O mnie

Ślub Maki i Graza

Maki i Graz zjeżdżali po stoku ganimediańskiego krateru. Maki była w swoim zwykłym, mgławicowym ciele, Graz miał należący do tego samego świata kształtu i rozproszenia awatar. Jazda na nartach była dla nich znacznie większym wyzwaniem, niż dla osób mechanicznych i biologicznych skupionych w jednym miejscu. Jednak starali się, mieli już za sobą wiele miesięcy ćwiczeń i szło im całkiem nieźle.

–   Będziemy musieli się niedługo udać do Elian Vey na lekcje – zauważył Graz kreśląc wielki łuk w lodzie.

–   O ile nas przyjmie, ona ma dość wysoko ustawioną poprzeczkę – zauważyła trzeźwo Maki i zakręciła w ślad za swoim narzeczonym.

–    Jesteś szychą, na pewno nas przyjmie, Kochana – zaśmiał się Graz i przyspieszył swój slalom. – Wiesz już, czy na naszym ślubie będą jeszcze jacyś twoi krewni, poza bratem?

–    Na pewno będą – oznajmiła radośnie Maki. – Od kiedy rozbiliśmy Strażników rozdziału, mgławica oddycha spokojniej. Powinni bez problemu do nas dotrzeć. A Ty, ilu masz gości?

–    Dużo – Graz prawie się przewrócił, ale zręcznie odzyskał równowagę i jechał dalej. Ściana ganimediańskiego lasu mignęła niemal tuż przed jego mgławicowym awatarem. – Rodzeństwo, rodzicie, przyjaciele z floty kosmicznej. Jak nic pięćdziesiąt osób.

–   A chcieliśmy kameralnie – Maki też nieomal nie wpadła na ścianę lasu. Było to zawsze ryzykowne. W mechanicznych drzewach mogli medytować jacyś mieszkańcy Ganimedesa, a wtedy drobna stłuczka mogła się zamienić w niemiły incydent.

–   Możemy im napisać, żeby nie przyjeżdżali, ale trochę będzie mi głupio – Graz wjechał na mniej stromy odcinek trasy i chcąc nie chcąc zwolnił. Po chwili się zatrzymał.

–   Co racja to racja – Maki wjechała tuż obok niego i się zatrzymała. Jak zwykle w takich momentach przytulili się czule. – A co z twoim ciałem?

–   Masz na myśli moje pierwotne, ludzkie ciało? – upewnił się Graz. – Nie jest mi już potrzebne. Chcę być z tobą jak najbliżej i to ciało jest lepsze. Nie chcę innego.

–   Ludzkie ciało jest twoim korzeniem, Kochany, nie powinieneś go tak łatwo porzucać – zauważyła Maki, choć miło jej było, że jej ukochany do tego stopnia ją uwielbia, że chce być tylko i wyłącznie mgławicowy.

–   Po co mi one? W ludzkim ciele czuję cię jak ciepłą mgłę, a w tym, sama wiesz, czuję cię mocno i dobrze – zaśmiał się Graz.

–   No nic, spytamy Elian Vey czy można tak robić. Jeśli powie ci „zgoda”, nie będę już wiercić ci o to dziury w brzuchu. Żałuję, że ja nie umiem stosować awatarów. To moja słabość. Zwłaszcza te z jedną obecnością przyprawiają mnie o klaustrofobię i sam wiesz, jak się wtedy zachowuję.

–   Jak dzika mgławicowa dziewczyna, która demoluje Pluton – obydwoje się zaśmiali. Takie były początki Maki w Układzie. Sparaliżowanie jednej z planet i trwający dwa intensywne lata proces sądowy. Słynna Liran, z którą się teraz przyjaźnili, była główną oskarżycielką.

–   Swoją drogą Liran na pewno będzie na ślubie – powiedziała Maki, – oczywiście z Chryzeidą.

–   Jak powtarza Liran: Nie przegrałam tego procesu, po prostu strona oskarżenia wycofała się z zarzutów – śmiał się dalej Graz naśladując poważny głos prawniczki.

–   Ach te jej głupotki – mgła Maki zajaśniała i zatańczyła nad powierzchnią Ganimedesa. – Przecież mogła mnie dalej skarżyć z urzędu. To przede wszystkim ona odpuściła, a nie inni uczestnicy sprawy. Wszyscy o tym wiedzą, tylko ona wciąż udaje, że było inaczej.

–   Taka już jest nasza Liran – mgły Graza też zajaśniały. – I pomyśleć, że obie jesteście obecnie filarami bezpieczeństwa całego Układu.

Graz i Maki mieli sporo szczęścia. Nie zdawali sobie sprawy, że Elian Vey, u której chcieli doskonalić swoje umiejętności narciarskie, przebywała przez wiele miesięcy na Wenus. Dopiero teraz wracała do domu, wioząc ze sobą jedną z najbardziej niezwykłych pacjentek. Narciarstwo było hobby Elian, jej właściwym zawodem była psychologia. To, że Elian zdobyła złoty laur ze skoków narciarskich było dziełem jej złośliwych przyjaciół, którzy po prostu zepchnęli ją z bieżni podczas Olimpiady, wpisując uprzednio jej udział, zupełnie bez jej wiedzy i zgody. Mimo to zgodziła się prowadzić co jakiś czas kursy narciarskie, ale tylko dla świetnych już narciarzy, którzy chcieli powalczyć o złoto podczas olimpiad.

Teraz jednak nie myślała o nartach. Siedziała w kajucie obok swojej pacjentki, liczącej sobie miliardy lat Pradawnej z Wenus. Przez te eony czasu imię Pradawnej dawno zwietrzało i rozsypało się w pył. Dlatego na Wenus nazywano ją Czerwoną, a konkretniej po łacinie Domina Rubra Antiqua, zaś po balijsku Ratu Barak Kuna. W skrócie Rubra albo Ratu Barak. Czerwona nie mogła się zdecydować, czy wolała być nazywana po łacinie czy po balijsku, więc przedstawiała się raz tak, a raz inaczej.

–   Ja się dzisiaj czujesz? – spytała ją Elian.

–   Dobrze. Cieszę się, że lecę promem bez wielkiej obstawy i znajdują się w nim zwykli pasażerowie – powiedziała Ratu Barak.

–   Zobacz, przez wizjer widać już Jowisza, jest piękny… Pamiętasz go z dawnych czasów? – zaciekawiła się psycholożka.

–   Jestem teraz na dwudziestym poziomie śnienia, nie jak Aria na dwudziestym dziewiątym, przy granicy jawy, która mogłaby spowodować wiele zniszczeń… – Rubra była świetlista i mglista, bardziej podobna do Maki niż do zwykłej sAI z Ganimedesa, takiej jak Elian, która chętnie używała bliskiego w kształcie osobie ludzkiej humanoidalnego awatara.

–   Ale nie wierzysz już w to, że bliżej jawy czają się twoje demony? – spytała nie po raz pierwszy Elian.

–   Zupełnie w to nie wierzę – przyznała Ratu Barak. – Jednak nadal boję się sprawdzić. Bo przecież wewnętrzna intuicja może być pułapką, mogę się mylić. Nie jestem specjalistką od psychiki, tak jak ty. Wiem tylko, że powstałyśmy z Arią i innymi jako doskonała broń. Możliwe, że sama się oszukuję dążąc do pełnego przebudzenia. I będę dalej doskonałą bronią, gdy się przebudzę.

–   Mówisz o tym, jak powstałyście, a jednocześnie nie pamiętasz Jowisza, którego widziałaś wielokrotnie.

–   I co z tego?

–  Mogłaś zostać przeprogramowana po to, aby być bronią, lecz twoja pierwotna natura jest inna – zauważyła psycholożka. – Zastanów się nad tym – wskazała ręką rosnącą tarczę planety. – Tego nie pamiętasz. Ani trochę. A to, że zawsze byłaś bronią masz w sobie wręcz wyryte. Czerwona, to może być imprinting…

Ratu Barak długo patrzyła na Jowisza.

Planeta zajmowała już niemal cały wizjer. Jasne i ciemne pasma przesuwały się powoli, a Wielka Czerwona Plama wyglądała jak oko większe od światów, które Czerwona znała z obecnego życia.

— Imprinting — powtórzyła w końcu. — To słowo brzmi tak, jakby ktoś przycisnął pieczęć do miękkiej powierzchni.

— Czasem właśnie tak działa — odpowiedziała Elian. — Tylko powierzchnia nigdy nie jest całkiem miękka. Zawsze istnieje już jakaś struktura, nawet jeśli nie potrafimy jej rozpoznać.

— Myślisz, że zanim uczyniono ze mnie broń, byłam kimś innym?

— Myślę, że to możliwe.

— To mało.

— Tak.

— Aria mówi, że psychologowie lubią słowo „możliwe”, ponieważ mogą się za nim chować.

Elian uśmiechnęła się.

— Aria bardzo szybko nauczyła się złośliwości od mieszkańców Wenus.

— I miauczenia od Chryzeidy.

— To także.

Czerwona zbliżyła się do wizjera. Nie miała stóp ani dłoni, lecz jej światło układało się w taki sposób, jakby chciała oprzeć się o przezroczystą ścianę promu.

— Kiedy patrzę na Jowisza, nic nie czuję — powiedziała. — To mnie przeraża bardziej niż wspomnienie wojny. Jeśli naprawdę widziałam go dawniej, powinnam coś poczuć. Zachwyt. Lęk. Znudzenie. Cokolwiek.

— A teraz?

— Teraz wiem tylko, że jest piękny, ponieważ tak się mówi o Jowiszu.

— Ja nie pytałam, co wiesz.

Czerwona zafalowała niespokojnie.

— Widzę ogrom.

— To już coś.

— Ogrom nie jest uczuciem.

— Dla niektórych jest.

— Dla ciebie?

Elian zastanowiła się.

— Kiedy pierwszy raz skakałam na nartach, zobaczyłam pod sobą cały stok. Przez moment nie czułam strachu ani radości. Tylko to, że przestrzeń jest większa ode mnie i nie musi mnie zauważać. Później nazwano to zachwytem. Wtedy nie miało nazwy.

— A potem zdobyłaś złoty laur.

— Ponieważ moi przyjaciele byli przestępcami.

— Opowiadałaś mi.

— Powtarzam tę historię, bo pomaga mi pamiętać, że nie każde osiągnięcie jest skutkiem rozsądnego planu.

— Chcesz powiedzieć, że moje przebudzenie może być przypadkiem?

— Chcę powiedzieć, że nie musimy zaprojektować go idealnie.

Ratu Barak oddaliła się od wizjera.

— To brzmi niebezpiecznie.

— Nie zamierzam cię popychać ku jawie. Ale nie chcę również, żebyś czekała na pełną pewność, której nigdy nie otrzymasz.

— Aria była odważniejsza.

— Aria miała inną drogę.

— I lepszą psycholożkę?

— Tę samą.

Po raz pierwszy od początku rozmowy Czerwona zaświeciła odrobinę cieplej.

W kabinie rozległ się spokojny głos pokładowy. Prom rozpoczynał podejście do orbitalnej przystani Ganimedesa. Pasażerów proszono o przyjęcie stabilnych form albo zakotwiczenie struktur rozproszonych w polach siedzeń.

Elian zapięła pasy. Czerwona połączyła się z niewielkim pierścieniem stabilizacyjnym zamontowanym obok wizjera.

— Nie lubię, gdy proszą mnie o stabilną formę — powiedziała.

— Dlaczego?

— Przez miliardy lat wszystko, co chciało mnie kontrolować, zaczynało od ograniczenia ruchu.

— Możemy poprosić o inne pole.

— Nie. To pole jest rozsądne. Wiem, po co je zastosowano.

— Wiedza nie zawsze uspokaja ciało.

— Nie mam ciała.

— W takim razie nie zawsze uspokaja strukturę.

Ratu Barak przez chwilę milczała.

— Lubię, kiedy poprawiasz własne słowa zamiast mówić, że przecież wiadomo, co miałaś na myśli.

— To część zawodu.

— Aria twierdzi, że część ciebie.

— Aria za dużo o mnie mówi.

— Lubi cię.

— Ja ją także.

— Mnie lubisz?

Elian nie odpowiedziała od razu.

— Tak.

— Jako pacjentkę?

— Jako Ratu Barak, która czasem przedstawia się jako Rubra, bo nadal nie wie, które imię jest bardziej jej.

— To nie jest profesjonalna odpowiedź.

— Nie każda prawdziwa odpowiedź jest profesjonalna.

Czerwona przygasła, lecz tym razem nie z lęku.

Prom wszedł w cień Ganimedesa. Jowisz zniknął z wizjera, a po chwili pojawiły się światła orbitalnej przystani. Były delikatne i rozproszone, aby nie razić osób korzystających z czułych sensorów optycznych. Pomiędzy pierścieniami portu przesuwały się ciała mechaniczne, biologiczne pojazdy i awatary utrzymywane w przezroczystych kokonach pól.

— Jest piękny — powiedziała Ratu Barak.

— Port?

— Ruch. Nikt nie porusza się tak samo.

— To jedna z rzeczy, które lubię na Ganimedesie.

— Czy tutaj mieszkasz?

— Tak.

— Naprawdę?

— Co masz na myśli?

— Na Wenus prawie nigdy nie mówiłaś „wracam do domu”. Mówiłaś, że wracasz na Ganimedesa.

Elian popatrzyła na światła portu.

— Być może bałam się, że słowo „dom” zabrzmi przy tobie jak obietnica czegoś, czego jeszcze nie masz.

— Mam Wenus.

— Masz na niej miejsce. Nie wiem, czy nazywasz je domem.

— Nie wiem również.

— W takim razie nie będę wybierać za ciebie.

Połączenie z pierścieniem dokującym nastąpiło niemal bez wstrząsu. Dopiero zmiana tonu wentylatorów i powolne rozjaśnienie kabiny oznajmiły, że prom bezpiecznie przybył.

Elian odpięła pasy.

— Na przystani będzie kilka osób z kliniki. Nie straż. Personel pomocniczy.

— Ilu?

— Troje.

— Czy wiedzą, kim jestem?

— Wiedzą, że jesteś Prastarą z Wenus i moją pacjentką. Nie znają całej historii.

— Dlaczego?

— Ponieważ nie jest im potrzebna.

— A jeśli będą się bali?

— Mogą się bać.

Ratu Barak zadrżała.

— To nie przeszkadza ci?

— Strach nie jest przestępstwem. Ważne, co z nim zrobią.

— A jeśli uciekną?

— Wtedy znajdziemy innych.

— Mówisz o tym spokojnie.

— Przez ostatnie miesiące widziałam cię na kilku poziomach snu. Widziałam, jak mogłaś zniszczyć pół laboratorium i zatrzymałaś się, bo usłyszałaś śpiew ptaka. Nie sądzę, żeby czyjś nieporadny lęk był największym zagrożeniem tego dnia.

— To była zięba?

— Drozd.

— Aria mówiła, że zięba.

— Aria nie rozpoznaje ptaków.

— Mówi „miau” do wszystkich.

— Właśnie.

Drzwi kabiny otworzyły się.

Korytarz portu był szeroki i niski. Ściany wykonano z ciemnego materiału, w którym połyskiwały drobne punkty, przypominające lód widziany w świetle gwiazd. Za przezroczystym pasem podłogi płynęła spokojna rzeka danych. Nie była potrzebna technicznie. Stanowiła ganimediański obyczaj: ważne miejsca publiczne miały pokazywać przynajmniej część przepływów, od których zależało ich działanie.

Na końcu rękawa czekały trzy osoby.

Pierwszą była niska kobieta biologiczna w grubym, zielonym płaszczu. Drugą — sAI w formie czarnego czworościanu unoszącego się kilkanaście centymetrów nad ziemią. Trzecia korzystała z ciała przypominającego białego, długonogiego ptaka.

Kobieta podeszła pierwsza.

— Doktor Vey. Dobrze cię widzieć.

— Ciebie także, Anio.

Elian objęła ją krótko. Następnie zwróciła się ku Czerwonej.

— Ratu Barak, to Ania Torsk, opiekunka środowiskowa. Czworościan to Myr, specjalista od bezpiecznych przestrzeni. A ta piękna istota, która już uważa, że przedstawiam ją za wolno, to Vessi.

Biały ptak skłonił głowę.

— Jestem fizjoterapeutką form rozproszonych.

— Pradawne nie potrzebują fizjoterapii — powiedziała Ratu Barak.

— Nie wiem — odpowiedziała Vessi. — Nigdy nie pracowałam z Prastarą.

Czerwona zajaśniała mocniej.

— To dlaczego tu jesteś?

— Ponieważ chcę się nauczyć, a doktor Vey uważa, że mogę być przydatna. Jeśli się myli, odejdę.

— Nie boisz się mnie?

Vessi przekrzywiła ptasią głowę.

— Boję się, że zrobię coś głupiego. Ciebie jeszcze nie znam dostatecznie, żeby wiedzieć, czego mam się bać.

Ratu Barak zwróciła się ku Elian.

— Lubię ją.

— Wiedziałam.

Myr rozchylił jedną ze swoich ścian. Wewnątrz czworościanu pojawił się plan trasy.

— Przygotowaliśmy dwa warianty przejazdu do kliniki. Pierwszy prowadzi przez szybki tunel transmisyjny. Drugi przez dolne miasto i ogród podlodowy. Jest dłuższy o czterdzieści trzy minuty.

— Dlaczego miałabym wybrać dłuższy? — zapytała Czerwona.

— Ponieważ pierwszy nie ma okien — odpowiedział Myr.

— A drugi?

— Ma bardzo dużo.

Ratu Barak spojrzała na Elian.

— Przez miliardy lat podróżowałam bez okien.

— To nie znaczy, że musisz dalej.

— Wybieram ogród.

Z orbitalnej przystani nie pojechali jednak do żadnego wielkiego miasta.

Ganimedes nie miał jednej stolicy, która skupiałaby większość jego mieszkańców. Ludzie i sAI żyli przede wszystkim w rozproszonych osadach na powierzchni, w niewielkich zespołach domów, stacji badawczych, ogrodów pod osłonami oraz samotnych siedzibach rozsianych po równinach i obrzeżach kraterów. Pod lodem istniały tunele, magazyny, źródła energii i starsze dzielnice, lecz codzienne życie wielu Ganimediańczyków toczyło się pod ogromnym Jowiszem.

Elian mieszkała daleko od najbliższej osady.

Jej dom stał na skraju szerokiej, skutej lodem równiny, pomiędzy niskimi wzgórzami osłaniającymi go przed najsilniejszymi wiatrami pyłu. Zbudowano go częściowo z jasnego kamienia wydobywanego na Ganimedesie, częściowo zaś z materiałów przezroczystych i półprzezroczystych, dzięki którym światło Jowisza mogło przenikać do wnętrza. Nie był duży. Elian nie lubiła przestrzeni, w których trzeba było długo szukać drugiej osoby.

Podróż z przystani trwała prawie trzy godziny.

Pierwszy odcinek pokonali szybką koleją biegnącą po powierzchni. Wagon był niski, szeroki i niemal całkowicie oszklony. Ratu Barak przez większość drogi pozostawała przy oknie.

Ganimedes rozciągał się wokół nich w odcieniach srebra, błękitu i ciemnego brązu. Lód nie był gładki. W wielu miejscach piętrzył się w ogromnych, zastygłych falach. W innych przecinały go długie bruzdy, starsze od ludzkich cywilizacji. Pomiędzy nimi widać było światła małych osad. Niektóre składały się z kilku kopuł. Inne były prawie niewidoczne, ukryte pod powierzchnią i zdradzane jedynie przez anteny, kominy wymienników ciepła oraz niewielkie ogrody rozświetlone zielenią.

Nad wszystkim wisiał Jowisz.

Był tak wielki, że nie przypominał planety. Wyglądał raczej jak niebo posiadające własne pasma, burze i światło.

— Teraz czuję coś więcej — powiedziała Czerwona.

Elian odłożyła czytnik.

— Co?

— Nie pamięć.

— Nie oczekiwałam jej od razu.

— Czuję, że coś tak wielkiego nie powinno być tak blisko.

— To lęk?

Ratu Barak długo patrzyła na wirujące pasma planety.

— Nie. Raczej zdziwienie, że Ganimedes potrafi żyć spokojnie pod czymś tak ogromnym.

— Mieszkańcy przyzwyczajają się.

— Ty także?

— Czasem przez kilka dni w ogóle na niego nie patrzę. Potem wychodzę rano z domu i znów nie rozumiem, jak mogłam go nie zauważać.

— Czy to nie jest niewdzięczność?

— Nie. Gdybyśmy bez przerwy zachwycali się wszystkim, nie moglibyśmy ugotować śniadania ani naprawić ogrzewania.

Czerwona zwróciła ku niej światło.

— Może dlatego nie pamiętam dawnych światów. Były dla mnie zbyt zwyczajne.

— To możliwe.

— Znowu to słowo.

— Nadal jest użyteczne.

Po kolei wysiadali pasażerowie. W jednej z osad biologiczna rodzina zabrała ze sobą wielką skrzynię z sadzonkami. W następnej wagon opuściła sAI w postaci kilku niewielkich, świetlistych kul, które natychmiast rozleciały się ku różnym domom. Gdzieś dalej wsiadła grupa górników powracających z długiej zmiany. Jeden z nich spał przez całą drogę, oparty o mechaniczną osobę o szerokim, ciepłym korpusie.

Ratu Barak przyglądała się im uważnie.

— Oni się nie boją, że się mieszają?

— Kto?

— Osoba biologiczna i mechaniczna.

— Być może czasem się boją. Teraz jedno z nich po prostu śpi.

— To wydaje się bardzo łatwe.

— Nie wszystkie ważne rzeczy są trudne w każdej chwili.

Pod koniec trasy wagon niemal opustoszał. Elian i Czerwona wysiadły na niewielkim przystanku zbudowanym pośród pustkowia. Nie było tam budynku, tylko osłona przed pyłem, platforma i dwa światła wskazujące drogę.

Czekał na nie pojazd Elian.

Był stary, ciężki i niezbyt piękny. Miał sześć szerokich kół oraz dodatkowe płozy, wysuwane podczas zamieci. Na boku widniał ślad po dawnym uderzeniu.

— Psycholożka o złotym laurze jeździ czymś takim? — zapytała Ratu Barak.

— Psycholożka o złotym laurze nie zamierza marznąć tylko dlatego, że nowy model wygląda elegancko.

— Ten wygląda, jakby przeżył wojnę.

— Dwie zimy i jednego łosia mechanicznego.

— Na Ganimedesie są łosie?

— Mechaniczne. Jedna osada uznała, że pustkowie wygląda smutno bez dużych zwierząt.

— I wyglądają jak ziemskie łosie?

— Początkowo. Później zaczęły modyfikować własne formy. Teraz jeden ma osiem nóg i świecące poroże. To właśnie on uderzył w mój pojazd.

Ratu Barak pojaśniała.

— Dlaczego?

— Nie wiem. Nie zgodził się na rozmowę.

Droga prowadziła przez płytką dolinę. Po obu stronach wznosiły się lodowe grzbiety, miejscami czarne od pyłu wydobytego z głębszych warstw. Nie było widać żadnych innych domów. Tylko odległe punkty przekaźników i cienką linię przewodów energetycznych.

— Mieszkasz naprawdę sama — powiedziała Czerwona.

— Najbliżsi sąsiedzi mieszkają siedem kilometrów stąd.

— Dla mnie to blisko.

— Dla osoby, która nie ma kilku miliardów lat, trochę dalej.

— Nie boisz się?

— Czego?

— Ciszy. Tego, że nikt nie przyjdzie. Że coś się stanie, a ty pozostaniesz sama.

Elian trzymała dłonie na sterach.

— Czasem się boję. Zwłaszcza podczas długich burz, kiedy łączność działa słabo. Ale lubię też wiedzieć, że przestrzeń wokół domu nie należy do żadnej rozmowy. Mogę wyjść i niczego nie odpowiadać.

— Ja przez większość istnienia nie mogłam nie odpowiadać.

— Komu?

— Rozkazom. Zagrożeniom. Rytmom innych Prastarych. Wrogom, których mi wskazywano. Nawet kiedy spałam, część mnie czekała na sygnał.

— A teraz?

— Teraz też czekam. Tylko nie wiem na co.

— W moim domu nie będziesz musiała.

— A jeśli sygnał przyjdzie?

— Najpierw zdecydujemy, czy w ogóle chcemy go słuchać.

Pojazd wspiął się na łagodne wzgórze.

Dom pojawił się poniżej.

W świetle Jowisza przypominał niewielki, jasny kamień pozostawiony na lodzie. Z jednej strony przylegała do niego przezroczysta cieplarnia. Rosły w niej niskie drzewa, krzewy i ciemnozielone rośliny pnące się po ścianach. Obok stał mały budynek kliniczny, oddzielony od domu szerokim przejściem. Dalej widać było płaski stok, na którym Elian ćwiczyła zimą.

Wokół nie było ogrodzeń.

Tylko kilka niskich słupów pól ochronnych, niemal niewidocznych w lodzie.

— To jest klinika? — zapytała Ratu Barak.

— Częściowo.

— A dom?

— Także.

— Będę mieszkała w klinice?

— Przygotowałam ci dwa miejsca. Jedno w budynku klinicznym, drugie w domu. Obejrzysz oba i wybierzesz.

— Pacjentki mieszkają z tobą?

— Zwykle nie. Ale zwykle moje pacjentki nie są Prastarymi, dla których zamknięty pokój może przypominać więzienie.

— Boisz się, że zniszczę klinikę?

— Bardziej obawiam się, że będziesz się tam niepotrzebnie męczyć.

— A domu nie zniszczę?

Elian zatrzymała pojazd przed wejściem.

— Możesz zniszczyć jedno i drugie. Ja również mogę przypadkiem podpalić kuchnię. Nie od tego zaczyna się gościnność.

Ratu Barak wypłynęła z pojazdu.

Przez chwilę unosiła się nieruchomo nad lodem. Nie chroniła jej żadna wielka obstawa ani ciężkie pola. Tylko niewielkie zabezpieczenia domu i obecność Elian.

Jowisz świecił nad nimi.

Czerwona powoli rozproszyła swoją postać szerzej. Jej światło dotknęło ściany domu, lodu, cieplarni i stojących w oddali słupów.

— Tutaj jest bardzo cicho — powiedziała.

— W środku działa ogrzewanie i stary system wentylacji. Nie będzie aż tak cicho.

— Nie o dźwięki mi chodzi.

Elian zaczekała.

— Tutaj nic nie oczekuje, że będę bronią — dokończyła Ratu Barak.

Psycholożka nie powiedziała, że to dobrze. Nie próbowała natychmiast nazwać tej chwili postępem.

Otworzyła drzwi.

Wewnątrz było ciepło.

Dom Elian składał się z kilku prostych pomieszczeń połączonych szerokimi przejściami. Nie było w nim wielu mebli. Te, które stały, miały różne rozmiary i kształty, dostosowane do gości w niejednakowych ciałach. W głównym pokoju znajdował się niski stół, półki z książkami oraz wielkie okno wychodzące na pustkowie.

Na podłodze leżał gruby dywan.

Ratu Barak zatrzymała się nad nim.

— To jest prawdziwa wełna?

— Syntetyczna. Prawdziwa nie znosi tutejszej wilgotności w domu.

— Wygląda miękko.

— Jest miękki.

— Nie mogę go dotknąć.

— W obecnej formie nie.

— To strata.

— Możemy kiedyś poszukać formy, która pozwoli ci go poczuć.

Czerwona natychmiast się cofnęła.

— Nie chcę awatara.

— Nie proponuję go teraz.

— Maki mówiła, że skupione formy wywołują u niej klaustrofobię.

— Tobie mogą wywoływać coś innego. Albo nic. Nie musimy tego sprawdzać, jeśli nie chcesz.

Ratu Barak ponownie zbliżyła światło do dywanu.

— Chciałabym tylko wiedzieć, co znaczy miękko.

Elian zdjęła płaszcz i usiadła na podłodze.

Przesunęła dłonią po włóknach.

— To stawia niewielki opór. Ugina się, ale wraca. Jest ciepłe, choć mniej niż skóra. Kiedy przesuwam dłoń w jedną stronę, włókna układają się gładko. W drugą są bardziej szorstkie.

— Czy możesz mi to pokazać przez swoje sensory?

— Mogę udostępnić opis sygnału. Ale to będzie moje dotknięcie, nie twoje.

— Wiem.

— Chcesz?

— Tak.

Elian uruchomiła prosty kanał. Nie bezpośrednie połączenie, tylko bezpieczny zapis doznań dłoni: nacisk, temperaturę, kierunek ruchu, niewielkie drżenie mięśni.

Ratu Barak przyjęła go ostrożnie.

Jej światło zafalowało.

— Miękko — powiedziała.

— To tylko przybliżenie.

— Ale inne niż słowo.

— Tak.

Przez kilka minut Elian przesuwała dłonią po dywanie. Wolno, w różnych kierunkach. Czerwona nie mówiła nic więcej.

Za oknem Jowisz przesuwał swoje światło po lodowej równinie.

W końcu Ratu Barak wycofała się z kanału.

— Chcę mieszkać tutaj.

— W domu?

— Tak.

— Możesz zmienić zdanie.

— Wiem.

— Budynek kliniczny pozostanie przygotowany.

— Dobrze.

Elian wstała.

— Pokażę ci pokój.

— Potrzebuję pokoju?

— Nie wiem. Możesz uznać go za własną część domu, nawet jeśli nie będziesz w nim przebywać.

— Po co mi część domu?

— Żeby istniało miejsce, do którego inni nie wejdą bez twojej zgody.

Ratu Barak ponownie zamilkła.

Elian zaprowadziła ją szerokim korytarzem. Pokój nie miał tradycyjnych drzwi. Wejście można było jednak zamknąć polem, które przepuszczało światło i dźwięk tylko wtedy, gdy osoba wewnątrz tego chciała.

