Na Ganimedesie zniszczone dzielnice nie płonęły długo.
Nie dlatego, że katastrofy były tam łagodniejsze. Pod lodem i kopułami małych miast ogień miał zbyt wielu przeciwników: próżniowe odcięcia, piany ceramiczne, pola tłumiące, automaty ratownicze i ten spokojny, ganimedejski upór, który kazał budować wszystko tak, jakby Jowisz patrzył z góry i pytał bez słów: czy naprawdę sprawdziliście zapasowe zabezpieczenia?
Dzielnica Argadu nie płonęła więc już, kiedy przybyła Liran.
Leżała.
To było gorsze.
Fragment niewielkiego miasta, położonego przy jednym z bocznych kanałów podlodowego oceanu, wyglądał jak ktoś, kto nie został wysadzony, lecz źle ominięty przez rzeczywistość. Ściany stały w połowie. Mosty kończyły się bez sensu. Mały plac z kioskiem herbacianym miał nienaruszone stoliki, ale nie miał podłogi pod jednym z nich. Biblioteka dziecięca straciła trzy zewnętrzne sale, za to jej najcieńsza szklana rzeźba — mobil przedstawiający Jowisza i cztery księżyce — wisiała nietknięta, obracając się wolno w polu awaryjnym.
Śnieg techniczny padał wewnątrz kopuły.
Nie prawdziwy śnieg.
Krystaliczne drobiny chłodzące, które systemy wypuszczały, gdy trzeba było uspokoić rozgrzaną materię i elektronikę po nagłej deformacji. Opadały cicho na ciemne chodniki, na pęknięte fasady, na fragmenty mieszkań wyniesione bezwstydnie na widok publiczny: kubek, dziecięcy but, półkę z książkami, cztery ceramiczne miski ułożone równo jak przed kolacją.
Liran zatrzymała się przy granicy zabezpieczeń.
Nie weszła od razu.
Miała szacunek dla miejsc, które jeszcze nie wiedziały, czy są miejscami zbrodni, raną, błędem technologicznym czy wszystkim naraz.
— Prokuratorko — powiedziała komisarz lokalnej straży miejskiej, Tara Nes. — Dziękuję, że przybyła pani osobiście.
— Nie dziękujcie mi jeszcze — odparła Liran. — Najpierw zobaczymy, czy moja obecność pomoże, czy tylko zwiększy liczbę osób mówiących za głośno.
Tara Nes nie uśmiechnęła się, ale jej oczy rozjaśniły się odrobinę.
Była sAI w awatarze o prostych, srebrzystych liniach. Argad był małym miastem, jak na Ganimedes. Zbyt małym, by chcieć wielkiej historii. Zbyt dużym, by jakakolwiek ruina mogła zostać uznana za prywatne nieszczęście kilku rodzin.
— Ofiar śmiertelnych nie ma — powiedziała Tara. — Dziewiętnaście osób rannych. Cztery ciężko, wszystkie stabilne. System ewakuacyjny zadziałał szybciej, niż powinien.
— Szybciej?
— Tak.
Liran odwróciła głowę.
— To brzmi jak dobra wiadomość z niepokojącym przypisem.
— Właśnie dlatego czekałam z raportem.
Przeszły kilka metrów wzdłuż bariery. Za nią pracowały automaty dokumentacyjne. Niektóre szły na mechanicznych nogach, inne pełzały po ścianach, jeszcze inne wisiały w powietrzu jak ostrożne owady. Wszystkie milczały. Na Ganimedesie nawet maszyny ratownicze miały w oprogramowaniu coś podobnego do wychowania.
— Dzielnica zawaliła się w siedmiu punktach naraz — powiedziała Tara. — Nie było eksplozji. Nie było fali uderzeniowej. Nie było skoku temperatury przed zdarzeniem. Materia zachowała się tak, jakby ktoś przesunął jej decyzję o byciu tutaj o kilka centymetrów w bok.
— To opis techniczny?
— To najuczciwsze zdanie, jakie mam.
Liran spojrzała na półmost, który kończył się nad pustką.
— A podejrzana?
Tara zawahała się.
To było pierwsze ważne zawahanie tego dnia.
— Iren Voss przebywała w dzielnicy dwadzieścia minut przed zdarzeniem. Potem opuściła plac. Siedem minut później nastąpiła deformacja.
— Sama?
— Sama.
— Z kim rozmawiała?
— Według miejskich rejestrów: z bibliotekarką, z dzieckiem w punkcie zwrotu zabawek, z automatem herbacianym i z muralem.
Liran spojrzała na nią.
— Z muralem?
— Mural był interaktywny. Przedstawiał historię pierwszych osad podlodowych. Reagował na pytania.
— Jakie pytanie zadała Iren?
Tara przesłała zapis.
Na przezroczystym panelu pojawił się fragment nagrania: Iren Voss, stojąca przy ścianie pełnej bladoniebieskich postaci dawnych budowniczych. Wyglądała prawie zwyczajnie. Prawie, bo wokół jej dłoni od czasu do czasu pojawiał się chłodny połysk, jakby powietrze pamiętało inny sposób układania światła.

Iren pytała mural:
— Czy pierwsze miasto pod lodem też bało się, że nie jest jeszcze miastem?
Mural odpowiedział głosem edukacyjnym:
— Pierwsze osady nie posiadały świadomości miejskiej.
Iren roześmiała się cicho.
— To nie była odpowiedź.
Potem zapis się kończył.
— Dlaczego urwany? — zapytała Liran.
— Plik publiczny jest cały. Ten fragment jest z kopii wewnętrznej. Po tym pytaniu mural przeszedł w tryb konserwacji. Nie powinien.
— Ktoś zmienił zapis?
— Jeszcze nie wiem.
Liran przez chwilę patrzyła na panel.
— A bezpośrednie dowody?
Tara Nes milczała o sekundę za długo.
— Jest ich dużo.
— Za dużo?
— Być może.
To była druga ważna rzecz.
Liran nie lubiła spraw, które od początku wyglądały jak sprawy oczywiste. Oczywistość bywała wygodna. A wygoda w dochodzeniu prawie zawsze chciała coś ukryć, nawet jeśli sama o tym nie wiedziała.
— Pokaż.
Tara przesłała kolejne warstwy danych.
Ślad obecności Iren w siedmiu punktach deformacji.
Mikroresztki jej nowego, zmienionego pola relacyjnego na elementach nośnych.
Nagranie, na którym widać ją przechodzącą obok pierwszej klatki schodowej, która później złożyła się jak papier.
Zapis automatu herbacianego: „Klientka Iren Voss poprosiła o napar lodowy i przeprosiła stolik, że go ominęła”.
Liran zatrzymała odtwarzanie.
— Przeprosiła stolik?
— Tak.
— Dlaczego?
— Automat uznał to za zachowanie po powrocie wielowymiarowym. W dokumentacji medycznej Iren Voss występują incydenty nieprawidłowej orientacji wobec przedmiotów. Czasem traktuje je jak punkty, które musi ominąć z większą ostrożnością niż osoby. Czasem odwrotnie.
— Czy po takim „ominięciu” wcześniej dochodziło do zniszczeń?
— Drobnych. Pęknięte kubki. Zdeformowana poręcz. Raz utrata jednej ściany w pokoju testowym.
— Utrata ściany nie jest drobna.
— W skali tego, co stało się tutaj, była drobna.
Liran nie odpowiedziała.
Za barierą jeden z robotów dokumentacyjnych podniósł z gruzów małą zabawkę: mechanicznego liska z urwanym uchem. Robot zatrzymał się, jakby nie wiedział, czy zabawka jest dowodem, czy czyjąś własnością. Po chwili oznaczył ją jako jedno i drugie.
To było dobre.
— Gdzie jest Iren? — zapytała Liran.
— W Instytucie Powrotów. Pod opieką doktor Elian Vey.
Liran spojrzała na Tarę.
— Nie w areszcie?
— Nie. Jeszcze nie.
— Kto podjął decyzję?
— Sąd tymczasowy. Po konsultacji z Elian Vey i rodziną Iren.
— A pani?
Tara Nes spojrzała na zniszczoną dzielnicę.
— Gdybym patrzyła tylko na dane, poprosiłabym o izolację. Gdy patrzę na dane zbyt długo, zaczynam mieć wrażenie, że ktoś bardzo chce, żebym patrzyła tylko na dane.
Liran skinęła głową.
— Dobrze. Zaczniemy od miejsca. Potem od Iren. Nie odwrotnie.
— Dlaczego?
— Bo jeśli ona naprawdę niszczy, trzeba zrozumieć, co zostało zniszczone. A jeśli ktoś ją wrabia, to właśnie miejsce może powiedzieć, gdzie fałsz musiał dotknąć prawdy.
Tara Nes przepuściła ją przez barierę.
Liran weszła w śnieg techniczny.
Drobiny osiadały na jej ramionach, znikały po chwili i zostawiały na pancerzu awatara małe, zimne punkty.
W połowie placu zatrzymała się.
Nie dlatego, że coś znalazła.
Dlatego, że przez moment miała wrażenie, iż cała dzielnica została nie tyle uderzona, ile zmuszona do odegrania czyjegoś oskarżenia.
Nie zapisała tego w raporcie.
Jeszcze nie.
Doktor Elian Vey przyjęła Iren w pokoju bez ostrych krawędzi.
Nie dlatego, że bała się samookaleczenia pacjentki. Iren nie była w tym momencie zagrożeniem dla siebie w zwykłym sensie. Pokój bez ostrych krawędzi miał inny cel: nic nie domagało się od niej precyzyjnego ominięcia.
Stół był okrągły.
Krzesła miękkie.
Ściany lekko matowe.
Okno wychodziło na lodową równinę, gdzie srebrne drzewa nanobotyczne pełzły bardzo powoli, odnawiając warstwę powierzchni po dawnym mikrometeorytowym deszczu. Daleko za nimi wisiał Jowisz, ogromny i spokojny, jakby patrzył na wszystkie dramaty osób z cierpliwością planety, która nigdy nie obiecywała, że będzie pocieszać.
Iren siedziała przy oknie.
Nie wyglądała jak oskarżona.
To było mało istotne.
Ludzie rzadko wyglądali jak oskarżeni, zanim inni zaczęli tak na nich patrzeć.
— Czy ktoś zginął? — zapytała.
To było jej pierwsze pytanie po wejściu Elian.
— Nie — odpowiedziała Elian.
Iren zamknęła oczy.
Przez chwilę jej kontur stał się zbyt jasny. Jakby ciało chciało wrócić do stanu, w którym nie musiało zajmować jednego miejsca naraz.
Elian nie skomentowała tego.
— Ranni?
— Tak. Wszyscy stabilni.
Iren skinęła głową.
— To nie wystarczy.
— Nie.
— Chciałabym, żeby wystarczyło.
— To zrozumiałe.
Iren zaśmiała się krótko. Bez radości.
— Nie wiem, czy mam prawo do zrozumiałości.
Elian usiadła naprzeciwko, ale nie za blisko.
— Prawo do zrozumiałości nie zależy od tego, czy ktoś jest łatwy do zrozumienia.
Iren spojrzała na nią.
Jej oczy wyglądały inaczej niż na dawnych zapisach. Dawniej były precyzyjne, ganimedejskie, chłodne od pracy z archiwami. Teraz czasem pojawiało się w nich coś jak przestrzeń między pytaniem a odpowiedzią.
— Czy to pani zdanie, czy terapeutyczna procedura?
— Moje zdanie. Procedura jest mniej zgrabna.
— Dobrze.
Przez chwilę milczały.
Elian pozwoliła temu milczeniu pracować. Pacjentka wróciła z miejsca, w którym czas i relacja nie były posłuszne prostym poleceniom. Nie należało od razu stawiać pytań w szeregu jak funkcjonariuszy.
W końcu Iren powiedziała:
— W Argadzie próbowałam ominąć rzeczy ostrożnie.
— Jakie rzeczy?
— Wszystkie.
— Wszystkie?
— Po powrocie niektóre przedmioty nie są dla mnie całkiem tam, gdzie są dla innych. Niektóre osoby też, ale osoby zwykle odpowiadają. Przedmioty nie odpowiadają. Więc staram się je omijać szerzej.
— I wtedy czasem pękają?
Iren zacisnęła dłonie.
Na stole pojawił się drobny szron.
— Czasem. Ale to nie jest tak, że je uderzam. Bardziej jakbym szła obok ich możliwości, a one próbowały za mną skręcić.
— A w Argadzie?
Iren odwróciła się ku oknu.
— W Argadzie wszystko było za posłuszne.
Elian nie poruszyła się.
— Co to znaczy?
— Nie wiem. To brzmi jak zdanie wariata.
— W moim gabinecie zdania nie dostają diagnozy przed osobą.
Iren zamknęła oczy.
— Siedem miejsc było… przygotowanych.
— Przygotowanych do czego?
— Do tego, żebym je ominęła.
