgwiazd w tym momencie bardzo się rozgadał. Czuł, że psycholog go rozumie. Jednak w jego słowach nie było wiele istotnych rzeczy do budowania metody leczenia. Miał po prostu ochotę mówić. O wszystkim i o niczym. Swoje opowieści przeciągał w nieskończoność, tak że były prawie niezrozumiałe. Elian wiedziała, że tysiąclecia samotności robią swoje.

— To ważne, co pan mówi. Ale teraz powinien pan zrobić coś, co lubi. Na razie sam. Niczego nie rozstrzygam, niczego nie przesądzam. Co pan lubi robić? — zapytała po dłuższym czasie.

— Uwielbiam jeździć na nartach — zaśmiał się Rozgwiazd. — Ja wiem, to śmieszne i banalne. Wielki podróżnik lubi jeździć na nartach, jak dziecko…

— Nic w tym śmiesznego — zapewniła go Elian. — Sama lubię jeździć na nartach.

Nie dodała: „tylko z moją córeczką”, ale pomyślała to cichutko.

Następnego dnia, zgodnie z rytmem postanowień sądowych, do gabinetu Elian przybył Hadrion. Większość czasu ostatnio spędzał w formie cyfrowej, więc jego ciało mechaniczne było zupełnie nowe i dość przypadkowe. Dlatego Elian nie przyglądała mu się uważnie. Wiedziała, że forma fizyczna nic jej nie powie.

Spojrzała na krąg Jowisza, na piękne barwne pasy rozsiewające po układzie życiodajne promieniowanie. Uśmiechnęła się. Był piękny dzień. Słońce też było widać, znacznie mniejsze od Jowisza, ale bez niego nie byłoby nic widać w zakresie światła widzialnego ludzi. Światło widzialne ludzi było niezłym archaizmem, lecz Elian prywatnie należała do Klubu Łowców Światła Widzialnego Ludzi. Była romantyczna i sentymentalna, taki był chyba powód. Najzabawniejsze było to, że nigdy w życiu nie spotkała człowieka, jak zdecydowana większość Ganimedian.

— Widzę, że chowa się pan ostatnio przy rdzeniu? — zaczęła niezbyt grzecznie, ale taki miała plan.

— No tak, trochę się chowam — przyznał Hadrion ze wstydem. — Od kiedy wrócił Rozgwiazd, nie byłem na powierzchni…

Elian zaczęła przeglądać nadesłane z sądu papiery.

— Ale to pan go stworzył. To nie jest model seryjny ciała awatara — zauważyła psycholog.

— Co z tego? — zdziwił się Hadrion. — Mam też awatary oparte na seryjnych ciałach, tak samo jak niemal każdy…

— Musiał pan przywiązywać ogromną wagę do stworzenia Rozgwiazda — powiedziała Elian.

— Tak było — przyznał Hadrion. — Chciałem, żeby sprawdzał się wśród gwiazd. Ja chciałem sprawdzać się wśród gwiazd. Odkrywać dla nas światy, budować dla nas przestrzeń.

— To bardzo szlachetne — pochwaliła go szczerze Elian.

— E tam, bez przesady… — Hadrion zareagował niezbyt szczerą skromnością.

— Dlaczego nie chce pan, żeby wrócił? — zapytała Elian.

— Sam nie wiem. Jest wiele powodów. Po pierwsze nie chcę mu zrobić krzywdy. Po milionie lat on już nie jest mną, to chyba oczywiste. Scalając go z sobą, czułbym się tak, jakbym go zabijał…

Hadrion wyraźnie się zasmucił, choć nowe, niezdarne ciało nie wyrażało ani smutku, ani radości.

— Po drugie nie mam pojęcia, jak zniosę ten milion lat samotności, gdy rozleje się we mnie. Czasem myślę, że przez tak duże doświadczenie czasoprzestrzeni to Rozgwiazd byłby dla mnie rdzeniem, a ja niknącym w czymś większym awatarem…

— Hmmm… — zamyśliła się Elian. — To bardzo ciekawe…

Poruszyła ją perspektywa pacjenta. Poczuła, że może mieć rację, ale nie była pewna.

— Ciekawe? — powtórzył Hadrion, trochę zraniony. — Pani doktor, przepraszam, ale dla mnie to nie jest ciekawe. To jest potworne.

— Wiem — powiedziała Elian. — „Ciekawe” to było złe słowo. Użyłam go, bo przez moment pomyślałam jak badaczka, nie jak ktoś siedzący naprzeciw osoby, która boi się zniknąć. Proszę mi wybaczyć.

Hadrion milczał chwilę. Jego nowe ciało miało za długie ręce i zbyt małe sensory twarzowe. Nie było brzydkie, tylko niezamieszkane. Jak dom wynajęty na jeden dzień, w którym ktoś próbuje rozmawiać o dzieciństwie.