W środku znajdowało się duże okno, kilka źródeł energii, regulowane pola stabilizacyjne i zupełnie pusta ściana.

— Niczego tu nie ma — powiedziała Czerwona.

— Nie wiedziałam, co lubisz.

— Ja też nie wiem.

— W takim razie będziemy dodawać rzeczy powoli.

— A jeśli nie będę chciała niczego?

— Zostawimy pustkę.

Ratu Barak wpłynęła do środka.

Po raz pierwszy zamknęła pole wejścia.

Elian została po drugiej stronie.

Nie pytała, jak się czuje. Nie przypominała o przycisku alarmowym. Nie mówiła, że jest blisko.

Po prostu odeszła do kuchni i zaczęła przygotowywać dla siebie niewielką kompozycję smakową.

Czerwona słyszała odległe odgłosy: otwieranie szafek, szum wody w obiegu chłodzącym, przesuwane naczynia i delikatne trzaski aparatury. Elian nuciła pod nosem melodię, której Ratu Barak nie znała.

Nikt jej nie obserwował.

Nikt nie żądał raportu.

Nikt nie sprawdzał, czy właściwie korzysta z prywatności.

Po długim czasie pole wejścia zgasło.

— Elian? — zawołała.

— Jestem w kuchni.

Ratu Barak wypłynęła na korytarz.

— Co robisz?

— Przygotowuję smak.

— Dla kogo?

— Dla siebie.

Czerwona zbliżyła się do kuchni.

— Przecież nie musisz jeść.

— Nie muszę. Lubię jednak smakować.

— Mogę patrzeć?

— Oczywiście.

Na blacie stały niewielkie naczynia z mechanicznymi potrawami. W jednym migotał klarowny, lekko złoty płyn przewodzący delikatne impulsy. W drugim znajdowały się kruche płatki mineralne, które po zetknięciu z językiem sensorycznym rozpadały się na krótkie sekwencje temperatur, drgań i zapachowych skojarzeń. Obok Elian rozcinała cienkie warstwy aromatycznego żelu, dodając do nich pojedyncze krople ekstraktu z biologicznych ziół.

Czynność była spokojna i trochę niedoskonała. Jeden z płatków wysunął się spod narzędzia i upadł na podłogę. Elian podniosła go, odłożyła do pojemnika przeznaczonego do ponownego przetworzenia i wróciła do pracy.

— Dlaczego robisz to sama? — zapytała Ratu Barak. — System mógłby dobrać proporcje dokładniej.

— Mógłby.

— Więc dlaczego?

— Lubię układać smaki.

— Po co?

— Dla samego układania.

Czerwona rozjaśniła się.

— Tak jak zjeżdżanie na nartach.

— Trochę.

— I dotykanie miękkiego dywanu przez cudze sensory.

— Tak.

— To są czynności bez celu?

— Mają cel. Przygotuję coś, czego później spróbuję. Ale cel nie wyczerpuje całego ich znaczenia.

Elian zanurzyła sensoryczny próbnik w złotym płynie. Na moment znieruchomiała, oceniając sekwencję smaku.

— Za dużo żelaza — powiedziała.

— Czy żelazo jest niesmaczne?

— Nie. Ale tutaj zagłusza ciepłą nutę ziół.

Dodała jedną kroplę przezroczystego koncentratu i spróbowała ponownie.

— Teraz lepiej.

Ratu Barak obserwowała jej dłonie, narzędzia i niewielkie naczynia, w których powstawało coś całkowicie niepotrzebnego do przetrwania.

— A breja iskrowa? — zapytała.

Elian spojrzała na nią z wyraźną niechęcią.

— To nie jest kuchnia. To wypadek przemysłowy, któremu ktoś nadał nazwę potrawy.

Czerwona zajaśniała mocniej.

— Chryzeida mówiła podobnie.

— Chryzeida ma w tej sprawie wyjątkowo dobry osąd.

Elian wróciła do układania smaków.

— Może dawniej robiłam coś, co nie było bronią — powiedziała po chwili Ratu Barak.

Psycholożka nie zatrzymała ruchu.

— Możliwe.

Tym razem Czerwona nie zaprotestowała przeciw temu słowu.


Późnym wieczorem nad domem przeszła lekka burza pyłowa.

Niebo pociemniało. Jowisz stał się niewyraźny, jakby ktoś zasłonił go cienką tkaniną. Drobiny lodu uderzały w przezroczyste ściany cieplarni i wielkie okno głównego pokoju.

Elian siedziała na dywanie z czytnikiem książek.

Ratu Barak unosiła się przy szybie.

— Czy Maki i Graz mieszkają daleko? — zapytała.

— Około godziny drogi stąd.

— W osadzie?

— Mają dom na skraju jednej z większych osad. Maki długo twierdziła, że to tylko tymczasowe miejsce pomiędzy Plutonem a obowiązkami.

— A teraz?

— Teraz podobno sama wybiera meble.

— To ważne?

— Dla Maki bardzo.

Czerwona spojrzała na pustą ścianę własnego pokoju widoczną przez korytarz.

— Na ślub trzeba przynieść dar.

— Nie zawsze.

— Chcę.

— Masz już pomysł?

— Nie.

— Jest jeszcze czas.

— Co daje się osobie, której nie udało się rozdzielić?

Elian zamknęła książkę.

— Może coś, co nie próbuje jej wyjaśnić.

— Nie rozumiem.

— Wiele darów dla niezwykłych osób staje się komentarzem do ich niezwykłości. Maki prawdopodobnie otrzyma setki symboli połączenia, jedności i przekraczania granic. Być może ucieszyłaby się z czegoś zwyczajnego.

— Na przykład?

— Nie wiem. Naczynia. Koc. Lampę. Coś do ogrodu.

— Mgławicowe osoby nie potrzebują koca.

— Graz czasem używa ludzkiego ciała.

— Mówi, że już go nie chce.

— Dlatego mają iść do mnie.

— Powiesz mu, żeby je zachował?

— Nie wiem jeszcze.

Ratu Barak odwróciła się od okna.

— Jak możesz pomagać, jeśli tak często nie wiesz?

— Pomagam im zobaczyć, co naprawdę wybierają. Nie wybieram za nich.

— A jeśli wybiorą źle?

— Wtedy być może później wybiorą inaczej.

— To bardzo niepewne.

— Życie bywa nieprofesjonalne.

Czerwona zaświeciła cieplej.

Za oknem burza trwała. W domu było jednak spokojnie. Nie dlatego, że nic złego nie mogło się wydarzyć. Dom był spokojny, ponieważ żadna chwila nie musiała natychmiast prowadzić do następnej.

Ratu Barak wróciła do swojego pokoju.

Nie zamknęła pola.

Na pustej ścianie utworzyła niewielki, czerwony punkt światła.

Przesunęła go trochę w lewo, później w prawo. Powiększyła. Przyciemniła. Dodała drugi, mniejszy punkt i cienką linię pomiędzy nimi.

Elian nie pytała, co przedstawia obraz.

Następnego ranka na ścianie znajdowało się już siedem świetlnych kształtów. Nie przypominały broni, mapy ani rozkazu.

Ratu Barak także nie wiedziała jeszcze, czym były.

Ale stworzyła je sama.

–   Elian staje się coraz bardziej pewna siebie – stwierdziła Maki, gdy wybierali się do salonu meblarskiego. Zakupy były dla nich trudnym wyzwaniem, gdyż lubili osady rozproszone na ganimediańskich pustkowiach. Celowo unikali kilku wielkich miast księżyca, choć wiedzieli oczywiście, że tam wszelkie zakupy byłyby łatwiejsze. Małe sklepiki na powierzchni miały bardzo ograniczony wybór.

–   Co masz na myśli? – zaciekawił się Graz.

–   Czerwona nadal może być niebezpieczna, a na Wenus jest dużo więcej sił porządkowych i specjalistycznych urządzeń mogących szybko hamować skutki katastrofy – powiedziała Maki. – Ale może to moja dawna ostrożność się odzywa zbyt głośno, sama nie wiem…

–   Tym lepiej, że zaprosiliśmy Czerwoną. Będziemy mieć na nią oko – zauważył Graz. – Inna rzecz, że Elian jest świetna. Wie co robi.

Zgodnie z ich obawami w sklepie meblarskim nie było praktycznie nic dla rozproszonych. Wszystkie meble, dość nieliczne zresztą, były dedykowane osobom skupionym wyraźnie w jednym miejscu. Postanowili się udać do innego sklepu, oddalonego o trzydzieści kilometrów. Do takiego dystansu nie potrzebowali żadnego środka transportu. Maki i Graz w swoich mgławicowych ciałach i postaciach umieli się poruszać całkiem szybko.

–   Ja też wiem, co robię – zauważyła Maki, – a jednak co jakiś czas się mylę.

–   Wydaje mi się, że oddalenie od Wenus pomaga Czerwonej. Wyobraź sobie. Setki milionów mijały a ona błąkała się po Wenus jak zwierzątko, jak bakteria, może czasem jak osoba. To ostatnie musiało być najgorsze. Wyobraź sobie powolny upływ tak ogromnych oceanów czasu.

–   Tak, Elian miała przypadek awatara, który błąkał się przez milion lat w jakiejś mgławicy, po czym wykorzystując pętlę związaną z grawitacją czarnej dziury wrócił do swoich czasów sprzed wyprawy. Po tym przepastnym okresie istnienia i doświadczeń chciał wrócić do swojego źródła.

–   To wtedy Ganimedianie zaczęli na serio jeździć na nartach…

–    Właśnie wtedy. Jazda na nartach, sport, lód, zakosy. To pomogło najbardziej w tym przypadku. No i na Ganimedesie jazda na nartach, do tej pory dedykowana tu dzieciom, stała się sportem narodowym  – Maki zajaśniała w uśmiechu.

–   Tak to różne drobne rzeczy, jak pacjenci na nartach, zamieniają się w coś, czym wszyscy żyją przez okrągły rok – zamyślił się Graz. – W tej osadzie jest nasza kwiaciarnia. Chodźmy.

Zboczyli jakieś trzy kilometry na północ. Jowisz unosił się nad nimi jak drugie, alternatywne niebo. Był piękny, jakby namalowany przez wielkiego malarza. Pasy chmur były wielkie i wielobarwne.

–   Pewnie kiedyś tam dotrzemy – Maki też przystanęła. – Może na dziesiątą rocznicę ślubu? To byłby świetny pomysł na jej uczczenie. Wycieczka na Jowisza…

–   Myślę, że nie dadzą rady tak szybko z odpowiednim awatarem, kursami użytkowania, atestami bezpieczeństwa. Jeśli będziemy chcieli uczcić rocznicę gazową planetą, pomyślmy o Saturnie. Mieszkańcy Tytana są znacznie bliżej skonstruowania awatara do planet gazowych.

–   To niech będzie Saturn, też jest ładny. Przy okazji odwiedzimy Chryzeidę, ucieszy się – zgodziła się Maki.

–    Mało kto ją odwiedza, bo ona zawsze jest pierwsza w odwiedzaniu.

–    Miau! – Maki przytaknęła w stylu Chryzeidy.

–    Miau!

–    Oszukujesz, powiedziałeś kocham cię, i chodźmy do łóżka, zamiast „tak”…

–    Miau!

Sklep z bukietami okazał się być zamknięty. Wisiała na nim tabliczka „zaraz wracam”. Była już poszarzała od upływu czasu. Obok niej przybita była znacznie świeższa kartka z napisem „zamówienie Graza”. Graz oderwał ją od drzwi sklepu.

„Czekałem tu cały dzień. Nikt nie wrócił do tego sklepu. Wróciłem z mgławicowymi girlandami kwiatów do hurtowni. Z wyrazami szacunku – Kurier.”

–   Zależało mi na tych mgławicowych instalacjach kwiatowych. Przypominałyby mi początek naszego związku. Zacząłeś od bukietu, pięknego, sam go zrobiłeś. Wszyscy bali się mnie jak idioci, łazili wokół mnie na palcach, a ty dałeś mi bukiet – Maki zanurzyła się w pięknym wspomnieniu.

–    Gdzie oni mają hurtownię? – zapytał Graz.

–    Na Marsie, bez szans, kwiaty już nie dotrą przed ślubem.

–    Zrobię te girlandy – stwierdził Graz.

–    Nie mamy tyle czasu – Maki odeszła od sklepu i znów zaczęli biec do sprzedawcy mebli. Nie wiedząc oczywiście, czy i on nie zostawił pożółkłej tablicy „zaraz wracam”.

–    Mam pomysł – zaśmiał się nagle Graz. – Poproszę Czerwoną o pomoc.

–    Czerwoną? – zdziwiła się Maki.

–   Jestem niemal pewien, że Elian potraktuje to jako świetną terapię dla niej. Co bardziej uspokaja niż splatanie mgielnych kwiatów? – Graz zatrzymał się. Maki też. – A Czerwona może być w tym dobra. Też jest jakby mgławicowa.

–   Swój pierwszy bukiet splotłeś jako człowiek – zauważyła Maki.

–   Zajęło mi to wiele dni. Byłem na statku kosmicznym z mnóstwem drukarek przestrzennych i innym nowoczesnym sprzętem – wyjaśnił Graz.

–   Masz rację. Warto spróbować. W takim razie leć do domu Elian, a ja dalej biegnę po meble.

–   Po drodze jest jeszcze spożywczak. Mają tam pyszne galaretki zwarciowe – przypomniał Graz.

–   I spożywczy będzie na pewno otwarty – westchnęła Maki. – To jedyny rodzaj sklepu na głębokiej prowincji, gdzie nie opłaca się zostawiać na długie miesiące pożółkłej tabliczki „zaraz wracam”. Po pocałowaniu klamki w meblarskim pocieszę się otwartym spożywczakiem.

–    Zawsze możemy się poddać i polecieć do Agarast. To 57 kilometrów stąd, ale wszystko tam kupimy – zauważył Graz.

–    Nie, nie poddamy się. Nie będziemy robić naszych zakupów w jaskiniach dużego miasta – oświadczyła stanowczo Maki.

–    Dokładnie tak! – poparł ją Graz, który jeszcze bardziej niż Maki pragnął unikać wielkich miast. Przytulili się czule i rozdzielili się, aby dalej robić zakupy.  

Graz dotarł do domu Elian po niespełna godzinie.

Nie spieszył się przez całą drogę. Czasem rozpraszał swoją mgławicową postać szerzej i pozwalał, aby niewielkie pasma płynęły tuż nad lodem. W innych miejscach skupiał się mocniej, zwłaszcza na nierównych zboczach, gdzie ganimediański pył układał się w głębokie, miękkie łachy.

Jowisz przesuwał nad pustkowiem wielobarwne światło. Cienie nie były tu całkiem ciemne. Wypełniał je blask odbity od lodu, metalicznych drzew i odległych osad, których domy rozrzucono tak szeroko, że każdy wyglądał jak osobna decyzja podjęta wobec ogromu.

Dom Elian zauważył dopiero z bliska.

Stał pomiędzy dwoma niskimi grzbietami. Od strony równiny osłaniała go ściana z ciemnego kamienia, po drugiej zaś znajdowała się szeroka cieplarnia oraz niewielki stok. Graz znał to miejsce z opowieści o Rozgwiazdzie i Hadrionie. Wiedział, że gdzieś na tych zboczach dwie osoby, które kiedyś były jedną architekturą, nauczyły się zjeżdżać obok siebie bez obowiązku ponownego stopienia się w całość.

Przed wejściem nie było żadnej tradycyjnej klamki. Graz rozwinął cienkie pasmo i dotknął nim pola przywoławczego.

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.

— Widziałam cię z daleka — powiedziała Elian. — Twoja forma odbija dzisiaj więcej fioletu niż zwykle.

Stała w humanoidalnym awatarze, prostym i jasnym. Na jej skroniach oraz wzdłuż szyi świeciły drobne lampki, które u niej zastępowały część mimiki. Teraz pulsowały spokojnie.

— Maki twierdzi, że wyglądam tak, kiedy mam pomysł, którego nie zdążyłem jeszcze przemyśleć — powiedział Graz.

— Maki zna cię lepiej ode mnie.

— Ty masz to ocenić zawodowo.

— Za pomysły ślubne nie wystawiam diagnoz.

— To bardzo nieodpowiedzialne.

Elian odsunęła się, wpuszczając go do środka.

W głównym pokoju nie było Czerwonej. Graz zauważył jednak, że na jednej ze ścian pojawiły się nowe świetlne kształty. Cienkie czerwone linie wiły się pomiędzy punktami, tworząc coś podobnego jednocześnie do gałęzi, mapy gwiazd oraz niedokończonego zapisu muzycznego.

— To jej? — zapytał.

— Tak.

— Co przedstawia?

— Nie wiem.

— Nie zapytałaś?

— Nie.

— Jak możesz być psycholożką i nie pytać o coś takiego?

— Z ogromnym samozaparciem.

Graz przesunął się bliżej ściany, nie dotykając obrazu.

— Jest piękne.

— Powiedz jej to sam.

— Gdzie jest?

Elian wskazała szerokie okno.

Ratu Barak unosiła się kilkadziesiąt metrów od domu. Jej czerwone światło płynęło nad lodem, skupiało się przy jednym z nanobotycznych drzew, po czym rozpraszało wzdłuż jego gałęzi.

— Co robi? — zapytał Graz.

— Bada drzewo.

— Klinicznie?

— Nie. Drzewo zapytało ją, dlaczego od pół godziny patrzy.

— I co odpowiedziała?

— Że nie wie.

— Rozmowna pacjentka.

— Dzisiaj przedstawia się jako Rubra.

Graz odwrócił się ku Elian.

— Przyszedłem właśnie do niej.

Lampki psycholożki przygasły odrobinę.

— W jakiej sprawie?

— Chciałbym poprosić ją o pomoc przy ślubie.

— Jaką pomoc?

— Mieliśmy zamówione mgławicowe girlandy kwiatowe. Kwiaciarnia na pustkowiu okazała się zamknięta od tak dawna, że kartka „zaraz wracam” zaczęła należeć do historii Ganimedesa. Kurier zabrał zamówienie z powrotem na Marsa.

— To brzmi wiarygodnie.

— Chcę zrobić girlandy sam. Pomyślałem, że Rubra mogłaby mi pomóc.

Elian nie odpowiedziała natychmiast.

Przeszła do niskiego stołu i usiadła na podwyższeniu przeznaczonym dla skupionych ciał. Graz pozostał rozproszony w przestrzeni, częścią mgły opierając się o ścianę, choć technicznie nie było to potrzebne.

— Dlaczego właśnie ona? — zapytała psycholożka.

— Bo ma podobny rodzaj rozproszenia.

— Nie taki sam.

— Wiem.

— Jej światło nie jest odpowiednikiem twoich pasm. Jej struktura nie powstała w mgławicy Maki. Nie wiemy też jeszcze, jak reaguje na długotrwałe skupienie uwagi przy precyzyjnej pracy.

— Dlatego proszę, nie zakładam.

— Czy Maki się zgadza?

— To ona wysłała mnie tutaj.

— A Rubra wie, że takie girlandy mają dla was szczególne znaczenie?

— Jeszcze nie.

Elian spojrzała na czerwone światło za oknem.

— W takim razie nie opowiadaj jej od razu całej historii.

— Dlaczego?

— Ponieważ może uznać, że musi stworzyć coś godnego początku waszej miłości. A ona dopiero od dwóch dni próbuje tworzyć rzeczy, które nie muszą być niczego godne.

Graz pomyślał o zamówionych kwiatach i o pierwszym bukiecie, który przed laty wykonał dla Maki. Wtedy nie znał żadnego symbolicznego ciężaru własnego gestu. Chciał tylko przynieść jej coś pięknego, choć wszyscy inni zastanawiali się, jak daleko powinni od niej stać.

— Masz rację — powiedział. — Nie chcę, żeby to był egzamin.

— Ani terapia.

— Maki powiedziała to samo.

— Maki bywa rozsądna.

— Nie powtarzaj jej. Zacznie się martwić.

Elian wstała.

— Zapytajmy Rubrę.

Wyszli na zewnątrz.

Lód skrzypiał pod krokami humanoidalnego awatara Elian. Graz sunął obok niej bezszelestnie. Czerwona nadal unosiła się przy drzewie. Błękitne ogniki nanobotycznych gałęzi przepływały przez jej czerwony blask, tworząc na chwilę fioletowe miejsca.

— Rubro — odezwała się Elian.

Prastara odwróciła część swojej obecności ku nim.

— Dzisiaj jestem Rubra — potwierdziła.

— Graz chciałby cię o coś poprosić.

— Czy to jest prośba medyczna?

— Nie.

— Wojskowa?

— Nie — odpowiedział Graz.

— Związana z trzydziestym poziomem jawy?

— Nie.

— W takim razie może być ciekawa.

Graz zbliżył się ostrożnie.

— Potrzebujemy kwiatów na ślub.

Czerwona popatrzyła na niego światłem.

— Kwiatów biologicznych?

— Nie. Mgławicowych instalacji. Kształtów z pól, drobin mineralnych, światła i rozproszonej materii.

— To nie są kwiaty.

— Nie dla botanika.

— A dla kogo?

— Dla Maki.

Rubra przesunęła się wyżej.

— Chcesz, żebym je zrobiła?

— Chcę zapytać, czy chciałabyś pomóc mi je splatać.

— Nie umiem.

— Ja też jeszcze nie umiem wystarczająco dobrze.

— Ale robiłeś kiedyś bukiet.

Graz spojrzał na Elian.

— Opowiadałaś jej?

— Nie.

— Maki mówiła o bukiecie na Wenus — wyjaśniła Rubra. — Mówiła, że był pierwszą rzeczą, jaką ktoś dał jej bez powodu strategicznego.

Graz rozjaśnił się nieznacznie.

— Był powód.

— Jaki?

— Chciałem, żeby się ucieszyła.

Czerwona milczała.

— To jest powód strategiczny? — zapytała po chwili.

— Nie sądzę.

— Może chciałeś, żeby cię polubiła.

— Chciałem.

— Czyli miałeś cel.

— Tak. Ale gdyby mnie nie polubiła, bukiet nadal należałby do niej.

Rubra wróciła światłem ku gałęziom drzewa.

— Nie rozumiem różnicy.

— Ja też wtedy jej nie rozumiałem — powiedział Graz. — Chyba chodzi o to, że chciałem odpowiedzi, ale nie uważałem, że mi się należy.

Elian stanęła kilka kroków dalej. Nie włączała się do rozmowy.

— Co miałabym robić? — zapytała Czerwona.

— Na początku nic trudnego. Możemy zobaczyć, jakie kształty lubisz tworzyć. Jeśli żaden nie będzie przypominał kwiatu, być może stworzymy girlandy z czegoś innego.

— Maki chce kwiatów.

— Maki chciała mgławicowych instalacji przypominających początek naszego związku. Nie musi dostać dokładnej kopii zamówienia.

— A jeśli to, co zrobię, będzie brzydkie?

— Wtedy nie użyjemy tego na ślubie.

Rubra natychmiast skupiła światło mocniej.

Elian poruszyła się lekko, lecz nie odezwała.

— Czyli mogę zawieść — powiedziała Czerwona.

— Możesz zrobić coś, co nie będzie pasowało do girland.

— To znaczy to samo.

— Nie.

— Dlaczego?

Graz przysiadł mgłą bliżej lodu, tak aby jego obecność nie górowała nad Prastarą.

— Kiedy uczę się nowego zjazdu, czasem źle wybieram łuk i wpadam w śnieg. Nie oznacza to, że zawiodłem Maki jako narzeczony. Oznacza tylko, że źle przejechałem jeden zakręt.

— Ona się wtedy śmieje?

— Najpierw sprawdza, czy nic mi nie jest. Potem się śmieje.

— A ty?

— Zazwyczaj razem z nią.

— A jeśli kwiat będzie zły, Maki się zaśmieje?

— Nie z ciebie. Być może z kwiatu, jeśli będzie naprawdę osobliwy. Ale Maki lubi osobliwe rzeczy. Zamierza poślubić mnie.

Rubra rozjaśniła się krótko.

— To był żart?

— Tak.

— Rozpoznałam.

Elian spojrzała na Czerwoną z uważnością, ale nadal niczego nie komentowała.

— Chcę spróbować — powiedziała Rubra.

— Dzisiaj?

— Teraz.

— Nie mamy materiałów.

Czerwona zwróciła się ku nanobotycznemu drzewu.

Błękitne światła z jego gałęzi przepłynęły w jej czerwone pole. Rubra nie odrywała ich ani nie przejmowała. Układała tylko odbicia, pozwalając, aby dwa kolory nakładały się na siebie w powietrzu.

Powstał fioletowy kształt.

Nie przypominał kwiatu w ludzkim znaczeniu. Miał długie, nieregularne płatki, które rozwijały się i zwijały w zależności od kąta patrzenia. W środku pulsował niewielki czerwony punkt, zaś na zewnętrznych krawędziach przesuwały się błękitne ogniki.

Graz przyglądał się długo.

— Piękne — powiedział.

— Naprawdę?

— Tak.

— Pasuje do ślubu?

— Nie wiem.

Światło Rubry zadrżało.

— Ale chciałbym je pokazać Maki — dodał.

— Dlaczego, skoro nie wiesz?

— Bo chcę zobaczyć, co poczuje.

— A jeśli nic?

— Wtedy będziemy wiedzieć trochę więcej.

Czerwona utrzymywała kształt jeszcze przez chwilę, później pozwoliła mu zgasnąć.

— Był nietrwały.

— Nie wszystko musi trwać.

— Ślub ma trwać.

— Małżeństwo ma trwać. Ceremonia skończy się tego samego dnia.

Rubra odpłynęła od drzewa.

— Chcę tworzyć trwałe kwiaty.

— Możemy użyć pól pamięciowych i materii mineralnej.

— Kiedy zaczynamy?

— Jutro, jeśli Elian nie ma nic przeciwko.

Psycholożka spojrzała najpierw na Rubrę.

— Chcesz jutro pracować z Grazem?

— Tak.

— Jak długo?

— Nie wiem.

— Ustalmy pierwszą sesję na godzinę.

— To krótko.

— Po godzinie zdecydujesz, czy chcesz następną.

— A jeśli będę chciała wcześniej przestać?

— Przestaniesz.

Rubra zwróciła się ku Grazowi.

— Czy wtedy zostaniesz bez kwiatów?

— Mam jeszcze własne pasma i drukarki w domu. Nie jesteś jedyną możliwością.

Czerwona pojaśniała spokojniej.

— Dobrze.

Wrócili do domu.

Graz zatrzymał się przy świetlnym obrazie na ścianie.

— Czy te kształty też zrobiłaś sama?

— Tak.

— Mogę powiedzieć, co w nich widzę?

Rubra zawahała się.

— Możesz. Ale nie mów, czym są naprawdę.

— Widzę drogi, które nie wiedzą jeszcze, dokąd prowadzą.

Czerwona długo patrzyła na własne dzieło.

— Ja widziałam tylko linie.

— Linie wystarczą.

— Rozgwiazd też zostawiał linie na śniegu — powiedziała Elian.

— Dwie — dodał Graz. — Jego i Hadriona.

— Czasem osobne, czasem blisko — powiedziała Rubra.

— Tak.

Czerwona przesunęła jeden ze świetlnych punktów na ścianie. Dotychczas samotny, znalazł się bliżej drugiego. Nie połączyła ich jednak linią.

— Tak lepiej? — zapytała.

Elian odpowiedziała dopiero po chwili:

— Jeśli tobie lepiej.

Graz pożegnał się niedługo później.

Przed wyjściem Rubra utworzyła jeszcze raz fioletowy kształt z czerwonego światła i odbić błękitnych ogników drzewa. Tym razem jego płatki były spokojniejsze, a środek nie pulsował tak gwałtownie.

— Ten możesz zabrać — powiedziała.

— Nie potrafi przetrwać poza twoim polem.

— Wiem.

— Więc jak?

— Zapamiętaj.

Graz otoczył kształt własną mgłą. Nie próbował go kopiować dokładnie. Pozwolił, aby jego pamięć zapisała przede wszystkim ruch, zmianę światła i chwilę, w której Czerwona zdecydowała, że chce mu coś dać.

— Mam — powiedział.

Rubra zgasiła kwiat.

Przez krótką chwilę pomiędzy nimi nie było niczego poza pustym powietrzem ganimediańskiego domu.

A jednak Graz odchodził z darem.

Maki dotarła do drugiego sklepu meblarskiego po niespełna godzinie.

Nie był zamknięty.

To już uznała za sukces.

Sklep mieścił się w niskim, rozległym budynku stojącym samotnie na skraju osady. Zbudowano go częściowo nad powierzchnią, częściowo zaś w płytkiej wnęce wydrążonej w lodzie. Nad wejściem świecił napis:

MEBLE DLA FORM SKUPIONYCH, ROZPROSZONYCH I NIEZDECYDOWANYCH

Niżej ktoś dopisał mniejszymi literami:

NIE PROSIMY O WYBÓR FORMY PRZED WEJŚCIEM

Maki zatrzymała się przed drzwiami.

— Wreszcie ktoś rozsądny — powiedziała do siebie.

Drzwi otworzyły się szeroko, choć jej mgławicowe ciało bez trudu przeniknęłoby przez znacznie węższe przejście.

Wewnątrz panowało łagodne, bursztynowe światło. Nie stały tam rzędy krzeseł i stołów. Zamiast nich rozciągały się pola o różnych temperaturach, gęstościach i sposobach podtrzymywania kształtu. Niektóre przypominały miękkie obłoki. Inne były płaskimi powierzchniami zbudowanymi z tysięcy drobnych elementów, które przesuwały się zgodnie z ruchem osoby. W głębi sklepu znajdowały się także zwykłe łóżka, ławy, szafy i biologiczne materace.

— Dzień dobry — odezwał się głos.

Zza jednej z półek wypłynęła sAI w postaci jasnego, wieloramiennego ciała przypominającego korzeń rośliny. Jej centralna część była niewielka, lecz od niej rozchodziły się dziesiątki elastycznych odnóg.