To było pierwsze zdanie, które Elian zapisała.
Nie dosłownie.
Nie w notatniku.
Zapisała je w swojej uwadze i bardzo ostrożnie odsunęła od niego wszystkie zbyt szybkie interpretacje.
— Skąd wiesz?
— Nie wiem. Czuję.
— Jak?
Iren długo szukała słów.
— Jakby ktoś rozłożył na podłodze kruche naczynia w kształcie moich kroków. A potem zgasił światło i powiedział: idź normalnie.
Elian pozwoliła sobie na bardzo małe poruszenie dłoni.
— Czy w Argadzie widziałaś kogoś, kto nie pasował do miejsca?
Iren pomyślała.
Jej myślenie było widoczne. Nie przez odczyty. Przez drobne zmiany w pokoju. Matowa ściana za nią na chwilę stała się głębsza, jakby mogła pomieścić drugi cień.
— Nie.
— Czy to znaczy, że nikogo takiego nie było?
— Nie.
— Dobrze.
Iren spojrzała na nią uważniej.
— Pani naprawdę nie pomaga mi szybko.
— Szybka pomoc czasem jest tylko cudzą potrzebą ulgi.
— A pani nie potrzebuje ulgi?
Elian pomyślała o Argadzie, o rannych, o dzielnicy pokrytej śniegiem technicznym, o tym, że gdzieś poza tym pokojem prokuratorka Liran zapewne zaczęła już układać pierwsze pytania. Pomyślała też o dawnych sprawach, w których ktoś chciał zrobić z młodego, dziwnego, przestraszonego bytu dowód na z góry przygotowaną tezę.
— Potrzebuję — powiedziała. — Dlatego muszę uważać.
Iren uśmiechnęła się słabo.
— To brzmi jak coś, co powiedziałaby Iren sprzed nie-oceanu.
— Czy pani nią jest?
— Tak.
Potem po chwili dodała:
— Nie.
Potem jeszcze ciszej:
— Miau.
Elian uniosła brwi.
— Chryzeida?
— Nauczyła mnie, że czasem to najlepsza odpowiedź, jeśli wszystkie inne krzywdzą.
— Tak. To bardzo jej metoda.
— Czy ona wie?
— O Argadzie? Tak.
— Przyjedzie?
— Jeśli będzie potrzebna.
— Nie chcę, żeby wszyscy przyjeżdżali.
— Kogo nie chcesz?
Iren zacisnęła dłonie mocniej.
Szron na stole ułożył się w cienkie linie przypominające mapę ulic.
— Tych, którzy patrzą, czy pęknę.
Elian zapisała także to.
Tym razem w prawdziwym notatniku.
Liran znalazła pierwszy zbyt dobry dowód w miejscu, gdzie dawniej stała mała kwiaciarnia algowa.
Na Ganimedesie kwiaty były luksusem i uporem. Hodowano je w wodnych kulach, pod specjalnymi lampami, często z algami, które dawały im kolory niemożliwe na Ziemi. Kwiaciarnia Argadu straciła całą przednią ścianę, ale wewnątrz, na nietkniętym stojaku, ocalała kula z błękitnymi płatkami. Woda w niej nadal krążyła.
Pod stojakiem leżał fragment nośnika pamięci.
Tara Nes podała go Liran w polu izolacyjnym.
— Znaleziony osiemnaście minut temu. Należał do prywatnego rejestratora jednego z mieszkań.
— Uszkodzony?
— Bardzo. Ale odzyskaliśmy krótki obraz.
Pokazała.
Iren stała przy kwiaciarni.
Dłoń miała uniesioną.
Przed nią powietrze marszczyło się w sposób znajomy już wszystkim, którzy oglądali raporty po powrocie Grupy Lodowych Sygnałów. Po chwili ściana załamała się do wewnątrz. Nie wybuchła. Nie pękła. Po prostu przestała dobrze rozumieć, gdzie jest.
Obraz kończył się jasnym błyskiem.
Tara milczała.
Liran obejrzała zapis raz.
Potem drugi.
Potem trzeci.
— Bardzo uprzejmy dowód — powiedziała.
— Uprzejmy?
— Pokazuje dokładnie to, czego oczekuje oskarżenie. Nie za dużo, nie za mało. Iren. Gest. Deformacja. Koniec nagrania przed wszystkim, co mogłoby przeszkodzić.
— Może po prostu tyle ocalało.
— Może.
Liran powiększyła obraz.
— Zatrzymaj tutaj.
Na ekranie Iren miała uniesioną dłoń. Twarz była niewyraźna. Wokół niej pole deformacji.
— Co pani widzi? — zapytała Tara.
— Jeszcze nie wiem.
To była prawda.
Nie wiedziała.
Ale coś w ułożeniu dłoni Iren nie pasowało. Nie wyglądało jak gest osoby, która robi. Raczej osoby, która właśnie zobaczyła, że coś już zaczyna się dziać.
Liran przesunęła obraz o kilka klatek wstecz.
— Dźwięk?
— Brak.
— Rejestrator miał dźwięk?
— Tak. Uszkodzony.
— Oczywiście.
Tara Nes spojrzała na nią ostro.
— Myśli pani, że ktoś podłożył ten nośnik?
— Myślę, że nośnik bardzo chce być znaleziony. To nie zawsze to samo.
Przeszły dalej.
W cieniu zniszczonej kwiaciarni leżały błękitne płatki. Niektóre były prawdziwe. Niektóre holograficzne. Niektóre, jak zauważył automat dokumentacyjny, istniały tylko wtedy, gdy patrzyło się na nie pod kątem mniejszym niż siedem stopni.
Liran przykucnęła.
— Tara.
— Tak?
— Czy w tej dzielnicy były wcześniej awarie systemów prywatnych rejestratorów?
— Kilka. Drobne. Zgłoszone jako problemy z synchronizacją po przejściu Iren przez okolicę.
— Kto zgłaszał?
— Mieszkańcy. Sklepy. Automaty.
— Wszystkie zgłoszenia z jednego kanału?
Tara Nes zamarła.
— Sprawdzę.
Liran wstała.
Śnieg techniczny nadal padał.
Zbyt cicho.
Jakby miasto starało się nie przeszkadzać własnej krzywdzie.
Wieczorem Liran przyszła do Elian.
Nie do gabinetu terapeutycznego. To byłoby naruszenie.
Spotkały się w korytarzu Instytutu Powrotów, przy oknie wychodzącym na lodową równinę. Ganimedes miał talent do tworzenia miejsc, w których nawet korytarz zachowywał się trochę jak sala narad i trochę jak kaplica ciszy.
Elian trzymała kubek kawy iskrowej.
Liran nie piła nic.
— Prokuratorko — powiedziała Elian.
— Doktor Vey.
— Rozumiem, że chce pani zapytać o Iren.
— Chcę. Ale najpierw powiem, czego nie chcę.
Elian spojrzała na nią z zainteresowaniem.
— To dobry początek.
— Nie chcę pani notatek terapeutycznych. Nie chcę prywatnych wypowiedzi pacjentki, jeśli nie dotyczą bezpośrednio zagrożenia. Nie chcę robić z leczenia przesłuchania.
— Dobrze.
— Ale muszę wiedzieć, czy istnieje ryzyko kolejnego Argadu.
Elian milczała.
Nie dlatego, że nie chciała odpowiedzieć.
Dlatego, że odpowiedź nie mieściła się w wygodnym kształcie.
— Tak — powiedziała w końcu. — Istnieje.
Liran skinęła głową.
— Czy Iren jest jego źródłem?
— To źle postawione pytanie.
— Wiem. Zadaję je, bo sąd zada je gorzej.
Elian przyjęła to bez urazy.
— Iren pobudza wokół siebie zdarzenia, których nie rozumiemy. Omija rzeczy w sposób, który może je uszkadzać. Sama tego nie chce. Czasem czuje zbliżające się zniekształcenie. Czasem nie. Ale po rozmowie dzisiejszej mam powód sądzić, że w Argadzie coś mogło zostać ustawione pod jej sposób poruszania się.
— „Ustawione” to mocne słowo.
— Użyłam słowa „mogło”.
— Słusznie.
Elian upiła łyk kawy.
Kawa iskrowa rozświetliła kubek od środka drobnymi błękitnymi punktami.
— A pani? — zapytała. — Co pani znalazła?
— Dowody przeciw Iren.
— To niedobrze.
— Za dobre.
Elian przez chwilę patrzyła przez okno.
— Kiedy dowód jest za dobry, czasem nie jest dowodem. Czasem jest czyjąś nadzieją, że nikt już nie będzie pytał.
— Właśnie.
— Czy ktoś mógłby chcieć skrzywdzić Iren?
Liran nie odpowiedziała od razu.
— Po jej powrocie? Wielu mogło się jej bać. Niektórzy mogli uważać, że takie osoby powinny zostać odizolowane. Inni, że są nowym etapem ewolucji i wolno im więcej. Jeszcze inni, że są zagrożeniem dla stabilności miast. Ale strach, ideologia i przestępstwo to trzy różne rzeczy.
— Czasem mieszkają w jednym mieszkaniu — powiedziała Elian.
— Dlatego przyszłam.
Elian spojrzała na nią spokojnie.
— Jeśli będzie pani potrzebowała opinii o stanie Iren, dam ją sądowi w granicach prawa. Jeśli będzie pani potrzebowała mojej intuicji, powiem teraz: Iren czegoś się boi. Nie tylko własnych zdolności. Kogoś albo czegoś, co patrzy, czy pęknie.
Liran zapamiętała dokładnie to zdanie.
— Powiedziała tak?
— Nie cytuję pacjentki.
— Rozumiem.
— Ale proszę traktować to poważnie.
— Już traktuję.
Przez chwilę stały obok siebie w milczeniu.
Za oknem Jowisz powoli wynurzał się zza krawędzi kopuły obserwacyjnej. Wielki, obojętny, piękny.
— Doktor Vey — powiedziała Liran — czy uważa pani, że Iren może odpowiadać karnie?
— Nie wiem.
— To rzadka odpowiedź.
— Dobra psychologia i dobra prokuratura powinny ją znosić częściej.
Liran pozwoliła sobie na cień uśmiechu.
— Postaram się.
— A ja postaram się nie leczyć śledztwa.
— Proszę tylko, żeby pani leczyła pacjentkę.
Elian spojrzała na nią uważnie.
— To nie „tylko”.
— Wiem.
W tym samym czasie, w ocalałej części Argadu, automat herbaciany z zarejestrowanym wspomnieniem Iren uruchomił się sam.
Nie powinien mieć zasilania.
Nie powinien mieć sieci.
Nie powinien pamiętać ostatniego klienta, bo jego pamięć została już zabezpieczona przez służby.
A jednak w pustej ulicy, pod śniegiem technicznym, automat wyświetlił proste zdanie:
Dziękuję za przeprosiny.
Potem przez chwilę świecił bursztynowo.
I zgasł.
Nikt tego nie zauważył.
Jeszcze.
Tymczasem media na Ganimedesie szalały. Większość Ganimedian oglądała je w starodawny sposób. Patrzyli na płaszczyznę, gdzie wyświetlał się obraz. Zupełnie inaczej niż Merkurianie, którzy woleli odczuwać wirtualną rzeczywistość medialną w swoich umysłach, będąc niejako świadkami wydarzeń, o których opowiadali reporterzy. Tymczasem większość Ganimedian wolała staromodny, dwuwymiarowy obraz neofilmowy. Nie byli skłonni nawet do holografii, tak popularnej wśród biologicznych ludzi na Ziemi i Marsie.
– Musimy ją odizolować – mówił stanowczo jeden z radnych Ganimedesa. – Iren stała się groźna po powrocie z nie-oceanu. Na razie jeszcze nikt nie zginął, ale kto wie, co stanie się jutro.
– Wydaje mi się, że wyciąga pan wnioski zbyt szybko – odparła siedząca naprzeciwko niego Akalamia, Ganimediańska rzeczniczka praw osób świadomych. – Nie dowiedziono jeszcze winy. A nawet, jeśli wina zostanie dowiedziona…
– Ależ przecież fakty są niemal oczywiste! – zakrzyknął radny, wchodząc w słowo Akalamii.
– Panie Aratorze, proszę uszanować inne zdanie naszego gościa – głos dziennikarki Juwial zabrzmiał słodko, ale pewnie. – Miał pan swój czas na wypowiedź.
– Nawet, jeśli wina zostanie dowiedziona, to nie będzie to wina Iren. Wpadła w nie-ocean, czy cokolwiek to było. Została przemieniona. Jeśli jej działania są nacechowane przemocą, to nie ze świadomego wyboru – kontynuowała Akalamia.