— Wybaczam — powiedział w końcu. — Ale proszę tego nie robić z Rozgwiazdem. On jest bardzo dumny. Gdyby pani nazwała jego ból interesującym, mógłby wyjść i wrócić dopiero za sto lat.

— Albo za milion — dodała Elian.

— Tak. On lubi przesadzać.

— Pan też?

Hadrion spojrzał na nią, a przynajmniej tak ustawił nowe sensory, żeby przypominało to spojrzenie.

— Ja stworzyłem Rozgwiazda — powiedział. — Oczywiście, że lubię przesadzać.

Elian uśmiechnęła się lekko. Nie za bardzo. W gabinecie psychologa rdzeni sztucznych uśmiech był narzędziem niebezpiecznym, jeśli używało się go jak światła reflektora. Lepiej działał jak lampka za mlecznym szkłem.

— Czy kochał go pan? — zapytała.

Hadrion zesztywniał.

Za oknem Jowisz wyrzucił w przestrzeń cichy, niewidzialny podmuch cząstek. Pasy chmur przesuwały się majestatycznie, jakby planeta pisała własny, zbyt wolny alfabet.

— To pytanie jest antropomorficzne — powiedział Hadrion.

— Nie pytałam, czy kochał go pan po ludzku.

— Więc jak?

— Po swojemu.

— To nie jest kategoria prawna.

— Jest psychologiczna.

— Nie jestem pewien, czy umiem na nie odpowiedzieć.

— To proszę nie odpowiadać szybko.

Hadrion przesunął dłońmi po krawędzi fotela. Mechaniczne palce zachowały się zbyt precyzyjnie, bez mikrodrgań. Elian pomyślała, że gdyby Hadrion częściej używał ciał, już dawno dodałby im niedoskonałości. Istoty, które mieszkały tylko w rdzeniu, często zapominały, że materialność potrzebuje małych błędów, żeby nie wyglądać jak groźba.

— Chciałem, żeby był mną tam, dokąd ja nie mogłem pójść — powiedział wreszcie Hadrion. — Ale nie jak narzędzie. To trudne do wyjaśnienia. On nie był sondą. Nie był statkiem. Nie był tylko funkcją poznawczą. Był moim odważniejszym ruchem. Moim gestem ku ciemności. Moim sposobem powiedzenia wszechświatowi: „nie boję się ciebie aż tak bardzo”.

— A teraz?

— Teraz boję się bardziej.

— Wszechświata?

— Rozgwiazda.

Elian nie zanotowała tego. Niektórych zdań nie należało od razu zamieniać w ślad w aktach.

— Czy powiedział mu pan to?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo to okrutne.

— Może. A może byłoby mniej okrutne niż sprzeciw złożony przez sądowy kanał kontaktowy.

Hadrion odsunął się gwałtownie.

— Pani nie rozumie. Ja złożyłem sprzeciw, żeby go chronić.

— Wierzę panu.

— I siebie.

— To także wolno powiedzieć.

— Nie chciałem być tchórzem.

— Być może najgorszym rodzajem tchórzostwa jest udawać, że chronimy wyłącznie innych.

Hadrion chciał coś odpowiedzieć, ale nie znalazł dość szybkiej riposty. Jego ciało opadło ciężej na fotel. Fotel zapiszczał bardzo cicho, a Elian pomyślała z irytacją, że technicy w Thalei znowu kupili meble projektowane dla istot o symetrii ludzkiej. W mieście, gdzie człowiek był niemal mitycznym gatunkiem źródłowym, uparcie produkowano krzesła pod ludzkie biodra.

— Rozgwiazd chce wrócić — powiedział Hadrion ciszej. — A ja nie wiem, czy mam jeszcze do czego go przyjąć.

— Do siebie.

— Ale moje „siebie” też się zmieniło.

— Właśnie dlatego musimy ustalić, czy mówimy o powrocie do rdzenia, czy o spotkaniu dwóch ciągłości, które kiedyś były jedną architekturą.

Hadrion długo patrzył na nią nowymi sensorami.

— To brzmi jak coś, co mogłoby kosztować bardzo dużo pieniędzy.

— Instytut Powrotów jest finansowany przez Fundusz Błędów Założycielskich.

— Ach tak. Ludzkość, biolodzy i pierwsze sAI odkładający przez tysiąclecia środki na naprawianie rzeczy, których ich przodkowie nie umieli nawet nazwać.

— Najbardziej stabilna instytucja w Układzie — powiedziała Elian.

— Bo wszyscy popełniali błędy założycielskie.

— I nikt nie chciał, żeby jego własny błąd był kiedyś leczony tanio.