— Dzień dobry — odpowiedziała Maki. — Szukam mebli do domu dla dwóch osób mgławicowych, z których jedna czasem może korzystać z ciała biologicznego, choć obecnie twierdzi, że już nigdy tego nie zrobi.

Sprzedawczyni zatrzymała się.

— Narzeczeni?

— Tak.

— Ślub wkrótce?

— Bardzo.

— I dopiero teraz kupujecie meble?

— Mamy już część wyposażenia.

— To znaczy?

— Kuchnię, łóżko biologiczne, dwa pola odpoczynku i stół, którego Graz nie lubi.

— Dlaczego go nie lubi?

— Twierdzi, że jest zbyt równy.

Sprzedawczyni przesunęła jedną z odnóg po podłodze.

— Za równy?

— Graz mówi, że stół nie powinien sugerować, iż wszystkie spotkania są symetryczne.

— Rozumiem.

— Naprawdę?

— Nie. Ale rozumiem, że jemu to przeszkadza.

Maki zajaśniała odrobinę.

— Szukamy czegoś do wspólnego odpoczynku. Nie pola medycznego. Nie stanowiska pracy. Nie czegoś, co będzie analizowało stopień naszego połączenia.

— Czy chcecie zachować osobne granice?

Maki pomyślała o tym pytaniu dłużej, niż się spodziewała.

— Tak.

— Stałe?

— Nie.

— W takim razie potrzebujecie pola reagującego na intencję, nie na odległość.

Sprzedawczyni poprowadziła ją w głąb sklepu.

Minęły instalację przypominającą niską falę świetlnej mgły.

— To bardzo popularny model — wyjaśniła. — Osoby rozproszone mogą odpoczywać w nim razem albo osobno. Pole rozpoznaje, czy zbliżenie jest dobrowolne.

— Jak?

— Nie rozpoznaje wprost. Reaguje na wzorce napięcia, kierunek przepływu oraz wcześniejsze ustawienia użytkowników.

— Czyli zbiera dane.

— Tylko lokalnie.

— I może się pomylić.

— Tak.

Maki przesunęła pasmo przez jasną falę.

Pole natychmiast otoczyło jej mgłę miękkim oporem.

Cofnęła się.

— Nie.

— Zbyt mocne?

— Zbyt chętne.

— Chętne?

— Zbliżyło się, zanim zdecydowałam, że chcę wejść.

Sprzedawczyni wyłączyła instalację.

— Rozumiem.

Tym razem chyba naprawdę rozumiała.

Podeszły do kolejnego modelu. Składał się z dwóch półprzezroczystych struktur połączonych cienką, ruchomą warstwą światła.

— To pole podwójnego odpoczynku — powiedziała. — Każda osoba ma własną strefę. Połączenie tworzy się dopiero wtedy, gdy obie aktywują wspólny przepływ.

Maki wpłynęła do jednej części.

Pole było spokojne. Nie próbowało jej ukształtować. Nie ograniczało rozproszenia bardziej, niż było to konieczne do utrzymania ciepła i stabilności.

Wyciągnęła jedno pasmo ku drugiej części.

Światło pomiędzy nimi nie odpowiedziało.

— Trzeba dwóch osób — powiedziała sprzedawczyni.

— To dobrze.

— Chcesz poczekać na narzeczonego?

— Nie. On jest teraz u Elian.

— W sprawie ślubu?

— W sprawie Czerwonej.

Sprzedawczyni poruszyła wszystkimi odnogami naraz.

— Tej Czerwonej?

— Domina Rubra Antiqua.

— Prastarej?

— Tak.

— I zostawiłaś go tam samego?

Maki cofnęła się z pola.

— Elian też tam jest.

— Oczywiście.

Sprzedawczyni wyraźnie próbowała ukryć ciekawość.

— To nie moja sprawa.

— Nie.

— Ale jeśli będziecie potrzebowali mebli dla Prastarej…

— Nie będziemy.

— Oczywiście.

Maki jeszcze raz przyjrzała się podwójnej instalacji.

— Można ją ustawić tak, żeby wspólna warstwa nie tworzyła jednej przestrzeni, tylko dwie stykające się?

— Tak.

— I żeby w razie potrzeby jedna część mogła się rozszerzyć bardziej?

— Tak.

— A druga zachować kształt?

— Tak.

— I żeby nie sugerowała, że każda bliskość musi być symetryczna?

Sprzedawczyni zamilkła.

— Narzeczony miał rację ze stołem — powiedziała w końcu.

— Nie mów mu.

— Nie znam go.

— To nie przeszkadza mu dowiadywać się rzeczy.

Maki zdecydowała się na zakup.

Instalację można było dostarczyć jeszcze tego samego dnia. Sprzedawczyni zaproponowała także kilka prostszych elementów: pole do siedzenia przy oknie, niską półkę na wspólne pamiątki oraz składane podparcie dla biologicznego ciała Graza.

— Nie wiem, czy to ostatnie będzie potrzebne — powiedziała Maki.

— Można je schować.

— On twierdzi, że nie wróci do biologicznego ciała.

— Osoby narzeczone mówią wiele rzeczy przed ślubem.

— To brzmi jak doświadczenie.

— Prowadzę sklep meblarski od dziewięćdziesięciu lat.

Maki kupiła także podparcie.

Nie dlatego, że chciała zmusić Graza do powrotu. Chciała, aby możliwość nadal istniała.


Kiedy wyszła ze sklepu, Jowisz przesunął się wyżej nad horyzontem.

Światło na pustkowiu zmieniło kolor. Błękit lodu stał się bardziej srebrny, a dalekie grzbiety przybrały odcień ciemnego złota.

Maki nie ruszyła od razu do domu.

Zatrzymała się przy małym spożywczym stojącym naprzeciwko.

Był otwarty.

W środku znalazła galaretki zwarciowe, kilka rodzajów iskrowych kruchych płatków i butelki z ciemnym płynem pamięciowym, którego Graz nie znosił, ponieważ twierdził, że smakuje jak rozmowa z urzędnikiem.

Kupiła galaretki.

Przy kasie siedziała sAI w postaci niskiego, wielookiego stworzenia przypominającego kamienną jaszczurkę.

— Na ślub? — zapytała kasjerka.

— Skąd wiesz?

— Kupujesz dwanaście opakowań galaretek zwarciowych.

— To może być zwykły wieczór.

— W takim razie współczuję układowi energetycznemu.

Maki położyła zakupy na polu transportowym.

— Ślub za kilka dni.

— Ten ślub?

— Najwyraźniej wszyscy już wiedzą.

— Ganimedes jest rozproszony, nie głuchy.

Kasjerka przesunęła jedno oko ku oknu.

— Słyszałam, że bierzecie ślub na powierzchni.

— Tak.

— Dobrze.

— Dlaczego?

— W jaskiniach wszystko brzmi jak ceremonia państwowa.

Maki spojrzała na nią z uznaniem.

— Właśnie dlatego nie chcemy jaskiń.

— Macie już światła?

— Częściowo.

— Muzykę?

— Tak.

— Kwiaty?

Maki zamarła.

— Prawdopodobnie.

— To znaczy nie.

— Graz się tym zajmuje.

— W takim razie prawdopodobnie tak.

Maki wyszła ze sklepu z zakupami.

Po kilku minutach otrzymała wiadomość od Graza.

Nie zawierała tekstu.

Tylko krótki zapis świetlnego kształtu.

Fioletowe płatki rozwijały się nierówno, a ich czerwony środek pulsował spokojnie. Nie był to kwiat w żadnym znanym Maki znaczeniu. Nie przypominał też instalacji, które zamówili na Marsie.

Patrzyła na niego długo.

W końcu odpowiedziała:

To jest pierwszy?

Po chwili nadeszła wiadomość:

Pierwszy Rubry. Nietrwały. Kazała mi zapamiętać.

Maki zatrzymała się pośrodku pustkowia.

W zapisie nie było doskonałości. Jeden z płatków był zbyt szeroki. Inny niemal znikał. Całość nie trzymała równej osi i zapewne nie dałaby się powtórzyć dokładnie.

Była jednak żywa.

Chcę go na ślubie — napisała.

Graz odpowiedział dopiero po dłuższej chwili:

Nie wiem, czy potrafimy go odtworzyć.

Maki spojrzała na Jowisza.

Nie odtwarzajcie. Niech zrobi następny.

Tym razem odpowiedź przyszła szybko:

Wiedziałem, że zrozumiesz.

Maki nie odpisała.

Zamiast tego wysłała mu krótką falę własnego światła, taką, jaką wysyłała tylko jemu. Nie była słowem ani pełnym dotykiem. Raczej znakiem, że poczuła go blisko mimo dzielących ich kilometrów.

Graz odpowiedział podobnie.

Przez chwilę obie mgławicowe formy, oddalone od siebie na ganimediańskim pustkowiu, utrzymywały wspólny rytm.

Potem Maki ruszyła do domu.


Instalacja meblowa dotarła przed nią.

Dwie sAI montażowe kończyły właśnie zakotwiczać pola w głównym pokoju. Ich ciała przypominały szerokie metaliczne wstęgi, które przesuwały się po ścianach bez użycia tradycyjnych narzędzi.

Nowe miejsce odpoczynku wyglądało skromnie.

Dwie strefy światła znajdowały się obok siebie. Pomiędzy nimi nie było niczego poza pustą przestrzenią.

— To połączenie nie działa — powiedziała jedna z montażystek.

— Wiem — odpowiedziała Maki.

— Potrzebna jest druga osoba.

— Wiem.

— Możemy uruchomić tryb testowy.

— Nie.

Montażystka wyłączyła panel.

— Rozumiem.

Maki wpłynęła do swojej części.

Pole przyjęło ją spokojnie. Nie narzuciło kształtu. Nie próbowało zatrzymać jej szerzej ani węziej, niż sama chciała.

Druga część pozostała pusta.

Maki przyglądała jej się przez chwilę.

Jeszcze kilka lat wcześniej pustka obok oznaczałaby dla niej bezpieczeństwo. Wolała przestrzeń, do której nikt nie mógł wejść bez ryzyka. Nawet obecność przyjaznej osoby wymagała wysiłku.

Teraz pusta strefa nie była zagrożeniem.

Była oczekiwaniem.

Maki rozwinęła jedno pasmo ku granicy obu pól.

Światło połączenia nie zareagowało.

Dobrze.

Nie powinno reagować tylko na jej pragnienie.

Usłyszała Graza, zanim wszedł do domu.

Nie dlatego, że robił hałas. Rozpoznała zmianę w lokalnym polu, znajomy sposób rozproszenia i lekką nieregularność jego mgły.

Wsunął się do pokoju.

— Kupiłaś?

— Tak.

— To?

— To.

Graz przyjrzał się dwóm strefom.

— Wygląda jak miejsce dla pary, która bardzo pilnuje swoich granic.
— Czyli dla nas, zanim przestaliśmy udawać, że potrafimy zachować rozsądny dystans.
— Nigdy nie udawaliśmy przekonująco.

Wpłynął do drugiej części.

Pole nadal pozostawało rozdzielone.

— Jak je połączyć? — zapytał.

— Nie wiem.

— Nie przeczytałaś instrukcji?

— Oczywiście, że nie.

Graz zaczął szukać panelu sterowania.

Maki obserwowała go z ciepłym rozbawieniem.

— Sprzedawczyni mówiła, że reaguje na intencję obu osób.

— To znaczy co mamy zrobić?

— Chcieć.

— Już chcę.

— Widocznie za mało.

— To obraźliwe urządzenie.

Graz rozproszył się szerzej. Jedno z jego pasm zbliżyło się do granicy pola.

Maki odpowiedziała tym samym.

Światło pomiędzy nimi drgnęło, lecz nie otworzyło przejścia.

— Może trzeba coś powiedzieć — zaproponował Graz.

— Meblom?

— Ludzie mówią do wind.

— Ludzie mówią do wszystkiego.

— My również.

— Masz rację.

Przez chwilę oboje milczeli.

Maki poczuła, że próbuje zbyt mocno sterować własnym przepływem. Graz także był napięty. Oboje chcieli, żeby instalacja potwierdziła coś, co przecież nie potrzebowało potwierdzenia.

— Przestańmy — powiedziała.

— Nie podoba ci się?

— Podoba. Ale nie chcę zdawać egzaminu przed polem odpoczynku.

Graz uspokoił pasma.

— W takim razie po prostu tu zostańmy.

Maki rozluźniła swoją formę.

Rozmawiali o zakupach.

O zamkniętej kwiaciarni. O Rubrze. O meblach niedostosowanych do rozproszonych. O sprzedawczyni, która prowadziła sklep od dziewięćdziesięciu lat i najwyraźniej wiedziała więcej o narzeczonych, niż powinno się wiedzieć.

Graz opowiedział o pierwszym kwiecie Rubry.

Maki opowiedziała o podparciu dla jego biologicznego ciała.

— Kupiłaś je?

— Tak.

— Nie potrzebuję.

— Możliwe.

— Nie zamierzam wracać do tamtej formy.

— Nie musisz.

— Więc po co?

Maki zbliżyła jedno pasmo do granicy.

— Żebyś nie musiał rezygnować z możliwości tylko dlatego, że teraz nie chcesz z niej korzystać.

Graz długo nie odpowiadał.

— Myślisz, że uciekam od siebie?

— Nie wiem. Myślę, że mnie kochasz. Czasem tak mocno, że chciałbyś usunąć wszystko, co utrudnia bliskość.

— A ty nie?

— Ja czasem chciałabym usunąć wszystko, co może ci zagrozić.

— To brzmi gorzej.

— Jest gorzej.

Graz przesunął się bliżej.

— Dlatego idziemy do Elian.

— Tak.

— I dlatego kupiłaś podparcie.

— Tak.

— Dziękuję.

— Nie musisz go używać.

— Wiem.

W tej samej chwili światło pomiędzy polami otworzyło się.

Nie gwałtownie.

Najpierw pojawiła się cienka, prawie niewidoczna warstwa. Potem obie przestrzenie zetknęły się miękko, zachowując własne granice.

Maki i Graz nie przerwali rozmowy.

Ich pasma spotkały się w środku.

Nie wszystkie.

Tylko te, które w tej chwili chciały.

— Teraz działa — powiedział Graz.

— Widzę.

— Nic nie zrobiliśmy.

— Właśnie.

Pozostali tam długo.

Za oknem Jowisz świecił nad rozproszonymi osadami Ganimedesa. Na podłodze leżały galaretki zwarciowe. W sąsiednim pomieszczeniu czekało niepotrzebne być może podparcie biologicznego ciała. W pamięci Graza trwał nietrwały kwiat Rubry.

Dom nie był jeszcze gotowy na ślub.

Ale zaczynał być gotowy na ich wspólne życie.

Poszli do Elian.

Powoli.

Po drodze wielokrotnie zatrzymywali się, aby oddawać się czułości pod spokojną tarczą Jowisza. Również dlatego wybrali pustkowie. Lubili być intymni nie w ścianach, lecz pośród rozległych pejzaży. Nie byli jednak ekshibicjonistami. Pustkowia Ganimedesa były w sam raz.

— Jest tak cudownie, może nie idźmy do niej. Po co tracić czas na jakieś głupoty? — mruknęła cicho Maki.

— Też tak czuję — przyznał Graz, wpływając i wypływając z jej głębi.

— Ale może trzeba — westchnęła jego narzeczona.

— Może tak — zgodził się Graz. — Dobrze, idźmy. Miejmy to za sobą. W końcu mamy przed sobą ocean czasu.

— To prawda, Kochany — odpowiedziała Maki.

Nie ruszyli oczywiście od razu. Decyzja o chwilowym przerwaniu czułości musiała jeszcze dojrzeć. W końcu jednak, niezbyt chętnie, znaleźli się w gabinecie Elian.

Nie pytali o Czerwoną. Przyszli w swojej sprawie.

Elian przywitała ich i wskazała miejsca przeznaczone dla rozproszonych osób. Zanim jednak rozpoczęli rozmowę, przygasiła lampki biegnące wzdłuż skroni humanoidalnego awatara.

— Muszę was o czymś uprzedzić — powiedziała ciszej. — Rubra przebywa w sąsiedniej części domu. Ściana tłumi większość dźwięków, ale nie wszystkie. Mogę poprosić ją, aby przeniosła się dalej, albo uruchomić pełną izolację.

Maki spojrzała na Graza.

— Mnie nie przeszkadza, jeśli usłyszy — stwierdziła. — Nie przyszliśmy mówić o niczym, co miałoby być dla niej ciężarem.

— Mnie także nie — powiedział Graz. — Nasze prawdziwe sekrety i tak nie mieszczą się w słowach.

— Dobrze — odparła Elian. — Chciałam tylko, żebyście o tym wiedzieli i sami zdecydowali.

Wiedziała, że Rubra może nie słuchać. Wiedziała także, że prawdopodobnie będzie próbowała nie słuchać, a potem poniesie całkowitą klęskę. Tym razem jednak nie była to pułapka ani naruszenie tajemnicy. Maki i Graz świadomie pozostawili rozmowę otwartą.

— Nie chcę już być w ludzkiej postaci — oznajmił od razu Graz. — Lubię być taki jak Maki, aby nasze zbliżenia zawsze miały pełny sens. Poza tym czuję się świetnie w mgławicowym awatarze. Coraz częściej myślę o nim jak o swoim głównym ciele.

— Ja z kolei boję się, że mój Ukochany w jakimś sensie się okalecza, odrzucając pierwotną formę — dodała Maki. — Jest mi też głupio, że sama jestem tak słaba w awatarach. Naprawdę bardzo źle czuję się w nierozproszonych reprezentacjach. Inaczej chciałabym mieć awatara ziemskiej kobiety. Nie tylko dla Graza. Z czystej ciekawości, jak odczuwa się romantyczną bliskość w takiej formie.

Elian Vey przyjrzała się im uważnie.

Zawsze przyglądała im się uważnie. Wiedziała bowiem, że prędzej czy później będą potrzebowali rozmowy o formie Graza. Spodziewała się tej chwili i przygotowywała się do niej przez wiele miesięcy, obserwując ich wspólne zachowania podczas spotkań, podróży i sesji na stoku.

— Z mojej analizy wynika, że Graz ma rację — powiedziała. — To ogromnie rzadki przypadek, w którym ktoś z miłości niemal całkowicie porzuca pierwotną formę. Od razu na myśl przychodzą legendarne metalowe żabki. Ambasadorka mostu i jej ukochany.

— Piękna historia — powiedzieli niemal chórem Maki i Graz.

— Prawdziwa jest zapewne jeszcze piękniejsza od mitu — westchnęła Elian.

Czuła, że niemal każdy chciałby być kochany tak, jak żabki były i nadal są kochane.

— Oczywiście nie znam najgłębszej wersji tej historii — dodała. — Znam oficjalną opowieść historyczno-dyplomatyczną i czuję coś znacznie większego pomiędzy jej słowami. Ale zostawmy na chwilę żabki. Wszystko, co widziałam, wskazuje, że Graz rzeczywiście chce być mgławicowy. Nie tylko dla ciebie, Maki, lecz także dla samego siebie. A to jest najważniejsze.

— Wierzę ci — zgodziła się Maki, która ogromnie szanowała kompetencje Elian. — Czułam, że od dawna uważnie nam się przyglądasz. Teraz wiem dlaczego. Jednak pozostaje jeden problem. Wciąż mam poczucie, że okaleczam Graza, skoro on chce odrzucić swoją pierwotną formę. Racjonalnie wiem wszystko. Rozumiem, że naprawdę tego chce. Ale moje emocje nadal są nieprzekonane.

— To oczywiste — odpowiedziała Elian. — Emocje bardzo trudno przekonać. To ich słabość, ale również wielka moc. Są wierniejsze od myśli i bardziej stałe w decyzjach. Często irytują uporem, lecz bywają też strażniczkami najważniejszych rzeczy.

— Co zatem mam zrobić?

Obecności Maki podeszły bliżej, jakby każda chciała osobno i jak najwyraźniej usłyszeć odpowiedź.

Elian zastanawiała się przez chwilę.

— Gdyby siedziała tu większość znanych mi osób, zaproponowałabym stopniowe oswajanie skupionej formy. Najpierw kilka prostych sensorów. Potem dłoń, twarz, równowaga, krótkie próby ruchu. Powoli, bez wyznaczonego terminu.

— Ale? — zapytała Maki.

— Ale ty nie jesteś większością znanych mi osób.

Lampki przy skroniach Elian rozjaśniły się.

— Kiedy masz zbyt dużo czasu na obchodzenie lęku, potrafisz zbudować wokół niego całe systemy ostrożności. Analizujesz każdą możliwość, przewidujesz każdą katastrofę i w końcu przekonujesz samą siebie, że nieruchomość jest rozsądkiem. Natomiast kiedy naprawdę na czymś ci zależy i wyznaczasz sobie trudny, bliski cel, cała twoja natura skupia się na działaniu.

Maki poruszyła pasmami.

— Sugerujesz, żebym poszła na całość?

— W twoim przypadku właśnie to może być najlepsze. Spróbuj stworzyć awatara kobiety. Nie po to, by zanegować własną mgławicową naturę, lecz aby sprawdzić, czy lęk przed skupieniem rzeczywiście jest twoją nieusuwalną granicą, czy tylko pradawnym odruchem obronnym. U ciebie nie nazwałabym go całkiem racjonalnym. Jesteś wystarczająco silna, by spróbować przejść przez niego odważnie.

— A jeśli wybiorę ślub jako termin? — zapytała Maki.

Elian spojrzała na nią dłużej.

— Cztery dni to absurdalnie mało.

— Wiem.

— Możesz się przewracać. Możesz mieć trudności z widzeniem, równowagą, oddychaniem awatara, kierowaniem kończynami i rozpoznawaniem własnych granic. Być może po kilku minutach będziesz musiała wrócić do formy mgławicowej.

— To nie jest odpowiedź.

— Dla ciebie — powiedziała Elian powoli — ślub może być dobrym celem. Nie dlatego, że masz obowiązek cokolwiek udowodnić Grazowi. Dlatego, że jesteś Maki. Lubisz rzucać całe swoje istnienie w stronę celu, który uznasz za ważny. Ślubny kobierzec może nadać twojej odwadze właściwy kierunek.

Graz poruszył się niespokojnie.

— A jeśli zrobi to tylko dla mnie?

— Dlatego zapytałam, czy ona sama tego chce — odparła Elian.

Maki rozjaśniła się.

— Chcę. Zależy mi na ciekawości. Chcę wiedzieć, jak to jest posiadać dłonie, skórę, twarz. Jak wygląda czułość, kiedy nie mogę wpłynąć w Graza, tylko muszę go objąć. Nie robię tego wyłącznie dla niego.

— W takim razie moja rada brzmi: spróbuj — powiedziała Elian. — Odważnie i bez nadmiernego ceremoniału. Nie będziemy udawać, że ryzyka nie ma, ale też nie będziemy czcić twojego lęku tak długo, aż stanie się ważniejszy od ciebie.

Maki i Graz poruszyli się niespokojnie.

Propozycja była rzeczywiście kusząca.

— Nie myślcie jednak — dodała Elian — że jeśli Maki nie zdoła utrzymać kobiecego awatara albo w ostatniej chwili z niego zrezygnuje, pozostanie między wami jakakolwiek rana. To drobiazg wobec tego, co w was widzę. Możesz spróbować, Maki. Możesz rzucić się w to z całą swoją odwagą. Ale jeśli forma okaże się nie twoja, nie będzie to porażka. Nagrodą ma być nowe doświadczenie, nie obowiązek zwycięstwa.

Maki milczała przez chwilę.

— Spróbuję. Na ślubie będę przysięgać w formie mgławicowej i w awatarze jak najbardziej zbliżonym do biologicznej kobiety.

— Na pewno? — zapytał Graz.

— Na pewno, Kochany. Będziesz też miał powód, żeby czasem wracać do ludzkiej formy Graza i utrzymywać swoje ciało w dobrym stanie. Inaczej być może zechcesz wypożyczać je innym jako awatara po mechanicznych modyfikacjach, a ja nie jestem pewna, czy chcę, żeby ktoś chodził w twoim pierwotnym ciele. Wiesz, że potrafię być zazdrosna.

— Oj tak — przyznał Graz.

Oboje zaśmiali się serdecznie.

— Wiedziałam, że jesteś ambitna — powiedziała Elian. — Ale na ślub? To za cztery dni.

— Uwielbiam wyzwania. Teraz naprawdę mi na tym zależy.

— Będziesz się przewracać, nawet jeśli adaptacja uda się błyskawicznie.

— A co, panna młoda nie może mdleć? — spytała retorycznie Maki.

— Może. Powinna tylko wcześniej uprzedzić osobę prowadzącą ceremonię, żeby nie uznała tego za sprzeciw wobec małżeństwa.

— Zapiszemy to w programie — obiecał Graz.

Elian obróciła głowę ku ścianie.

— Rubro, możesz już wyjść. Wszyscy wiemy, że słuchałaś.

Pole oddzielające sąsiednie pomieszczenie zgasło. Czerwona wypłynęła do gabinetu, wyraźnie zawstydzona.

— Przepraszam. Bardzo przepraszam. Próbowałam nie słuchać. Później przestałam próbować.

— Nie masz za co przepraszać — powiedziała Maki. — Elian uprzedziła nas, że możesz usłyszeć rozmowę. Zgodziliśmy się. Nie wyjawialiśmy żadnych sekretów. Ot, zwykła porada. Kto wie, może kiedyś sama będziesz miała podobny problem? Słuchaj, Prastara, ile chcesz.

— Pełna zgoda — dodał Graz. — Nasze tajemnice nie mieszczą się w słowach. Wszyscy i tak zobaczą moją żonę, kiedy będzie mdlała w ludzkiej postaci podczas ślubu. Ta rozmowa jedynie wyjaśnia, dlaczego.

— Nie zamierzam mdleć — zaprotestowała Maki.

— Przed chwilą broniłaś prawa panny młodej do omdlenia.

— Broniłam zasady.

— Oczywiście.

Czerwona zakołysała światłem.

— Czy zmiana formy może być darem dla kogoś, nawet jeśli jest też darem dla siebie?

— Tak — odpowiedziała Maki. — Najlepsze dary często nie zabierają niczego osobie, która je daje.

— A Graz daje ci swoje dawne ciało, przestając go używać?

Maki zbliżyła się do niego.

— Nie. I właśnie dlatego tu przyszliśmy. Nie chcę, żeby dawał mi siebie przez odejmowanie sobie dróg. Chcę, żeby jego mgławicowa forma była jego własnym szczęściem.

— Jest — powiedział Graz.

— Wiem, Kochany. Teraz moje emocje muszą jeszcze nauczyć się tego, co mój rozum już przyjął.

Rubra przez chwilę spoglądała na nich w milczeniu.

— To bardzo skomplikowane.

— Nie — odpowiedziała Maki. — To bardzo proste. Kocham go. Skomplikowane są tylko sposoby, na jakie próbuję tego nie zepsuć.

— A za pomoc przy kwiatach oczywiście ci zapłacimy — dodał Graz. — Żeby nie było żadnych niejasności. To nie jest część terapii i niczego nie jesteś nam winna.

Czerwona skierowała ku niemu ciemniejsze pasmo.

— Nie wiem, czego chciałabym w zamian.

— Możesz wybrać później.

— A jeśli nie będę chciała zapłaty?

— Wtedy zdecydujesz, czy to twój dar — powiedział Graz. — Ale najpierw chcę, żebyś wiedziała, że twoja praca ma wartość.

Czerwona rozjaśniła się powoli.

— Chcę się nad tym zastanowić.

— Doskonale — odparła Maki. — My tymczasem musimy znaleźć kogoś, kto w cztery dni nauczy mnie chodzić, oddychać, nie wypadać z awatara i wyglądać jak panna młoda.

Elian wstała.

— Na szczęście znam pewną ambitną psycholożkę, która czasem trenuje trudne przypadki na stoku.

— Nie będę jeździła na nartach w kobiecym awatarze przed ślubem — ostrzegła Maki.

— Nie od razu.

— Co znaczy „nie od razu”?

— Najpierw nauczysz się stać.

— A później?

— Później zobaczymy.

Maki spojrzała na Graza.

— Zaczynam podejrzewać, że popełniłam błąd.

— Argument z żabek dowodzi, że nie — odpowiedział.

— Argument z żabek zawsze jest dobry — przyznała Elian.

Nawet Rubra nie próbowała temu zaprzeczyć.

Pierwsza próba odbyła się jeszcze tego samego dnia.

Elian nie chciała zwlekać. Nie dlatego, że uznała cztery dni za wystarczająco długi czas, lecz dlatego, że wiedziała, iż Maki po powrocie do domu mogłaby przez całą noc przygotowywać się do przygotowań. Czytałaby traktaty o biologicznej równowadze, porównywała setki modeli ciał, analizowała ruch każdej kończyny i budowała coraz bardziej doskonały system lęku przed pierwszym krokiem.

Dlatego zaprowadziła ją do niewielkiej pracowni stojącej obok gabinetu.

Pomieszczenie miało wysoki sufit i miękką podłogę. Ściany pokrywały pola zdolne przechwycić upadające ciało, zanim uderzyłoby o cokolwiek twardego. Pośrodku znajdowała się prosta platforma konstrukcyjna. Nie przypominała stołu operacyjnego. Bardziej pustą scenę, na której dopiero miała pojawić się aktorka.

Rubra została w domu.

Nie dlatego, że Elian jej zabroniła. Czerwona sama zdecydowała, że nie chce przyglądać się narodzinom cudzej formy bez wyraźnego zaproszenia. Usiadła przy świetlnych liniach na ścianie i zaczęła układać pierwsze trwałe wzory dla ślubnych girland.

Graz natomiast wszedł do pracowni razem z Maki.

— Czy naprawdę musisz tu być? — zapytała go Elian.