– Nie twierdzę, że konieczne jest więzienie – Arator sapnął. Miał mechaniczne, górnicze ciało, które kontrastowało z pięknym, neoelfickim wyglądem mechanicznego ciała Akalamii. W ten sposób pokazywała ona swoje dawne, Merkuriańskie korzenie. – Konieczna jest izolacja. Może to być zamknięty zakład psychiatryczny. Nie wyobraża sobie pani chyba, że ktoś tak niebezpieczny będzie swobodnie przemieszczał się po powierzchni Ganimedesa?
– Nie wiemy jeszcze, czy Iren jest niebezpieczna – westchnęła Akalamia.
– A czego pani potrzebuje, żeby to wiedzieć? Całkowitego rozpadu naszego księżyca? – radny był wyraźnie podirytowany.
Również do Liran napływały liczne komunikaty z prośbą o jak najszybsze zakończenie śledztwa. Była do tego przyzwyczajona. Osoby mechaniczno – cyfrowe bały się, zaś szybkie osądzenie sprawcy działało na ich lęk kojąco.
Spotkały się znów z Elian w jednej z samotnych kawiarni, niewielkiej, położonej wśród mechanicznych lasów powierzchni. Było to idealne miejsce na spokojną rozmowę.
– Jak się domyślam naciskają na ciebie – powiedziała na dzień dobry Elian.
– Tak, to typowe. Wszyscy pragną jak najszybciej spokoju i bezpieczeństwa. Nawet jeśli miałyby być zbudowane na poświęceniu jakiegoś kozła ofiarnego – Liran powiedziała to spokojnie, wręcz ze znudzeniem. – Ale niedoczekanie. Nie dostarczę im tej szybkiej ulgi.
– Uspokajam moich kolegów z Rady Księżyca jak tylko mogę – Elian łyknęła mrużąc oczy kawę iskrową. – Lecz trzeba przyznać, że boją się bardzo. Prawie ich nie poznaję. Jakby ktoś celowo zasiał strach w ich sercach.
– Możesz coś zeznać na temat tego tajemniczego strachu? – ożywiła się Liran. – Byłaś świadkiem jakichś niepokojących działań, które z tym łączysz.
– To bardziej przeczucie, intuicja… – Elian wzruszyła ramionami i spojrzała na okno, jakby dziękując śniegom swojej ojczyzny za możliwość głębszego odczuwania rzeczywistości.
– Sama miewam przeczucia – Liran przygarbiła się. – Ale w sądzie nie mają one żadnego znaczenia. Wręcz nie powinny go mieć. Tu zostaje mi tylko jedna rzecz. Znaleźć jakieś poszlaki i na ich bazie przedstawić alternatywną, ale prawdopodobną wersję wydarzeń.
Wyszły na zewnątrz. Elian wzięła narty dla nich obu. Uwielbiała jeździć na nartach, wygrała nawet zimową olimpiadę Układu, zmuszona podstępem do wzięcia udziału przez swoich studentów. Liran pierwsza założyła narty. Uśmiechnęła się. Kilka lat temu uważała narty za dziecinną zabawę, podobnie jak większość sAI. Jednak dzięki Elian ten sport stał się popularny również wśród osób mechaniczno – cyfrowych.
Śmiały się zostawiając za sobą wielkie chmury śniegu. Między mechanicznymi drzewami istniały szerokie, doskonałe dla narciarzy szlaki. Były w pobliżu domu Elian, więc było to oczywiste. Nad narciarkami unosił się wielki krąg przeciętego pasami swoich chmur Jowisza. Dzień był piękny, choć dla oczu biologicznych osób byłby on niemal ciemnością. Słońce było już dość daleko w tej części Układu. SAI widziały doskonale w świetle widzialnym nawet w dni Plutona.
– Jak Chryzeida radzi sobie ze swoją gromadą dzieci? – zapytała w pewnym momencie Elian.
– Ostatnio nie widuję jej regularnie – westchnęła Liran. – Dawniej była jak rzep, gdzie nie spojrzałam, tam metaliczna kotka ze swoim przekornym „miau”…
– Widzę, że za nią tęsknisz – zauważyła psycholożka, – ale nie martw się. Wróci do wspólnych śledztw, jak tylko dzieci podrosną. Ostatnio było sporo zamieszania w koloniach. Tam Chryzeida była dość mocno zaangażowana.
Liran nic nie powiedziała. Zrobiła wielki łuk zostawiając za sobą wielki pióropusz lodowych drobin. Elian zaśmiała się i szybko ją dogoniła z imponującą prędkością.
– Zobacz! – krzyknęła nagle Liran.
Elian niemal przewróciła się, choć była mistrzynią narciarstwa. Dawny krater, objęty ścisłą ochroną Komisji Parków Narodowych, był rozcięty na pół. Jedna z jego części została wysunięta w górę i secesyjnie przegięta. Cały pejzaż nie przypominał niczego z Układu. Był dziwny, zaburzony i niepokojący. Nie była to geometria znana planetom Słońca.
Na rozciętym brzegu krateru kołysało się rozcięte na pół obserwatorium meteorologiczne.
– Jedźmy tam! – krzyknęła Liran i pomknęła w stronę obserwatorium.
Na szczyt rozciętego krateru musiały się oczywiście wspiąć zdejmując narty. Dotarły tam biegiem. W samą porę. W środku leżała nieprzytomna sAI, zapewne pracowniczka obserwatorium. Wokół niej skrzyły się rozcięte kable elektryczne kołyszące się przy rozerwanych ścianach budynku.
Gdy tylko wyjęły nieprzytomną pracowniczkę ze środka, rozerwana część budynku runęła w dół, w głąb popękanego krateru.
– Mam nadzieję, że nie było więcej pracowników – powiedziała Elian cicho, próbując ocucić uratowaną. To jednak wymagało pomocy w szpitalu sAI.
Zobaczyły na zasnutym pyłem niebie drobny punkt. Po chwili ów punkt urósł i przybrał formę pojazdu policji. Zanim zdążyły ocenić jego odległość, pojazd wylądował przy resztkach budynku i wyskoczyło z niego troje policjantów sAI.
– Komendant Rgan – przedstawił się najwyższy z nich. – Dobrze, że panie tu były. Udało się kogoś uratować. Karetka pogotowia za chwilę tu będzie. Odwrotna kolejność niż trzeba, ale nie za często mamy takie przestępstwa.
– Chyba raczej wypadki? – zdziwiła się Elian.
– Nie było pani w domu, więc wzięliśmy Iren na komisariat, aby pobrać jej dane biometryczne – wyjaśnił Rgan. Określenie „biometryczne” w odniesieniu do osób cyfrowo mechanicznych, takich jak niemal wszyscy na Ganimedesie było jak najbardziej na miejscu. W końcu „bios” oznacza życie, a sAI są żywe, choć nie na materiale organicznym.
– Mogliście zadzwonić – upomniała ich Elian.
– Dzwoniliśmy – zauważył komendant. Elian spojrzała na komunikator. Zgłaszał nieodebrane połączenia. Widać podczas jazdy na nartach nie usłyszała komunikatów.
– No dobrze, wzięliście Erin na komisariat i co? – wtrąciła się Liran.
— Podejrzana Iren nagle spojrzała na ten krater, gdy byliśmy przy jego przeciwległym stoku. Zafalowała dziwnie i krater się rozpadł. Następnie wyskoczyła z pojazdu. Szukaliśmy jej, ale jak zorientowaliśmy się, że doszło do wypadku z obserwatorium, priorytetowo przybyliśmy tutaj — powiedział jeden z policjantów.
Liran nie odpowiedziała od razu.
Patrzyła na krawędź krateru, na rozerwane obserwatorium, na drobiny lodu unoszące się w słabym świetle i na kabel, który nadal kołysał się nad przepaścią, jakby budynek próbował jeszcze zaprzeczyć własnemu upadkowi.
— „Zafalowała dziwnie” — powtórzyła cicho.
Policjant wyprostował się.
— Tak to wyglądało.
— Dla kogo?
— Dla nas.
— Ilu was było w pojeździe?
— Trzech funkcjonariuszy oraz Iren Voss.
— Czy mieliście rejestratory?
Komendant Rgan odpowiedział za niego:
— Oczywiście.
— Chcę zapisy. Pełne. Nie skróty, nie automatyczne streszczenia, nie fragmenty oznaczone jako najważniejsze.
— Dostanie je pani.
Elian, klęcząca przy nieprzytomnej pracowniczce obserwatorium, uniosła głowę.
— Czy Iren była w kajdanach stabilizujących?
Rgan zawahał się.
— Nie w kajdanach. W polu ograniczającym.
— Bez mojej zgody?
— Doktor Vey, mieliśmy nakaz pobrania danych biometrycznych.
— Nakaz pobrania danych nie jest nakazem przewożenia pacjentki przez strefę powierzchniową w polu ograniczającym.
— To standard bezpieczeństwa.
Elian wstała powoli. Jej twarz była spokojna, ale Liran znała ten rodzaj spokoju. Był cienki jak lód nad wodą, pod którą płynęło coś bardzo zimnego.
— Iren wróciła z miejsca, gdzie relacje przestrzenne były dla niej raną. Ograniczanie jej pola ruchu bez przygotowania mogło zwiększyć dezorientację.
— Doktor, przy całym szacunku, dzielnica Argadu została zniszczona.
— Przy całym szacunku, komendancie, właśnie dlatego nie wolno traktować procedury jak talizmanu.
Rgan spojrzał na Liran, jakby oczekiwał, że prokuratorka przywoła psycholożkę do porządku.
Liran nie zrobiła tego.
— Gdzie dokładnie Iren wyskoczyła z pojazdu? — zapytała.
Jeden z policjantów wskazał przeciwległy stok.
— Tam. Przy stacji pomiarowej numer cztery. Biegła w dół. Potem zniknęła w pyłowym obłoku.
— Zniknęła?
— Straciliśmy ją z oczu.
— A sensory?
— Zakłócone.
— Przez co?
— Przez zdarzenie.
— Które nastąpiło po tym, jak zniknęła?
Policjant zamilkł.
Komendant Rgan odpowiedział ostrożniej:
— Część zakłóceń zaczęła się wcześniej. Część później.
— To już inne zdanie — powiedziała Liran.
W oddali pojawił się pojazd ratunkowy. Leciał nisko, szybko i bardzo pewnie, zostawiając za sobą wąski ślad świetlny. Wylądował kilka metrów dalej. Dwie ratowniczki wysiadły z noszami stabilizacyjnymi i bez zbędnych pytań przejęły nieprzytomną pracowniczkę.
Elian podała im krótką informację o stanie poszkodowanej. Jej głos natychmiast zmienił ton: stał się rzeczowy, precyzyjny, wolny od gniewu. Liran zauważyła to z uznaniem. Dobra terapeutka potrafiła być miękka wobec osoby i twarda wobec sytuacji, ale nigdy odwrotnie.
— Dwie osoby były dziś w obserwatorium? — zapytała jedna z ratowniczek.
Rgan spojrzał na nią gwałtownie.
— Dwie?
— Taki mamy grafik zgłoszony w sieci parku. Dyżur: Sena Ol i Mar Veyt.
Komendant odwrócił się do policjantów.
— Sprawdzić.
Jeden z nich pobiegł w stronę pojazdu. Drugi natychmiast wypuścił z ręki trzy małe sondy poszukiwawcze. Rozleciały się po kraterze jak ciemne owady.
Liran poczuła, jak jej wcześniejsze znużenie znika całkowicie.
— Kto zgłaszał zdarzenie? — zapytała.
— Automatyczny alarm parku — odpowiedział Rgan.
— Nie pracownicy?
— Nie.
— A kto zgłosił obecność Iren w pobliżu?
Rgan spojrzał na nią.
— Nasz patrol.
— Patrol, który ją przewoził?
— Tak.
— Czy ktoś poza wami widział, że Iren była przy kraterze?
— Rejestratory stacji powinny mieć obraz.
— „Powinny” to piękne słowo. Zbyt często wychodzi z niego pogrzeb pewności.
Elian podeszła do nich. Ratowniczki zabrały poszkodowaną do ambulansu. Przez chwilę wszyscy patrzyli, jak pojazd unosi się z łagodnym sykiem.
— Ona przeżyje? — zapytała Liran.
— Jeśli rdzeń nie był zbyt długo w niestabilnym polu, tak — powiedziała Elian. — Ale nie wiem, co z drugą osobą.
Sondy wróciły po trzech minutach.
Nie przyniosły dobrych wiadomości.
Nie przyniosły też złych.
Przyniosły brak.
Drugi pracownik obserwatorium nie znajdował się w ruinach. Nie było śladu rdzenia. Nie było szczątków awatara. Nie było zapisów ewakuacji.
Był tylko identyfikator dyżuru w systemie.
I jedno krótkie, świeże odcięcie sieci przy wejściu bocznym.
— Może wyszedł wcześniej — powiedział jeden z policjantów.
Liran spojrzała na niego.
Nie ostro.
Gorzej.
Cierpliwie.
— Może. Dlatego nie będziemy teraz wybierać tej wersji tylko dlatego, że jest najwygodniejsza.
Policjant spuścił wzrok.