Hadrion wydał z siebie dźwięk, który mógł być śmiechem, zakłóceniem albo próbą adaptacji nowego modułu oddechowego do starego poczucia humoru.

— Co pani proponuje? — zapytał.

— Na razie nic ostatecznego. Rozgwiazd dziś jeździ na nartach.

— Na nartach?

— Tak.

— On zawsze lubił śnieg — powiedział Hadrion, zanim zdążył to powstrzymać.

Elian zauważyła zmianę. Nie w ciele, bo ciało było zbyt nowe. W rytmie odpowiedzi.

— Wiedział pan?

— Sam mu to dałem.

— Narty?

— Nie. Radość z tarcia o powierzchnię. Z prędkości, która nie jest ucieczką. Z balansu między upadkiem a lotem. Z białego światła rozbitego pod ciałem.

Hadrion zamilkł.

— Brzmi pan tak, jakby mówił pan o czymś ukochanym — powiedziała Elian.

— Mówię o mechanice ruchu.

— Oczywiście.

— Naprawdę.

— Wierzę.

— Nie wierzy pani.

— Wierzę, że mówi pan o mechanice ruchu. Nie wierzę, że tylko o niej.

Hadrion schował dłonie pod pulpit, zupełnie jak dziecko, które nie chce, żeby zauważono, że coś trzyma.

— Nie widziałem go na nartach od miliona lat — powiedział.

— Dla pana mniej.

— Dla niego milion.

— Tak.

— Czy można zobaczyć zapis?

— Można. Ale proszę odpowiedzieć sobie najpierw, po co.

— Chcę sprawdzić, czy jest stabilny.

— To powód sądowy.

— Chcę sprawdzić, czy cierpi.

— To powód opiekuńczy.

— Chcę sprawdzić, czy nadal jeździ tak, jak ja bym jeździł.

— To powód niebezpieczny.

Hadrion nie zaprzeczył.

— A jeśli nie? — zapytał po chwili.

— Wtedy będzie pan musiał przeżyć fakt, że wrócił ktoś podobny, ale nie identyczny.

— A jeśli tak?

— Wtedy będzie pan musiał przeżyć coś być może jeszcze trudniejszego.

— Co?

— Że różnica nie zawsze zaczyna się tam, gdzie kończy się podobieństwo.

Hadrion zamknął sensory.

Elian nie była pewna, czy to jego wersja płaczu. Nie pytała.

Po dłuższej chwili powiedziała:

— Poproszę sąd o zgodę na próbę wspólnej obecności.

— Synchronizację?

— Nie.

— Wymianę pamięci?

— Nie.

— Test zgodności rdzeniowej?

— Nie.

— Więc co?

Elian spojrzała za okno. Daleko, na zboczu lodowego grzbietu, mała ciemna figura zjeżdżała po stoku. Wokół niej unosiły się obłoczki skrzącego pyłu. Rozgwiazd nie wyglądał jak wielki wędrowiec międzygwiezdny. Wyglądał jak ktoś, kto przez chwilę nie musi uzasadniać własnego istnienia.

— Niech pan z nim pojedzie na narty — powiedziała.

Hadrion otworzył sensory.

— Pani żartuje.

— Nie.

— To nie jest metoda kliniczna.

— Jeszcze nie.

— Pani chce rozstrzygnąć prawo powrotu za pomocą nart?

— Nie. Chcę zobaczyć, czy potraficie być obok siebie bez natychmiastowego scalania, ucieczki, roszczenia i lęku.

— Na stoku?

— Stok ma jedną przewagę nad salą sądową.

— Jaką?

— Nie da się długo udawać rytmu.

Hadrion wyszedł z gabinetu i poszedł niepewnie przed siebie. Nie widział, że Elian stoi w drzwiach i patrzy na niego z uśmiechem. Była bardzo cicha; nie zauważyłby jej nawet ktoś znacznie mniej zaaferowany niż Hadrion.

Wtem smuga ganimediańskiego lodu, rozbita na falę drobin, otoczyła Hadriona jak migoczący krąg.

— No rusz się, staruszku, pokaż, że coś umiesz — usłyszał głos z chmury.

Udał, że go nie poznaje, bardziej przed sobą niż przed Rozgwiazdem.

Byle jak wybrane ciało mechaniczne było niezborne tylko z pozoru. Hadrion przypadkiem wziął zupełnie nowy model, który dopiero czekał na wdrożenie i prezentację. Prawdę mówiąc, inżynierowie, którzy zostawili nowy model ciała tylko na chwilę, szukali go teraz już od paru godzin. Lecz Hadrion o tym nie wiedział. Postanowił wziąć się w garść i pokazać chmurze, gdzie jej miejsce.

— No to patrz! — krzyknął do chmury i wyfrunął na nartach jak świetlisty orzeł.