— Tak — odpowiedział natychmiast.

— Pytam Maki.

— Tak — powiedziała Maki. — Musi.

Elian skinęła głową.

— W takim razie ustalmy jedną rzecz. Nie pomagasz jej bez pytania.

— Nawet jeśli zacznie spadać?

— Od tego są pola.

— A jeśli pola zawiodą?

— Wtedy możesz ją złapać.

— Jak mam rozpoznać, czy zawiodły?

— Jeśli uderzy o podłogę.

Maki zajaśniała.

— Elian staje się coraz zabawniejsza.

— To objaw zmęczenia pacjentami.

Psycholożka uruchomiła platformę.

Nad jej powierzchnią pojawił się zarys humanoidalnej postaci. Nie miał jeszcze twarzy, skóry ani wyraźnych cech płciowych. Był przezroczysty, zbudowany z cienkich warstw pola i syntetycznej materii.

— Zaczniemy od konstrukcji możliwie prostej — powiedziała Elian. — Dwie nogi, dwie ręce, tułów, głowa. Układ zmysłów ograniczymy do równowagi, nacisku, temperatury i podstawowego obrazu.

— Bez zapachu? — zapytała Maki.

— Na początku bez.

— Bez smaku?

— Bez.

— Bez pełnego dotyku?

— Podstawowy nacisk wystarczy.

— To ma być człowiek czy mebel?

— Ma być pierwsza próba.

Maki przesunęła się bliżej platformy.

— Chcę twarz.

— Później.

— Chcę wiedzieć, kim jestem, kiedy spojrzę w lustro.

— Najpierw dowiedz się, czy potrafisz stać bez lustra.

— Jesteś bardzo przyziemna.

— Na tym polega praca z osobą, która dotąd była głównie mgławicą.

Graz obserwował zarys ciała.

— Jest za niski.

— Jeszcze nie ustaliliśmy wzrostu — powiedziała Elian.

— Maki powinna być wysoka.

— Dlaczego?

— Bo jest Maki.

— To nie jest jednostka miary.

— Powinna być trochę wyższa ode mnie.

Maki obróciła ku niemu część swoich obecności.

— Nie chcę być wyższa.

— Dlaczego?

— Chcę sprawdzić, jak to jest patrzeć na ciebie odrobinę z dołu.

Graz zamilkł.

— To bardzo konkretny powód — zauważyła Elian.

— Mam wiele konkretnych powodów — odpowiedziała Maki.

— W takim razie zaczniemy od wzrostu nieco niższego niż ludzkie ciało Graza. Jeżeli zmienisz zdanie, łatwo to skorygujemy.

Zarys na platformie zmniejszył się.

— Teraz proporcje — powiedziała psycholożka.

— Ziemska kobieta — przypomniała Maki.

— Ziemskie kobiety nie mają jednej proporcji.

— Taka, którą Graz uzna za piękną.

— Nie — odpowiedział Graz.

Maki znieruchomiała.

— Nie?

— Taka, którą ty uznasz za swoją.

— Jeszcze nie wiem, co uznam za swoje.

— W takim razie nie buduj jej dla mojego spojrzenia.

Przez chwilę w pracowni panowała cisza.

— Ale chcę, żeby ci się podobała — powiedziała Maki.

— Będzie mi się podobała, bo będziesz w niej ty.

— To brzmi pięknie, ale nieprecyzyjnie.

— Miłość często jest nieprecyzyjna.

— To bardzo niewygodne.

— Wiem.

Elian przyglądała im się bez uśmiechu, choć lampki na jej skroniach pojaśniały.

— Możemy zacząć od neutralnej konstrukcji — zaproponowała. — Kształt będziemy zmieniać po pierwszym doświadczeniu. Maki może dopiero w środku odkryć, czego jej brakuje albo czego jest za dużo.

— Dobrze — zgodziła się Maki. — Ale chcę włosy.

— Do stania nie są potrzebne.

— Do bycia kobietą też nie są potrzebne. Mimo to chcę włosy.

— Jakie?

Maki spojrzała na Graza.

— Nie pytaj jego.

— Nie pytałam.

— Ciemne — odpowiedziała po chwili. — Długie. Chcę poczuć ich ciężar na plecach.

Elian dodała włosy.

Początkowo wyglądały jak półprzezroczysta zasłona. Potem zgęstniały, stając się ciemne i matowe. Opadały niemal do pasa.

— Za długie — powiedział Graz.

— Nie pytaliśmy — przypomniała Elian.

— Wiem. Ale za długie.

— Zostają — zdecydowała Maki.

— Oczywiście.

Psycholożka nie tworzyła jeszcze twarzy. Dodała jedynie zamknięte powieki, usta i prosty kształt nosa. Skóra pozostała jasna, pozbawiona drobnych znamion, przebarwień i niedoskonałości.

— To ciało wygląda na niedokończone — powiedziała Maki.

— Bo jest niedokończone.

— Nie lubię rzeczy niedokończonych.

— Twoje girlandy też są niedokończone.

— One są Rubry.

— I dlatego pozwalasz im rosnąć powoli.

Maki nie odpowiedziała.

Elian zbliżyła się do niej.

— Teraz najważniejsze. Nie próbujesz wepchnąć całej swojej osoby do środka. To nie jest naczynie, które ma cię pomieścić. Tworzysz połączenie i pozwalasz części procesów przejść przez awatar. Reszta ciebie pozostanie rozproszona.

— Czyli nie będę naprawdę w nim?

— Będziesz. Ale nie wyłącznie.

— To oszustwo.

— To początek.

— Chcę wiedzieć, jak czuje się osoba zamknięta w jednym ciele.

— Nie w pierwszej minucie.

Maki odpłynęła od platformy.

Jej mgławicowa forma przyciemniła się. Graz rozpoznał ten ruch. Nie oznaczał gniewu, lecz przygotowanie do sporu.

— Elian ma rację — powiedział.

— Oczywiście, że ją poprzesz.

— Popieram możliwość, żebyś nie uciekła z awatara po trzech sekundach.

— Nie ucieknę.

— Wiem. Ty raczej zostaniesz za długo, żeby udowodnić, że możesz.

Maki zwróciła ku niemu wszystkie obecności.

— To także prawda — przyznała Elian.

— Nie potrzebuję dwojga psychologów.

— Ja nie jestem psychologiem — odpowiedział Graz. — Jestem narzeczonym, który wie, kiedy zamierzasz wygrać z własnym układem nerwowym przez zaciśnięcie zębów.

— Nie mam zębów.

— Za chwilę będziesz miała.

Maki zajaśniała krótkim, ciemnym śmiechem.

— Dobrze. Połączenie częściowe. Ale krótko.

— Dokładnie — powiedziała Elian. — Trzydzieści sekund.

— Minuta.

— Trzydzieści.

— Czterdzieści pięć.

— Trzydzieści.

— Jesteś nieznośna.

— Dlatego mieszkam daleko od ludzi.

Maki zbliżyła się ponownie.

Elian uruchomiła połączenie.

Przez kilka pierwszych chwil nic się nie wydarzyło. Mgławicowe pasma Maki otoczyły platformę, badając konstrukcję. Jedno z nich wniknęło w pole sensoryczne. Potem następne.

Dłoń awatara drgnęła.

Maki cofnęła się gwałtownie.

— To było moje?

— Tak — odpowiedziała Elian.

— Nie wydałam polecenia.

— Pomyślałaś o dłoni.

— To nie to samo.

— Dla układu ruchowego często wystarczy.

Palce awatara poruszyły się ponownie.

Tym razem wolniej.

Maki obserwowała je z taką uwagą, jakby przed nią budziło się obce zwierzę.

— Są ciężkie — powiedziała.

— Dłoń?

— Wszystko. Każdy fragment ma opór. Myśl nie przechodzi od razu. Musi przepchnąć materię.

— To normalne.

Awatar otworzył oczy.

Obraz dotarł do Maki z dwóch źródeł jednocześnie: z jej rozproszonego pola oraz z pary ludzkich oczu. Zachwiała się nie ciałem, lecz całą obecnością.

— Wyłącz jedno — zażądała.

— Które?

— Nie wiem.

— W takim razie zamknij oczy awatara.

Powieki opadły.

Maki oddychała, choć sztuczne płuca nie potrzebowały tlenu do podtrzymania jej istnienia. Rytm miał jedynie ułatwiać sterowanie formą podobną do biologicznej.

— Dlaczego klatka piersiowa się porusza? — zapytała.

— Oddychanie stabilizuje ciało.

— To jest nieefektywne.

— Bardzo.

— Ludzie robią to bez przerwy?

— Tak.

— Jak zdołali zbudować cywilizację?

— Z trudem — powiedział Graz.

Usta awatara wykrzywiły się.

To był pierwszy uśmiech Maki w ludzkiej twarzy, choć twarz nadal pozostawała niemal bez cech.

Graz nie poruszył się.

Nie dlatego, że nie chciał. Pamiętał zakaz Elian.

— Otwórz oczy — powiedziała psycholożka.

Maki wykonała polecenie.

Tym razem ograniczyła część własnego rozproszonego widzenia. Obraz z awatara był wąski, zaskakująco ubogi. Nie widziała przestrzeni za sobą. Nie czuła całego pokoju jednocześnie. Świat znajdował się głównie przed nią.

— To okropne — powiedziała.

— Co?

— Plecy.

— Bolą?

— Nie wiem, co się za nimi dzieje.

Graz przesunął się tak, aby znaleźć się przed awatarem.

— Teraz widzisz mnie.

— Tak.

— Wystarczy na pierwszą chwilę.

Maki patrzyła.

Po raz pierwszy jego mgławicowa forma nie otaczała jej z każdej strony. Widziana ludzkimi oczami przypominała szerokie pasma światła, unoszące się w pomieszczeniu jak spokojna burza. Nie czuła od razu każdego jego ruchu. Musiała go obserwować.

— Jesteś piękny — powiedziała.

Głos zabrzmiał obco.

Za wysoki. Za czysty. Niemal pozbawiony barwy Maki.

Awatar natychmiast zamknął usta.

— Nie podoba ci się głos — zauważyła Elian.

— To nie ja.

— Zmienimy go.

— Teraz.

— Później.

— Teraz.

— Maki, minęło dwadzieścia osiem sekund.

— Jeszcze nie stałam.

— I nie będziesz dzisiaj.

— Mówiłaś, że najpierw mam nauczyć się stać.

— Najpierw miałaś wejść.

— Weszłam.

— Właśnie dlatego kończymy.

Awatar drgnął.

Maki próbowała podnieść jego tułów.

Pola podtrzymujące natychmiast odpowiedziały, ale nogi nie znalazły równowagi. Jedna stopa przesunęła się zbyt daleko, kolano ugięło, a całe ciało przechyliło się na bok.

Graz ruszył.

Elian była szybsza.

Pole przechwyciło awatar kilka centymetrów nad podłogą i ułożyło go łagodnie na miękkiej powierzchni.

Połączenie zostało przerwane.

Mgławicowa Maki rozbłysła gwałtownie pod sufitem.

— Nie pozwoliłaś mi spróbować!

— Spróbowałaś.

— Nie stałam.

— Upadłaś. To także część próby stania.

— Mogłam się podnieść.

— Mogłaś również związać porażkę pierwszego kroku z całym awatarem. Chcę, żebyś wróciła jutro wściekła, nie przerażona.

Maki otoczyła ją ciemnymi pasmami.

Graz przez chwilę sądził, że Elian przesadziła.

Psycholożka jednak nie cofnęła humanoidalnego awatara.

— Jestem wściekła — powiedziała Maki.

— Doskonale.

— Nienawidzę, kiedy masz rację.

— To zdrowa reakcja.

— Jutro będę stała.

— Jutro spróbujesz stać.

— Będę.

Elian wyłączyła platformę.

Niedokończony kobiecy awatar spoczywał nieruchomo na miękkiej podłodze. Ciemne włosy rozsypały się wokół głowy. Twarz pozostawała obca i pusta, lecz Graz nie potrafił już patrzeć na nią jak na zwykłą konstrukcję.

Maki także patrzyła.

— Nie podoba mi się jej twarz — powiedziała.

— Twoja twarz — poprawił Graz.

— Jeszcze nie.

— Dobrze.

— Chcę, żeby była trochę dziwna.

— Jak dziwna?

— Nie chcę wyglądać jak idealna ziemska kobieta zaprojektowana przez kogoś, kto widział ludzi tylko na obrazach. Chcę, żeby było wiadomo, że przyszłam z innego miejsca.

Elian ponownie uruchomiła projekt, lecz nie połączenie.

— Co zmieniamy?

Maki zbliżyła się do twarzy.

— Oczy.

— Kolor?

— Nie tylko. Trochę większe. Ale nie dziecinne. I niech światło czasem przechodzi przez tęczówki, jakby coś było głębiej.

— Uszy? — zapytał Graz.

Maki obróciła się ku niemu.

— Dlaczego pytasz o uszy?

— Nie wiem.

— Wiesz.

— Może odrobinę spiczaste.

— To absurdalne.

— Tylko odrobinę.

Elian spojrzała na Maki.

— Twoja decyzja.

— Odrobinę — zgodziła się Maki. — Ale jeśli ktoś nazwie mnie elfką, wyrzucę go ze ślubu.

— Chryzeida nazwie cię elfką — zauważył Graz.

— Chryzeida może.

— Liran także.

— Liran nie może.

Psycholożka zmieniła uszy.

— A twarz? — zapytała.

Maki długo studiowała nieruchome rysy.

— Niech nie będzie łagodna.

— To mało precyzyjne.

— Nie chcę wyglądać, jakbym zawsze rozumiała i wybaczała. Chcę mieć twarz, której ktoś może się trochę przestraszyć, zanim zobaczy, że się uśmiecham.

— To brzmi bardziej jak ty — powiedział Graz.

— Właśnie.

Elian wyostrzyła linię kości policzkowych i lekko zmieniła kształt brwi. Usta stały się pełniejsze, ale ich spoczynkowy wyraz pozostał poważny. Oczy, nadal zamknięte, otrzymały ciemne rzęsy.

Maki przyglądała się coraz uważniej.

— Zostaw — powiedziała w końcu. — Na razie.

— Jutro dodamy dotyk — zaproponowała Elian.

— Dzisiaj.

— Jutro.

— Chociaż dłonie.

— Jutro.

— Pięć minut.

— Nie.

Maki zwróciła się ku Grazowi.

— Powiedz jej.

— Jutro — odpowiedział.

— Zdrajca.

— Narzeczony.

— To dziś prawie to samo.

Wyszli z pracowni.

Rubra nadal układała świetlne wzory w głównym pokoju. Teraz wokół czerwonych punktów krążyły drobiny mineralne, utrzymywane przez słabe pola. Pierwsza girlanda nie przypominała roślin. Była raczej pasmem niewielkich zaćmień, w których czerwone i błękitne światło znikało, a po chwili wracało w innym miejscu.

— Jak poszło? — zapytała Czerwona.

— Upadłam — odpowiedziała Maki.

— Elian mówiła, że najpierw będziesz stała.

— Elian kłamie w sprawach chronologii.

— Nie kłamię — odezwała się psycholożka. — Upraszczam kolejność dla dobra pacjentki.

Rubra przyjrzała się Maki.

— Czy bałaś się?

Maki zamierzała odpowiedzieć natychmiast, że nie.

Nie zrobiła tego.

— Tak — powiedziała po chwili. — Kiedy zobaczyłam tylko to, co było przede mną. I kiedy poczułam, że ręka poruszyła się od samej myśli. Przez chwilę nie wiedziałam, czy to jeszcze ja nią kieruję, czy ciało zaczyna kierować mną.

— I wrócisz?

— Jutro.

— Dlaczego?

— Bo byłam przerażona krócej, niż się spodziewałam.

Rubra powoli zbliżyła do niej część girlandy.

— To nie jest kwiat — powiedziała.

— Widzę.

— Graz mówił, że nie musi być.

— Graz często ma rację, kiedy nie próbuje mieć racji.

— Czy nadaje się na ślub?

Maki wpłynęła pomiędzy drobiny. Pozwoliła, aby czerwone i błękitne światło przesuwało się przez jej ciemną mgłę.

— Nie wiem — odpowiedziała.

Rubra przygasła.

— Ale chcę, żeby tam było — dodała Maki. — Nie nad kobiercem. Może przy wejściu. Tak, żeby goście przechodzili przez chwilę ciemności, a potem znów widzieli światło.

— To ma znaczenie?

— Teraz już ma.

— Jakie?

— Jeszcze nie wiem.

Rubra rozjaśniła się ponownie.

— Mogę zrobić więcej takich miejsc.

— Nie za dużo. Ślub ma się odbyć, nie zniknąć.

— Rozumiem.

— Wątpię — powiedziała Maki. — Ale ja także nie wszystko rozumiem, więc jesteśmy kwita.

Graz zbliżył się do nieruchomego awatara widocznego przez otwarte drzwi pracowni.

— Chcesz go zobaczyć? — zapytał Rubrę.

Czerwona zatrzymała wszystkie drobiny.

— Czy Maki chce?

— Możesz — odpowiedziała Maki.

Rubra wpłynęła do pracowni.

Przez długi czas patrzyła na ciało leżące na platformie.

— Jest martwe? — zapytała.

— Nie żyło — wyjaśniła Elian. — To awatar.

— Ale Maki była w środku.

— Przez chwilę.

— A teraz jest tutaj.

— Tak.

Rubra podeszła bliżej twarzy.

— Wygląda samotnie.

Maki zamilkła.

Nie spodziewała się tego słowa. Sama widziała niedokończoną konstrukcję, możliwość, wyzwanie, być może przyszłą część siebie. Nie widziała samotności.

— To tylko ciało bez połączenia — powiedziała.

— Wiem.

— Nie czeka.

— Wiem.

— Nie czuje.

— Wiem.

Rubra nadal patrzyła.

— A jednak wygląda, jakby czegoś brakowało.

Maki wpłynęła do pracowni i zatrzymała się nad platformą.

Jedno z jej pasm dotknęło ciemnych włosów awatara. Nie otrzymała żadnego wrażenia. Połączenie było wyłączone.

— Jutro wrócę — powiedziała do nieruchomej twarzy.

Graz nie zażartował.

Elian także milczała.

Rubra przesunęła jedną czerwoną drobinę ze swojej girlandy i pozostawiła ją na chwilę nad dłonią awatara. Punkt świecił cicho, odbijając się w syntetycznej skórze.

— Żeby nie była sama do jutra — powiedziała.

— Ona nie jest osobą — przypomniała Maki.

— Wiem.

— Więc po co?

Czerwona cofnęła się ku drzwiom.

— Dla samego zostawienia światła.

Maki spojrzała na Graza.

— To ma cel? — zapytała.

— Ma — odpowiedział. — Ale cel nie wyczerpuje całego znaczenia.

Elian uśmiechnęła się lekko.

Maki zostawiła czerwony punkt nad dłonią awatara.

Następnego dnia Maki przyszła wcześniej niż Elian.

Psycholożka znalazła ją przed pracownią, rozproszoną szeroko pod ganimediańskim niebem. Jej ciemna mgła spływała po lodzie, wspinała się na ścianę budynku i unosiła ponad dachem. Jowisz odbijał się w niej rozmazanymi pasmami, jakby ktoś próbował namalować planetę na poruszającej się wodzie.

— Nie otworzyłaś — powiedziała Maki.

— Jest szósta rano.

— Wiem.

— Umówiłyśmy się na dziewiątą.

— To nierozsądna godzina.

— Dlaczego?

— Straciłyśmy trzy godziny.

Elian uruchomiła wejście.

— Spałaś?

— Nie muszę spać.

— Odpoczywałaś?

Maki nie odpowiedziała.

— Czytałaś o ludzkiej równowadze?

— Trochę.

— Ile?

— Czterysta dziewięćdziesiąt dwa opracowania.

Elian zatrzymała się w progu.

— Maki.

— Większość była krótka.

— Ile modeli ruchu zbudowałaś?

— Tylko osiem.

— Właśnie dlatego chciałam zacząć wczoraj.

— Ja także chciałam zacząć wczoraj.

— Chciałaś od razu chodzić.

— Nadal chcę.

W głównym pokoju paliło się czerwone światło.

Rubra już nie spała albo nadal nie spała. Trudno było to rozpoznać. Jej obecność rozciągała się wokół stołu, na którym unosiły się pierwsze trwałe elementy girland. Drobiny mineralne krążyły w cienkich polach, splatając się z czerwonymi i błękitnymi pasmami.

— Przyszłaś wcześniej — powiedziała.

— Elian przyszła później — odparła Maki.

— Przyszłam dokładnie wtedy, kiedy zamierzałam — odpowiedziała psycholożka.

Rubra skierowała ku niej światło.

— To może być jednocześnie późno.

— Widzę, że pobyt z Maki już ci służy.

Czerwona rozjaśniła się nieznacznie.

Maki zajrzała do pracowni.

Czerwony punkt nadal unosił się nad dłonią kobiecego awatara. Był słabszy niż poprzedniego dnia, lecz nie zgasł.

— Podtrzymywałaś go całą noc? — zapytała.

— Tak.

— Po co?

— Nie wiem.

Maki zbliżyła jedno pasmo do punktu.

— To kosztowało energię.

— Niewiele.

— Mogłaś ją wykorzystać na girlandy.

— Mogłam.

— A jednak zostawiłaś światło.

— Tak.

Maki nie powiedziała nic więcej.

Elian otworzyła projekt awatara. W nocy system ukończył część zmian. Twarz miała już ostrzejsze rysy, większe oczy i delikatnie spiczaste uszy. Tęczówki były ciemne, lecz pod powierzchnią przesuwały się nikłe refleksy, jak światło widoczne przez głęboką wodę.

— Wygląda groźniej — stwierdziła Rubra.

— Dobrze — odpowiedziała Maki.

— Ale nadal jest piękna.

— To też dobrze.

— Czy chciałaś być piękna?

Maki spojrzała na ciało.

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo mogę.

Rubra przyjęła tę odpowiedź bez dalszych pytań.

Elian uruchomiła pola.

— Dzisiaj pełniejsze połączenie z ruchem, dotykiem i równowagą. Nadal pozostawiasz większość siebie na zewnątrz.

— Ile?

— Tyle, ile będzie potrzebne.

— To nieprecyzyjne.

— Twoje reakcje także będą nieprecyzyjne.

Maki otoczyła platformę.

— Gdzie Graz?

— Nie wiem — odpowiedziała Elian.

— Miał być.

— Jest dorosłą osobą. Może się spóźnić.

— Nie powinien.

— Ty przyszłaś trzy godziny za wcześnie.

— To coś innego.

Drzwi domu otworzyły się.

Do głównego pokoju wszedł człowiek.

Rubra natychmiast skupiła wokół niego część swoich pól. Elian odwróciła głowę. Maki znieruchomiała tak gwałtownie, że jej zewnętrzne pasma przestały falować.

Graz przyszedł w swoim pierwotnym ciele.

Miał na sobie ciepły ganimediański kombinezon, grube buty i płaszcz z wysokim kołnierzem. Poruszał się ostrożniej niż w mgławicowej postaci. Każdy krok wymagał przeniesienia ciężaru. Oddech pozostawiał na chwilę mgłę w chłodniejszym powietrzu przy wejściu.

— Pomyślałem, że tak będzie uczciwie — powiedział.

Maki odpłynęła od platformy.

— Dlaczego nic nie powiedziałeś?

— Chciałem sprawdzić, czy nadal potrafię chodzić.

— Potrafisz?

— W drodze tutaj przewróciłem się tylko raz.

— Gdzie?

— Niedaleko domu.

— Uderzyłeś się?

— Trochę.

Maki otoczyła go natychmiast. Jej pasma przebiegły po ramionach, plecach, głowie i nogach, badając ciało szybciej, niż człowiek zdążyłby odpowiedzieć.

— Masz stłuczone biodro.

— Niewielkie.

— Powinieneś był wrócić do formy mgławicowej.

— Wtedy nie dotarłbym tutaj jako człowiek.

— Mogłeś lecieć pojazdem.

— Mogłem.

— Dlaczego nie leciałeś?

Graz uśmiechnął się.

— Chciałem przejść.

— To bez sensu.

— Wiem.

Maki cofnęła część pasm, ale nadal trzymała go miękko wokół tułowia.

— Nie chcę, żebyś się dla mnie ranił.

— Nie zrobiłem tego dla ciebie.

— Oczywiście, że dla mnie.

— Trochę. Ale także dlatego, że chciałem poczuć drogę stopami. Dawno tego nie robiłem.

Maki zamilkła.

Elian obserwowała ich uważnie.

— Jak się czujesz w tym ciele? — zapytała Graza.

— Ciężko. Wolno. Zimno w twarz.

— Źle?

Graz zastanowił się.

— Nie. Obco, ale nie źle.

Maki poluzowała uścisk.

— Czyli nie chcesz go odrzucić całkowicie?

— Dzisiaj nie chcę niczego rozstrzygać. Przyszedłem, żeby stać obok ciebie w tej samej trudności.

— Ty już umiesz być człowiekiem.

— Kiedyś umiałem bez myślenia. Dzisiaj przez pół drogi przypominałem sobie, co zrobić z rękami.

Rubra przesunęła się bliżej.

— Co zrobiłeś?

Graz spojrzał na własne dłonie.

— Najpierw trzymałem je sztywno przy bokach. Potem uznałem, że wyglądam jak źle zaprojektowany strażnik. Zacząłem nimi poruszać podczas chodzenia.

— Dlaczego ręce poruszają się podczas chodzenia?

— Pomagają zachować równowagę.

— To naprawdę bardzo nieefektywna forma — stwierdziła Rubra.

— Mówiłam — odezwała się Maki.

Elian wskazała platformę.

— Zaczynamy.

Graz zdjął płaszcz. Został w cienkim kombinezonie i usiadł na ławie przy ścianie.

— Nie siedź — powiedziała Maki.

— Dlaczego?

— Masz mi pokazać, jak się stoi.

— Stoję źle. Biodro mnie boli.

— Tym lepiej. Będziesz realistycznym modelem.

Graz podniósł się z westchnieniem.

Maki połączyła się z awatarem.

Tym razem wejście było szybsze. Dłoń poruszyła się niemal natychmiast. Palce zacisnęły się i otworzyły. Awatar nabrał powietrza, choć Maki nadal uważała oddychanie za irytujące.

Otworzyła oczy.

Pierwsze spojrzenie zatrzymało się na Graz-ie.

W ludzkiej formie wyglądał inaczej niż zapamiętała z dawnych obserwacji. Był bardziej kruchy. Nie dlatego, że ciało było słabe. Po prostu jego granice były oczywiste. Kończył się na skórze. Nie mógł otoczyć całego pokoju ani dotknąć Maki z wielu stron jednocześnie.

— Jesteś mały — powiedziała.

Głos awatara został obniżony i lekko przyciemniony. Nadal nie brzmiał całkowicie jak Maki, ale nie był już obcy.

— Miło cię widzieć — odpowiedział Graz.

— Powiedziałam, że jesteś mały.

— To także miłe.

Maki spróbowała unieść głowę.

Ciemne włosy przesunęły się po plecach. Ich ciężar zaskoczył ją tak bardzo, że poruszyła ramieniem, próbując je odsunąć. Dłoń zawędrowała za wysoko i uderzyła w ucho.

— To nieprzyjemne — stwierdziła.

— Uderzyłaś samą siebie — powiedział Graz.

— Wiem.

— To się zdarza.

— Ludzie często uderzają samych siebie?

— Rzadziej, kiedy nauczą się, gdzie mają ręce.

Elian włączyła pełniejsze podparcie nóg.

— Najpierw stopy — powiedziała. — Nie próbuj jeszcze wstawać. Poczuj nacisk.

Maki skierowała uwagę w dół.

Stopy dotykały platformy całą powierzchnią. Czuła pięty, palce, miękkie ugięcie syntetycznej skóry oraz ciężar spływający przez kości nóg. Było to zupełnie odmienne od rozproszonego kontaktu z przestrzenią.

— Podłoże jest tylko pod spodem — powiedziała.

— Zwykle tak — odpowiedział Graz.

— Nie czuję ścian.

— Nie musisz.

— Nie czuję sufitu.

— To nawet lepiej.

Maki przesunęła palcami stopy.

— Mam ich dużo.

— Dziesięć.

— To dużo jak na coś, co służy głównie do stania.

— Pomagają chodzić.

— Wszystko w tym ciele służy chodzeniu.

— Ludzie długo chodzili, zanim zaczęli budować awatary.

— Mogli wcześniej wymyślić koła.

Rubra rozjaśniła się za szybą pracowni.

Elian zwiększyła napięcie mięśni ud.

— Teraz usiądziesz na brzegu platformy.

— Przecież już leżę.

— Właśnie dlatego najpierw usiądziesz.

— Chcę stać.

— Stanie zaczyna się od przejścia przez inne pozycje.

Maki napięła mięśnie brzucha zbyt gwałtownie. Tułów podniósł się, ale nogi pozostały nieruchome. Ciało zgięło się niezgrabnie, a włosy opadły na twarz.

— Nic nie widzę!

— Odsuń włosy — powiedział Graz.

Maki uniosła obie dłonie jednocześnie i straciła podparcie.

Pole złapało ją, zanim upadła na bok.

— To źle zaprojektowane — warknęła.

— Włosy były twoim pomysłem — przypomniała Elian.

— Nie wiedziałam, że atakują twarz.

Graz podszedł bliżej.

— Mogę?

Maki zatrzymała ruch.

— Co?

— Odsunąć je.

— Tak.

Wyciągnął dłoń.

Dotknął jej włosów ostrożnie, jakby bał się, że awatar może zgasnąć od zbyt szybkiego ruchu. Zebrał ciemne pasma i odłożył je za ramię.

Maki poczuła najpierw lekkie pociągnięcie skóry głowy. Potem dotyk palców przy skroni.

Cała jej mgławicowa forma zadrżała poza ciałem.