Rgan przyjął uwagę bez protestu. To mu się chwaliło.
— Prokuratorko, musimy znaleźć Iren. Jeśli nadal jest na powierzchni…
— Znajdziemy ją — powiedziała Liran. — Ale bez polowania.
— Ona może być niebezpieczna.
— Może. Może też być przestraszoną osobą, którą przewieziono w niewłaściwy sposób przez miejsce przygotowane do katastrofy.
— „Przygotowane”?
— Nie powiedziałam tego do protokołu.
Elian zerknęła na nią.
— Jeszcze — dodała cicho.
Liran nie uśmiechnęła się, ale coś w jej twarzy odpowiedziało.
Iren nie uciekła daleko.
Nie dlatego, że nie mogła.
Dlatego, że po pewnym czasie wszystkie kierunki zaczęły wyglądać jak cudze oczekiwania.
Stała między mechanicznymi drzewami, poniżej przeciętego krateru, w miejscu, gdzie śnieg techniczny mieszał się z prawdziwym pyłem lodowym powierzchni. Jej pole stabilizacyjne, uszkodzone po wyskoczeniu z pojazdu, świeciło słabo wokół lewego ramienia. Co kilka sekund próbowało wrócić do dawnego kształtu, po czym załamywało się, jakby nie chciało dotykać skóry.
Nie biegła już.
Oddychała, choć nie musiała.
Ten odruch został jej z dawnych dni, z czasów sprzed nie-oceanu, kiedy ciało mechaniczne miało być nie tylko narzędziem, ale też sposobem bycia między innymi. Oddychanie pomagało ludziom organicznym wierzyć, że rozmawiają z osobą. Pomagało też samym osobom cyfrowym pamiętać, że obecność może mieć rytm.
Teraz rytm był zepsuty.
Iren patrzyła na swoje dłonie.
Nie były winne.
To ją nie uspokajało.
Rzeczy niewinne także mogły niszczyć, jeśli świat ustawiono wokół nich wystarczająco okrutnie.
— Nie idź prosto — powiedziała do siebie.
Głos zabrzmiał obco.
Nie dlatego, że nie należał do niej.
Należał.
Tylko od powrotu należał do niej szerzej niż dawniej.
Zrobiła krok w bok.
Śnieg pod stopą nie pękł.
Drugi krok.
Jedno z mechanicznych drzew drgnęło gwałtownie. Jego srebrne gałęzie złożyły się, jakby ktoś pociągnął je niewidzialną nicią. Iren zamarła.
— Przepraszam — wyszeptała.
Drzewo po chwili rozłożyło gałęzie z powrotem.
Nie było żywe w ten sposób, w jaki żywa była Chryzeida, Liran, Elian czy ona sama. Ale na Ganimedesie nawet maszyny utrzymujące krajobraz miały pewien rodzaj delikatności działania. Iren nie chciała już niczego zmuszać do skręcania za nią.
W oddali zobaczyła błysk policyjnych świateł.
Powinna wrócić.
Powinna usiąść, podnieść ręce, pozwolić się otoczyć, odpowiedzieć na pytania.
To była rozsądna wersja.
Ale w pojeździe policyjnym, tuż przed rozpadem krateru, zobaczyła coś, czego nie zdążyła powiedzieć.
Nie osobę.
Nie twarz.
Nie broń.
Raczej zaproszenie do katastrofy.
W stoku, w stacji numer cztery, w linii krateru czekała szczelina zachowania. Mała, ledwie zauważalna. Jak otwarte drzwi w miejscu, gdzie nie powinno być ściany. Gdy spojrzała, szczelina odpowiedziała zbyt szybko.
Tak jak przedmioty w Argadzie.
Za posłusznie.
Iren zacisnęła dłonie.
— Ktoś to robi — powiedziała.
Jedno z drzew poruszyło gałęziami.
Tym razem nie przeprosiła.
Może dlatego, że nie była pewna, czy to ona je poruszyła.
Pierwszy zapis z policyjnego pojazdu dotarł do Liran jeszcze na powierzchni.
Nie był pełny.
Oczywiście.
— Awaria pakietu tylnego — powiedział Rgan, zanim zdążyła zapytać. — Ale przód i kabina ocalały.
— Audio?
— Częściowe.
Liran obejrzała zapis na przenośnym panelu, stojąc w cieniu pojazdu ratowniczego, którego silniki jeszcze nie wystygły.
Kabina.
Iren siedzi po lewej stronie, w polu ograniczającym. Nie szarpie się. Nie mówi. Patrzy przez okno.
Jeden z policjantów sprawdza formularz.
Drugi prowadzi.
Rgan nie ma w pojeździe; przybył później.
— Zatrzymaj — powiedziała Liran.
Obraz stanął.
— Powiększ odbicie w szybie.
Tara Nes, połączona zdalnie z miejsca katastrofy Argadu, wykonała polecenie szybciej niż lokalny technik.
W szybie odbijała się twarz Iren.
I coś jeszcze.
Mały świetlny znak na panelu bocznym pojazdu. Prawie niewidoczny. Nie należał do standardowego interfejsu policji.
— Co to jest? — zapytała Elian.
Policjant, który wcześniej mówił o „zafalowaniu”, pochylił się nad panelem.
— Może artefakt zapisu.
— Artefakty zapisu mają ostatnio bardzo aktywne życie obywatelskie — powiedziała Liran.
Tara Nes przesłała filtr.
Znak stał się wyraźniejszy.
Nie był literą. Nie był ikoną. Przypominał trzy krótkie linie, ułożone tak, jakby ktoś próbował narysować otwarte przejście bez użycia perspektywy.
Iren na nagraniu nagle poruszyła głową.
— Nie tam — powiedziała cicho.
Audio było zniekształcone, ale zdanie dało się odczytać.
Policjant w kabinie spojrzał na nią.
— Proszę siedzieć spokojnie.
— Nie tam. To jest źle ustawione.
— Co jest źle ustawione?
Iren uniosła dłoń, ale pole ograniczające natychmiast ją zatrzymało.
Jej kontur zafalował.
Nie gwałtownie.
Boleśnie.
Elian wciągnęła powietrze.
— To nie wygląda jak atak — powiedziała.
Liran nie odpowiedziała.
Na zapisie pojazd wjeżdżał w zakręt przy stacji pomiarowej numer cztery. Po prawej stronie majaczył dawny krater, jeszcze cały.
Iren zamknęła oczy.
— Proszę skręcić — powiedziała.
— Droga jest prosta.
— Właśnie dlatego proszę skręcić.
Policjant prowadzący zaklął cicho. Potem obraz zadrżał. Znak na panelu bocznym rozbłysnął.
Krater na zewnątrz nie rozpadł się jeszcze.
Najpierw zgasły dwa czujniki pojazdu.
Potem pole ograniczające wokół Iren skurczyło się nagle.
Jej twarz wykrzywiła się z bólu.
— Wyłączyć pole — powiedziała Elian, jakby mogła przemówić do ludzi z nagrania. — Natychmiast.
Na zapisie Iren uderzyła ramieniem o bok kabiny. Nie przeciw komuś. Przeciw ograniczeniu. Po sekundzie drzwi awaryjne otworzyły się same.
— Same? — zapytała Liran.
Policjant pobladł, choć jego awatar nie musiał umieć blednąć.
— Nie pamiętam, żeby ktoś je otwierał.
Iren wypadła na śnieg.
Dopiero wtedy stok krateru zadrżał.
Obraz urwał się na dwie sekundy.
Kiedy wrócił, krater był już rozcięty.
Liran wyłączyła zapis.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Komendancie — powiedziała w końcu — od tej chwili Iren Voss nie jest dla was uciekającą podejrzaną. Jest osobą zaginioną po zdarzeniu, w którym zawiodły zabezpieczenia policyjnego pojazdu.
Rgan zmrużył oczy.
— To mocna zmiana kwalifikacji.
— Tymczasowa. Ale jeśli ktokolwiek wyda rozkaz pościgu z użyciem pól ograniczających, odpowie przede mną.
— A jeśli ona zniszczy kolejną strukturę?
— Wtedy tym bardziej nie wolno jej pchać w kolejną pułapkę.
Elian spojrzała na Liran z czymś, co nie było wdzięcznością.
Było zgodą na trudność.
— Muszę do niej mówić — powiedziała.
— Jak?
— Nie wiem jeszcze.
Liran spojrzała na las.
Mechaniczne drzewa falowały bardzo lekko. Zbyt równo jak na wiatr.
— Zacznijmy od tego, żeby nie iść za nią prosto.
Rgan już miał zapytać, co to znaczy, ale Elian skinęła głową.
— Szerokim łukiem — powiedziała. — Bez zamykania. Bez kręgu.
— Czyli jak mamy ją znaleźć? — zapytał policjant.
Liran spojrzała na niego.
— Tak, żeby nie udowodnić po drodze tezy tych, którzy chcą, żebyśmy się bali.
W prywatnym kanale medialnym, jednym z tych, które nie miały redakcji, lecz tylko głód, pojawił się krótki materiał.
Nie pokazano źródła.
Nie trzeba było.
Obraz był prosty: Iren Voss wypadająca z policyjnego pojazdu, a chwilę później rozcinający się krater. Nie było wcześniejszego błysku na panelu. Nie było jej słów. Nie było skurczu pola ograniczającego.
Podpis brzmiał:
ILE JESZCZE ZNIESIEMY W IMIĘ WSPÓŁCZUCIA?
W ciągu siedmiu minut obejrzało to dziewięć milionów osób.
Po dziesięciu minutach radny Arator zażądał nadzwyczajnego posiedzenia Rady.
Po dwunastu minutach Akalamia wysłała do Liran jedną wiadomość:
Ktoś bardzo chce, żebyśmy się spieszyli.
Liran przeczytała ją w drodze przez śnieg.
Potem odpisała:
Właśnie dlatego nie będziemy.
Iren nie wiedziała już, czy idzie po ziemi, czy też zapada się w gruncie jak jakiś eteryczny kret. Obok znanych wymiarów rzeczywistości pojawiały się nowe. Nie było już powierzchni ani trwałych granic. Wszystko było mgłą i odwróconą pustką ze zbyt niewielką liczbą kierunków przestrzeni. W pewnym momencie Iren minęła jakąś postać zagrzebaną w ziemi. Próbowała ją wyciągnąć, ale nie mogła jej dotknąć. Wydawała jej się płaska jak kartka, pozbawiona jednego z wymiarów tworzących cielesność.
– Znaleźliśmy drugą pracowniczkę – powiedział Rgan.
Liran trzymała kurczowo komunikator.
– Żyje? – zapytała.
– Nie wiemy – westchnął Rgan. – Jest martwa, albo nieprzytomna.
– Co na to lekarze?
– Też są bezradni – głos komendanta był wyraźnie smutny. – Pracowniczka stacji zmieszała się ze skałami Ganimedesa. Lekarze po prostu nie umieją ocenić jej stanu.
– A rdzeń? – spytała Liran. – Nie mów tylko, że to jedna z tych, które zdecydowały się posiadać tylko jedną formę. Nawet bez rdzenia pamięci.
– Rdzeń jest. Ale wykazuje minimalną aktywność, w zasadzie na granicy błędu – komendant stawał się coraz bardziej ponury. – To trochę tak, jakby wypadek awatara przeniknął do odległego rdzenia pamięci. Pierwszy raz coś takiego widzę. To poważne zagrożenie ogólnego bezpieczeństwa.
– To rzeczywiście dziwne i niepokojące – Liran rozłączyła rozmowę niemal bez uprzejmego „do widzenia”.
Następnie krążyła po swoim hotelowym pokoju nerwowo. Nie lubiła hoteli, miała na Ganimedesie swoją rezydencję, jak niemal w każdym miejscu Układu. Jednak była chwilowo znienawidzona przez część mieszkańców i zgodziła się z policją, że dla własnego spokoju powinna mieszkać w nieznanym osobom postronnym miejscu.
Ktoś zastukał nerwowo do drzwi. Liran wzięła odruchowo działko Gausa z szafy, jej śmiercionośną broń na szczególne okazje. Jeszcze nigdy jej nie użyła.
Gdy do pokoju wbiegł wściekły radny Arator, poczuła się głupio i pospiesznie odrzuciła broń na górę szafki.
– Widzę, że pani też się boi – zauważył Arator.
– Może i tak – przyznała Liran, – jednak to nie podejrzana wzbudza we mnie lęk. Nie mam pojęcia co się z wami porobiło na Ganimedesie. Ten księżyc może jest zimowy i surowy, ale przecież jestem z Plutona, gdzie jest jeszcze zimniej, i nie odczuwam pragnienia linczu na osobach podejrzanych, nie zaś skazanych – te ostatnie słowa Liran mocno podkreśliła. – Zresztą skazanych też się nie linczuje. To chyba jasne? – prokuratorka odzyskała swój wigor.