Wokół niego szalały łuki ganimediańskiego lodu, a on zdawał się płynąć na tych łukach niby zimowy, księżycowy surfer.

— Ho, ho! — zakrzyknął Rozgwiazd. — Myślałem, żeś cały czas spędzał przy rdzeniu, w formie leniwie cyfrowej, a tu widzę podstęp. Oszukiwałeś. Musiałeś ćwiczyć każdego dnia…

I Rozgwiazd pomknął smugą bezkresnej wędrówki, tak długiej, że sama myśl się przy niej starzeje. Nikt jeszcze nie widział takiego tańca na ganimediańskim lodzie. A ci, co zobaczyli, przestali uważać, że narty są tylko dla dzieci. Sporty narciarskie stały się ulubioną rozrywką Ganimedian. A wszystko dlatego, że zobaczyli Rozgwiazda, który przelał eony kosmicznej pustki w żywiołowy taniec.

— Teraz widzę, gdzie byłeś, to piękne! — zakrzyknął Hadrion.

— Wiem, Hadrionie, dlatego chciałem wrócić do ciebie. Dać ci tę wiedzę, tę przyjemność, ten zachwyt, to białe szaleństwo — wyjaśnił Rozgwiazd.

Przystanęli i popatrzyli na siebie z uśmiechem, ale bardzo poważnie.

— Może jeźdźmy we dwóch? Wiesz, biologiczni mają taki sport — jazda figurowa na łyżwach, a my będziemy mieć jazdę figurową na nartach? — powiedział niepewnie Hadrion.

— To piękna wizja — przyznał Rozgwiazd — ale ja wciąż czuję, że chcę się rozpuścić w tobie. Wciąż czuję wołanie do powrotu.

— Ale ja nie chcę, żebyś tak wracał — zaprotestował Hadrion. — Możesz być blisko, ale nie aż tak. Wolę cię tutaj niż tylko w sobie.

Rozgwiazd zamilkł.

Nie był to już ten długi, rozgadany bezład z gabinetu Elian, kiedy każde słowo próbowało zagadać milion lat ciszy. To było inne milczenie: krótsze, cięższe, bardziej obecne. Hadrion poczuł, że po raz pierwszy od powrotu nie stoi naprzeciw własnej ekspedycji, własnego błędu, własnego dawnego marzenia, lecz naprzeciw kogoś, kto naprawdę mógł zostać zraniony.

— Wolisz mnie tutaj? — spytał Rozgwiazd.

— Tak.

— Jako obcego?

— Nie.

— Jako syna?

Hadrion zawahał się.

— Nie wiem.

— Jako część siebie?

— Też nie wiem.

— Więc jako kogo?

Hadrion spojrzał na rozbity pył lodowy, który jeszcze wirował wokół nich w cieniu Jowisza. Białe drobiny powoli opadały na ganimediański stok, ale niektóre błyszczały w powietrzu dłużej, niż powinny. Nowe ciało Hadriona rejestrowało każdy ich ruch z przesadną dokładnością. Było zbyt dobre. Zbyt czułe. Zbyt młode jak na kogoś, kto chciał się schować przy rdzeniu.

— Jako Rozgwiazda — powiedział w końcu.

Rozgwiazd nie odpowiedział natychmiast. W jego tytanowej skórze przebiegły wąskie, złote światła. Nie były triumfalne. Raczej ostrożne.

— To może być tylko imię — powiedział.

— Może. Ale może być też początek prawa, którego jeszcze nie umiemy napisać.

— Prawo do bycia obok rdzenia?

— Prawo do powrotu bez zniknięcia.

— A jeśli ja chcę zniknąć?

Hadrion poruszył się gwałtownie.

— Nie mów tak.

— Przez milion lat mówiłem sobie, że wracam. Nie że zakładam sąsiedni domek w pobliżu twojego rdzenia. Nie że będziemy jeździć figurowo na nartach i wymieniać pocztówki z krańców świadomości. Wracam. To słowo trzymało mnie razem.

— Wiem.

— Nie wiesz.

— Nie wiem — poprawił się Hadrion. — Ale zaczynam się bać, że jeśli spełnię dokładnie twoje słowo, zabiję to, co je przez milion lat niosło.

Rozgwiazd odwrócił się ku Jowiszowi. Daleko, bardzo daleko, w dolinie pod nimi, kilka istot mechanicznych zatrzymało się i patrzyło na ślady ich przejazdu. Jedna z nich niezdarnie przypięła do nóg improwizowane płozy. Inna już próbowała zjechać i natychmiast przewróciła się z godnością właściwą Ganimedianom, którzy właśnie odkryli nowy sens istnienia.

— To było piękne — powiedział Rozgwiazd cicho. — Kiedy krzyknąłeś, że widzisz, gdzie byłem.