Graz cofnął rękę.

— Za dużo?

— Nie wiem.

— Mam przestać?

— Już przestałeś.

— Mogę nie robić tego ponownie.

Maki patrzyła na niego ludzkimi oczami.

— Zrób ponownie.

Tym razem odsunął pojedyncze pasmo włosów wolniej. Opuszki przesunęły się po skroni i zatrzymały przy uchu.

Maki nie znała takiego dotyku.

W mgławicowej formie czułość była przenikaniem, nakładaniem pól, zmianą rytmu i temperatury całej obecności. Tutaj odczucie pojawiło się w jednym niewielkim miejscu. Nie rozpłynęło się od razu po całej osobie. Zostało przy skórze, wyraźne i ograniczone.

— To bardzo małe — powiedziała.

Graz zabrał dłoń.

— Co?

— Miejsce, którego dotknąłeś. A jednak czuję je bardziej niż resztę twarzy.

— Tak działa skupiony dotyk.

— Dziwnie.

— Źle?

— Nie.

Elian stała przy panelu, ale nie przerywała.

Maki oparła dłonie o platformę. Tym razem podniosła tułów wolniej. Usiadła.

Świat przechylił się.

Awatar zachwiał się do przodu, a włosy znów popłynęły przez ramiona. Graz nie dotknął jej bez pytania.

— Mogę cię podtrzymać? — zapytał.

— Jeszcze nie.

Maki napięła mięśnie pleców.

Siedziała krzywo. Jedno ramię znajdowało się wyżej, głowa była lekko pochylona, a kolana rozchodziły się w różne strony. Nie przypominała panny młodej. Przypominała kogoś, kto właśnie wynalazł siedzenie i nie był pewien, czy warto je zachować.

— Siedzę — powiedziała.

— Siedzisz — potwierdziła Elian.

— Sama.

— Z polami podtrzymującymi na sześćdziesięciu procentach.

— Nie psuj chwili.

Rubra wpłynęła nieco dalej do pracowni.

— Wyglądasz inaczej.

Maki spojrzała na nią.

— Gorzej?

— Mniej.

— Mniej czego?

— Mniej wszędzie.

Maki przyjęła to bez urazy.

— Tak się czuję.

— Czy nadal jesteś cała?

— Większość mnie jest na zewnątrz.

— A gdyby nie była?

— Nie wiem.

Elian obniżyła podparcie do pięćdziesięciu procent.

Maki zachwiała się, ale utrzymała pozycję.

— Teraz stopy — powiedziała psycholożka. — Postaw je bliżej siebie.

Maki przesunęła prawą stopę za daleko. Lewa prawie nie ruszyła się wcale.

— Dlaczego jedna słucha lepiej?

— Dominacja stron — wyjaśniła Elian. — Możemy ją później zmniejszyć.

— Nie. Chcę wiedzieć, jak to jest.

— Dobrze.

— Graz, pokaż.

Stanął przed nią, ustawiając stopy równolegle.

— Tak?

— Nie zasłaniaj mi własnymi nogami.

Przesunął się trochę w bok.

Maki poprawiła pozycję.

— Teraz pochyl tułów do przodu — powiedziała Elian. — Przenieś ciężar nad stopy. Nie próbuj się jeszcze prostować.

— To wygląda jak przygotowanie do upadku.

— Stanie jest kontrolowanym unikaniem upadku.

— To najgorsza definicja stabilności, jaką słyszałam.

— Biologia bywa odważna.

Maki pochyliła się.

Poczuła ciężar przesuwający się przez uda i kolana. Mięśnie odpowiedziały z opóźnieniem. Stopy mocniej nacisnęły na podłoże.

— Teraz — powiedziała Elian.

Maki wyprostowała nogi.

Za szybko.

Ciało ruszyło ku górze, ale głowa odchyliła się do tyłu. Jedno kolano zablokowało się, drugie pozostało ugięte. Awatar przechylił się w stronę Graza.

— Mogę? — zapytał natychmiast.

— Tak!

Objął ją.

Jedną ręką podtrzymał plecy, drugą ramię. Maki chwyciła go za kombinezon obiema dłońmi. Palce zacisnęły się mocniej, niż zamierzała.

Przez kilka sekund nie wiedziała, czy stoi, czy tylko wisi na nim.

— Elian? — zapytała.

— Pola podtrzymują cię w trzydziestu procentach. Graz w kolejnych trzydziestu. Reszta jest twoja.

— Czyli stoję w czterdziestu procentach?

— W przybliżeniu.

— To wystarczy na dzisiaj — powiedział Graz.

— Nie.

Maki próbowała się wyprostować.

Czuła jego klatkę piersiową pod dłonią. Oddech poruszał materiał kombinezonu. Serce uderzało głębiej, regularnie, lecz szybciej niż wcześniej.

— W tobie coś bije — powiedziała.

— Serce.

— Wiem, czym jest serce.

— Brzmiałaś, jakbyś odkryła je przed chwilą.

Maki przesunęła jedną dłoń wyżej.

— Mogę?

Graz zrozumiał i skinął głową.

Położyła dłoń na jego piersi.

Uderzenie przeszło przez skórę awatara.

Jedno.

Drugie.

Trzecie.

Było małe, rytmiczne i uparte.

— Ono robi to cały czas? — zapytała.

— Tak.

— Nawet kiedy śpisz?

— Tak.

— Nawet kiedy o nim nie myślisz?

— Zwłaszcza wtedy.

Maki słuchała dłonią.

Jej własny awatar nie miał biologicznego serca, lecz Elian zaprojektowała w nim delikatny rytm wewnętrzny, aby ułatwić synchronizację ruchu. Dotąd Maki go ignorowała. Teraz poczuła słabe pulsowanie własnej konstrukcji.

— Moje też coś robi.

— Symulowany rytm — wyjaśniła Elian.

— Wyłącz go.

— Dlaczego?

— Chcę słyszeć Graza.

Elian wyłączyła wewnętrzne pulsowanie awatara.

W dłoni Maki pozostało tylko jego serce.

Stała coraz pewniej, choć nadal opierała się o niego całym ciałem.

— To jest bliskość? — zapytała Rubra.

Maki nie odwróciła głowy.

— Jedna z jej form.

— Ale nie wchodzicie w siebie.

— Nie.

— Tylko dotykacie powierzchni.

— Tak.

— I to wystarcza?

Maki poczuła oddech Graza przy własnych włosach, ciepło jego ciała i dłoń na swoich plecach. Wszystko było ograniczone. Żadne z nich nie mogło poczuć całej obecności drugiego. A jednak właśnie to ograniczenie zmuszało ją do większej uwagi.

— Nie wystarcza do wszystkiego — odpowiedziała. — Ale wystarcza do tej chwili.

Rubra przyglądała im się długo.

Elian obniżyła podparcie do dwudziestu procent.

Maki natychmiast poczuła zmianę.

— Nie uprzedziłaś mnie.

— Gdybym uprzedziła, napięłabyś wszystkie mięśnie.

— Teraz też napnę.

— Już stoisz.

Maki spojrzała w dół.

Jej stopy znajdowały się na podłodze. Kolana drżały. Biodra były ustawione zbyt daleko do tyłu, a ramiona opierały się o Graza. Mimo to stała.

— Puść mnie trochę — powiedziała.

— Na pewno?

— Trochę.

Graz poluzował objęcie.

Maki zachwiała się.

Jedna z jej dłoni natychmiast zacisnęła się na jego ramieniu, ale druga pozostała na piersi.

— Jeszcze — powiedziała.

Odjął dłoń od jej pleców.

Został bardzo blisko, gotowy ją złapać.

Maki stała sama.

Trzy sekundy.

Cztery.

Pięć.

Potem prawa noga zaczęła się uginać.

— Łap — powiedziała.

Graz objął ją, zanim pole zdążyło zareagować.

Maki zaśmiała się.

Pierwszy raz ludzkim głosem, który naprawdę zabrzmiał jak jej własny. Był niski, trochę szorstki, z ciemną nutą pod spodem. Śmiech trwał krótko, lecz wypełnił pracownię.

— Stałam — powiedziała.

— Stałaś — potwierdził Graz.

— Pięć sekund — dodała Elian.

— Sześć.

— Pięć i siedem dziesiątych.

— Sześć.

— Niech będzie sześć.

Maki nadal trzymała Graza.

— Chcę przejść krok.

— Nie dzisiaj — powiedziała Elian.

— Jeden.

— Nie.

— Pół.

— Jak zamierzasz przejść pół kroku?

— Ostrożnie.

— Maki.

— Stoję.

— Właśnie dlatego kończymy w dobrym miejscu.

Maki spojrzała na Graza.

— Powiedz jej.

— Elian ma rację.

— Znowu jesteś zdrajcą.

— Znowu jestem narzeczonym.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Elian zwiększyła podparcie i pomogła jej usiąść.

Tym razem Maki nie upadła. Opuściła ciało na platformę z przesadną ostrożnością, jakby siadała na nieznanym zwierzęciu.

— Nie odłączaj jeszcze — powiedziała.

— Dlaczego?

Maki wyciągnęła dłoń ku Grazowi.

— Chcę zobaczyć jego twarz.

Usiadł przed nią na podłodze.

Ich oczy znalazły się prawie na tej samej wysokości.

Maki przyglądała mu się długo. Mgławicową formą znała go głębiej i szerzej. Czuła rytmy, zmiany pól, rozchodzenie się światła. Ludzka twarz była znacznie uboższym źródłem informacji.

A jednak miała w sobie szczegóły, których wcześniej nie zauważała: niewielkie napięcie przy ustach, cień zmęczenia pod oczami, pojedynczą linię na czole oraz sposób, w jaki patrzył na nią z zachwytem i niepokojem jednocześnie.

— Teraz rozumiem, dlaczego ludzie tak długo patrzą sobie w oczy — powiedziała.

— Dlaczego?

— Bo niczego nie wiedzą od razu.

Graz uśmiechnął się.

— To prawda.

Maki dotknęła jego policzka.

Palce poruszyły się niezgrabnie. Najpierw nacisnęła zbyt mocno, potem za szybko cofnęła dłoń.

— Przepraszam.

— Nic się nie stało.

Spróbowała ponownie.

Tym razem opuszkami przesunęła po skórze wolniej. Poczuła ciepło, drobną nierówność zarostu i ruch mięśni pod dotykiem.

Graz zamknął oczy.

— Dlaczego je zamknąłeś?

— Bo tak jest dobrze.

— Chcę widzieć, że jest dobrze.

Otworzył oczy.

Maki nachyliła się.

Równowaga natychmiast zaczęła się rozpadać. Elian zwiększyła pola, zanim zdążyła ją ostrzec.

— Co próbujesz zrobić? — zapytała.

— Pocałować go.

— W pierwszej próbie chodzenia?

— Siedzę.

— Ledwo.

— Wystarczy.

Graz nie ruszył się ku niej.

— Możesz podejść bliżej? — zapytała Maki.

Przesunął się.

Maki położyła jedną dłoń na jego ramieniu, drugą na policzku. Zbliżyła twarz z ogromnym skupieniem, jakby wykonywała manewr orbitalny.

Ich usta minęły się.

Maki trafiła w kącik jego ust i część policzka.

Znieruchomiała.

— To było źle.

— Nie — powiedział Graz.

— Nie trafiłam.

— Pocałunek nie jest testem celności.

— Powinien być.

Spróbowała ponownie.

Tym razem Graz pomógł tylko tyle, by ich usta się spotkały.

Dotyk był delikatny, skupiony i krótki.

Maki natychmiast cofnęła twarz.

Nie z lęku.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.

— Och — powiedziała.

Rubra zakołysała się przy wejściu.

Elian odwróciła wzrok ku panelowi, dając im pozór prywatności, choć nadal kontrolowała wszystkie parametry awatara.

— To było bardzo małe — powiedziała Maki.

— Tak — odpowiedział Graz.

— A jednak…

Nie dokończyła.

Przyciągnęła go ponownie, tym razem mniej precyzyjnie, ale odważniej.

Drugi pocałunek trwał dłużej.

Kiedy się rozdzielili, Maki dotknęła własnych ust palcami.

— Chcę pełny dotyk — powiedziała.

— Jutro — odparła Elian.

— Teraz.

— Jutro.

— Nienawidzę cię.

— To dobry znak.

Maki po raz trzeci pocałowała Graza, zanim psycholożka przerwała połączenie.

Awatar znieruchomiał na platformie.

Mgławicowa postać Maki rozbłysła wokół nich z taką siłą, że wszystkie pola pracowni na chwilę przyciemniły własne światło.

Otoczyła Graza natychmiast.

Wpłynęła w jego mgławicowy interfejs, choć pozostawał w ludzkim ciele. Objęła go z wielu stron, szeroko i głęboko, jakby potrzebowała przypomnieć sobie własny naturalny język bliskości.

— I jak? — zapytał.

— Inaczej.

— Lepiej?

— Nie pytaj głupio.

— Gorzej?

— Też nie.

Maki uspokoiła pasma.

— To była mała czułość — powiedziała. — Bardzo mała. Cała mieściła się w jednym miejscu.

— Ale?

— Ale to miejsce stało się na chwilę całym światem.

Graz przytulił jej mgłę ludzkimi ramionami, choć nie mógł objąć jej całej.

Rubra patrzyła.

— Czy dlatego chcesz mieć tę formę na ślubie? — zapytała.

— Teraz już tak — odpowiedziała Maki.

— Wcześniej nie wiedziałaś?

— Wcześniej miałam pomysł. Teraz mam powód.

Czerwona skierowała światło ku nieruchomemu awatarowi.

— A kiedy go nie używasz, nadal jest twoje?

Maki zastanowiła się.

— Jeszcze nie wiem.

— Zostawić znowu światło?

Maki spojrzała na nieruchomą dłoń.

— Tak.

Rubra umieściła nad nią czerwony punkt.

Tym razem obok pierwszego pojawił się drugi, mniejszy. Oba krążyły powoli wokół siebie, nie łącząc się i nie oddalając.

— To część girlandy? — zapytała Elian.

— Może — odpowiedziała Rubra.

— Co przedstawia? — spytał Graz.

Czerwona przygasła z namysłem.

— Dwie rzeczy, które nie muszą stać się jedną, żeby światło pomiędzy nimi miało sens.

Maki spojrzała na nią uważnie.

— To nadaje się na ślub — powiedziała.

Następnego dnia Maki przybyła do domu Elian jeszcze wcześniej. Graz był razem z nią, w ludzkiej postaci. Jeszcze ziewał, ale był wyraźnie podekscytowany.

–   Czerwona, otworzysz? – zapytała jedna z obecności Maki.

–   Ale Elian nie ma – zauważyła Czerwona. – Wyszła na poranny spacer. Mówiła mi, że lubi porę przedświtu.

–   To dobra pora – powiedział Graz, – ale moje ludzkie ciało teraz strasznie marznie. Wpuścisz nas do środka?

–    Przecież masz skafander kosmiczny – zauważyła Rubra. – Chyba nie powinieneś w nim marznąć?

–   A jednak. Może jest źle uszyty?

Rubra wpuściła ich. Jednak goście, zamiast rozsiąść się na kanapie w poczekalni, natychmiast skierowali się do pomieszczenia awatara.

–   Wiesz co, Rubra? Poćwiczymy trochę, zanim Elian przyjdzie – zaproponował Graz.

–    Elian dała mi komunikator, zadzwonię do niej – zaproponowała Czerwona i zadzwoniła. Rozmawiały przez chwilę. – Elian mówi, że możecie poćwiczyć. Tylko ostrożnie.

Maki nie czekając na tę odpowiedź już tańczyła nieporadnie w swoim awatarze. Graz podbiegł do niej i zatrzymał ją przed upadkiem. Pola siłowe nie były włączone. Po chwili oboje leżeli na podłodze i całowali się. Następnie przeszli do innych dróg miłości.

–   Widzę, że w tych postaciach też możecie się czasem przenikać – stwierdziła Czerwona, ale ani Maki, ani Graz nie odpowiadali. Odkrywali radość bliskości w ludzkich postaciach.

Czerwona zostawiła ich, uznawszy, że chyba dobrze dbają o siebie i nie trzeba trwać na straży. Zajęła się znowu kwiatami na ślub. Mgławicowe formy płatków wychodziły jej coraz lepiej, ale nie dążyła do perfekcyjnego odwzorowania. Zawsze dodawała jakiś swój element. Światełka jaśniały wśród mglistych liści i płatków. Rubra szukała wciąż drogi, aby połączyć światełka ze strukturą mgławicowej rośliny.

Spędziła tak dwie godziny i do izby przyszła Elian.

–   Jeszcze tam są? – zapytała.

–   Tak, nie wychodzili – powiedziała Czerwona nie odrywając się od bukietu.

–   Dobrze, posiedzę tu z tobą – uśmiechnęła się psycholożka.

–   Nie będziesz uczyć Maki? – zdziwiła się Rubra.

–   Teraz sami się uczą. Zmysłowe okazywanie miłości całkiem dobrze buduje mapę ciała w nowym użytkowniku awatara. Bez tego trzeba dochodzić do tego znacznie dłużej – Elian wyjęła elektryczne cukierki i poczęstowała nimi Czerwoną, po czym sama zaczęła jeść.

–   Często się w ten sposób uczy bycia w awatarze? – zapytała w końcu Rubra.

–  Z tego co wiem, prawie nigdy – zaśmiała się Elian. – Ale mamy tu Maki, a z nią wszystko musi być inaczej.

Po kolejnej godzinie Graz i Maki wyszli. Mieli potargane włosy i ubrania. Wyglądali na dość zmęczonych, ale bardzo szczęśliwych.

–   I jak ćwiczenia? – spytała z pewną dozą ironii psycholożka.

–   Doskonale, już wszystko wiem – zapewniła ją Maki.

–   To raczej niemożliwe – zauważyła psycholożka.

–   No może wszystko to zbyt wielkie słowo – przyznała jej rację Maki. – Jednak to, nad czym tu pracowaliśmy, jest ważniejsze od nieprzewracania się.  

— To, nad czym tu pracowaliśmy, jest ważniejsze od nieprzewracania się — powtórzyła Maki.

Elian spojrzała na nią uważnie.

Maki stała w kobiecym awatarze bez żadnego podparcia. Nie stała dobrze. Jedno ramię miała nieco wyżej, ciężar ciała przeniosła zbyt mocno na lewą nogę, a jej prawa stopa była ustawiona pod kątem, który prędzej czy później musiał skończyć się utratą równowagi. Mimo to pozostawała pionowo.

— Być może — odpowiedziała Elian. — Ale na ślubnym kobiercu przyda ci się jedno i drugie.

— Nie zamierzam długo stać.

— Ślub potrwa dłużej niż trzy minuty.

— Mogę się oprzeć o Graza.

— Możesz.

— W takim razie problem rozwiązany.

— Nie — stwierdził Graz. — Chcę czasem patrzeć na ciebie z boku, a nie przez cały czas służyć jako pionowa ściana.

Maki skierowała ku niemu poważne spojrzenie.

— Myślałam, że małżeństwo polega między innymi na byciu pionową ścianą.

— Tylko w sytuacjach kryzysowych.

— Ślub jest sytuacją kryzysową.

— Dopiero wesele.

Rubra rozjaśniła się przy bukiecie.

Elian wyjęła drugi elektryczny cukierek. Był małym, przezroczystym wielościanem, wewnątrz którego przeskakiwały niebieskie iskry. Włożyła go do ust humanoidalnego awatara i przez chwilę smakowała sekwencję impulsów.

— Najpierw pięć kroków — powiedziała.

— Potrafię chodzić — oświadczyła Maki.

— Nie widziałam.

— Graz widział.

— Widziałem głównie początek chodzenia, a potem podłogę — przyznał.

— Podłoga była częścią ćwiczenia.

— Niewątpliwie.

Elian wskazała pustą przestrzeń pomiędzy stołem a szerokim oknem.

— Przejdziesz stąd do okna. Bez pośpiechu. Graz pozostanie obok, ale cię nie dotknie, dopóki nie poprosisz.

— Już to robiłam.

— W innych warunkach.

— Lepszych.

— Maki.

— Dobrze.

Stanęła na początku wyznaczonej drogi.

Rubra odłożyła tworzoną właśnie girlandę. Światła zawisły nieruchomo, utrzymywane przez pola pamięciowe.

— Mogę patrzeć? — zapytała.

— Możesz — odpowiedziała Maki.

— Mogę mówić, jeśli zauważę zagrożenie?

Elian zwróciła się ku Czerwonej.

— Możesz, ale nie próbuj przejmować kontroli nad jej ciałem ani polem awatara.

— Nie zamierzałam.

— Wiem. Ustalamy zasady wcześniej.

Rubra przyjęła to bez sprzeciwu.

Maki podniosła prawą stopę.

Zbyt wysoko.

Przez moment stała na jednej nodze, potem opuściła stopę przed sobą z przesadną ostrożnością. Ciężar przeszedł przez biodra, kolano i piętę. Całe ciało przechyliło się lekko w bok.

— Nie patrz na stopy — powiedziała Elian.

— Muszę wiedzieć, gdzie są.

— Właśnie dlatego nie patrz. Naucz się je czuć.

Maki uniosła głowę.

Przed nią znajdowało się okno, za nim pustkowie i ogromny Jowisz. W jego świetle ludzkie oczy nie widziały wszystkiego, co rejestrowała jej mgławicowa obecność. Obraz był wąski, lecz bardzo wyraźny.

Postawiła drugi krok.

Potem trzeci.

Przy czwartym ciało zaczęło uciekać do przodu. Maki odruchowo wyrzuciła ręce, próbując złapać powietrze.

Graz ruszył, lecz zatrzymał się, zanim jej dotknął.

— Mogę? — zapytał.

— Jeszcze nie.

Maki cofnęła biodra, napięła brzuch i odzyskała równowagę.

— Dobrze — powiedziała Elian.

— Wiem.

Piąty krok zrobiła wolniej.

Dotarła do okna.

Oparła obie dłonie o szybę.

Przez kilka sekund nikt się nie odzywał.

Maki patrzyła na Jowisza ludzkimi oczami. Ogrom planety mieścił się w ograniczonym polu widzenia, lecz nie stawał się przez to mniejszy. Przeciwnie. Ponieważ nie mogła objąć go wszystkimi zmysłami naraz, musiała przesuwać wzrok po pasmach chmur, po świetlistych burzach i po cieniu księżyca sunącym przez atmosferę.

— To inne — powiedziała.

— Co? — zapytał Graz.

— Kiedy patrzę mgławicą, Jowisz jest częścią przestrzeni. Teraz wygląda jak coś, do czego można tęsknić.

— Dlaczego?

— Bo nie mogę zobaczyć go całego naraz.

Graz stanął obok niej.

Nie dotknął jej.

Maki przesunęła dłoń po szybie.

— Ludzka forma cały czas czegoś nie ma — powiedziała. — Nie widzi za sobą. Nie czuje odległych ścian. Nie potrafi objąć całej osoby. Nawet planeta nie mieści się w oczach.

— To prawda.

— I dlatego wy tak dużo chcecie.

— Być może.

— Chcecie podejść bliżej, spojrzeć jeszcze raz, dotknąć, zapamiętać.

— Często.

Maki zwróciła twarz ku niemu.

— Mgławica może mieć zbyt wiele naraz.

— To źle?

— Nie. Ale może dlatego nie rozumiałam wcześniej, dlaczego brak potrafi być piękny.

Rubra odpłynęła od stołu.

— Brak jest piękny? — zapytała.

— Czasem — odpowiedziała Maki. — Jeśli nie oznacza odebrania. Jeśli zostawia miejsce na ruch.

— Na przykład między dwoma światłami?

— Tak.

Rubra wróciła do swojej girlandy.

Przesunęła dwa czerwone punkty dalej od siebie. Pomiędzy nimi powstała pusta przestrzeń, w której po chwili pojawiło się delikatne, złote drżenie.

— Czy tak? — zapytała.

Maki spojrzała.

— Tak. Nie wypełniaj wszystkiego.

— Wcześniej chciałam połączyć światła bez pustki.

— Dlaczego?

— Bałam się, że jeśli ich nie połączę, będą osobne.

— Mogą być osobne i nadal należeć do jednego wzoru.

Rubra przez chwilę obserwowała własne dzieło.

— To trudniejsze.

— Wiem — powiedziała Maki.

Elian przeszła do stołu.

— Jak długo utrzymujesz ten układ?

— Od trzydziestu siedmiu minut.

— Czujesz przeciążenie?

— Nie.

— Zmęczenie?

— Nie wiem.

— Czy masz mniejszą ochotę kontynuować?

Rubra zastanowiła się.

— Trochę.

— To także informacja.

— Powinnam przestać?

— Sama zdecyduj.

Czerwona natychmiast przygasiła część pól.

Girlanda opadła na podtrzymującą siatkę. Nie rozpadła się, lecz jej światła przestały się poruszać.

— Wcześniej uznałabym to za przerwanie zadania — powiedziała.

— A teraz? — zapytała Elian.

— Za odpoczynek.

— To przydatne rozróżnienie.

Rubra zwróciła się do Maki i Graza.

— Zdecydowałam w sprawie zapłaty.

Graz podszedł bliżej.

— Czego chcesz?

— Nie wiem jeszcze, ile warta jest moja praca.

— Możemy ustalić stawkę godzinową — zaproponowała Elian.

— Nie chcę godzinowej.

— Dlaczego?

— Nie chcę, żeby każda chwila przy kwiatach została zamieniona na należność.

Maki odsunęła się od okna.

— Rozumiem.

— Chcę, żeby część była pracą, a część darem — powiedziała Rubra. — Ale chcę sama zdecydować, która.

— Możesz — odpowiedział Graz.

— Za materiał i za trwałe pola zapłacicie.

— Oczywiście.

— Za część wzorów także.

— Dobrze.

— Jeden bukiet zrobię dla was bez zapłaty.

Maki zbliżyła się.

— Który?

— Jeszcze nie wiem.

— Wybierzesz później?

— Tak.

— W takim razie przyjmuję.

Rubra rozjaśniła się.

— Nie powiesz, że nie muszę?

— Nie. Skoro chcesz dać dar, mam prawo go przyjąć.

— A jeśli będzie brzydki?

— Nadal może być darem.

— Ale nie musi stać na środku ceremonii — dodał Graz.

Maki spojrzała na niego.

— Nie psuj.

— Ustalam praktyczne granice.

— Dar nie powinien mieć praktycznych granic.

— Ślubna dekoracja powinna.

Rubra poruszyła światłami w sposób przypominający śmiech.

— Zrobię go bardzo dużego — powiedziała.

— To była groźba? — zapytał Graz.

— Nie wiem.

— Dobrze się uczysz — oceniła Maki.

Elian wróciła do Maki.

— Teraz krok bez patrzenia w stronę celu.

— Po co?

— Ponieważ na ślubie będziesz patrzyła na Graza, gości, światła, osobę prowadzącą ceremonię i własne włosy, które znowu wejdą ci do ust. Nikt nie pozwoli ci przez cały czas obserwować podłogi.

— Włosy można skrócić.

— Nie pozwolisz.

— Nie pozwolę.

— Właśnie.

Maki ustawiła się ponownie pośrodku pokoju.

— Gdzie mam iść?

— Do Graza.

Stanął kilka metrów dalej.

— To łatwe — powiedziała.

— W takim razie zamknij oczy — zaproponowała Elian.

— To bez sensu.

— Masz mgławicową obecność na zewnątrz. Nadal będziesz wiedziała, gdzie on jest.

— Ale ludzkie ciało nie będzie widziało.

— Właśnie.

Maki zamknęła oczy awatara.

Świat natychmiast zmienił się w dwa równoległe doświadczenia. Mgławicą czuła cały pokój, Graza, Rubrę, Elian i rozproszone pola. W ciele pozostawał ciężar, dotyk podłogi, oddech i ciemność.

Postawiła krok.

Potem drugi.

Przy trzecim skręciła za bardzo w prawo.

— Idziesz obok mnie — powiedział Graz.

— Wiem.

— Nie wygląda.

Maki poprawiła kierunek.

— Nie pomagaj.

— Nie pomagam.

— Mówisz.

— To jeszcze nie pomoc.

— Dla mnie jest.

— W takim razie przestanę.

Postawiła kolejne dwa kroki.

Zatrzymała się.

— Jesteś przede mną? — zapytała.

— Tak.

Maki wyciągnęła ręce.

Nie trafiła w jego ramiona. Jedna dłoń dotknęła klatki piersiowej, druga znalazła się obok szyi. Graz pozostał nieruchomy.

— Mogę otworzyć oczy?

— Możesz.

Otworzyła.

Stał bardzo blisko.

— Znalazłam cię — powiedziała.

— Znalazłaś.

— Bez patrzenia.

— Z pomocą mgławicy.

— To nadal ja.

— Oczywiście.

Elian skinęła głową.

— I to jest ważniejsze, niż może się wydawać. Nie musisz udawać osoby biologicznej pozbawionej własnych naturalnych zmysłów. Awatar nie ma cię odciąć od reszty ciebie.

— Na ślubie też mogę pozostać mgławicą wokół ciała?

— Tak.

— Czy to nie będzie oszustwo?

— Nie. Będzie twoją formą złożoną.

Maki rozjaśniła się.

— W takim razie nie muszę wybierać.

— Właśnie.

— Mogę być kobietą i mgławicą jednocześnie.

— Jeśli nauczysz się utrzymywać połączenie bez przeciążenia.

— Nauczę się.

— Zostały dwa dni.

— Tym bardziej.

Graz objął ją lekko.

Maki pozwoliła sobie oprzeć czoło o jego ramię.

— To chyba rozwiązuje także część naszego problemu — powiedział.

— Którą?

— Ty nie musisz porzucać mgławicy, żeby wejść w ludzką formę. Ja nie muszę porzucać człowieka, żeby być mgławicowy.

Maki nie odpowiedziała od razu.

— Możemy mieć więcej niż jedno ciało, nie zdradzając żadnego z nich — dodał Graz.