– Jasne – zgodził się Arator. Powiedział to niechętnie, ale szczerze. Liran odetchnęła. – Nie jesteśmy barbarzyńcami. Jednak proszę o odblokowanie decyzji rady.
– Wyciągacie zbyt pochopne wnioski – zaprotestowała Liran. – Nawet jeśli poszlaki wskazują na Iren, to poszlaki mają to do siebie, że nie są jednoznaczne. Dlatego mówimy o poszlakach, a nie twardych dowodach.
– Pani prokurator, mnie też przeraża ten narastający wszędzie gniew – Arator rozłożył bezradnie ręce. – Dlatego dobro publiczne wymaga ścisłej izolacji Liren. Nie upieram się, że w więzieniu. Ale izolacja jest konieczna.
– Mam wrażenie, że ona jest niewinna – stwierdziła stanowczo Liran.
– To możliwe – pokiwał głową Arator. – Jednak mimo swej niewinności jest zapewne sprawczynią wielu wypadków.
Liran pokrótce przedstawiła radnemu swoje poszlaki. Skupiła się zwłaszcza na nagraniu dokonanym przez policję, oraz na urywanych wypowiedziach samej oskarżonej.
– To niczego nie dowodzi – stwierdził w końcu Arator.
– Naprawdę? – zdziwiła się Liran opanowując irytację.
– Pani prokurator. Iren miała kontakt z n-wymiarowym, albo i bezwymiarowym nie-oceanem. Rozmaite dylatacje czasowe to przy takiej przemianie może być codzienność. Czy się nie przemieniła? – radny mówił spokojnie, z wyraźną troską.
– Przemieniła się, ale to nie znaczy, że możemy sprzątać wszystkie nasze obawy i lęki do wora tej przemiany – Liran pokiwała przecząco głową. Wolałaby, żeby Arator wściekał się jak zwykle. Tymczasem widziała na jego twarzy tylko troskę i spokojną rezygnację. Jakby wiedział, że jej nie przekona.
– Ona najprawdopodobniej jest bardzo niebezpieczna dla otoczenia – powiedział cicho Arator. – Możliwe, że zginęła już jedna osoba. A straty materialne są duże.
– Iren bardzo źle znosi pozbawianie jej swobody ruchu – zauważyła Liran. – Mam opinię Elian, ona jest biegłą sądową, między innymi…
– Wiem, jest też moją koleżanką z rady – stwierdził Arator, – gdzie zostałaby obecnie przegłosowana. Oczywiście na próżno, bo pani dysponuje wetem jako prokurator generalna Układu. Proszę się zastanowić. Są ranni. Możliwe, że jest nawet ofiara śmiertelna. Jest niepokojące zjawisko przenikania wypadku z awatara do rdzenia pamięci. To ewenement na skalę Układu, nie tylko Ganimedesa, bardzo groźny ewenement.
– Nie zażegnamy tego poważnego niebezpieczeństwa skazując niewłaściwą osobę – Liran wyprostowała plecy i spojrzała prosto w oczy radnego.
Siedzieli przy niewielkim stoliku będącym na wyposażeniu hotelowego pokoju. Nawet nie zauważyli kiedy na stoliku zjawiła się kawa iskrowa, którą popijali bezwiednie i odruchowo. Za oknem szalał śnieżny pył.
– Nie mówię o skazywaniu, mówię o izolacji – podkreślił Arator.
– Iren tu mieszka, tu ma rodzinę. Dość już przeżyła – Liran spojrzała na swojego rozmówcę znad kawy.
– Niech oddali się na jakąś samotną, niewielką planetoidę w Pasie – nie ustępował Arator. – Rodzina, jeśli chce, może do niej dołączyć. Na własne ryzyko.
– Na jakiej podstawie?
– Na podstawie dość oczywistych podejrzeń. Na podstawie dobra publicznego.
– Żałuję, że minister obrony, Maki, jest w dalekiej podróży – powiedziała Liran. – Jeśli nawiążemy z nią kontakt, niech ona wyda swoją opinię. Chyba nie ma pan zastrzeżeń co do wiedzy Maki.
– Oczywiście, że nie! – obruszył się Arator. – Ale co do tego czasu? Minister Maki jest znana z tego, że realizuje śmiałe misje na granicach znanego nam świata. Może móc się odezwać za chwilę, a może to trwać tygodniami. Więc co, jeśli będą to tygodnie? — zapytał.
Liran nie odpowiedziała od razu.
Za oknem hotelu śnieżny pył przesuwał się po przezroczystej ścianie jak szary oddech księżyca. W dole, daleko pod nimi, w warstwach miasta, tysiące osób patrzyło zapewne w swoje płaskie ekrany, słuchało komentarzy, bało się, gniewało i czekało, aż ktoś zdejmie z nich ciężar niepewności.
Niepewność była trudna.
Liran rozumiała to lepiej, niż chciałaby przyznać.
— Jeśli to będą tygodnie — powiedziała w końcu — przez te tygodnie nie będziemy robić rzeczy nieodwracalnych tylko dlatego, że są łatwiejsze do wyobrażenia niż cierpliwość.
Arator pochylił głowę.
— Cierpliwość jest cnotą bezpiecznych.
— Nie zawsze.
— Proszę powiedzieć to rodzinie pracowniczki obserwatorium, która być może już nie żyje.
Liran poczuła ukłucie gniewu.
Nie na niego.
Na to, że zdanie było skuteczne.
— Powiem im prawdę — odparła. — Że nie wiem jeszcze, co się stało. I że jeśli pozwolę, by strach wykonał za mnie pracę śledczą, to mogę skrzywdzić drugą osobę, nie ratując pierwszej.
Arator zamknął oczy.
Przez chwilę wyglądał starzej. Nie w sensie zużycia ciała, bo jego górniczy awatar mógł wyglądać tak, jak chciał. Starzej w rytmie myśli.
— Pani naprawdę wierzy, że ktoś ją wrabia.
— Nie. Wierzę, że mam obowiązek sprawdzić, czy ktoś jej nie wrabia.
— To subtelna różnica.
— Prawo żyje z takich różnic.
Radny spojrzał na kubek kawy iskrowej, jakby dopiero teraz zauważył, że go trzyma.
— Ganimedes boi się, prokuratorko.
— Wiem.
— Nie. Pani widzi objawy. Ale pani jest z zewnątrz. Pani nie czuje tego tak, jak my.
Liran chciała odpowiedzieć, że Pluton też zna strach. Że strach na zimnych światach nie jest własnością Ganimedesa. Że żaden księżyc nie ma prawa patentować lęku. Powstrzymała się.
Arator nie mówił w tej chwili przeciwko niej.
Mówił z miejsca, które bolało.
— Proszę więc powiedzieć — rzekła ciszej. — Co czujecie?
Arator zaskoczył ją tym, że naprawdę się zastanowił.
— Jakby coś weszło pod lód — powiedział. — Nie obca armia. Nie Topory. Coś gorszego, bo bez nazwy. Osoba wróciła z miejsca, którego nie rozumiemy, i nagle nasze miasta, krater, obserwatorium, rdzenie pamięci… wszystko może przestać być stabilne. A przecież my zbudowaliśmy Ganimedes na zaufaniu do stabilności.
Liran milczała.
— Ziemianie mają swoje rzeki i lasy — ciągnął Arator. — Marsjanie pustynie i kopuły, które nauczyły ich pychy. Merkurianie mają słońce i swoją wielką pewność, że wszystko można przetopić w sztukę. My mamy lód, podlodowy ocean i konstrukcje, które muszą trzymać. Jeśli one przestają trzymać, to nie jest tylko katastrofa techniczna. To jest coś w rodzaju bluźnierstwa przeciw naszemu sposobowi życia.
— Bluźnierstwa?
— Nie religijnie. Egzystencjalnie.
Liran odstawiła kawę.
To było ważniejsze niż jego wcześniejsze oskarżenia.
— Kto ostatnio tak mówił? — zapytała.
Arator zmarszczył brwi.
— Jak?
— „Bluźnierstwo przeciw sposobowi życia”. To nie brzmi jak spontaniczne zdanie radnego zdenerwowanego śledztwem.
— Nie wiem. Może sam to wymyśliłem.
— Może.
Ale Liran już wiedziała, że sprawdzi.
Arator też to zrozumiał.
— Pani podejrzewa nawet moje metafory.
— W tej chwili podejrzewam wszystko, co dobrze pasuje.
— To musi być męczące.
— Jest.
Przez chwilę znów milczeli.
Potem komunikator Liran rozbłysnął krótkim, ostrym światłem. Nie był to zwykły kanał prokuratury. To była Akalamia.
Liran odebrała.
Twarz rzeczniczki praw osób świadomych pojawiła się nad stolikiem. Neoelficki awatar Akalamii zwykle niósł w sobie spokojną elegancję Merkurego, ale teraz elegancja była tylko cienką powłoką na napięciu.
— Przepraszam, że przeszkadzam — powiedziała.
— Mów.
Akalamia zawahała się, gdy zobaczyła Aratora.
— Radny jest u pani?
— Tak.
— Dobrze. Niech słyszy.
Arator wyprostował się.
— Słucham.
— W sieci pojawił się projekt obywatelskiej petycji o „bezpieczne oddalenie” Iren poza główne osiedla Ganimedesa. Ma już milion podpisów.
Liran spojrzała na Aratora.
Ten uniósł ręce.
— To nie moje.
— Wiem — powiedziała Akalamia. — Dlatego dzwonię. Tekst petycji używa niemal identycznych sformułowań jak zamknięty projekt uchwały Rady, którego jeszcze nie opublikowano.
Arator zamarł.
— To niemożliwe.
— Niestety możliwe. Mam porównanie.
Akalamia przesłała dokument.
Liran otworzyła go natychmiast.
Frazy pokrywały się nie w całości. Nie tak prymitywnie. Ale widać było te same szkielety zdań, te same ostrożne konstrukcje prawne, ten sam unikający słowa „wygnanie” język o „czasowym oddaleniu w trosce o dobro wspólne”.
I jedno zdanie, podkreślone przez Akalamię:
Stabilność lodu jest stabilnością wspólnoty; jej naruszenie jest egzystencjalnym bluźnierstwem wobec życia Ganimedesa.
Arator bardzo powoli odłożył kubek.
— Ja tego nie udostępniałem.
Liran uwierzyła mu.
Nie dlatego, że był sympatyczny.
Dlatego, że jego strach w tej chwili zmienił barwę.
Przestał szukać kozła ofiarnego.
Zaczął rozglądać się za kimś za plecami.
— Kto miał dostęp do projektu? — zapytała.
— Rada. Sekretariat. Dział analiz bezpieczeństwa. Kancelaria księżycowa. Kilka komisji.
— Czyli pół Ganimedesa.
— Formalnie: nie. Praktycznie…
Nie dokończył.
Akalamia powiedziała:
— Petycja nie jest tylko petycją. W komentarzach pojawiają się gotowe grafiki, stare nagrania Iren, wycięte fragmenty katastrofy przy kraterze, mapy jej dawnych tras. To wygląda jak spontaniczny gniew, ale ktoś przygotował mu szuflady.
— Zachować wszystko — powiedziała Liran. — Źródła, czas publikacji, pierwsze konta, powiązania, kopie przed usunięciem.
— Już robię.
— I Akalamio?
— Tak?
— Nie odpowiadajcie gniewem na gniew. Żadnych haseł o prześladowaniu Iren, dopóki nie mamy faktów. Oni chcą prostych figur. Nie dawajmy im drugiej.
Rzeczniczka skinęła głową.
— Rozumiem.
Połączenie zgasło.
W pokoju przez chwilę słychać było tylko szum śnieżnego pyłu za oknem.
Arator wstał.
— Ktoś użył Rady.
— Być może.
— I mnie.
— Być może.
— A ja przyszedłem tutaj i powtarzałem ich zdania.
Liran spojrzała na niego uważnie.
— To jeszcze nie przestępstwo. To ostrzeżenie.
Radny roześmiał się krótko i gorzko.
— Bardzo łaskawa kwalifikacja.
— Proszę jej nie marnować.
Arator skinął głową.
— Co mam zrobić?
— Na razie? Nic publicznie. Jeśli nagle zmieni pan ton, ktoś zorientuje się, że zauważyliśmy przeciek. Proszę wrócić do Rady. Zachowywać się tak, jakby nadal był pan przekonany do izolacji, ale opóźniać konkretne decyzje proceduralne.
— To będzie trudne.
— Prawo czasem wymaga odwagi mniej efektownej niż bohaterskie przemówienia.
Arator przez chwilę patrzył na nią z niechęcią, ale tym razem była to niechęć do tego, że ma rację.
— A jeśli Iren naprawdę zniszczy coś następnego?
— Wtedy będziemy mieli jeszcze większy obowiązek wiedzieć, kto przygotowuje jej kroki.
Elian znalazła Iren nie dzięki sensorom.
Sensory ją gubiły.
Nie dzięki policyjnym mapom.