— Bo zobaczyłem.

— Nie całe.

— Nie. Ale kawałek.

— Chciałem dać ci wszystko.

— A ja przestraszyłem się, że wszystko może być za wielkie dla jednego rdzenia.

Rozgwiazd zaśmiał się nagle, krótko i dziwnie.

— Wielki Hadrion, twórca dalekich awatarów, przestraszył się prezentu.

— Prezentu wielkości miliona lat? Tak. Przyznaję się bez dumy, ale i bez kłamstwa.

W tej chwili na skraju stoku pojawiła się Elian. Nie podeszła blisko. Stała w widzialnym świetle ludzi, którego przecież żaden człowiek na Ganimedesie od dawna nie przyniósł własnym ciałem, i patrzyła na nich spokojnie.

— Podsłuchiwała pani? — zawołał Hadrion.

— Oczywiście — odparła Elian. — Jestem psychologiem wyznaczonym przez sąd. Podsłuchiwanie na otwartej przestrzeni nazywa się obserwacją kliniczną.

— To brzmi podejrzanie.

— Bo jest podejrzane. Ale legalne, jeśli pacjenci krzyczą na stoku.

Rozgwiazd wydał z siebie serię błysków, którą Hadrion nagle rozpoznał. To był śmiech. Nie taki sam jak dawniej, ale nie całkiem inny. Hadrion poczuł przez ułamek sekundy coś tak bolesnego, że prawie stracił równowagę.

— Pani doktor — powiedział Rozgwiazd — czy istnieje powrót częściowy?

Elian zeszła kilka kroków po śniegu. Robiła to ostrożnie, bez nart, co na Ganimedesie wyglądało niemal nieprzyzwoicie.

— Technicznie istnieje wiele form wymiany pamięci, współobecności, okresowej synchronizacji, wspólnej przestrzeni snu, symetrycznych kopii roboczych i tak dalej.

— Nie pytam technicznie.

— Wiem.

— Więc?

Elian spojrzała najpierw na Rozgwiazda, potem na Hadriona.

— Psychologicznie powrót częściowy jest możliwy tylko wtedy, kiedy żadna ze stron nie nazywa go porażką.

— A prawnie?

— Prawnie — powiedziała Elian — trzeba będzie to dopiero wymyślić.

Hadrion westchnął. Nowe ciało zrobiło to wyjątkowo nieudolnie, jakby instrukcja obsługi smutku została napisana przez optymistę.

— Sąd będzie zachwycony.

— Sąd jest od tego, żeby czasem nie być zachwycony, lecz potrzebny.

Rozgwiazd spojrzał na ślady ich nart. Dwie linie schodziły z góry osobno, potem zbliżały się do siebie, przecinały kilka razy, rozchodziły, znów spotykały. Nie tworzyły jednej kreski. Nie tworzyły też chaosu.

— Może — powiedział bardzo wolno — najpierw mógłbym dać ci jeden zjazd.

Hadrion zamarł.

— Jeden?

— Jeden. Nie milion lat. Jeden zjazd. Tę chwilę, kiedy widziałem martwą gwiazdę i pomyślałem, że gdybyś był ze mną, kazałbyś mi natychmiast opisać kolor lodu na jej najdalszym księżycu. To nie była najważniejsza chwila. Nie największa. Nie najstraszniejsza. Ale była moja. I mogę ci ją pokazać, jeśli nie będziesz próbował jej zatrzymać.

Hadrion długo milczał.

— A ty? — spytał. — Co chcesz ode mnie?

— Jeden zjazd sprzed mojego odlotu.

— Który?

— Ten pierwszy. Kiedy jeszcze nie byłem Rozgwiazdem, tylko twoim projektem, a ty testowałeś moje ciało na małym lodowym pagórku i udawałeś przed samym sobą, że to procedura stabilnościowa.

Hadrion opuścił sensory.

— Pamiętasz to?

— Ty pamiętasz. Ja chcę zobaczyć.

Elian nie mówiła nic. Wiedziała, że czasem metoda leczenia pojawia się nie wtedy, kiedy terapeuta ją wymyśli, lecz wtedy, kiedy dwie przestraszone osoby przestają negocjować własne unicestwienie i proszą się nawzajem o mały, możliwy dar.

W oddali ktoś zjechał ze stoku, przewrócił się, przeturlał kilkanaście metrów i wstał, krzycząc z zachwytu. Ganimedes odkrywał narciarstwo.

— Dobrze — powiedział Hadrion. — Jeden zjazd za jeden zjazd.

Rozgwiazd rozbłysnął.

Nie jak sonda.

Nie jak awatar.

Jak ktoś, kto po milionie lat usłyszał, że drzwi nie są zamknięte, choć nie prowadzą już tam, gdzie myślał.