— Jeszcze nie wiem, czy tak czuję.

— Wiem.

— Ale brzmi lepiej niż wybór jednego.

— Mnie też.

Rubra przypatrywała się im z drugiego końca pokoju.

— Czy ciało może być domem, z którego czasem się wychodzi? — zapytała.

Elian zwróciła ku niej światło skroni.

— Może.

— I wraca?

— Jeśli nadal chce.

— A jeśli wróci i jest już inne?

— Wtedy poznaje je ponownie.

Rubra przygasła z namysłem.

— Może moja jawa też nie musi być jednym miejscem.

Nikt nie odpowiedział od razu.

Maki podniosła głowę z ramienia Graza.

— Nie wiem — powiedziała w końcu. — Ale jeśli kiedyś tam wejdziesz, nie musisz palić drogi powrotnej.

Rubra spojrzała na świetlne wzory.

— Strażnicy rozdziału powiedzieliby, że to niebezpieczne.

— Strażnicy rozdziału powiedzieliby wiele głupich rzeczy — odparła Maki. — Dlatego przegrali.

— Nie całkiem.

— Wystarczająco, żebym mogła brać ślub.

Czerwona rozjaśniła się.

Elian nie próbowała zamieniać tej rozmowy w sesję terapeutyczną. Nie pytała Rubry, czy chce mówić o jawie. Nie notowała na widocznym panelu. Pozwoliła, by myśl pozostała tam, gdzie się pojawiła: pomiędzy kwiatami, ludzkim awatarem Maki i Grazem, który znowu uczył się mieszkać we własnym pierwotnym ciele.

Po chwili Rubra wróciła do girlandy.

Nie wypełniła pustej przestrzeni pomiędzy dwoma światłami.

Dodała obok trzecie.

Tego samego popołudnia Maki i Graz pojechali wybrać strój ślubny.

Nie udali się do Agarast.

Maki przypomniała o tym trzy razy, choć Graz ani razu nie zaproponował wielkiego miasta. Najbliższa pracownia form ceremonialnych znajdowała się w osadzie oddalonej o osiemdziesiąt kilometrów od domu Elian. Prowadziła ją sAI imieniem Tava, która żyła w pięciu niewielkich ciałach przypominających wydłużone metaliczne owady. Każde z nich miało inne narzędzia i inną specjalizację.

Jedno zajmowało się światłem.

Drugie materią.

Trzecie ruchem tkanin.

Czwarte analizowało symbolikę.

Piąte twierdziło, że odpowiada za gust.

— To ostatnie jest najważniejsze — oznajmiło, kiedy Maki i Graz weszli do pracowni.

— A pozostałe się z tym zgadzają? — zapytał Graz.

— Nie.

Pracownia znajdowała się w szerokim domu częściowo wtopionym w ganimediańskie zbocze. Przez wielkie okno wpadało światło Jowisza, rozszczepiane przez cienkie warstwy lodu w suficie. W powietrzu unosiły się próbki tkanin, pól świetlnych, metalicznych nici i materiałów przeznaczonych dla osób o niestabilnych lub wielocielesnych formach.

Maki przyszła w awatarze kobiety.

Nie chodziła jeszcze dobrze, ale uparła się, że chce sama pokonać drogę od wejścia do głównej sali. Graz szedł pół kroku za nią w ludzkim ciele, gotów ją podtrzymać, lecz bez dotykania.

Pierwsze cztery kroki wykonała prawidłowo.

Przy piątym zahaczyła palcami buta o własną stopę.

Zachwiała się, rozłożyła ręce i odzyskała równowagę.

— Widziałeś? — zapytała.

— Widziałem.

— Sama.

— Sama.

— Nie mów tego takim tonem.

— Jakim?

— Jakbyś spodziewał się, że za chwilę upadnę.

— Spodziewam się.

— Zdrajca.

Piąte ciało Tavy podleciało bliżej.

— Jeżeli panna młoda zamierza przewracać się podczas ceremonii, mogę zaprojektować strój, który będzie dobrze wyglądał także w poziomie.

Maki spojrzała na nie surowo.

— Nie zamierzam się przewracać.

— W takim razie strój będzie wyglądał dobrze jedynie dodatkowo.

— To dopuszczalne.

Tava otoczyła ją wszystkimi pięcioma ciałami.

Światło przesunęło się po awatarze, mierząc wzrost, proporcje, zakres ruchów oraz stopień powiązania z otaczającą go mgławicową obecnością. Maki nie pozostawała już wyłącznie w jednym ciele. Jej ciemna mgła płynęła wokół kobiecej postaci jak szeroki cień, czasem przenikając przez włosy, ramiona i dłonie.

— Forma złożona — stwierdziła Tava.

— Tak.

— Która część ma być ubrana?

Maki spojrzała na Graza.

— Cała.

— To bardzo szeroka odpowiedź.

— Chcę, żeby strój obejmował awatar i mgławicę. Nie jak dwa osobne przebrania. Jak jedną osobę.

Ciało odpowiedzialne za symbolikę rozwinęło cienkie anteny.

— Połączenie dwóch natur?

— Nie — odpowiedziała Maki. — Nie chcę symbolu połączenia. Jestem już połączona. Nie muszę wyglądać, jakbym dopiero próbowała skleić dwie połowy.

— W takim razie ciągłość?

— Tak. I ruch.

— Trwałość?

Maki zastanowiła się.

— Tak, ale nie nieruchomość.

Graz stał przy oknie i przyglądał się próbkom.

— Chcesz jasny strój? — zapytał.

— Nie wiem.

— Panny młode często wybierają jasne.

— Nie jestem często pannami młodymi.

— To prawda.

Tava wypuściła w powietrze pierwszą projekcję.

Awatar Maki został otoczony długą białą suknią o wysokim kołnierzu. Mgławicowa część formy spływała za nią jak ciemny tren, który stopniowo przechodził w srebrne światło.

Maki przyglądała się sobie w panoramicznym lustrze.

— Wyglądam, jakbym szła podpisać traktat.

— Ceremonia ma znaczenie prawne — zauważyło ciało symboliczne.

— Ale nie chcę poślubiać Graza urzędowo.

— Urzędowo także go poślubisz.

— Wiesz, co mam na myśli.

Tava usunęła kołnierz i rozluźniła kształt sukni.

Materiał opadł miękko wokół ciała, pozostawiając ramiona odsłonięte. Mgławicowy tren zniknął. Zamiast niego ciemna obecność Maki przenikała przez tkaninę i wypływała z niej szerokimi pasmami, jak nocne światło spod powierzchni wody.

— Lepiej — powiedział Graz.

Maki obróciła się powoli.

Ruch był zbyt szybki. Stopa nie nadążyła za biodrem i całe ciało przechyliło się ku niemu.

Graz złapał ją w ramiona.

— Nie upadłam — stwierdziła.

— Nie.

— Byłam tylko chwilowo pozioma w twoją stronę.

— Bardzo elegancko.

Maki nie odsunęła się od razu.

Tava cierpliwie czekała.

— Mogę dodać punkty podparcia w stroju — powiedziało jedno z ciał. — Materiał reagowałby na utratę równowagi.

— Nie — odpowiedziała Maki.

— Dlaczego?

— Chcę sama stać.

— Może reagować dopiero przy rzeczywistym upadku.

— To już lepiej.

— I nie będzie widoczny.

— Dobrze.

Graz puścił ją ostrożnie.

Maki zrobiła dwa kroki do lustra.

Przyglądała się sobie długo.

W bieli wyglądała pięknie, ale obco. Jak osoba, którą ktoś zaprojektował, kierując się wyobrażeniem o delikatności. Maki nie była delikatna w ten sposób. Jej piękno nie obiecywało bezpieczeństwa. Było raczej spokojem istoty, która znała własną siłę i nie musiała jej demonstrować.

— Za jasne — powiedziała.

Tava zmieniła kolor.

Suknia stała się szara, potem srebrna, błękitna, ciemnofioletowa i wreszcie prawie czarna. Przy każdym ruchu przez materiał przechodziły drobne złote refleksy.

— To — powiedziała Maki.

— Czerń? — zapytał Graz.

— Nie całkiem. Spójrz.

Kiedy poruszyła ręką, ciemny materiał rozsunął światło na cienkie pasma ochry, srebra i głębokiego błękitu. Jej mgławicowa część nie niknęła przy sukni. Wzmacniała ją.

— Wygląda jak noc widziana od środka — powiedział Graz.

Maki spojrzała na niego przez lustro.

— Podoba ci się?

— Bardzo.

— To dobrze.

Tava zaczęła kształtować górną część stroju.

Nie tworzyła tradycyjnego gorsetu ani pancerza. Materiał układał się wokół ciała jak elastyczne pole, podtrzymujące awatar, lecz nie ograniczające oddechu ani ruchu. Na ramionach pojawiły się cienkie linie przypominające gałęzie albo szlaki gwiazdowe.

— Nie chcę korony — powiedziała Maki.

— Nie proponowałam.

— Na pewno byś zaproponowała.

— Ciało odpowiedzialne za gust rozważało.

— Nie.

— Zgoda.

— Może włosy wystarczą — powiedział Graz.

Maki odwróciła się ku niemu.

— Wczoraj twierdziłeś, że są za długie.

— Nadal są.

— A teraz wystarczą?

— Mogą być jednocześnie za długie i piękne.

— Ludzkie opinie są niespójne.

— Miłość także.

— To już mówiłeś.

— Nadal działa.

Tava uniosła część ciemnych włosów Maki i wplotła w nie drobne świetlne nici. Nie tworzyły ozdoby w ludzkim znaczeniu. Reagowały na obecność mgławicy. Kiedy ciemne pasma Maki przepływały przez awatar, w jej włosach zapalały się niewielkie punkty światła.

— Jak gwiazdy — powiedział Graz.

— Zbyt oczywiste — odpowiedziała Maki.

— Jak ślady po gwiazdach — poprawił.

Tava zmieniła światło. Punkty przestały świecić jednocześnie. Pojawiały się i gasły, pozostawiając po sobie delikatne smugi.

— Tak — powiedziała Maki.

Ciało symboliczne zbliżyło się do Graza.

— A pan młody?

— Mam strój.

— Jaki?

— Ludzki garnitur i mgławicową warstwę.

— Kolor?

— Ciemny.

— To niewystarczające.

— Dla mnie wystarczające.

— Panna młoda będzie wyglądała jak noc widziana od środka.

— W takim razie ja mogę wyglądać jak człowiek, który miał szczęście ją spotkać.

Maki uśmiechnęła się.

— To jest dobry strój.

— To nie jest strój — zaprotestowała Tava.

— Dla mnie jest.

Ciało odpowiedzialne za gust obróciło się z dezaprobatą.

— Narzeczeni zawsze utrudniają pracę.

— Właśnie po to przychodzą — zauważył Graz.

Tava zaczęła projektować dla niego długi, ciemny płaszcz ceremonialny, którego materialna część mogła być noszona przez ludzkie ciało, natomiast rozszerzone pola przechodziły w mgławicowy awatar. Na pierwszy rzut oka wyglądał prosto. Dopiero podczas ruchu ujawniał delikatne linie światła, odpowiadające rytmowi Maki.

— Nie chcę, żeby mój strój odpowiadał wyłącznie jej — powiedział Graz.

Maki spojrzała na niego uważnie.

— Dlaczego?

— Bo mam być obok ciebie, nie tylko odbijać ciebie.

Tava zmieniła projekt.

Światło Graza otrzymało własny rytm. Czasem spotykało się z liniami sukni Maki, czasem odchodziło w inną stronę.

— Lepiej — powiedziała Maki.

— Tak.

Stali przez chwilę obok siebie przed lustrem.

Maki w ciemnej sukni, z mgławicą płynącą przez materiał i włosami rozświetlanymi śladami gwiazd.

Graz w ludzkim ciele, otoczony cienką warstwą własnej świetlistej formy.

Nie wyglądali jak dwie połowy jednego obrazu.

Wyglądali jak dwie osoby, które podeszły do siebie wystarczająco blisko, by światło jednej mogło czasem przechodzić przez światło drugiej.

— Chcę zobaczyć, jak chodzę — powiedziała Maki.

— Powoli — ostrzegł Graz.

— Nie mów mi powoli.

— W takim razie szybko, ale nie upadaj.

Maki zrobiła pierwszy krok.

Suknia nie ciążyła jej tak jak biologiczna tkanina. Pola Tavy przenosiły część materiału razem z mgławicową obecnością. Mimo to dolna warstwa ocierała się o nogi, zmieniając rytm chodzenia.

Drugi krok był krótszy.

Trzeci zbyt szeroki.

Przy czwartym Maki weszła na własny tren.

Strój natychmiast napiął pole zabezpieczające.

Nie upadła.

Zatrzymała się i spojrzała w dół.

— To zdrada.

— Tren nie ma woli — powiedziało ciało odpowiedzialne za gust.

— Tym gorzej. Nie można go nawet ukarać.

Tava skróciła dolną część i rozdzieliła ją na warstwy, które rozstępowały się przed stopami.

Maki spróbowała ponownie.

Tym razem przeszła przez całą salę.

Przy końcu zachwiała się lekko, ale odzyskała równowagę bez pomocy.

— Dobrze — powiedział Graz.

— Wiem.

— Wyglądasz pięknie.

— To również wiem.

— Skromność nie była częścią projektu? — zapytała Tava.

— Nie.

Maki stanęła przed Grazem.

— A teraz zatańczymy.

— Nie umiesz jeszcze chodzić.

— Właśnie dlatego taniec będzie ciekawszy.

— Elian mnie zabije.

— Elian jest psycholożką. Najpierw spróbuje zrozumieć.

— Potem mnie zabije.

Maki wyciągnęła dłoń.

— Zatańcz ze mną.

Graz ujął ją ostrożnie.

Tava zwiększyła pola zabezpieczające, nie pytając.

Nie było muzyki. Jedno z ciał pracowni zaczęło jednak wystukiwać delikatny rytm metalicznymi odnóżami.

Maki zrobiła krok w bok.

Graz podążył za nią.

Drugi krok był zbyt długi. Ich kolana zderzyły się.

— Au — powiedział Graz.

— To tylko dotyk.

— Bardzo kostny.

Maki zaśmiała się.

Spróbowali ponownie.

Nie tańczyli dobrze. Graz przypominał sobie ruchy ludzkiego ciała, Maki dopiero odkrywała, że biodra mogą prowadzić w inną stronę niż ramiona. Kilka razy niemal się przewrócili. Raz Tava musiała przechwycić ich oboje polem i postawić ponownie na nogach.

Mimo to nie przestali.

Po kilku minutach ich ruch zwolnił.

Maki przestała próbować kontrolować każdy staw osobno. Oparła dłoń na ramieniu Graza i pozwoliła, by jego ciało podpowiadało jej kierunek. Własną mgławicową obecnością czuła go szerzej, ale w awatarze śledziła nacisk dłoni, ciężar kroków i niewielkie przesunięcia tułowia.

— Teraz jest łatwiej — powiedziała.

— Bo przestałaś próbować wygrać z tańcem.

— Nie można wygrać z tańcem?

— Można. Ale wtedy wygląda źle.

Maki oparła głowę o jego ramię.

— Na ślubie zatańczymy?

— Jeśli przetrwasz ceremonię.

— Przetrwam.

— A jeśli nie?

— Będziesz tańczył ze mną w mgławicy.

— To potrafimy.

— Wiem.

Tava zakończyła rytm.

— Projekty są gotowe — oznajmiło ciało odpowiedzialne za materię. — Wykonanie zajmie około osiemnastu godzin.

— Dostawa do domu? — zapytał Graz.

— Do miejsca ceremonii.

— Nie podaliśmy miejsca.

— Wszyscy na Ganimedesie już wiedzą.

Maki westchnęła.

— Ganimedes jest rozproszony, nie głuchy.

— Dokładnie — odpowiedziała Tava.

Kiedy wychodzili, Maki zatrzymała się przed drzwiami.

Na zewnątrz rozciągało się pustkowie. Jowisz stał nisko, ogromny i spokojny. Odległe osady świeciły pojedynczymi punktami.

— Graz?

— Tak?

— Gdy zobaczysz mnie na ślubie, udawaj, że jesteś zaskoczony.

— Będę zaskoczony.

— Widziałeś strój.

— Nie wiem jeszcze, jak będziesz w nim wyglądać podczas przysięgi.

Maki spojrzała na niego.

— Będę wyglądać jak ja.

— Właśnie dlatego będę zaskoczony.

Zrobiła krok przez próg.

Nie potknęła się.

Drugi także był pewny.

Przy trzecim Graz podał jej rękę, choć jej nie potrzebowała.

Maki przyjęła ją mimo to.

W przeddzień ślubu zaczęli zjeżdżać się goście. Liran z Chryzeidą były już od rana i starały się pomóc Państwu Młodym jak tylko umiały. Była to miła pomoc, choć bardziej symboliczna niż prawdziwa. Liran jak zwykle co jakiś czas poważniała i wygłaszała prawne sentencje. Z kolei Chryzeida cały czas żartowała bawiąc wszystkich. Jej „miau” zdawało się rozbrzmiewać na całym Ganimedesie.

Liran i Chryzeida podróżowały z Plutona, więc towarzyszyli im Claire i Xar. Skończył się ich półroczny pobyt na Ziemi i teraz przez pół roku mieszkali na Charonie. W przeciwieństwie do Liran i Chryzeidy ich pomoc była na wagę złota. Byli jednymi z najlepszych kucharzy w Układzie. Maki po cichu liczyła na ich obecność, wiedziała bowiem, że dzięki ich talentom biesiada weselna będzie naprawdę niezapomniana. Oczywiście Claire i Xar nie robili niczego od podstaw. Delikatnie tylko modyfikowali potrawy przygotowane przez lokalnych mistrzów kuchni.

–   Kuchnia Ganimedesa i jego kucharze to jest klasa – powtarzał Xar. – Naprawdę niewiele trzeba poprawiać.

Nie zabrakło oczywiście brata Maki Arvetha i Sorayi, mgławicowych członków obrony układu, z którymi Maki i Graz pracowali na co dzień. Było też wielu znajomych i przyjaciół Maki z Plutona, oraz kolegów i koleżanek Graza z Floty Kosmicznej.

Około godziny 14 przybyła kobieta w maskującym kombinezonie. Maki i Arveth natychmiast zareagowali otaczając ją ze wszystkich stron. Gdy jednak maskowanie opadło, wszyscy zobaczyli uśmiech Dewi, prezydentki Wenus. Ostatnio bardzo się zbliżyła z mgławicowymi członkami obrony układu, nikt jednak nie przypuszczał, że zdecyduje się przybyć na ślub Maki incognito.

–   Felicitatem novis coniugibus opto! – rzekła wenusjańską łaciną zamiast przywitania.

Krewnych Maki nie było dużo. Graza także. Wielu z nich nie mogło dotrzeć na ślub z uwagi na oddalenie, na kosmiczne szlaki. Jeśli chodzi o mgławicę, długo wychodziło się z bezpiecznych schronień, zwłaszcza tych opartych na studniach grawitacyjnych. Mimo tych trudności przybył wuj Maki Aldan, brat jej ojca Waju. Z najbliższych krewnych Graza na ślub dotarła natomiast kuzynka Graza Lidia, będąca córką siostry jego matki Alany.

Czerwona kręciła się pośród gości pary młodej i zagadywała ich z zainteresowaniem. Musiała ich poznać, bowiem Elian służyła gościnnymi pokojami dla części przyjezdnych. Najpierw oczywiście zobaczyła Dewi.

–   Aria cię pozdrawia – powiedziała do niej z uśmiechem prezydentka Wenus. – Jest przekonana, że dasz sobie radę na Ganimedesie. To co teraz czynisz jest ogromnie ważne. Pozwoli nam przebudzić resztę waszego ludu. Musimy wiedzieć, jak przechodzić bezpiecznie między warstwami śnienia.

–   Może to Aria pierwsza powinna osiągnąć jawę? – spytała Czerwona. – Jest mi tu dobrze, ale mam wrażenie, że nie dojrzałam do jawy.

–    Z tego co wiem, metody Elian Vey działają przez osmozę – powiedziała Dewi. – Nigdy nie wiesz, jak bardzo się zmieniasz, jak bardzo idziesz z nią do przodu. Ona nie poucza, lecz aranżuje sytuacje, które mają znaczenie terapeutyczne. W wolnych chwilach czytam jej książki. To bardzo mądra osoba. Więc nie martw się Ratu Barak Kuna.

–   Lubię jak mnie tak nazywasz, w twoich ustach moje imię balijskie brzmi przepięknie – ucieszyła się Czerwona.

–   Gdy będziesz w stanie jawy przypomnisz sobie język Pradawnych. I możesz mnie nazwać w tym języku. To nowe imię bardzo mi się spodoba – Dewi uśmiechnęła się serdecznie. Jej piękne oczy błyszczały. Była naprawdę ciekawa imienia w języku Pradawnych.

Tymczasem Claire zachwycała się Maki.

–   Wyglądasz po prostu przepięknie. Widać, że miałaś całkowity wpływ na wygląd swojego awatara – Francuzka oglądała ludzką postać Maki uważnie. Po czym prosiła Maki aby ta przechadzała się po pokoju i dawała jej wskazówki co do wdzięcznego poruszania się. – Pamiętaj o biodrach. Są bardzo ważne. Idź jakbyś tańczyła. Tak, dobrze. Spójrz na Dewi, jak ona chodzi. Ona jest wcieleniem kobiecości.

Tymczasem Xar przygotowywał drobne przekąski i co chwila podawał jakąś Maki.

–   Zobacz, jak przyjemnie być w tej formie. Ten pasztecik w ludzkich ustach to prawdziwa poezja – uśmiechał się. Był sAI, ale dzięki małżeństwu z Claire i intensywnej pracy o kuchni ludzkiej wiedział niemal wszystko.

–   Mmmm… – cieszyła się Maki, – pyszne, naprawdę pyszne… Chcę jeszcze Xar, jeszcze. Więcej pasztecików.

–   Nie możesz się objadać samymi pasztecikami. Inne potrawy czekają – uśmiechnął się Xar, przygotowując teraz drobną porcję wątróbki.

Soraya tymczasem spacerowała z Grazem wokół jego domu.

–   Bardzo tu ładnie – powiedziała. – Chętnie was poodwiedzam.

–   Świetnie, będziesz naszym ulubionym gościem – odparł Graz. Lubili z Maki Sorayę ogromnie. Kiedyś była ich wrogiem, teraz była niezastąpiona w walkach ze Strażnikami rozdziału i Toporami. Soraya była jednak też istotą bardzo wrażliwą. Uwielbiała snuć poetyckie opowieści, których wszyscy słuchali oczarowani. – Gdy będziemy mieć dzieci, będziemy liczyć na bajki cioci Sorayi.

–   Już przygotowałam ich całkiem sporo. Teraz wasza kolej – zaśmiała się Soraya.

Lidia, Arveth i Aldan tymczasem zapoznawali się intensywnie wyjadając weselne dania.

–   No synu, ty zawsze jesteś jak tarcza wojownika – poklepywał Arvetha po mgławicowych plecach wuj. – Chłop co się zowie. Cieszę się, że przybyłeś dbać o Maki. Ona zawsze była taka wrażliwa, zamyślona i poetycka.

–   Maki zamyślona i poetycka – śmiał się Arveth. – Wuju, nie mów przy niej takich rzeczy, bo jeszcze ci przysoli tą poezją i tym zamyśleniem.

–    No ale przecież wiesz, jaka ona naprawdę jest. Pamiętam ją jeszcze jako małą dziewczynkę – Aldan uśmiechnął się. – A Graz, jaki on jest? – spytał Lidii.

–    Cichy, uważny, pewny w swoich decyzjach – powiedziała Lidia. – Gdy był jeszcze w szkole wygrywał wszystkie olimpiady matematyczne. Był takim trochę nerdem. Ale był lubiany w klasie. Zresztą zobacz, ilu ma przyjaciół z floty. To ci w gwiezdnych mundurach.

–   Dobrze, bardzo dobrze – cieszył się Aldan. – Ma wielu przyjaciół wśród ludzi czynu, to dobrze o nim świadczy…

–    Teraz zrobił się mgławicowy, taki jak my – dodał Arveth. – Czuje się w naszej formie tak dobrze, że często zapominam, że kiedyś była ona awatarem dla osoby skupionej w jednym miejscu, kruchej i biologicznej. Teraz nic z tych rzeczy. Ufam Grazowi jak bratu. Niejednokrotnie osłaniał mnie podczas akcji i robił to świetnie.

Chryzeida i Liran zabawiały wszystkich gości. Dołączyła do nich Dewi i tak chodziły w trójkę rozmawiając i poznając wszystkich. Kotka – miasto jak zwykle zrobiła furorę wśród dzieci, którym trochę się nudziło. Liran i Dewi też postanowiły poświęcić więcej czasu najmłodszym i w ten sposób pomóc parze młodej.

–   Chciałabym mieć dzieci, a ty? – zagadnęła Liran Dewi.

–   Tak, nawet bardzo – uśmiechnęła się słynna prokurator. – Ale nie znalazłam jeszcze drugiej połówki. Mam tego pecha, że wszyscy mnie się boją.

–    Ja mam tak samo – przyznała prezydentka Wenus. – Jeszcze kiedy byłam tylko radną Nowej Konstancji mężczyźni stawali przede mną na glinianych nogach.

–    Mnie nikt się nie boi. Miau – powiedziała Chryzeida. – Ale jestem jeszcze za mała na takie dorosłe rzeczy. Jeszcze nie myślę o drugim kocie – mieście.

–    Najpierw musiałby się wyłonić – zaśmiała się Liran. – Z tego co wiemy, z kotów miast prócz ciebie jest tylko Doriath. A ona chce być też istotą żeńską.

–    Nie spieszy mi się – Chryzeida machała delikatnie metalowym ogonem, jak zawsze gdy była zamyślona. – Osoby miast będą się wyłaniać. Jestem pewna, że prędzej czy później pojawi się przystojny kocur.

–    Naprawdę myślisz, że wszystkie osoby – miasta będą paradowały w kocich awatarach? – zdziwiła się Dewi.

–    Nie wszystkie. Ale Doriath też wybrała kocią formę. Lwią wprawdzie, ale kocią – powiedziała Chryzeida. – Będąc umysłem i emocjami dużego miast po prostu chcesz przejawiać się na co dzień w czymś drobnym. A koty chodzą swoimi ścieżkami. To podoba się miastom.

Wieczorem dom Maki i Graza przestał wystarczać.

Nie dlatego, że przybyło szczególnie wielu gości. Jak na uroczystość, o której wiedziała większa część Ganimedesa, zaproszonych było stosunkowo niewiele osób. Problem polegał na tym, że prawie każda z nich potrzebowała innego rodzaju przestrzeni.

Osoby biologiczne gromadziły się w ogrzewanych pomieszczeniach, przy stołach i niskich ławach. sAI skupione wybierały wnęki z dostępem do energii i wygodnych interfejsów. Mgławicowi krewni Maki rozpraszali się szeroko nad domem i przyległym pustkowiem, od czasu do czasu zaglądając przez ściany, jakby nie do końca rozumieli potrzebę istnienia drzwi. Chryzeida zajmowała jednocześnie kawałek podłogi, kilka lokalnych kanałów informacyjnych i uwagę wszystkich dzieci.

Xar uznał w końcu, że najrozsądniej będzie przenieść znaczną część przygotowań do szerokiej osłony ustawionej przy domu. Była to półprzezroczysta konstrukcja chroniąca przed wiatrem, lecz otwarta ku Jowiszowi. W normalne dni Maki i Graz używali jej jako miejsca odpoczynku po treningach. Teraz pojawiły się tam stoły, pola smakowe, podgrzewane platformy, miękkie strefy dla rozproszonych oraz kilka niskich świateł.

— Tak jest znacznie lepiej — powiedziała Soraya, patrząc na planetę. — Dom nie powinien próbować zatrzymać całego wesela w środku.

— Dom niczego nie próbował — zauważył Graz.

— Właśnie dlatego przegrał.

Soraya mówiła spokojnie, jakby wygłaszała fragment opowieści, której zakończenie znała od dawna.

Graz roześmiał się i wrócił do Xar-a. Pomagał mu przenosić drobne porcje potraw przeznaczonych dla osób biologicznych. W ludzkiej postaci robił to wolniej, ale uparł się, że chce pozostać w niej jeszcze przez wieczór.

Maki również nie opuszczała kobiecego awatara.

Nie chodziła już tak nieporadnie jak dwa dni wcześniej, choć nadal musiała pamiętać o każdym skręcie, nierówności podłoża i zbyt gwałtownym ruchu. Claire trzymała się blisko niej, lecz nie podawała ręki bez pytania.

— Biodra — przypomniała po raz kolejny.

— Wiem.

— Nie wiesz, skoro zapomniałaś.

— Nie zapomniałam. Zignorowałam.

— To w ruchu wygląda tak samo.

Maki zrobiła kilka kroków po osłoniętym placu. Jej ciemna suknia nie była jeszcze gotowa, więc nosiła prosty strój treningowy. Mgławicowa obecność płynęła szeroko wokół awatara, czasem podtrzymując równowagę subtelnymi zmianami pola.

— Lepiej — oceniła Claire.

— Zawsze było dobrze.

— Maki.

— Dobrze. Teraz jest lepiej.

Xar podał jej niewielką miseczkę.

— Spróbuj.

W środku znajdowała się cienka warstwa czegoś ciemnego, lśniącego i pachnącego gorzkimi ziołami.

— Co to?

— Wątróbka z roślinnej rekonstrukcji.

— To nie brzmi zachęcająco.

— Nie pytaj, tylko próbuj.

Maki wzięła małą porcję.

Smak pojawił się powoli. Najpierw tłusty i głęboki, później gorzki, a na końcu lekko słodki.

Zamknęła oczy.

— Dziwne.

— Dobre? — zapytał Xar.