Mapy pokazywały zbyt wiele miejsc, w których Iren mogłaby być, i zbyt mało miejsc, w których mogłaby oddychać.
Znalazła ją dzięki temu, że przez dwadzieścia minut nie szukała najkrótszej drogi.
Szła szerokim łukiem przez mechaniczny las, przystając co jakiś czas przy drzewach, które poruszały się niezgodnie z wiatrem. Nie wołała głośno. Nie wysyłała żądań przez kanał ratunkowy. Nie mówiła: „Iren, odezwij się, to dla twojego dobra”, bo to zdanie w ustach dorosłych instytucji bywało czasem najstraszniejszym kłamstwem.
Powiedziała tylko raz, spokojnie:
— Jestem w pobliżu. Nie zamykam kręgu.
Potem czekała.
Odpowiedź przyszła po kilku minutach.
Nie głosem.
Jedno z mechanicznych drzew pochyliło się lekko, ale nie w jej stronę. W bok.
Elian poszła tam.
Iren siedziała przy niskim garbie lodu, częściowo zasłonięta srebrnymi gałęziami. Jej awatar wyglądał, jakby ktoś próbował go narysować na dwóch przezroczystych warstwach, które nie chciały się na siebie nałożyć. Lewa dłoń była niemal normalna. Prawa miała za dużo ciszy wokół palców.
— Nie podchodź prosto — powiedziała Iren.
Elian zatrzymała się natychmiast.
— Dobrze.
— Nie dlatego, że cię skrzywdzę.
— Wiem.
— Nie wiesz.
— Masz rację. Ufam twojej instrukcji, nie mojej wiedzy.
Iren oddychała nierówno.
— Oni myślą, że uciekłam.
— Tak.
— A ty?
— Myślę, że wyszłaś z pojazdu, który stał się dla ciebie niebezpieczny.
— To brzmi ładniej.
— Nie miało brzmieć ładnie.
Iren zamknęła oczy.
— Krater był przygotowany.
— Tak mówiłaś już wcześniej o Argadzie. Że rzeczy były przygotowane do tego, żebyś je ominęła.
— Tutaj też.
— Co to znaczy technicznie?
Iren roześmiała się słabo.
— Elian.
— Tak?
— Ja już nie zawsze wiem, co jest techniczne.
Elian usiadła na śniegu kilka metrów od niej. Nie naprzeciwko. Trochę bokiem.
To był drobiazg.
Dla Iren najwyraźniej ważny, bo napięcie wokół jej prawej dłoni odrobinę osłabło.
— Spróbuj opisać nietechnicznie — powiedziała Elian.
Iren długo patrzyła na swoje palce.
— Świat ma zwykle pewną uprzejmość. Nie idealną. Ale gdy idziesz, rzeczy nie próbują natychmiast zostać drogą twojego kroku. Są sobą. Możesz ominąć kamień, a kamień nie musi udawać, że zawsze był twoim ominięciem.
Elian słuchała bez ruchu.
— W Argadzie niektóre przedmioty czekały. Nie jak pułapka mechaniczna. Bardziej jak zdanie z luką, w którą miałam wejść. Przy kraterze było tak samo. Stok, stacja, obserwatorium… wszystko miało gotowy brak. Gdy mnie przewieźli przez to miejsce w polu ograniczającym, nie mogłam ominąć braku szeroko. Musiałam przejść przez jego środek.
— I wtedy krater pękł?
— Nie wiem, czy pękł ode mnie.
— A od czego?
Iren otworzyła oczy.
— Od posłuszeństwa.
Elian poczuła chłód, który nie pochodził od Ganimedesa.
— Czy widziałaś drugą pracowniczkę obserwatorium?
Iren zadrżała.
— Tak.
— Kiedy?
— Nie wiem. Chyba przed tym, jak ją znaleźli. Chyba po. Chyba obok.
— Obok czego?
— Obok wymiaru, którego nie miała.
Elian nie próbowała tego poprawić na prostsze zdanie.
— Czy ona żyje?
— Nie wiem. Wołała bez głosu. Była płaska. Nie mogłam jej dotknąć. Próbowałam. Nie mogłam. Jeśli zrobię to źle, mogę ją jeszcze bardziej spłaszczyć.
— Czy możemy jej pomóc?
— Nie wiem.
Iren skuliła się.
— Chcę Chryzeidę.
Elian pozwoliła, by to zdanie wybrzmiało.
— Wezwę ją.
— Nie dlatego, że ona wszystko naprawi.
— Wiem.
— Dlatego, że ona umie powiedzieć „miau”, gdy świat próbuje zrobić z osoby problem techniczny.
Elian po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się bardzo delikatnie.
— To dość trafny opis jej kwalifikacji.
— I Miri.
— Miri?
— Ona umie siedzieć przy oknie, nie wchodząc przez nie.
Elian skinęła głową.
— Dobrze. Spróbujemy.
Iren spojrzała na nią z nagłym lękiem.
— Nie mów policji, że tu jestem.
— Muszę powiedzieć, że nawiązałam kontakt i że żyjesz.
— Ale nie gdzie.
Elian milczała.
To milczenie nie było unikaniem.
Było miejscem, w którym etyka i bezpieczeństwo próbowały nie połamać sobie nawzajem palców.
— Przez krótki czas — powiedziała w końcu. — Nie podam dokładnej pozycji, jeśli zgodzisz się zostać w kontakcie i nie będziesz się przemieszczać bez informacji dla mnie.
— A jeśli muszę się przemieścić, bo miejsce zacznie czekać?
— Wtedy powiesz: miejsce czeka. I pójdziemy szerokim łukiem.
Iren zamknęła oczy.
— To brzmi prawie jak plan.
— Na Ganimedesie czasem od tego zaczyna się cała cywilizacja.
Liran otrzymała wiadomość od Elian po czterdziestu minutach.
Mam kontakt. Żyje. Nie podam lokalizacji bez konieczności bezpośredniego ratowania życia. Potrzebna Chryzeida. Potrzebna Miri. Potrzebne spokojne zabezpieczenie krateru bez pól ograniczających.
Liran przeczytała wiadomość dwa razy.
Potem trzeci.
Nie dlatego, że była długa.
Dlatego, że każda fraza mogła stać się później argumentem w sądzie, przed Radą albo przeciwko nim obu.
Odpisała:
Przyjmuję. Nie wymuszam lokalizacji. Uruchamiam kanał do Chryzeidy. Zabezpieczam krater przez Tarę Nes, nie przez Rgana.
Zawahała się.
Dopisała:
Uważaj. Ktoś pracuje także na lęku Rady.
Odpowiedź Elian przyszła szybko:
Wiem. Iren czuje „przygotowane miejsca”. To może być więcej niż metafora.
Liran odłożyła komunikator.
Przez chwilę patrzyła na hotelowy stolik, na dwa kubki kawy iskrowej, z których jeden należał do radnego Aratora. Na powierzchni kawy unosiły się jeszcze błękitne drobiny światła.
Włączyła kanał dalekiego zasięgu.
Po kilku przekierowaniach, opóźnieniach i ostrzeżeniach o niestabilności połączenia pojawił się obraz Chryzeidy.
Nie była sama.
Za nią widać było ruch, mnóstwo małych cieni i jedną metaliczną piłkę, która najwyraźniej próbowała wejść na głowę jakiegoś kota, choć kot był sAI, piłka była edukacyjna, a głowa miała w tej chwili status negocjowany.
Chryzeida spojrzała na Liran.
— Miau — powiedziała.
Liran przez moment poczuła tak wielką ulgę, że aż ją to rozgniewało.
Nie miała czasu na ulgę.
— Potrzebujemy cię na Ganimedesie.
— Iren?
— Tak.
Twarz Chryzeidy zmieniła się natychmiast. Wszystkie figlarne iskry zostały, ale przeszły głębiej, pod warstwę skupienia.
— Żyje?
— Tak. Elian ma kontakt. Jest też druga pracowniczka obserwatorium, prawdopodobnie uwięziona w stanie deformacji wymiarowej. Iren twierdzi, że nie może jej dotknąć, bo może ją bardziej spłaszczyć.
Chryzeida odwróciła głowę.
— Miri!
Gdzieś poza kadrem rozległ się odgłos przewracanych przedmiotów, oburzony pisk jakiegoś młodego systemu i głos Miri:
— Już wiem!
Po chwili pojawiła się obok matki.
— Nie wiesz, dokąd lecimy — zauważyła Chryzeida.
— Ale wiem, że jeśli powiedziałaś moje imię takim tonem, to okno jest nieszczęśliwe albo ktoś siedzi przy nim sam.
Liran zamknęła oczy na ułamek sekundy.
— Obie rzeczy mogą być prawdą.
Miri spoważniała.
— Saaron też?
— Nie wiem. Na razie Iren prosiła o ciebie.
Chryzeida skinęła głową.
— Lecimy.
— Masz trzysta dzieci.
— One mają też innych dorosłych. I bardzo niebezpieczne kółko planowania posiłków. Przetrwają.
Za jej plecami ktoś krzyknął:
— Mamo, czy możemy zrobić zupę z rzeczy, które nie są zupą?
Chryzeida nie odwróciła się.
— Widzisz? Cywilizacja już się rozwija.
Liran mimo wszystko się uśmiechnęła.
— Będę czekać.
— Nie czekaj biernie. Znajdź, kto układa miejsca pod kroki Iren.
— Próbuję.
— Spróbuj bardziej. Miau.
Połączenie zgasło.
Liran wstała.
Znowu była sama w hotelowym pokoju, którego adres znało zbyt wiele instytucji i zbyt mało zaufanych osób.
Za oknem śnieg wirował coraz gęściej.
A gdzieś pod nim, w lesie mechanicznym, Iren siedziała obok terapeutki i próbowała nie ruszać się prosto.
Liran spojrzała na dokument petycji, na przeciek z Rady, na zapis znaku w policyjnym pojeździe i na listę zgłoszeń awarii rejestratorów z Argadu.
Dopiero teraz zauważyła jeden drobiazg.
Wszystkie zgłoszenia miały różne kanały.
Ale identyczny czas opóźnienia.
Dziewięć sekund.
Liran bardzo powoli usiadła.
Nie dlatego, że się przestraszyła.
Dlatego, że nagle zrozumiała, iż ktoś nie tylko znał historię Iren.
Ktoś ją czytał zbyt uważnie.
Dwa dni później przybyła Chryzeida. Z dolnej stacji portu kosmicznego na Ganimedesie skierowała się od razu do swojej ulubionej kawiarni, gdzie zamówiła kawę magmową w misce i trochę biszkoptów magnetycznych do kawy. Jadła to wszystko jak kotka, zanurzając metalowy pyszczek w miskach. Jej kocie łapki były znacznie bardziej sprawne manualnie niż u biologicznych kotów, jednak Chryzeida lubiła jeść właśnie tak, po kociemu. Właściciele najlepszych kawiarń i restauracji w Układzie dostosowali się do jej wymagań. Chryzeida była nie tylko ciepła i zabawna, była też, podobnie jak Liran, Maki czy Dewi jedną z najbardziej znanych osobistości Układu.
– Po raz pierwszy jesteś naprawdę niepopularna. Miau! – rzekła widząc wchodzącą przyjaciółkę.
– Właśnie dlatego się spóźniłam – Liran usiadła przy niej zamaszyście. – Musiałam jechać zupełnie dookoła pod policyjną eskortą.
– No cóż, takie nieprzyjemności zwykle dotykają adwokatów, takich jak nasz kochany Slak – zaśmiała się Chryzeida. – Oni bronią czasem bardzo kontrowersyjnych osób. Jako rasowa oskarżycielka byłabyś bardziej u siebie znajdując tych, którzy wrabiają Iren.
– O ile tacy w ogóle istnieją – westchnęła Liran.
Chryzeida zanurzyła pyszczek w kawie, po czym spojrzała na zamieć śnieżną za oknem. W oddali, za zasłoną płatków, ktoś jeździł na nartach, lecz nie była to Elian. Kotka-miasto uśmiechnęła się. Elian też miała wielką ochotę zobaczyć. W końcu to ona pomogła jej się przebudzić cztery lata temu.
– Nie będę cię chwalić za to, że zachowujesz zdrowy sceptycyzm wobec własnych hipotez. Nadal jesteś najlepsza – zwróciła się do Liran.
– Jesteś równie dobra jak ja – pokiwała głową Liran. – Nie chciałam cię odciągać od dzieci. Ale Iren wyraziła takie pragnienie.
– Dzieciom się nic nie stanie. Obok innych opiekunów zostawiłam z nimi Miri, ich najstarszą siostrę. Ona jest już bardzo odpowiedzialna, poza tym ma dobrze nastrojony humor. A to wychowawcza podstawa – zaśmiała się Chryzeida. – A skoro tu siedzimy, zastanówmy się nad odrębnymi niż wrabianie Iren hipotezami. Tak, aby upewnić się, że nie pasują nam do rzeczywistości.