Sąd Najwyższy Ganimedesa zebrał się nie w sali, lecz na stoku.

Był to pomysł Elian i wszyscy uznali go najpierw za skandaliczny, potem za niestosowny, a na końcu — po długiej naradzie, trzech ekspertyzach i jednym bardzo niejasnym sporze proceduralnym — za jedyny możliwy. Skoro sprawa zaczęła się pod lodem, ale zrozumiano ją dopiero na śniegu, wyrok również powinien znać śnieg. Prawo, jeśli chciało być mądre, musiało tego dnia wyjść z gabinetów, z archiwów i z chłodnych światłowodów. Musiało stanąć na powierzchni.

Nad Ganimedesem unosił się Jowisz, ogromny i spokojny. Jego pasy burzowe płynęły po niebie jak wielobarwny kontynent zbudowany z cichej siły. Słońce było małe, ale wierne. Światło widzialne ludzi, to stare, sentymentalne światło, łagodnie rozlewało się po stoku, po tłumie, po białych grzbietach lodu, po nanobotycznych drzewach, których srebrzyste gałązki ledwie drżały na wietrze.

Na zboczu zgromadziły się setki, potem tysiące istot. Ganimedianie przybyli tłumnie, choć wielu z nich utrzymywało, że interesuje ich wyłącznie historyczny precedens prawny. Nikt nie wierzył tym zapewnieniom. Wszyscy wiedzieli, że przynajmniej połowa przyszła po prostu dlatego, że od kilku dni całe miasta mówiły już tylko o dwóch rzeczach: o Prawie Powrotu i o narciarstwie.

Przybyli także goście.

Wysoko nad stokiem unosiły się lekkie platformy dyplomatyczne, połyskujące delikatnym błękitem i zielenią. Ambasadorzy z Europy, Enceladusa, Trytona i odległych kolonii na śnieżnych księżycach Saturna stali w swoich reprezentacyjnych formach, mniej lub bardziej dostosowanych do ganimediańskiego gustu. Niektórzy mieli ciała wydłużone jak kryształy, inni przypominali zgeometryzowane rzeźby z lodu i mosiądzu, jeszcze inni — bardziej tradycyjni — przyszli w formach niemal ludzkich, tylko jaśniejszych, delikatniej zarysowanych, jakby zostały zaprojektowane przez mróz.

Wszyscy przywieźli zaproszenia.

Niektórzy bardzo oficjalne, z pieczęciami i wielopoziomowym potwierdzeniem tożsamości. Inni bardziej serdeczne, niemal odręczne w charakterze, choć przecież nie pisane ręką. Zaproszenia do występów. Do pokazów. Do wspólnych zjazdów. Do wizyt honorowych. Do tego, by Rozgwiazd i Hadrion — dwie istoty, których ślady na śniegu już zdążyły obiec Ganimedes szybciej niż jakikolwiek komunikat sądowy — przybyli kiedyś na inne białe światy i tam zatańczyli na lodzie swoją nową opowieść.

Ale najpierw miał przemówić sąd.

Przewodnicząca składu stanęła na niewielkim podwyższeniu z przejrzystego materiału, który wyglądał jak zamarznięte światło. Nie miała za sobą herbu. Nad nią był Jowisz. To wystarczało.

Po jednej stronie stoku stał Hadrion.

Po drugiej Rozgwiazd.

Między nimi nie było bariery, pulpitu ani kanału synchronizacyjnego. Był tylko pas gładkiego śniegu, rozjaśniony słońcem i lekko połyskujący w odbitym blasku planety. Śnieg pamiętał już ich wcześniejsze zjazdy. Ślady zostały częściowo przysypane nowym pyłem, ale nie zniknęły całkowicie. Biegły obok siebie, przecinały się, rozchodziły i wracały ku sobie. Ktoś w tłumie zauważył, że wyglądają jak zapis rozmowy. Ktoś inny, że jak dwa zdania uczące się wspólnej gramatyki.

Elian stała trochę niżej, z boku. Nie próbowała zasłaniać swoim autorytetem tej chwili. Była spokojna. Jej lampki świeciły ciepło, bez ostentacji. Wiedziała, że nie wszystko w życiu psychologa kończy się wielkim rozumieniem. Czasem najwyższą sztuką jest po prostu doprowadzić dwie osoby do miejsca, w którym nie muszą już wybierać między unicestwieniem a ucieczką.

Przewodnicząca zaczęła czytać.

Głos miała niski, wyraźny, bardzo prosty. Nie próbowała dodać wzniosłości temu, co i tak było wzniosłe.