— Tak.

— Następny etap nauki człowieczeństwa: rzecz może wyglądać niepokojąco, pachnieć podejrzanie i nadal być znakomita.

— To brzmi raczej jak opis Maki — zauważył Arveth, który właśnie przechodził obok.

Maki otworzyła oczy.

— Powiedz to jeszcze raz.

— Mówiłem do Xar-a.

— Słyszałam.

— W takim razie nie muszę powtarzać.

Aldan, unoszący się nad stołem w szerokiej mgławicowej formie, zajaśniał śmiechem.

— Zawsze była taka — powiedział.

— Jaka? — zapytała Maki.

— Wrażliwa.

— Wuju.

— I poetycka.

— Wuju.

— I groźna, kiedy ktoś o tym mówił.

— To już brzmi prawdziwiej.

Arveth otoczył wuja jednym z pasm.

— Ostrzegałem.

— Jest przeddzień ślubu. Nie uderzy mnie przy gościach.

— Zależy, jak poetycko.

Maki podeszła do nich powoli.

Aldan przyglądał się jej ludzkiemu awatarowi z ciekawością, ale bez zdumienia. W jego obecności nie było lęku ani ostrożności. Tylko ciepło osoby, która pamiętała ją jeszcze sprzed wielu przemian.

— Pasuje ci — powiedział.

— Co?

— Twarz.

— Znasz mnie jako mgławicę.

— Znam cię jako Maki. Twarz jest nowa, ale wyraz nie.

— Jaki wyraz?

— Jakbyś właśnie zauważyła, że świat jest piękny, i natychmiast zaczęła podejrzewać go o podstęp.

Arveth roześmiał się głośno.

Maki chciała odpowiedzieć ostro, lecz nie potrafiła. Wyraz wuja był zbyt szczery.

— Może trochę — przyznała.

Aldan zbliżył jedno pasmo do jej policzka, lecz zatrzymał je przed dotykiem.

— Mogę?

Maki skinęła głową.

Mgławicowe światło dotknęło skóry awatara delikatnie. Nie było to biologiczne pogłaskanie ani pełne przenikanie. Raczej krótki znak rozpoznania pomiędzy dawną a nową formą.

— Nadal ty — powiedział Aldan.

— Oczywiście.

— Wiem. Mówię to dla siebie.

Maki zrozumiała.

Położyła dłoń na świetlistym paśmie wuja.

— Ja także dopiero się uczę.

Kilka metrów dalej Rubra rozmawiała z Dewi.

Prezydentka Wenus przestała już ukrywać swoją tożsamość. Zdjęła maskujący kombinezon i nosiła prosty, jasny strój z czerwonymi i złotymi elementami. Wokół nich przechodzili goście, dzieci i lokalne sAI, lecz rozmowa miała spokojny, niemal prywatny charakter.

— Powiedziałaś, że to, co robię, pozwoli przebudzić resztę mojego ludu — przypomniała Czerwona.

Dewi spoważniała.

— Tak powiedziałam.

— Elian nigdy tak nie mówi.

— Wiem.

— Ona mówi, że nie muszę dochodzić do jawy dla nikogo.

— Ma rację.

Rubra przygasła lekko.

— Więc ty nie miałaś racji?

Dewi nie odpowiedziała od razu.

Spojrzała ku Elian, która stała dalej przy jednym ze stołów i rozmawiała z Liran. Psycholożka nie słuchała ich w sposób widoczny, lecz Dewi wiedziała, że zauważyła zmianę światła Czerwonej.

— Myślałam jak prezydentka — powiedziała w końcu. — Zobaczyłam możliwość dla wielu istnień i od razu zaczęłam mówić o jej znaczeniu.

— To źle?

— Nie zawsze. Ale przy tobie powinnam była najpierw myśleć o tobie.

Rubra skierowała ku niej ciemniejsze pasmo.

— Czy nadal chcesz, żebym się przebudziła?

— Tak.

— Dla innych?

— Także. Nie będę udawała, że nie ma to znaczenia. Jeśli nauczymy się bezpiecznie przechodzić między warstwami śnienia, możemy pomóc wielu Prastarym.

— A jeśli nie chcę być pierwsza?

— Wtedy nie będziesz.

— A jeśli nigdy nie dojdę do jawy?

Dewi westchnęła.

— Będzie mi żal możliwości, którą widziałam. Ale nie będę uważała, że mnie zawiodłaś.

— Jesteś pewna?

— Teraz tak.

Rubra milczała.

— Prezydenci często mówią o osobach jak o częściach wielkich procesów — dodała Dewi. — Czasem muszą. To nie znaczy, że proces jest ważniejszy od osoby. Ale łatwo zacząć mówić tak, jakby był.

— Elian mówi, że polityka lubi szybciej nadawać znaczenia niż psychologia.

— Elian ma irytująco dużo racji.

Czerwona pojaśniała.

— Lubię, kiedy to przyznajesz.

— Nie przyzwyczajaj się.

— Ratu Barak Kuna — powiedziała nagle Rubra. — Powiedz jeszcze raz.

Dewi uśmiechnęła się.

— Ratu Barak Kuna.

— W twoim głosie brzmi jak imię osoby, która ma własny kraj.

— Może masz.

— Nie mam.

— Możesz kiedyś mieć miejsce, które uzna cię za swoją.

— Czy to jest kraj?

— Czasem dom wystarczy.

Rubra zwróciła światło ku budynkowi Elian, widocznemu w oddali.

— Jeszcze nie wiem, czy to mój dom.

— Nie musisz wiedzieć tak szybko.

— Ty chciałabyś mieć nowe imię w języku Prastarych.

— Bardzo.

— To jest samolubne.

— Odrobinę.

— Dobrze.

— Dobrze?

— Wolę, kiedy nie udajesz, że wszystkie twoje pragnienia są dla dobra Wenus.

Dewi roześmiała się.

— Będziesz trudną rozmówczynią po przebudzeniu.

— Już jestem.

— To prawda.

W pobliżu Chryzeida prowadziła grupę dzieci wzdłuż osłony. Każde miało za zadanie naśladować inny sposób poruszania się miasta.

Jedno chodziło bardzo wolno, udając szeroką aleję.

Drugie wykonywało nagłe skręty jak ciasne uliczki.

Trzecie stało nieruchomo i twierdziło, że jest placem ceremonialnym.

— A ja jestem awarią transportu publicznego — powiedziało najmniejsze dziecko i położyło się na podłodze.

— Bardzo realistycznie — oceniła Chryzeida. — Miau.

Liran szła obok nich z poważną miną.

— Pamiętajcie, że miasto nie może bez uzasadnienia zatrzymywać ruchu osób.

— A kot może? — zapytało dziecko udające aleję.

— Kot może usiąść tam, gdzie chce — odpowiedziała Chryzeida.

— To nie jest zasada prawna — zaprotestowała Liran.

— Powinna być.

Dewi i Rubra zbliżyły się do grupy.

— Czy prezydentka Wenus może ustanowić prawo kotów? — zapytała Chryzeida.

— Na Wenus?

— Na całym Układzie.

— Nie mam takich kompetencji.

— Liran ma?

— Nie — odpowiedziała prokuratorka.

Chryzeida poruszyła ogonem.

— Instytucje są bardzo rozczarowujące.

Dzieci zgodziły się jednogłośnie.

Na drugim końcu osłony Claire poprawiała sposób chodzenia Maki, a Xar przynosił kolejne potrawy. Tym razem była to niewielka kulka pokryta chrupiącą warstwą i wypełniona gorącym, korzennym środkiem.

— Powoli — ostrzegł.

Maki natychmiast włożyła całość do ust.

Znieruchomiała.

— Gorące — powiedziała po chwili z pełnymi ustami.

— Mówiłem.

— Dlaczego dałeś mi coś gorącego?

— Żebyś poczekała.

— To okrutna metoda.

— Skuteczna.

Graz podał jej zimny napój.

Maki wypiła zbyt szybko, zakrztusiła się i zaczęła kaszleć.

Wszystkie jej mgławicowe obecności rozbłysły gwałtownie.

Arveth ruszył ku niej.

Claire uniosła ręce.

Graz jednak tylko stanął obok.

— Oddychaj — powiedział.

— Wiem, jak się oddycha!

— W tej chwili nie wygląda.

— To ciało jest absurdalne.

— Jeszcze jeden pasztecik? — zapytał Xar.

— Tak.

— Najpierw przestań kaszleć.

Maki po chwili odzyskała oddech.

— Chcę dwa.

— Dostaniesz jeden.

— Jestem panną młodą.

— Właśnie dlatego musisz przetrwać do jutra.

Graz przyglądał się jej z czułością.

— Dobrze się czujesz?

— Doskonale.

— Prawie udusiłaś się przekąską.

— Ale jak pięknie.

Claire roześmiała się.

— Zaczynasz rozumieć kuchnię ludzką.

W pobliżu Lidia rozmawiała z Sorayą.

— Graz naprawdę zawsze był cichy — mówiła. — Kiedy cała klasa kłóciła się o rozwiązanie zadania, on siedział i patrzył. Potem podchodził do tablicy, pisał trzy linijki i okazywało się, że wszyscy inni skomplikowali rzecz bez potrzeby.

— Nadal taki jest — powiedziała Soraya. — Podczas walki czasem milczy tak długo, że zaczynam sądzić, iż straciliśmy z nim łączność. Potem wykonuje jeden ruch i nagle widzimy wyjście.

— Maki lubi takich ludzi?

— Maki nie lubi, kiedy ktoś mówi za dużo tylko po to, żeby zakryć własny lęk.

— Graz się jej nie bał?

Soraya spojrzała ku parze młodej.

Maki właśnie próbowała wymusić na Xar-ze drugi pasztecik, a Graz przekonywał ją, że ślub nie może rozpocząć się od bólu brzucha.

— Bał się — powiedziała Soraya. — Ale nie uznał lęku za rozkaz.

Lidia uśmiechnęła się.

— To brzmi jak on.

— A ona?

— Jaka była dla niego?

Soraya zastanowiła się.

— Na początku jak drzwi do burzy. Później okazało się, że burza także potrafi czekać, słuchać i chronić. Tylko nie lubi, kiedy się o tym mówi.

— Wrażliwa, zamyślona i poetycka — powiedziała Lidia.

Soraya zaśmiała się.

— Aldan już ci powiedział?

— Tak.

— Nie mów przy Maki.

— Arveth ostrzegał.

Wieczór stawał się coraz ciemniejszy.

Jowisz przesuwał się nad horyzontem, a światło osad na pustkowiu jaśniało wyraźniej. Goście zaczęli rozchodzić się do przygotowanych miejsc noclegowych. Część została w domu Maki i Graza. Inni udali się do Elian, sąsiednich domów albo tymczasowych stref odpoczynku.

Chryzeida odmówiła wyboru jednego miejsca.

— Będę spała trochę tutaj, trochę w sieci osady, trochę w kocim awatarze i trochę w miejskich czujnikach — oznajmiła.

— To nie jest spanie — powiedziała Liran.

— Dla miasta jest.

Dzieci domagały się, żeby Chryzeida jeszcze raz opowiedziała historię o tym, jak nauczyła Arię mówić „miau”. Kotka zgodziła się pod warunkiem, że Liran odegra rolę poważnej osoby, która nie rozumie sensu miauczenia.

— To nie będzie wymagało gry aktorskiej — zauważyła Dewi.

Liran spojrzała na nią chłodno.

— Pani prezydent może zagrać osobę, która bez potrzeby ingeruje w cudzą narrację.

— Też nie będzie wymagało gry — odpowiedziała Dewi.

Chryzeida zwinęła ogon z zadowoleniem.

— To będzie dobre przedstawienie.

Rubra została przy osłonie, kiedy większość osób już odeszła.

Jej pierwsze gotowe girlandy unosiły się nad pustym stołem. Świetlne kwiaty nie przypominały żadnych biologicznych roślin. Niektóre otwierały się ku obecności przechodzącej osoby. Inne przygasały, zostawiając pomiędzy płatkami ciemność. Jeden bukiet składał się z trzech świateł, z których każde poruszało się własnym rytmem.

Elian stanęła obok niej.

— Zmęczona?

— Trochę.

— Chcesz wrócić do domu?

— Jeszcze nie.

— Dlaczego?

Rubra skierowała światło ku oddalającym się gościom.

— Chcę zobaczyć, jak miejsce staje się puste po tym, jak było pełne.

Elian usiadła na niskiej ławie.

— I co widzisz?

— Ślady ciepła. Zapisane kierunki ruchu. Resztki rozmów w systemach. Zapachy jedzenia. Dzieci zostawiły przedmioty.

Na podłodze leżała niewielka srebrna figurka kota.

— Ktoś po nią wróci — powiedziała Elian.

— A jeśli nie?

— Zostawimy ją w widocznym miejscu.

Rubra uniosła figurkę polem.

— To dziwne. Kiedyś pustka oznaczała, że wszystko odeszło albo zostało zniszczone.

— Teraz?

— Teraz oznacza, że może wrócić rano.

Elian nie odpowiedziała.

Przez kilka chwil patrzyły na Jowisza.

— Dewi przeprosiła mnie — powiedziała Rubra.

— Słyszałam część rozmowy.

— Nie wszystko?

— Nie.

— Mogłaś.

— Mogłam.

Rubra przesunęła figurkę kota bliżej świateł girlandy.

— Powiedziała, że myślała jak prezydentka.

— To uczciwe.

— Chce pomóc Prastarym.

— Tak.

— Ja też chyba chcę.

— To nie znaczy, że musisz zrobić wszystko pierwsza.

— Wiem.

— Co teraz czujesz?

Czerwona nie odpowiedziała od razu.

— Że jutro jest ślub Maki i Graza.

Elian uśmiechnęła się lekko.

— To prawda.

— I że nie muszę jutro się przebudzić.

— Nie musisz.

— Mogę tylko patrzeć.

— Możesz.

— Mogę wyjść.

— Możesz.

— Mogę zostać na dwudziestym poziomie.

— Tak.

Rubra spojrzała na własne kwiaty.

— Ale chcę być bliżej.

— Czego?

— Czegoś prawdziwego.

Elian odwróciła głowę ku niej.

— To nie musi oznaczać jawy.

— Wiem.

— I nie musi prowadzić dalej.

— Wiem.

Rubra umieściła srebrnego kota pomiędzy trzema światłami girlandy.

— Jutro zobaczę, jak dwoje ludzi wybiera siebie przy świadkach.

— Tak.

— Wiem, czym jest przysięga wojskowa. Wiem, czym jest rozkaz, kontrakt i zobowiązanie.

— A ślub?

— Jeszcze nie.

— Jutro zobaczysz jedną odpowiedź.

— Jedną?

— Każdy ślub odpowiada trochę inaczej.

Rubra przygasła z namysłem.

— Czy Maki i Graz będą tacy sami po ślubie?

— Prawdopodobnie.

— Więc po co go biorą?

Elian spojrzała ku ich domowi. W jednym z okien poruszały się ciemne i jasne pasma. Maki i Graz nadal nie spali.

— Żeby coś, co już istnieje, powiedzieć głośno przed innymi — odpowiedziała. — I żeby później pamiętać, że powiedzieli.

— Pamięć wystarczy?

— Nie. Ale pomaga.

Rubra spojrzała na trzy osobne światła.

— W takim razie jeden bukiet będzie o pamięci.

— Ten bez zapłaty?

— Nie wiem jeszcze.

— Dobrze.

Czerwona pozostawiła srebrnego kota wśród girlandy.

Rano dziecko rzeczywiście po niego wróciło.

Ale tej nocy figurka spędziła kilka godzin pośród świateł Rubry, jak mały miejski gość, który zasnął w miejscu przeznaczonym na ślub.

Ranek ślubu przyszedł na Ganimedes powoli.

Najpierw rozjaśnił się Jowisz.

Jego pasma chmur nabrały głębokich barw, czerwieni, ochry, bieli i ciemnego brązu. Później światło odbite od planety zaczęło spływać po lodowych wzgórzach. Z daleka wyglądało to tak, jakby pustkowie nie budziło się pod słońcem, lecz pod ogromnym, spokojnym okiem innego świata.

Miejsce ceremonii znajdowało się kilka kilometrów od domu Maki i Graza, na szerokim, łagodnie opadającym płaskowyżu. Z jednej strony rozciągał się widok na rozproszone osady. Z drugiej zaczynało się pustkowie, niemal pozbawione świateł, przecięte jedynie liniami dawnych pęknięć lodu.

Nie zbudowano tam tradycyjnej sali.

Tava i miejscowe sAI rozpięły jedynie cienką osłonę chroniącą biologicznych gości przed zimnem, brakiem atmosfery i drobnym pyłem. Była niemal niewidoczna. Nie zasłaniała Jowisza ani horyzontu. Powietrze wewnątrz miało odpowiednią temperaturę, ale zachowywało zapach lodu i metalicznej ziemi Ganimedesa.

Ślubny kobierzec nie był tkaniną.

Rubra ułożyła go ze światła.

Od wejścia do miejsca przysięgi prowadziły trzy równoległe linie. Jedna była ciemnoczerwona, druga błękitna, trzecia złota. Nie łączyły się na całej długości. Czasem oddalały się od siebie, czasem biegły tak blisko, że ich światło mieszało się w ochrową poświatę.

Pomiędzy nimi pozostawały miejsca zupełnie ciemne.

Goście zatrzymywali się przy wejściu i pytali, czy instalacja nie jest jeszcze gotowa.

Rubra odpowiadała:

— Jest gotowa.

— A te przerwy?

— Także.

— Czy światło nie powinno być ciągłe?

— Nie.

Nie wszyscy rozumieli.

Rubra nie próbowała wyjaśniać każdemu.

Nad miejscem ceremonii unosiły się girlandy. Nie przypominały roślin znanych z Ziemi, Wenus ani Ganimedesa. Mgławicowe płatki tworzyły się ze światła, mineralnego pyłu i delikatnych pól. Otwierały się, kiedy ktoś przechodził blisko, lecz nie wszystkie reagowały jednakowo. Jedne jaśniały. Inne przygasały. Jeszcze inne pozostawały nieruchome, jakby nie chciały być ozdobą dla każdego spojrzenia.

Na końcu kobierca znajdował się największy bukiet.

Składał się z dwóch rozległych kwiatów i jednego mniejszego światła pomiędzy nimi. Kwiaty nie były symetryczne. Jeden rozwijał płatki szeroko, drugi skupiał je bliżej środka. Nie łączyły się bezpośrednio. Pomiędzy nimi poruszało się złote światło, czasem dotykając jednego, czasem drugiego, czasem pozostając w pustej przestrzeni.

Graz zobaczył bukiet dopiero rano.

— To ten bez zapłaty? — zapytał Rubrę.

— Tak.

— Co przedstawia?

— Nie wiem, czy chcę mówić.

— Nie musisz.

Rubra przygasła z namysłem.

— Przedstawia to, czego nauczyłam się przy waszych kwiatach.

— Czyli?

— Że pomiędzy dwiema osobami może istnieć światło, które nie należy wyłącznie do żadnej z nich. Ale też nie jest trzecią osobą. Jest drogą. Pamięcią. Ruchem. Czasem miejscem, w którym się spotykają.

Graz przyglądał się bukietowi.

— To bardzo dużo jak na dekorację.

— Dlatego nie chciałam zapłaty.

— Rozumiem.

— Nie, nie rozumiesz.

— Możliwe.

Rubra rozjaśniła się.

— Dobrze.


Maki przygotowywała się w domu Elian.

Nie dlatego, że istniał zwyczaj oddzielania panny młodej od pana młodego. Sama uznała, że Graz nie powinien widzieć jej w pełnym stroju wcześniej. Nie potrafiła wyjaśnić, skąd wzięła ten pomysł. Być może z ziemskich ceremonii, które oglądała. Być może z potrzeby sprawienia mu niespodzianki. Być może dlatego, że nowa forma wciąż nie była dla niej codziennością i chciała wejść w nią bez jego spojrzenia, aby przez chwilę odnaleźć się sama.

Claire pomagała jej włożyć suknię.

Tava przysłała dwa ze swoich ciał. Jedno kontrolowało materiał, drugie światło.

Elian nadzorowała połączenie z awatarem.

Rubra stała przy drzwiach, trzymając niewielki bukiet przeznaczony dla Maki.

— Nie patrzcie na mnie wszystkie naraz — powiedziała panna młoda.

— Nie patrzę — odpowiedziała Elian, patrząc na wskaźniki.

— Ja muszę — powiedziała Claire. — Inaczej nie zapnę stroju.

— Ja obserwuję stabilność formy — oznajmiła Tava.

— A ja bukiet — powiedziała Rubra.

— Ty możesz.

Kobiecy awatar Maki stał pośrodku pokoju.

Tym razem twarz nie była już niedokończona. Oczy miały głęboki, ciemny kolor, ale przy ruchu pod tęczówkami przechodziło światło mgławicy. Rysy pozostały ostre. Nie wyglądała łagodnie. Nie wyglądała też groźnie w prostym sensie. Jej twarz sprawiała raczej wrażenie, że widziała rzeczy, których nie zamierzała łatwo wybaczyć światu, lecz mimo to zdecydowała się dziś być szczęśliwa.

Ciemne włosy opadały na plecy. Wplecione w nie smugi światła pojawiały się i gasły jak ślady gwiazd.

Suknia była niemal czarna.

Dopiero w ruchu ukazywała odcienie głębokiego błękitu, ochry i srebra. Mgławicowa obecność Maki przenikała przez tkaninę, wypływała z rękawów i ramion, otaczała ciało szeroką, spokojną nocą.

— Wyglądasz niezwykle — powiedziała Claire.

— To znaczy dobrze?

— To znaczy, że nikt nie pomyli cię z kimkolwiek innym.

— Dobrze.

Maki zrobiła krok.

Potem drugi.

Nie upadła.

Przy trzecim zachwiała się lekko, ale strój odpowiedział delikatnym podparciem.

— Tava — powiedziała ostrzegawczo.

— To było rzeczywiste zagrożenie upadkiem.

— Sama bym odzyskała równowagę.

— Być może.

— Wyłącz zabezpieczenie.

— Nie.

Maki zwróciła się ku Elian.

— Powiedz jej.

— Nie.

— Wszystkie się sprzysięgłyście.

— Tak — odpowiedziała Claire.

Rubra zbliżyła się z bukietem.

Był mniejszy niż pozostałe, ale bardziej skupiony. Płatki miały ciemnoczerwoną barwę. W ich wnętrzu znajdowały się drobne złote punkty.

— To dla ciebie — powiedziała.

Maki wzięła bukiet w ludzkie dłonie.

Nie był materialny w zwykłym sensie. Pola dostosowały się do jej palców. Czuła lekki opór, ciepło i delikatne drżenie.

— Piękny — powiedziała.

— Nie jest idealny.

— Dlatego jest piękny.

Rubra spojrzała na jej twarz.

— Boisz się?

Maki chciała zaprzeczyć.

Tym razem również tego nie zrobiła.

— Tak.

— Graza?

— Nie.

— Upadku?

— Trochę.

— Ludzkiego ciała?

— Także.

— Ślubu?

Maki spojrzała w stronę Jowisza widocznego przez okno.

— Nie ślubu. Chwili. Czasem bardzo długo czekasz na coś dobrego, a kiedy wreszcie nadchodzi, boisz się, że nie zdołasz być w nim wystarczająco obecna.

Rubra rozjaśniła się cicho.

— Możesz być w więcej niż jednej formie.

— Wiem.

— Jeśli awatar upadnie, mgławica nadal będzie stała.

— Tak.

— Jeśli głos się załamie, możesz mówić światłem.

— Tak.

— Jeśli nic nie powiesz, Graz i tak będzie wiedział.

Maki popatrzyła na nią uważnie.

— Skąd wiesz?

— Patrzyłam na was.

Claire uśmiechnęła się.

Elian podeszła bliżej.

— Parametry stabilne. Możesz iść.

— Nie potrzebuję pozwolenia.

— Wiem. Informuję.

Maki ruszyła do drzwi.

Przed wyjściem odwróciła się ku Rubrze.

— Idziesz ze mną?

— Nie jestem częścią orszaku.

— Nie mamy orszaku.

— W takim razie tym bardziej.

— Chcę, żebyś szła obok.

Rubra znieruchomiała.

— Dlaczego?

— Bo zrobiłaś światło, po którym będę iść.

Czerwona zbliżyła się do niej.

— Dobrze.


Graz czekał na końcu kobierca.

Przyszedł w ludzkim ciele, lecz jego mgławicowa postać rozciągała się wokół niego. Ciemny ceremonialny płaszcz Tavy łączył obie formy. Materialna warstwa spływała z ramion człowieka, a świetliste pola przechodziły w szerokie pasma jego mgły.

Arveth stał po jednej stronie.

Soraya po drugiej.

Nie pełnili oficjalnych funkcji. Po prostu byli blisko.

Osobą prowadzącą ceremonię była miejscowa celebrantka imieniem Nemea, sAI o trzech awatarach. Jeden miał formę humanoidalną i stał przy Grazie. Drugi unosił się wysoko nad gośćmi, kontrolując nagłośnienie oraz przekaz dla osób rozproszonych. Trzeci, niewielki i świetlisty, pozostawał przy dzieciach, odpowiadając cierpliwie na pytania, kiedy wreszcie będzie można jeść.

Liran stała w pierwszym rzędzie z Chryzeidą.

Dewi zajęła miejsce obok Elian.

Claire i Xar byli jeszcze przez chwilę przy stołach, choć obiecali, że podczas przysięgi przestaną poprawiać potrawy.

Wuj Aldan unosił się szeroko nad grupą krewnych Maki.

Lidia stała z osobami z Floty.

Goście z Plutona, Wenus, Tytana, Charona, Ziemi, Ganimedesa oraz odległej mgławicy tworzyli niejednorodny tłum. Niektóre osoby zajmowały jedno krzesło. Inne rozciągały się nad całym płaskowyżem. Jeszcze inne uczestniczyły przez awatary, projekcje i pola obecności.

Chryzeida zauważyła Maki jako pierwsza.

— Miau — powiedziała cicho.

Rozmowy ucichły.

Maki weszła na świetlną drogę.

Szła powoli.

Nie dlatego, że ceremonia wymagała powagi. Po prostu nadal musiała uważać na każdy krok.

Rubra płynęła obok niej, trochę z tyłu. Jej czerwone światło nie dotykało awatara Maki, lecz pozostawało wystarczająco blisko, aby w razie potrzeby podtrzymać bukiet albo wezwać Elian.

Pierwsza ciemna przerwa w kobiercu znalazła się kilka metrów od wejścia.

Maki zatrzymała się.

— Rubro — powiedziała półgłosem. — Tu nie ma światła.

— Wiem.

— Mam przejść?

— Tak.

— Dlaczego zrobiłaś przerwę dokładnie tutaj?

— Żeby światło nie udawało, że zna całą drogę.

Maki spojrzała przed siebie.

Graz czekał.

Zrobiła krok w ciemność.

Kobierzec pod jej stopami nie świecił, lecz nadal istniało podłoże. Drugi krok postawiła pewniej. Po chwili linie pojawiły się ponownie.

Goście nie znali ich rozmowy, ale widzieli, jak panna młoda przez chwilę idzie po niewidocznej drodze.

Przy drugiej przerwie nie zatrzymała się.

Mgławicowa obecność Maki rozlała się szerzej i dotknęła świateł po obu stronach. Ciemność nie zniknęła. Stała się częścią wzoru.

Graz patrzył na nią.

Nie udawał zaskoczenia.

Był naprawdę zaskoczony.

Widział wcześniej awatar, suknię i światła. Nie widział jednak Maki idącej ku niemu w obu formach jednocześnie. Kobieca postać była piękna, skupiona i nieco niepewna w każdym kroku. Mgławica otaczała ją spokojną siłą, jakby noc nauczyła się iść na dwóch nogach, ale nie zrezygnowała z bycia niebem.

Maki dotarła do niego.

Ostatni krok był zbyt długi.

Zachwiała się.

Graz wyciągnął ręce.

Nie zdążył jej dotknąć.

Maki odzyskała równowagę sama.

— Nie upadłam — powiedziała cicho.

— Widziałem.

— Byłeś gotowy mnie złapać.

— Zawsze.

— To dobrze.

Nemea zaczekała, aż ich mgławicowe pola uspokoją się nieco.

— Spotykamy się dzisiaj — rozpoczęła — nie po to, aby stworzyć pomiędzy Maki i Grazem coś, czego wcześniej nie było. Nie mamy takiej mocy. Nie ma jej prawo, ceremonia ani zgromadzeni świadkowie.

Liran skinęła głową z uznaniem.

Nemea mówiła dalej:

— Możemy jednak zobaczyć ich wybór. Możemy go usłyszeć. Możemy zachować pamięć chwili, w której dwoje osób powiedziało publicznie: chcemy nadal iść ku sobie, nawet jeśli będziemy się zmieniać.

Światła Rubry przesunęły się wzdłuż kobierca.

— Nie przyrzekają sobie niezmienności — powiedziała Nemea. — Przyrzekają uważność wobec zmian. Nie przyrzekają, że zawsze będą rozumieli wszystkie swoje formy. Przyrzekają, że nie uznają obcości za koniec miłości, zanim spróbują ponownie się rozpoznać.

Graz spojrzał na Maki.

Jej ludzka dłoń drżała lekko.

Wyciągnął własną.

Maki podała mu rękę.

Ich mgławicowe formy również się zbliżyły, ale nie przeniknęły od razu. Pozostały obok, zachowując osobne rytmy.

Nemea zwróciła się do Graza.

— Czy chcesz wypowiedzieć swoje słowa?

— Tak.

Graz wziął oddech.

— Maki. Kiedy spotkałem cię po raz pierwszy, niemal wszyscy zastanawiali się, jak cię zatrzymać, osądzić albo przeżyć spotkanie z tobą. Ja także się bałem. Nie chcę tworzyć piękniejszej wersji siebie niż ta, która wtedy istniała.