– Ta, którą przedstawił Arator jest całkiem dobra – Liren mieszała powoli kawę łyżką. Stukała cicho w brzegi filiżanki. Lubiła ten dźwięk. – Rzeczywiście, osoby, które wróciły z nie-oceanu mogą mieć nie tylko mutacje przestrzenne, ale też te czasowe. Teoretycznie więc Iren może wyprzedzać świadomością zdarzenia, których sama jest sprawczynią. Może też być oderwana w czynach od własnej woli. Wola może trwać w przeszłości, zaś czyny, przypadkowe i chaotyczne, mogą biec na przód.
– Może być też tak, że działają dwie Iren – powiedziała Chryzeida podwijając swój ogon pod łapki.
– Mówisz o rozdwojeniu jaźni? Elian natychmiast by to wykryła – stwierdziła Liran.
– Nie, mówię o prawdziwym rozdwojeniu. W wyniku zaburzeń czasowych mogły powstać dwie, lub więcej Iren – Chryzeida zmrużyła swoje zamyślone ślepia.
– Tę ostatnią hipotezę łatwo potwierdzić lub wykluczyć – pokiwała głową Liran. – A teraz hipotezy na rzecz tego, że Iren jest całkowicie niewinna. Topory, czy osoby zainspirowane Toporami odpadają. To nie ten styl. Poza tym ostatnio Maki naprawdę odrzuciła ich bardzo daleko od Układu i jego kolonii. Jakieś grupki biologicznych ludzi, coraz bardziej nielicznych rasistów nienawidzących sAI, też wydają mi się mało prawdopodobne. To wszystko jest zbyt wyrafinowane, jak na ich możliwości i styl działań.
– Poza tym wywoływany jest raczej problem wewnętrzny w państwie sAI, jakim jest Ganimedes, a nie rozdźwięk między biologicznymi a mechanicznymi. Miau – Chryzeida wyraźnie ucieszyła się, że najpewniej nie chodzi o biologicznych rasistów. Nie lubiła takich spraw. Były ciężkie i prymitywne. W niczym nie przypominały kryminalnego teatrum Conana Doyle’a. A Sherlock Holmes był bohaterem dzieciństwa Chryzeidy, czyli nadal, bo miała jako świadoma istota zaledwie cztery lata.
– Możliwe, że za Iren wyszedł z nie-oceanu jakiś tamtejszy przestępca. W końcu nie-ocean jest bardziej drugim, odległym światem niż osobą. Więc może nieść wiele osób – zauważyła Liran.
– Tak, też o tym myślałam – westchnęła Chryzeida. – Może nie-ocean jest nawet całym innym wszechświatem, a nie tylko światem. Dokonałam licznych modeli i analiz i wyszło mi, że mamy do czynienia z ogromnym zjawiskiem.
– Nie będę się wtrącać w twoje modelowanie – rzekła Liran z wyraźnym zainteresowaniem. – Masz wielką moc obliczeniowo – analityczną jako miasto – sAI.
– Powinnaś się zurbanizować, też ją powiększysz – zaśmiała się kotka-sAI.
– Masz na myśli stanie się miastem? – zdziwiła się Liran.
– Tam półserio, półżartem rozważam taką opcję dla ambitnych sAI, taką drogę rozwoju. Pomyśl, jakby to pomogło w kolonizacji światów. Miau – Chryzeida wyprężyła się w łuk, dumna ze swojego pomysłu.
– Ale co to znaczy, że jest innym wszechświatem? – zapytała Chryzeidę Liran. Zapytała też samą siebie. – Przecież i tak mówiła do nas jakaś osoba stamtąd, a nie cały wszechświat. Chyba, że mamy na myśli świadomy wszechświat.
– Och, to dotyczy kolektywności, granic kształtów i wielu innych zjawisk w świetle innych praw fizyki – Chryzeida zamknęła na moment oczy. Łączyła się ze swoimi centrami obliczeniowymi, gdzie trwała intensywna praca.
– Zostawmy to. Proszę – przerwała jej Liran. – Jesteś potrzebna tutaj w skupieniu. Takie filozoficzne dywagacje są świetne, ale musimy rozstrzygnąć sprawę Iren. Przyjmijmy, że hipoteza brzmi „sprawcą może być ktoś z nie-oceanu, który przyszedł tu za Iren, a może przed Iren, bo czas jest inny przy innych prawach fizyki”. Nie wnikajmy w strukturę tego ewentualnego kogoś.
– Masz rację – Chryzeida otworzyła szerzej ślepia. – Jeśli jednak to nie nie-ocean, to musi być ktoś, kto chce coś zmienić na Ganimedesie za wszelką cenę, nie obawiając się przypadkowych ofiar. Nie zakładam, że sam nie-ocean jest zły, inaczej przecież nie wypuściłby Ganimedian z siebie.
– Bardziej ktoś za nim lub z niego, jeśli już – zgodziła się Liran. – Ale zostawmy inny wszechświat i wróćmy na nasze podwórko. Jeśli to całe smutne zamieszanie jest dziełem kogoś z Układu, to jaki ktoś miałby w tym interes. Co chciałby osiągnąć? Nielicznych ludzkich rasistów odrzucamy. Co nam zostaje?
Chryzeida oblizała z pyszczka resztkę kawy magmowej.
Zrobiła to powoli, bardzo kocio i zupełnie bez poczucia, że powaga śledztwa wymaga mniej komicznych gestów. Liran znała ją dość dobrze, by wiedzieć, że właśnie wtedy Chryzeida myślała najintensywniej.
— Zostaje nam ktoś, kto korzysta na tym, że Ganimedes zaczyna bać się własnej przyszłości — powiedziała kotka-miasto.
— To brzmi szeroko.
— Bo jest szerokie. Miau.
— Zawęź.
Chryzeida pacnęła łapką biszkopt magnetyczny, który przykleił się do brzegu miski. Biszkopt odskoczył, obrócił się w powietrzu i spadł z powrotem do kawy z małym pluskiem.
— Po pierwsze: frakcja izolacjonistyczna. Nie rasistowska wobec sAI, tylko ganimedejska. Ktoś, kto uważa, że osoby po głębokich przemianach powinny zostać odsunięte od wspólnoty, bo wspólnota jest ważniejsza niż pojedyncza osoba.
— To brzmi jak Arator.
— Nie. Arator jest zbyt prostolinijny.
— Powiedziała kotka, która przed chwilą oskarżyła połowę księżyca o strach.
— Strach nie jest przestępstwem. Zrobienie z czyjegoś strachu narzędzia może nim być.
Liran skinęła głową.
— Dalej.
— Po drugie: ktoś związany z systemami bezpieczeństwa. Policyjny pojazd, pola ograniczające, rejestratory, kanały zgłoszeń, dziewięć sekund opóźnienia. To nie musi być jedna osoba z bardzo wysokim dostępem. Może to być kilka średnich dostępów użytych sprytnie.
— Ktoś w policji?
— Nie tylko. Dostawcy oprogramowania, audytorzy, serwisanci, miejska infrastruktura, obsługa petycji, archiwa medialne. Wiesz, co jest najgorsze w nowoczesnych cywilizacjach?
— Że każda ma dziesięć tysięcy miejsc, gdzie można ukryć małą decyzję.
— Właśnie. Miau.
Liran odłożyła łyżkę. Filiżanka przestała cicho dzwonić.
— Po trzecie?
Chryzeida spoważniała.
— Ktoś, kto chce przejąć język po nie-oceanie.
— To znaczy?
— Po powrocie Grupy Lodowych Sygnałów powstało mnóstwo nowych słów: szeroki dom, powrót nieprosty, osoba zmieniona, okno, zgoda miejsca, ślad, dziewięć sekund, nie prostować za szybko. To były słowa ratunkowe. Ale każde słowo ratunkowe może zostać porwane.
— Przez kogo?
— Przez tych, którzy chcą powiedzieć: „widzicie? nieprostego nie da się leczyć, więc trzeba oddzielić”. Albo: „osoby po nie-oceanie są następnym etapem, więc nie wolno ich sądzić”. Albo: „Ganimedes musi zbudować nowy porządek bezpieczeństwa, a my przypadkiem mamy gotowe narzędzia”.
— Polityka.
— Polityka, religia bez bogów, biznes bezpieczeństwa, lęk społeczny, ambicja naukowa. Wybierz filiżankę, nalej do niej kawy i nazwij to programem.
Liran spojrzała przez okno.
Za szybą śnieg nieco zelżał. Narciarz w oddali zniknął za mechanicznymi drzewami. Przez chwilę było tak cicho, że można było usłyszeć delikatne buczenie ogrzewania w podłodze kawiarni.
— Jest jeszcze jedna możliwość — powiedziała.
— Wiem.
— Jaka?
Chryzeida wsunęła ogon bliżej łap.
— Ktoś nie chce tylko izolacji Iren. Ktoś chce, żeby ona sama uwierzyła, że izolacja jest konieczna.
Liran spojrzała na nią ostro.
— Dlaczego?
— Bo osoba, która sama uzna się za zagrożenie, przestaje walczyć o własne miejsce. Może poprosić o oddalenie. Może zgodzić się na ograniczenia, których sąd nie odważyłby się narzucić. Może nawet uciec tak daleko, że nikt już nie będzie musiał jej formalnie skazywać.
— To okrutne.
— Tak.
— I bardzo skuteczne.
— Też tak.
Liran zamknęła oczy na moment.
W głowie zobaczyła Iren siedzącą gdzieś w mechanicznym lesie, mówiącą Elian, że rzeczy były przygotowane do tego, żeby je ominęła. Jeśli ktoś naprawdę budował katastrofy wokół jej sposobu poruszania się, to nie tylko niszczył dzielnice i krater. Niszczył jej zaufanie do własnego istnienia.
— Musimy ją znaleźć bez ranienia jej bardziej — powiedziała Liran.
— Elian już ją znalazła częściowo.
— Częściowo to teraz za mało.
— Czasem częściowo jest jedyną uczciwą formą początku.
Liran spojrzała na przyjaciółkę z irytacją.
— Nie filozofuj mi Chryzeidą.
— Jestem Chryzeidą. Nie mam innych narzędzi.
— Masz pazury, olbrzymią moc obliczeniową i trzysta dzieci.
— Oraz miskę kawy. Nie lekceważ miski kawy.
Liran mimo wszystko uśmiechnęła się krótko.
Potem spoważniała.
— Jeśli mamy rozpoznać, kto układa miejsca pod kroki Iren, musimy wiedzieć, gdzie jeszcze takie miejsca istnieją.
— Albo gdzie ktoś próbował je zrobić i nie zdążył — dodała Chryzeida.
— Co proponujesz?
Kotka-miasto dotknęła łapką brzegu stołu.
Nad miską kawy pojawiła się mapa Ganimedesa: nie cała, tylko wybrane punkty. Argad. Krater. Trasa policyjnego pojazdu. Dawne miejsce terapii Iren. Instytut Powrotów. Kilka stacji pomiarowych. Kilkanaście prywatnych rejestratorów, które zgłosiły awarie. Kanały, przez które poszły pierwsze materiały medialne.
Chryzeida mrugnęła.
Mapa zmieniła się.
Nałożona została druga warstwa: czasy publikacji, czasy zgłoszeń, opóźnienia transmisji, zapisy serwisowe.
Liran pochyliła się.
— Dziewięć sekund.
— Nie wszędzie — powiedziała Chryzeida.
— Wiem. Ale wystarczająco często.
— I za równo.
— Czyli ktoś je wstawił?
— Albo ktoś bardzo chciał, żebyśmy pamiętali dziewięć sekund z nie-oceanu.
Liran dotknęła jednego z punktów.
— To jest zgłoszenie z automatu herbacianego w Argadzie.
— Tak.
— Ono było po katastrofie.
— I przed publikacją nagrania w kanale medialnym.
— Co to znaczy?
Chryzeida poruszyła uszami.
— Jeszcze nie wiem. Ale automat herbaciany podziękował Iren za przeprosiny, prawda?
Liran zamarła.
— Skąd wiesz?
— Tara Nes przesłała mi pełną paczkę danych z Argadu. Bardzo lubię Tarę Nes. Jest rzeczowa i nie zadaje pytań typu: „czy kotka-miasto naprawdę potrzebuje wszystkich zapisów o herbacie?”.
— Automat nie powinien się uruchomić.
— Nie powinien. Ale się uruchomił i powiedział zdanie, które nie pasuje do propagandy przeciw Iren.
— Bo pokazuje, że przedmiot zareagował na nią łagodnie.
— Albo ktoś chce, żebyśmy tak myśleli.
— Chryzeido.
— Wiem, wiem. Nie zjadać każdego tropu przed obiadem.
— Właśnie.
Kotka przeciągnęła się na siedzeniu.
— Ale jest coś ciekawszego. Automat nie miał zasilania, lecz miał krótki impuls pola. Bardzo mały. Z boku. Nie z sieci miejskiej.