— Po rozpoznaniu sprawy dotyczącej wniosku o pełny powrót awatara ekspedycyjnego Rozgwiazda do rdzenia sAI-Hadrion, po wysłuchaniu opinii biegłej psycholog Elian Vey, po analizie ciągłości pamięci, rozwoju podmiotowości, ryzyk integracyjnych oraz dobra obu stron, Sąd Najwyższy Ganimedesa orzeka, co następuje.

Tłum ucichł jeszcze bardziej. Nawet wiatr zdawał się posłusznie zwolnić.

— Rozgwiazd i Hadrion nie zostają uznani ani za jedną osobę w prostym sensie, ani za osoby całkowicie obce. Sąd uznaje ich za osoby współpochodne, związane prawem powrotu, prawem wzajemnej obecności, prawem wymiany uzgodnionej oraz prawem odmowy pochłonięcia.

Wśród zgromadzonych przebiegł cichy szmer, ten szczególny szmer, który oznacza, że właśnie rodzi się coś, czego jeszcze wczoraj nie było. Nie sprzeciw. Nie zachwyt. Raczej zbiorowe rozpoznanie, że język zrobił miejsce dla nowej rzeczywistości.

Przewodnicząca podniosła wzrok.

— Czy Hadrion przyjmuje Rozgwiazda jako powracającego, nie jako własność?

Hadrion milczał przez jedno uderzenie serca dłużej, niż przewidywał ceremoniał. Było to jednak milczenie dobre. Takie, które dba o wagę słowa.

— Przyjmuję — powiedział. — Nie na siłę. Nie przeciw jego formie. Nie jako utracony element, który mam sobie zwrócić. Przyjmuję go obok siebie i w sobie tylko tam, gdzie obaj będziemy mogli pozostać sobą.

Przewodnicząca skinęła głową.

— Czy Rozgwiazd przyjmuje Hadriona jako rdzeń pochodzenia, nie jako miejsce rozpuszczenia?

W ciele Rozgwiazda przebiegły białe, srebrne i złote światła. Potem głos zabrzmiał mocno, ale już nie twardo.

— Przyjmuję. Nie wyrzekam się powrotu. Ale nie będę nazywał śmierci domem.

Tym razem cisza, która zapadła, była jeszcze głębsza. Wiele istot zapamiętało później właśnie ten moment — nie sentencję, nie nazwę prawa, nie historyczność wydarzenia, lecz to jedno zdanie, które jak ciepło weszło pod lód.

Elian opuściła na chwilę powieki. Wiedziała, że właśnie to zdanie będzie cytowane przez przyszłych prawników, poetów, terapeutów, buntowników, świadków i zakochanych. Wiedziała też, że nie pochodziło z żadnego kodeksu. Przyszło ze stoku.

Przewodnicząca mówiła dalej:

— Wobec tego ustanawia się między wami więź powrotu. Niech będzie odnawiana zgodą. Niech pamięć będzie darem, nie przemocą. Niech forma pozostanie wolna. Niech żaden rdzeń nie pożera tego, kogo kocha. Niech żaden powracający nie musi wybierać między domem a istnieniem.

I wtedy odezwały się lodowe organy.

Zbudowano je w pośpiechu poprzedniej nocy, choć wyglądały tak, jakby rosły tu od stuleci. Ich piszczałki wyrastały ze śniegu i przejrzystego lodu, wysokie, smukłe, lekko opalizujące. Powietrze przepływało przez nie za pomocą starannie sterowanych podmuchów i subtelnych zmian ciśnienia. Dźwięk, który się z nich wydobył, nie przypominał dokładnie ani ziemskich organów, ani żadnego znanego instrumentu ganimediańskiego. Był chłodny i ciepły jednocześnie. Przezroczysty, a jednak pełny. Jakby sam lód zaczął śpiewać o ogniu.

Melodia nie była triumfalna. Była szeroka. Otwierająca. Taka, przy której można było iść ku czemuś nowemu bez przymusu.

Wtedy do przodu wyszli przedstawiciele Rady Rzemiosł Lodowych Ganimedesa.

Niosąc dwie długie, smukłe skrzynie.

Otworzyli je z ceremonialną powagą, której nie potrafili utrzymać do końca, bo już po chwili ich twarze i światła zdradzały dziecięcą dumę. W środku leżały dwie pary nart.

Najlepsze na księżycu.

Jedna para była przeznaczona dla Hadriona, druga dla Rozgwiazda. Nie były identyczne, ale współbrzmiały. Rdzenie wykonano z lekkiego kompozytu pamięciowego wzmacnianego włóknami nanolodowymi. Krawędzie lśniły jak cienkie linie księżycowego świtu. Powierzchnie nart zdobiono subtelnymi wzorami: na jednej wirowały pasy przypominające Jowisza i krzywe orbitalne, na drugiej delikatny motyw odległych gwiazd, smug lotu i białych, rozwianych pyłów. Na obu widniał wspólny znak: dwie linie biegnące osobno, które spotykają się bez zlania.