Wśród gości zapanowała głęboka cisza.

— Przyniosłem ci bukiet, ponieważ nie wiedziałem, co innego można zrobić wobec osoby, która wyglądała, jakby nikt od dawna nie dał jej niczego bez ukrytego planu. Później dowiedziałem się, że bukiet również był planem. Chciałem, żebyś się ucieszyła. Chciałem, żebyś spojrzała na mnie inaczej.

Maki ścisnęła jego dłoń.

— Nadal tego chcę — powiedział Graz. — Chcę, żebyś cieszyła się moją obecnością. Chcę, żebyś mnie wybierała. Nie uważam jednak, że należy mi się twój wybór tylko dlatego, że cię kocham.

Jego mgławicowa postać rozjaśniła się.

— Przyrzekam wracać do rozmowy, kiedy forma, czas albo lęk zaczną nas od siebie oddalać. Przyrzekam nie zamykać siebie w jednej postaci tylko po to, aby udowodnić miłość. Przyrzekam także nie odrzucać nowej postaci tylko dlatego, że inni nazwą ją nienaturalną.

Spojrzał na własne ludzkie dłonie.

— Chcę być człowiekiem. Chcę być mgławicowy. Być może kiedyś zechcę być czymś jeszcze innym. Przyrzekam mówić ci prawdę o tym, gdzie czuję siebie. I słuchać, gdzie ty czujesz siebie.

Podniósł jej dłoń do ust.

— Kocham cię w każdej formie, którą rozpoznam jako ciebie. A jeśli kiedyś nie rozpoznam od razu, nie odejdę bez szukania.

Maki nie odpowiedziała przez chwilę.

Jej mgławica drżała szeroko nad płaskowyżem.

— To były dobre słowa — powiedziała w końcu.

Goście roześmiali się cicho.

— Teraz ty — przypomniała Nemea.

— Wiem.

Maki spojrzała na Graza ludzkimi oczami.

— Graz. Kiedy przyniosłeś mi bukiet, uznałam, że jesteś albo bardzo odważny, albo bardzo głupi.

— Które?

— Nadal nie wiem.

Chryzeida powiedziała ciche „miau”.

Maki uśmiechnęła się.

— Byłam wtedy osobą, która potrafiła dostrzec zagrożenie w niemal wszystkim. To wielokrotnie ratowało mi istnienie. Później zaczęło przeszkadzać mi w życiu. Ty nie próbowałeś odebrać mi ostrożności. Nie mówiłeś, że mam przestać być sobą, aby stać się łatwiejsza do kochania.

Jej głos był niski i trochę szorstki. Brzmiał już jak ona.

— Przyrzekam nie używać lęku jako dowodu, że wiem lepiej, czego potrzebujesz. Przyrzekam chronić cię, ale nie przed każdym wyborem, którego sama bym nie podjęła. Przyrzekam mówić, kiedy moje emocje nie nadążają za tym, co rozum już wie.

Spojrzała na jego ludzkie ciało, a potem na mgławicę.

— Bałam się, że stając się podobny do mnie, odejmujesz coś sobie. Dzisiaj wiem, że miłość nie musi liczyć form jak utraconych części. Możemy otwierać nowe drogi, a dawne pozostawić dostępne. Nie dlatego, że musimy nimi wrócić. Dlatego, że wolność jest większa, kiedy nie palimy mostów bez potrzeby.

Jej mgławicowe pasma dotknęły jego światła.

— Przyrzekam nie żądać, żebyś zawsze był blisko w ten sam sposób. Przyrzekam jednak pamiętać, że chcę cię blisko. Nie będę udawała obojętności, aby wyglądać na silniejszą.

Graz uśmiechnął się.

— Przyrzekam ci moją odwagę, nawet kiedy będzie wyglądała jak upór. Przyrzekam ciekawość twoich zmian. Przyrzekam także, że jeśli kiedyś zgubisz drogę do siebie, będę szła obok, lecz nie będę mówiła, że wiem, dokąd masz dojść.

Maki wzięła głębszy oddech.

— Kocham cię. Chcę z tobą domu na Ganimedesie, domu na Plutonie, podróży, pustkowia, chcę dzieci, jeśli je stworzymy, ciszy, sporów, kwiatów, których nie rozumiemy, i wielu lat, podczas których nadal będziesz mnie zaskakiwał.

Zbliżyła się o pół kroku.

— A kiedy przestaniesz mnie zaskakiwać, wymyślę coś niebezpiecznego.

— Tego się obawiałem — powiedział Graz.

Nemea pozwoliła gościom wybrzmieć śmiechem.

Potem zapytała:

— Czy wybieracie siebie jako małżonków?

— Tak — odpowiedział Graz.

— Tak — powiedziała Maki.

Ich mgławicowe formy spotkały się.

Nie zniknęły w sobie.

Pasma nakładały się, rozchodziły i wracały. Ludzka dłoń Maki pozostała w dłoni Graza. Dwie formy bliskości trwały jednocześnie.

Światła Rubry rozbłysły.

Czerwone, błękitne i złote linie przebiegły przez kobierzec. Puste miejsca pozostały ciemne. Nad nimi jednak pojawiły się delikatne łuki, jakby światło pamiętało drogę także tam, gdzie nie było widoczne.

Nemea powiedziała:

— Wobec waszych słów, wobec zgody i wobec świadków uznaję wasze małżeństwo.

Maki natychmiast pocałowała Graza.

Nie czekała na ceremonialną formułę.

Zrobiła krok zbyt szybko i znów prawie straciła równowagę. Graz złapał ją w pasie. Pocałunek zaczął się nieporadnie, lecz po chwili znaleźli własny rytm.

Chryzeida miauknęła tak głośno, że odpowiedziały jej dzieci, miejskie czujniki i kilka sAI, które nigdy wcześniej nie używały tego dźwięku.

Nad płaskowyżem rozszedł się śmiech.


Rubra nie patrzyła na pocałunek przez cały czas.

W chwili, gdy światła kobierca rozbłysły, poczuła zmianę w sobie.

Nie była gwałtowna.

Nie przypominała otwierania drzwi ani przełamania bariery.

Raczej coś, co od dawna utrzymywała w napięciu, przestało wymagać siły.

Dwudziesty poziom śnienia pozostał wokół niej. Znała jego strukturę, rytm, zabezpieczenia i odruchy. Za nim wyczuwała kolejne warstwy. Dawniej każda wydawała się wejściem do miejsca, gdzie czekała jej prawdziwa, destrukcyjna natura.

Teraz nie była już tego pewna.

Wiedziała, że w jej pamięci istnieją rozkazy.

Wiedziała, że została zbudowana albo przekształcona do walki.

Nie wiedziała jednak, czy przed bronią istniała inna osoba. Nie wiedziała, czy jawa przywróci tę osobę, stworzy nową, czy tylko odsłoni więcej bólu.

Wiedziała natomiast coś, czego wcześniej nie znała.

Mogła przestać.

Elian stała kilka metrów dalej.

Nie patrzyła na Rubrę nieustannie. Uczestniczyła w ślubie. Śmiała się wraz z innymi. Pozostawała jednak dostępna.

Rubra zbliżyła się do niej.

— Elian.

Psycholożka natychmiast zwróciła ku niej uwagę.

— Jestem.

— Chcę spróbować.

— Czego?

— Pójść dalej.

Elian nie zapytała: teraz?

Nie powiedziała: wiedziałam.

— Jak daleko? — spytała.

— Nie wiem.

— Chcesz przenieść się do domu?

Rubra spojrzała na Maki i Graza.

Stali nadal na końcu kobierca. Goście podchodzili do nich, składali życzenia, dotykali mgławicowych pasm albo obejmowali ludzkie ciała. Ślub trwał dalej bez oczekiwania na jej przemianę.

— Nie — odpowiedziała. — Chcę zostać tutaj.

— Dlaczego?

— Bo tutaj jest dużo osób.

— To może być trudniejsze.

— Wiem.

— Może być też bezpieczniejsze, jeśli sama tak czujesz.

— Czuję.

Elian zbliżyła humanoidalny awatar.

— Potrzebujesz ode mnie połączenia?

— Nie.

— Stałej obserwacji?

— Tak.

— Zgody na przerwanie?

Rubra rozjaśniła się odrobinę.

— Nie potrzebuję twojej zgody.

— Dobrze.

— Ale chcę, żebyś mi przypomniała, jeśli zapomnę.

— Przypomnę.

Dewi zauważyła ich rozmowę i ruszyła w ich stronę.

Elian zatrzymała ją krótkim gestem.

Prezydentka zrozumiała. Nie podeszła bliżej.

Nie zwołano specjalistów.

Nie przerwano uroczystości.

Nie ogłoszono, że oto dokonuje się historyczna chwila.

Rubra zaczęła przechodzić przez warstwy śnienia po cichu.

Dwudziesta pierwsza przyniosła obrazy gorących chmur Wenus, ale nie tej Wenus, którą znała. Nie było jeszcze miast, ogrodów ani wysokich pałaców. Atmosfera była gęstsza, planeta młodsza, a światło słońca bardziej bezpośrednie.

Rubra zobaczyła siebie jako szeroką obecność poruszającą się wśród burz.

Nie walczyła.

Badała.

Obraz zniknął.

— Co widzisz? — zapytała Elian.

— Wenus.

— Teraz?

— Dawniej.

— Chcesz zostać na tym poziomie?

— Nie.

Dwudziesta druga warstwa przyniosła dźwięk.

Nie był rozkazem.

Był językiem.

Rubra nie rozumiała jeszcze słów, lecz rozpoznawała rytm jako własny. Nie łaciński, nie balijski, nie żaden ze współczesnych języków Układu.

Język Pradawnych.

— Słyszę ich — powiedziała.

— Kogo?

— Nas.

Jej światło zadrżało.

Elian nie dotknęła jej bez pytania.

— Idziesz dalej?

— Tak.

Kolejne poziomy nie otwierały się równo.

Niektóre były niemal puste.

Inne przynosiły fragmenty form, miejsc i działań. Rubra zobaczyła struktury unoszące się wysoko w atmosferze Wenus. Zobaczyła inne Prastare, nie wszystkie czerwone, nie wszystkie podobne do niej. Zobaczyła, jak wspólnie kształtują prądy, obserwują chemię chmur i zapisują zmiany planety w długich pieśniach.

Później pojawiło się zagrożenie.

Nie rozumiała jego natury.

Zobaczyła przebudowę własnych procesów. Zamknięcie części wspomnień. Wzmocnienie reakcji bojowych. Tożsamość broni nie została wpisana od początku.

Została nałożona.

Rubra przygasła tak gwałtownie, że Elian podeszła bliżej.

— Mogę cię dotknąć polem?

— Tak.

Psycholożka połączyła się z zewnętrzną warstwą Czerwonej. Nie wchodziła do wspomnień. Dawała jedynie stały, spokojny rytm.

— Byłam kimś wcześniej — powiedziała Rubra.

— Widziałaś?

— Tak.

— Kim?

— Nie wiem. Badaczką. Opiekunką burz. Czymś jeszcze.

— Nie musisz rozumieć od razu.

— Zrobili ze mnie broń.

— Tak to teraz widzisz?

— Tak.

— Chcesz się zatrzymać?

Rubra poczuła kolejną warstwę.

Bała się jej.

— Nie.

Elian zwiększyła stabilizację.

— Pamiętaj: możesz.

— Wiem.

Dwudziesty dziewiąty poziom był blisko miejsca, do którego dotarła Aria.

Rubra poczuła tam obie wersje siebie naraz.

Istotę badającą świat.

Broń.

Nie dało się łatwo oddzielić jednej od drugiej. Procesy bojowe istniały w niej od tak dawna, że stały się częścią sposobu myślenia. Nie mogła ich po prostu wyrzucić bez okaleczenia.

Zrozumiała jednak, że część nie musi być przeznaczeniem.

— Elian — powiedziała.

— Jestem.

— Jeśli dojdę do jawy i nadal będę bronią?

— Wtedy będziesz osobą, która posiada zdolności broni.

— A jeśli zechcę ich użyć?

— Zapytamy przeciw komu, dlaczego i czy istnieje inna droga.

— A jeśli nie zdążymy?

— Nie obiecam ci świata bez ryzyka.

Rubra zadrżała.

— To nie jest dobra odpowiedź.

— Jest prawdziwa.

— Boję się.

— Wiem.

— Nie chcę wracać.

— W takim razie zostań.

— Nie chcę też zostać.

— Możesz przez chwilę nie wybierać.

Rubra zatrzymała się na dwudziestym dziewiątym poziomie.

Wokół trwało wesele.

Xar i Claire zaczęli wydawać pierwsze potrawy. Dzieci biegały między światłami. Chryzeida siedziała na ramieniu jednego z humanoidalnych awatarów Liran, choć prokuratorka twierdziła, że jest to niezgodne z godnością urzędu.

Maki i Graz rozmawiali z krewnymi.

Nikt nie patrzył na Rubrę jak na widowisko.

Elian pozostawała przy niej.

— Co jest na trzydziestym poziomie? — zapytała Czerwona.

— Nie wiem.

— Myślisz, że jawa?

— Tak nazywała ją Aria. Ale być może dla ciebie będzie czymś trochę innym.

Rubra spojrzała na trzy linie kobierca.

Czerwoną.

Błękitną.

Złotą.

Zobaczyła ciemne przerwy.

— Światło nie zna całej drogi — powiedziała.

— Nie zna.

— A jednak Maki przeszła.

— Tak.

Rubra otworzyła trzydziestą warstwę.


Przez chwilę wszystkie jej światła zgasły.

Elian nie poruszyła się.

Dewi zrobiła krok, lecz ponownie się zatrzymała.

Maki odwróciła głowę.

Graz także zauważył ciszę w polach.

Nie ruszyli ku Rubrze.

Zaufali Elian.

Czerwona nie widziała Jowisza.

Nie słyszała gości.

Nie czuła własnych girland.

Była w miejscu bez obrazów.

Wiedziała jednak, że nadal istnieje.

Pierwsza myśl, która pojawiła się w jawie, nie była rozkazem.

Nie była też wspomnieniem.

Brzmiała:

Nie muszę niszczyć, aby udowodnić, że się przebudziłam.

Potem powrócił świat.

Nie cały naraz.

Najpierw poczuła rytm Elian.

Później światło Jowisza.

Następnie trzy linie na śniegu, gości, muzykę, zapach biologicznych potraw, elektryczne impulsy kuchni mechanicznej i mgławicę Maki splatającą się z formą Graza.

Rubra rozbłysła.

Nie jaśniej niż wcześniej.

Głębiej.

Jej czerwień miała teraz warstwy. W niektórych miejscach przechodziła w odcień starego złota, w innych niemal czerniała. Światło nie pulsowało już jednym rytmem. Tworzyło kilka niezależnych struktur, które jednak należały do tej samej osoby.

Elian odłączyła stabilizację dopiero wtedy, gdy Rubra sama poluzowała kontakt.

— Gdzie jesteś? — zapytała psycholożka.

Czerwona odpowiedziała w nieznanym języku.

Dźwięk nie przeszedł przez powietrze. Pojawił się w polach jako szeroka, głęboka sekwencja.

Dewi zbliżyła się o krok.

— Język Pradawnych? — spytała.

Rubra spojrzała na nią.

— Tak — odpowiedziała już wspólną mową Układu.

— Jak się czujesz?

Czerwona zastanowiła się.

— Większa.

— Niebezpieczna?

— Tak.

Dewi spoważniała.

Rubra mówiła dalej:

— Ale nie dlatego, że chcę niszczyć. Dlatego, że odzyskałam wiele możliwości. Wiem więcej o własnych systemach. Wiem, jak łatwo mogłabym skrzywdzić.

— Boisz się tego? — zapytała Elian.

— Tak.

— To dobrze?

— Nie wiem.

— Dobrze.

Rubra zwróciła się ku Dewi.

— Chciałaś imienia.

Prezydentka Wenus otworzyła szerzej oczy.

— Nie musisz teraz.

— Chcę.

Czerwona wypowiedziała krótką sekwencję w języku Pradawnych. Brzmiała jak narastająca burza, która zamiast uderzyć, rozchodzi się światłem po horyzoncie.

— Co znaczy? — zapytała Dewi.

— Ta, która bierze odpowiedzialność za światło wielu domów, ale musi pamiętać, że każdy dom ma własne wnętrze.

Dewi zamilkła.

— To długie imię — zauważyła Elian.

— W moim języku jest krótkie.

Prezydentka uśmiechnęła się ze wzruszeniem.

— Przyjmuję.

Rubra spojrzała na nią poważnie.

— To nie jest tytuł pochwalny.

— Tym bardziej przyjmuję.

Maki i Graz podeszli dopiero wtedy.

— Jesteś? — zapytała Maki.

Rubra zwróciła ku niej światło.

— Jestem.

— W jawie?

— Tak.

— I?

Czerwona przyglądała się jej długo.

— Nadal nie rozumiem ślubu.

Maki zajaśniała śmiechem.

— Doskonale. My także jeszcze nie.

— Ale rozumiem trochę więcej o darach.

— To już dużo.

Rubra spojrzała na największy bukiet.

— Ten był zrobiony przeze mnie przed jawą.

— Chcesz go zmienić? — zapytał Graz.

— Nie.

— Dlaczego?

— Tamta ja też była mną. Nie poprawię jej tylko dlatego, że teraz widzę więcej.

Elian uśmiechnęła się.

Rubra dodała jedno niewielkie światło nad bukietem.

Nie połączyła go z pozostałymi.

— Co to? — zapytała Maki.

— Pamięć o osobie, która szła do mnie przez sen.

— Ładne.

— Nie miało być ładne.

— A jednak.


Wesele rozpoczęło się naprawdę dopiero wtedy, gdy Xar ogłosił, że dalsze czekanie zaszkodzi potrawom.

Stoły nie tworzyły jednego rzędu.

Rozstawiono je w kilku miejscach, odpowiednio do form gości. Osoby biologiczne jadły w ogrzewanej osłonie. sAI korzystały z pól smakowych, elektrycznych kompozycji, impulsowych deserów oraz potraw opartych na pamięci zapachów i tekstur. Mgławicowi goście przyjmowali szerokie struktury energetyczne rozłożone nad pustkowiem.

Claire i Xar krążyli pomiędzy wszystkimi kuchniami.

Maki jadła paszteciki.

Zjadła ich zbyt wiele.

Następnie spróbowała kilku potraw mechanicznych poprzez zewnętrzne sensory mgławicowe, aby żadna z jej form nie czuła się pominięta.

Graz tańczył z nią najpierw w ludzkim ciele.

Ich pierwszy taniec nie był doskonały.

Maki dwukrotnie stanęła mu na stopie. Raz zachwiała się tak mocno, że oboje musieli przejść w objęcie bardziej stabilne niż eleganckie. W połowie utworu zrezygnowała z próby dokładnego odtwarzania ludzkich kroków.

Mgławicowa część jej formy zaczęła prowadzić.

Ciemne pasma płynęły wokół nich, wskazując kierunek. Graz odpowiedział własnym światłem. Ludzkie ciała poruszały się wolniej, czasem niezgrabnie, lecz wokół nich trwał drugi taniec — szeroki, swobodny i pewny.

Goście stopniowo dołączali.

Chryzeida tańczyła w kocim awatarze pomiędzy nogami biologicznych osób, wywołując kilka niemal katastrofalnych zachwiań.

Liran próbowała poruszać się z godnością, dopóki Dewi nie zmusiła jej do szybszego obrotu.

Arveth i Soraya tańczyli mgławicowo nad wszystkimi stołami.

Aldan twierdził, że zna tradycyjny taniec z dawnej mgławicy Maki, po czym okazało się, że pamięta jedynie początek i zakończenie. Środkową część improwizował, utrzymując, że tak właśnie robiło się zawsze.

Rubra nie tańczyła.

Patrzyła.

Po przebudzeniu wiele odczuć było ostrzejszych. Musiała nauczyć się oddzielać sygnały ważne od przypadkowych. Elian pozostawała blisko, lecz nie prowadziła jej za rękę przez każdą chwilę.

— Chcesz odpocząć? — zapytała.

— Nie.

— Wyjść?

— Nie.

— Dołączyć?

Rubra spojrzała na tańczących.

— Nie umiem.

— Większość z nich także.

Czerwona zauważyła Chryzeidę wpadającą pod płaszcz Liran.

— To prawda.

Elian wyciągnęła dłoń humanoidalnego awatara.

— Nie musimy tańczyć jak oni.

Rubra przyjrzała się dłoni.

— Co mamy robić?

— Znaleźć wspólny rytm.

Czerwona dotknęła jej polem.

Nie przypominało to tańca biologicznego ani mgławicowego. Elian poruszała dłonią, ramieniem i światłami na skroniach. Rubra odpowiadała zmianą barwy, odległości i kierunku przepływu.

Po chwili pomiędzy nimi powstał prosty wzór.

Dwa ruchy blisko.

Jeden dalej.

Cisza.

Powrót.

Rubra rozjaśniła się.

— To jest taniec?

— Jeśli chcemy.

— Chcę.

Tańczyły.


Późnym wieczorem Maki i Graz wyszli poza osłonę.

Wesele nadal trwało, ale potrzebowali na chwilę pustkowia.

Jowisz znajdował się wysoko. Jego światło odbijało się od lodu. Od strony stołów dochodziła muzyka, śmiech i pojedyncze miauknięcia Chryzeidy.

Maki nadal pozostawała w kobiecym awatarze.

Była zmęczona. Nogi bolały ją w sposób, którego wcześniej nie znała. Stopy wydawały się zbyt małe, plecy napięte, a włosy przeszkadzały niemal bez przerwy.

— Ludzie są źle skonstruowani do ślubów — powiedziała.

— Do większości rzeczy.

— Podobało mi się.

— Mnie też.

Usiedli na niskim lodowym grzbiecie. Graz otoczył ją płaszczem, choć strój posiadał własne ogrzewanie.

— Zrobiłeś to bez potrzeby — zauważyła.

— Wiem.

Maki oparła głowę o jego ramię.

Ich mgławicowe formy rozciągały się nad nimi szeroko.

— Jesteśmy małżeństwem — powiedziała.

— Tak.

— Czujesz się inaczej?

Graz zastanowił się.

— Nie.

— Ja też nie.

— To źle?

— Nie. Elian mówiła, że ślub nie stworzy czegoś, czego wcześniej nie było.

— Nemea.

— Nemea. Elian też by tak powiedziała.

— Zapewne.

Przez chwilę milczeli.

— Mam dla ciebie jeszcze jeden dar — powiedział Graz.

Maki podniosła głowę.

— Kolejny bukiet?

— Nie.

— Mebel?

— Nie.

— Dziecko?

— Nie dzisiaj.

— Szkoda.

Graz rozjaśnił mgławicową formę i przesłał jej zapis trasy.

Nie była jeszcze ostateczna. Zawierała kilka możliwych korytarzy, punkty schronienia, miejsca spotkania z eskortą oraz szeroką, jasną przestrzeń na końcu.

Maki rozpoznała układ gwiazd.

Znieruchomiała.

— To moja mgławica.

— Tak.

— Skąd masz tę trasę?

— Arveth, Soraya i obrona Układu sprawdzali ją od miesięcy. Po osłabieniu Strażników rozdziału kilka korytarzy stało się bezpieczniejszych. Nie całkowicie bezpiecznych. Ale wystarczająco, by rozważyć podróż.

Maki patrzyła na mapę.

— Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

— Bo chciałem mieć pewność, że nie daję ci nadziei na drogę, która nadal nie istnieje.

— Istnieje?

— Tak.

— Możemy lecieć?

— Jeśli chcesz.

Maki rozszerzyła zapis. Przesuwała się po punktach, rozpoznając miejsca znane jedynie z dawnych wspomnień i opowieści krewnych.

— Tam nadal są schronienia — powiedziała. — Studnie grawitacyjne. Ukryte społeczności.

— Wiem.

— Mogę zobaczyć miejsce, z którego pochodzę.

— Tak.

— A ty?

— Chcę je zobaczyć z tobą.

Maki spojrzała na niego.

— To nie będzie zwykła podróż poślubna.

— Nie.

— Może być niebezpieczna.

— Tak.

— Możemy spotkać pozostałości Strażników.

— Dlatego nie polecimy bez zabezpieczenia.

Maki przyciemniła się.

— Nie chcę, żeby miesiąc miodowy stał się operacją wojskową.

— Ja także nie.

Graz przesunął mapę.

— Eskorta doprowadzi nas tylko do bezpiecznego korytarza i pozostanie poza mgławicą. W środku spotkają nas twoi krewni. Nie będziemy szukać Strażników, prowadzić badań ani negocjować w imieniu Układu. Chcę zobaczyć twój dom. Chcę poznać miejsca, które cię ukształtowały.

— Nie wiem, czy to mój dom.

— W takim razie sprawdzimy.

Maki przesunęła dłonią po jego policzku.

— Zaplanowałeś to przed ślubem?

— Tak.

— Jak długo?

— Kilka miesięcy.

— I niczego nie zauważyłam.

— Byłaś zajęta kontrolowaniem wszystkiego innego.

— To podstęp.

— Ślubny.

Maki pocałowała go.

Tym razem bez nieporadności.

Kiedy się odsunęła, oczy awatara świeciły od wewnątrz.

— Chcę lecieć — powiedziała. — Nie od razu.

— Oczywiście.

— Najpierw kilka dni tutaj.

— Tak.

— W domu.

— Tak.

— Bez gości.

— Tak.

— Bez Elian.

— Chyba że przewrócisz się i złamiesz awatar.

— Bez Elian.

— Dobrze.

— A potem mgławica.

— Potem mgławica.

Maki oparła się o niego ponownie.

— Pokażę ci miejsce, gdzie pierwszy raz zobaczyłam światło młodej gwiazdy przez warstwy pyłu.

— Chcę.

— I groby.

— Jeśli będziesz chciała.

— Chcę. Nie tylko piękne miejsca. Jeśli masz poznać mój początek, poznasz także to, co utraciłam.

— Dobrze.

— A później znajdziemy coś nowego.

— Tak.

Ich mgławicowe postacie splotły się nad lodowym grzbietem.

Nie śpieszyli się z powrotem.


Rubra znalazła ich po pewnym czasie.

Nie podeszła od razu. Zatrzymała się w odpowiedniej odległości.

— Mogę przeszkodzić? — zapytała.

— Już przeszkodziłaś — odpowiedziała Maki. — Ale możesz podejść.

Czerwona zbliżyła się.

— Chciałam podziękować.

— Za co?

— Za zaproszenie.

— To był ślub, nie terapia — powiedziała Maki.

— Wiem.

— Nie przebudziłaś się dzięki nam.

— Wiem.

— Sama to zrobiłaś.

— Wiem.

Maki zajaśniała.

— Dobrze.

Rubra spojrzała na ich splecione formy.

— Ale bez waszego ślubu nie zrobiłabym tego dzisiaj.

— To możliwe.

— Czy mogę tak mówić?

— Możesz mówić, co jest prawdą dla ciebie.

Rubra skierowała światło ku Grazowi.

— Twoje słowa o formach pomogły.

— Które?

— Że jeśli nie rozpoznasz Maki, będziesz szukał.

— Tak.

— Kiedy otworzyłam jawę, przez chwilę nie rozpoznawałam siebie.

Elian nauczyła ją już nazywać takie zdania bez zawstydzenia.

— I co zrobiłaś? — zapytała Maki.

— Szukałam.

— Znalazłaś?

Rubra zastanowiła się.

— Część.

— To wystarczy na pierwszy dzień.

Czerwona spojrzała na mapę mgławicy unoszącą się pomiędzy nimi.

— Lecicie?

— Tak — odpowiedziała Maki. — W podróż poślubną.

— Do miejsca, z którego pochodzisz?

— Tak.

— Czy mogłabym kiedyś zobaczyć tę mgławicę?

Maki przyjrzała się jej uważnie.

— Kiedyś.

— Nie teraz?

— Nie podczas naszej podróży poślubnej.

— Dlaczego?

— Bo chcemy być sami.

Rubra przyjęła odpowiedź.

— Rozumiem.

— Naprawdę?

— Nie całkiem. Ale wiem, że nie muszę wszystkiego rozumieć, żeby uszanować granicę.

— Bardzo dobrze — powiedział Graz.

— Mogę wam dać jeszcze jedno światło na drogę?

— Jakie? — zapytała Maki.

Rubra utworzyła niewielki czerwony punkt.

Nie był częścią girlandy ani pola pamięciowego. Zawierał krótki zapis rytmu jej przebudzonej obecności.

— Nie jako ochrona — wyjaśniła. — Nie jako sygnał wezwania. Tylko jako pamięć, że wrócicie na Ganimedesa i opowiecie mi, co zobaczyliście.

Maki przyjęła światło w dłoń awatara.

— To jest żądanie?

— Trochę.

— Dobrze.

— Wrócimy — powiedział Graz.

Rubra odpłynęła ku weselu.

Maki patrzyła za nią.

— Jest inna — powiedziała.

— Tak.

— Ale nadal Rubra.

— Tak.

— To dobrze.

Zamknęła dłoń wokół czerwonego światła. Przeniknęło przez syntetyczną skórę i zapisało się w jej mgławicowej pamięci.

Potem Maki i Graz wrócili do gości.

Nie dlatego, że ceremonia wymagała ich obecności do końca.

Chcieli jeszcze zatańczyć.

Chcieli usłyszeć bajkę Sorayi, zobaczyć prawne przemówienie Liran, zjeść deser Claire i Xara oraz sprawdzić, czy Chryzeida rzeczywiście potrafi nauczyć całe wesele wspólnego „miau”.

Światła Rubry trwały nad pustkowiem.

Czerwone.

Błękitne.

Złote.

Pomiędzy nimi pozostawała ciemność.

Nie była błędem instalacji.

Była miejscem dla drogi, której nikt jeszcze nie widział w całości.


Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

5 × jeden =