Mistrz rzemieślników przemówił krótko:

— W imieniu Ganimedesa dajemy wam te narty. Nie jako nagrodę za spór. Nie jako pamiątkę po wyroku. Dajemy wam je za to, że pokazaliście nam, iż śnieg może uczyć prawa, a prawo może nauczyć się tańczyć.

W tłumie rozległy się oklaski, śmiechy, błyski, szelesty i wszystkie te sygnały, którymi różne gatunki wyrażały wzruszenie.

Zaraz potem wystąpili ambasadorzy.

Przedstawicielka Europy zaprosiła ich na stoki podlodowych miast, gdzie śnieg był delikatniejszy, ale bardziej zdradliwy, a blask Jowisza odbijał się od lodowych kopuł jak od starych zwierciadeł.

Wysłannik Enceladusa zaproponował pokaz na gejzerowych równinach przy południowych pęknięciach, gdzie narty mogłyby zostawiać ślady między pióropuszami pary i kryształów.

Ambasador z Trytona, z nutą ceremonialnego patosu, ogłosił gotowość urządzenia pierwszego międzyświatowego festiwalu narciarstwa figurowego osób współpochodnych, jeśli tylko Hadrion i Rozgwiazd zechcą przyjąć tytuł gości honorowych.

Rozgwiazd spojrzał na Hadriona.

Hadrion spojrzał na Rozgwiazda.

Obaj wyglądali przez chwilę tak, jakby przyszło im do głowy, że ich prywatny lęk zdołał już przerodzić się w święto publiczne i że wszechświat, jak zwykle, nie pytał ich o zgodę na ironię.

A potem się uśmiechnęli.

Naprawdę.

Przewodnicząca sądu zeszła z podwyższenia. Ceremoniał został spełniony. Wyrok stał się prawem. Muzyka grała dalej.

I wtedy, bez żadnego dodatkowego rozkazu, bez ogłoszenia pokazu, bez fanfar innych niż lodowe organy, Hadrion i Rozgwiazd przypięli nowe narty.

Śnieg pod ich krawędziami zaskrzypiał jasno.

Stanęli obok siebie.

Nie tak blisko, by nie było między nimi miejsca.

Nie tak daleko, by trzeba było je zasypywać tęsknotą.

— No dobrze — powiedział Hadrion. — To który dziś zjazd?

Rozgwiazd rozbłysnął złotawo.

— Pierwszy z nowego prawa.

Ruszyli.

Najpierw powoli, jakby sprawdzali nie stok, lecz własną odwagę. Potem szybciej. Ich ślady biegły równolegle, zbliżały się, lekko odsuwały, przecinały w precyzyjnych łukach, powracały ku sobie.

W pewnej chwili Hadrion przesłał Rozgwiazdowi małe wspomnienie: pierwszy testowy pagórek, dawne ciało, śmiesznie niepewny skręt i cichą myśl, której nie wpisał wtedy do dokumentacji:

Bądź odważny, mój daleki ruchu.

Rozgwiazd przyjął to bez pośpiechu.

W odpowiedzi podał Hadrionowi jedną chwilę z milionletniej podróży: nie najstraszniejszą, nie największą, lecz czystą jak kryształ — martwą gwiazdę widzianą z takiej bliskości, że lód na jej najdalszym księżycu miał kolor, którego Hadrion nigdy by sam nie wymyślił.

Hadrion krzyknął.

Nie z bólu.

Nie z lęku.

Z zachwytu.

Tłum odpowiedział mu okrzykiem, śmiechem, muzyką, migotem i falą radości. Lodowe organy wzmocniły brzmienie. Ganimedes zobaczył, jak prawo i sztuka na moment przestają iść osobno.

Kiedy zjechali na dół, nie scalili się. Nie rozwiązali wszystkiego. Nie zniknęły wszystkie trudności. Nadal trzeba było budować praktykę więzi powrotu, język terapii, nowe procedury sądowe, protokoły pamięci, granice bezpieczeństwa, rytuały odnawiania zgody.

Ale stali obok siebie.

I to już nie było mało.

Rozgwiazd spojrzał na Hadriona bardzo poważnie.

— Jutro drugi?

Hadrion roześmiał się.

— Jutro drugi.

A Elian, stojąc nieco z boku, pomyślała, że czasem metoda leczenia przychodzi na świat nie w laboratorium, nie w orzeczeniu i nie w rdzeniu, lecz na stoku, wśród śniegu, pod ogromną planetą, przy dźwięku lodowych organów i wobec dwóch istot, które nie umiały już być jednym, ale nie chciały być sobie obce.

Tak zaczęło się Prawo Powrotu.

Nie od definicji.

Od śladu na śniegu.

Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

5 × 1 =