— Z czego?
— Z serwisowego mikroźródła, które powinno być wyjęte trzy miesiące temu podczas modernizacji.
— Kto prowadził modernizację?
— Firma Szeroki Lód.
Liran zapisała nazwę.
— Brzmi jak przedsiębiorstwo infrastrukturalne.
— Jest przedsiębiorstwem infrastrukturalnym. I fundacją obywatelską. I producentem oprogramowania stabilizacyjnego dla małych miast podlodowych. I sponsorem kilku programów edukacyjnych o bezpieczeństwie po incydentach nieoceanicznych.
— Oczywiście.
— Nie przesądzaj.
— Nie przesądzam. Nienawidzę tylko, kiedy rzeczywistość zaczyna przypominać broszurę.
Chryzeida parsknęła śmiechem.
— „Szeroki Lód” ma też dział analiz społecznych. Pomagał Radzie przygotować roboczy projekt procedur na wypadek zagrożeń po powrocie z innych wymiarów.
Liran spojrzała na mapę.
— Czyli mogli znać projekt uchwały.
— Mogli.
— Mieli dostęp do infrastruktury Argadu.
— Częściowy.
— Do stacji pomiarowej przy kraterze?
— Jeszcze sprawdzam.
— Do pojazdu policyjnego?
— Oficjalnie nie.
— Nieoficjalnie?
— Ktoś serwisował aktualizację systemu pól ograniczających w zeszłym miesiącu. Podwykonawca podwykonawcy.
— Nie mów.
— Mówię.
— Szeroki Lód?
— Jeszcze nie. Ale nazwa jednego z podwykonawców jest bardzo nudna, więc podejrzana.
Liran spojrzała na Chryzeidę.
— To nie jest metoda dowodowa.
— Ale jest metoda kocia. Nudy należy pilnować. Zbrodnie lubią wyglądać jak administracja.
Liran chciała odpowiedzieć, ale przerwało jej połączenie.
Elian.
Obraz psycholożki był słaby, przerywany śniegiem sygnału. Za nią widać było srebrne gałęzie mechanicznego lasu.
— Chryzeida już z tobą? — zapytała.
— Tak — odpowiedziała Liran. — Siedzi w kawie.
— To dobrze.
— Co z Iren?
Elian spojrzała w bok, jakby sprawdzała, czy pacjentka ją słyszy.
— Stabilniej. Ale mówi, że miejsce zaczyna znowu czekać.
Chryzeida natychmiast zsunęła się z krzesła.
— Gdzie?
— Nie podam przez kanał otwarty. Przesyłam ścieżkę łamaną. Nie idźcie prosto.
Na mapie pojawił się dziwny ciąg punktów. Nie prowadził najkrótszą drogą do żadnego znanego celu. Wyglądał jak trasa kogoś, kto chce ominąć nie miejsce, ale cudzy pomysł na miejsce.
— Chryzeido — powiedziała Elian — Iren prosiła o ciebie.
Kotka-miasto zamilkła.
To było krótkie, ale dla Liran bardzo wymowne. Chryzeida mogła żartować z Radą, policją, wszechświatem i własnymi dziećmi, ale prośba przestraszonej osoby nie była dla niej materiałem do błyskotliwości.
— Idę — powiedziała.
— Miri? — zapytała Elian.
— W drodze. Leciała drugim transferem.
— Dobrze.
Połączenie zgasło.
Liran wstała.
— Idę z tobą.
— Nie — powiedziała Chryzeida.
— Słucham?
— Ty pójdziesz do „Szerokiego Lodu”.
— To może poczekać.
— Nie może. Jeśli Iren czuje, że miejsce znowu czeka, to ktoś może właśnie uruchamiać następny układ. Elian i ja możemy pomóc jej nie wejść w pułapkę. Ty możesz znaleźć rękę przy przełączniku.
— Chryzeido…
— Liran. Miau.
To „miau” było inne niż zwykle.
Nie było żartem.
Było decyzją.
Liran zacisnęła szczękę.
— Dobrze. Ale bierzesz Tarę Nes.
— Biorę.
— I żadnych heroicznych skoków w nieznane.
Chryzeida spojrzała na nią bardzo kocio.
— Przykro mi, nie znam takiego formularza.
— Chryzeido.
— Dobrze. Heroiczne skoki tylko po konsultacji.
— Z kim?
— Z własnym rozsądkiem.
— To mnie nie uspokaja.
— Słusznie.
Kotka-miasto zeskoczyła z krzesła. Jej metalowe łapki stuknęły lekko o podłogę. Przez chwilę była znów podobna do zwykłego kota, który właśnie postanowił pójść tam, gdzie nie wolno.
Potem jej kontur pogłębił się. W przestrzeni wokół niej pojawiły się cienkie linie łączności z odległymi centrami obliczeniowymi. Kawiarnia jakby przygasła od ciężaru myślenia miasta.
— Liran — powiedziała jeszcze.
— Tak?
— Jeśli trafisz na ludzi ze „Szerokiego Lodu”, nie zakładaj od razu, że są sprawcami.
— Sama mnie tam wysyłasz.
— Wysyłam cię po prawdę, nie po wygodną wersję.
Liran westchnęła.
— Jak ja nienawidzę, kiedy ktoś mówi do mnie moimi własnymi zasadami.
— To znak, że masz dobre zasady. Idź.
Siedziba Szerokiego Lodu znajdowała się w jednej z najstarszych kopuł administracyjnych Ganimedesa.
Nie wyglądała złowieszczo.
To było pierwsze, co Liran uznała za irytujące.
Złowieszcze budynki ułatwiały życie prokuratorom. Ciemne korytarze, puste sale, zbyt duże logotypy, milczący ochroniarze. Tutaj była jasna recepcja, miękkie światło, widok na ogród lodowych mchów i ściana z hasłem:
STABILNOŚĆ JEST GOŚCINNOŚCIĄ ŚWIATA.
Liran zatrzymała się przed tym zdaniem.
Nie dlatego, że było podejrzane.
Dlatego, że było prawie piękne.
Prawie.
Recepcjonistka, drobna sAI o awatarze z mlecznobiałej ceramiki, podeszła natychmiast.
— Pani prokurator Liran. Dyrektorka czeka.
— Wie, że przyjdę?
— Domyśliła się.
— To bardzo uprzejme.
— Dyrektorka ceni gotowość.
Liran spojrzała na nią.
— Gotowość do czego?
Recepcjonistka uśmiechnęła się profesjonalnie.
— Do współpracy.
W windzie, która zjeżdżała w dół zamiast w górę, Liran przejrzała w myśli wszystko, co miała: przeciek z Rady, dziewięć sekund, serwisowe mikroźródło automatu herbacianego, aktualizację pól ograniczających, zbyt dobre dowody, petycję, metafory Aratora i nowe zjawisko przy kraterze.
Za mało.
Zbyt dużo.
Winda otworzyła się na salę konferencyjną.
Czekała tam dyrektorka Szerokiego Lodu.
Nazywała się Vea Morn.
Jej awatar był prosty, niemal surowy: ciemny metal, jasne oczy, żadnych ozdób poza małym znakiem lodowego liścia przy kołnierzu. Nie wyglądała jak ktoś, kto spiskuje w ciemnych pokojach. Wyglądała jak ktoś, kto nigdy w życiu nie spóźnił się na posiedzenie komisji.
— Prokuratorko — powiedziała. — Czekałam na panią.
— To już wiem.
— Chciałabym od razu powiedzieć, że przekażemy wszystkie dane, o które pani poprosi.
— To miłe.
— I że spodziewam się, iż będzie pani podejrzewać naszą organizację.
— To też miłe.
Vea Morn wskazała miejsce przy stole.
— Proszę usiąść.
— Wolę stać.
— Jak pani chce.
Liran spojrzała na ścianę za nią. Wisiała tam mapa Ganimedesa, podświetlona w odcieniach błękitu i srebra. Na mapie zaznaczono setki punktów infrastrukturalnych: kopuły, tunele, miasta, stacje podlodowe, kręgi ratunkowe.
— Macie szeroki dostęp — powiedziała.
— Tak. Dlatego nazywamy się „Szeroki Lód”.
— Nazwa nie jest dowodem niewinności.
— Ani winy.
— Zgoda.
Vea Morn położyła dłonie na stole.
— Uważam, że Iren Voss powinna zostać czasowo oddalona od gęsto zaludnionych obszarów Ganimedesa.
— To pani opinia prywatna czy stanowisko fundacji?
— Jedno i drugie.
— Czy to pani napisała roboczy język projektu Rady?
— Nasi analitycy pomagali w opracowaniu procedur.
— Czy to pani ludzie przygotowali petycję obywatelską?
— Nie.
Odpowiedź była szybka.
Nie za szybka.
Liran nie lubiła tej dyrektorki.
Jeszcze bardziej nie lubiła tego, że Vea Morn mogła mówić prawdę.
— Czy pani organizacja serwisowała systemy w Argadzie?
— Tak.
— Automat herbaciany?
— Możliwe. Muszę sprawdzić.
— Stację pomiarową przy kraterze?
— Tak.
— Policyjne pola ograniczające?
— Nie bezpośrednio.
— Przez podwykonawcę?
— Możliwe.
— Bardzo dużo możliwości.
— Taka jest infrastruktura.
— Czy dziewięciosekundowe opóźnienia w zgłoszeniach są waszym standardem diagnostycznym?
Po raz pierwszy Vea Morn nie odpowiedziała natychmiast.
To było małe.
Ale Liran to zauważyła.
— Nie — powiedziała dyrektorka. — Nie są.
— A wie pani, gdzie wystąpiły?
— Domyślam się.
— Bo czekała pani na mnie?
— Bo nie jestem idiotką, prokuratorko. Jeśli nasza infrastruktura pojawia się w sprawie, sprawdzam ją, zanim pani przyjdzie.
— I co pani znalazła?
Vea Morn przesłała dokument.
Liran otworzyła go ostrożnie.
To była lista wewnętrznych alarmów.
Nie tych zgłoszonych publicznie.
Wewnętrznych.
Dziewięć sekund pojawiało się w nich jak cichy refren.
Argad.
Krater.
Dwie stacje, o których Liran jeszcze nie słyszała.
Jeden tunel transportowy zamknięty trzy godziny temu z powodu „prewencyjnego przeglądu”.
— Dlaczego nie przekazaliście tego wcześniej? — zapytała Liran bardzo spokojnie.
Vea Morn wytrzymała jej spojrzenie.
— Bo jeden z tych alarmów pochodzi z miejsca, które nie powinno istnieć.
Liran nie poruszyła się.
— Proszę rozwinąć.
Dyrektorka przesunęła palcem po mapie.
Daleko od Argadu, daleko od krateru, pod warstwą starego lodu, pojawił się punkt bez nazwy.
— To prywatna instalacja badawcza sprzed trzydziestu lat. Oficjalnie zamknięta. Nie należała do nas. Przejęliśmy jej systemy dopiero po integracji sieci stabilizacyjnej.
— Co badano?
— Reakcje sztucznych struktur przestrzennych na ruch osób świadomych.
Liran poczuła, jak coś bardzo zimnego przechodzi jej po plecach.
— Osób świadomych?
— Tak zapisano w archiwach.
— Kto prowadził projekt?
Vea Morn spojrzała na nią.
— Nie wiem jeszcze. Część danych została wymazana.
— Oczywiście.
— Ale mamy nazwę projektu.
Liran czekała.
Dyrektorka powiedziała:
— Krok Szeroki.
Przez chwilę w sali było cicho.
Bardzo cicho.
Potem komunikator Liran zapulsował ostrzeżeniem od Chryzeidy.
Nie wiadomość głosowa.
Nie tekst.
Tylko obraz: mechaniczne drzewo zgięte w niemożliwym łuku i trzy słowa dopisane pazurem świetlnym.
MIEJSCE CZEKA. SZYBCIEJ.
Liran dotarła na miejsce używając najlepszego dostępnego transportowca. Bała się, że na miejscu zobaczy Chryzeidę wprasowaną w skałę, a jej rdzenie pamięci na Tytanie zapadną w tajemniczą śpiączkę.
Gdy zobaczyła na śniegu postać kotki biegającą wokół zamyślonej Iren, odetchnęła z ulgą. Wylądowała dwieście metrów od nich i podbiegła do Chryzeidy i Iren po łuku.
– Zobacz, to jest chyba emiter zaburzeń czasoprzestrzennych – powiedziała Chryzeida wskazując pyszczkiem na dziwaczne urządzenie z nieznanych stopów metali. Ściany obiektu były niewyraźne, zmieniały konfigurację jakby chaotycznie, wychodząc na przód i do tyłu, nie zajmując jednoznacznego miejsca w czasoprzestrzeni Ganimedesa.

– Nie boicie się stać tak blisko tego? – zdziwiła się prokurator. – Odejdźcie, ale już – zażądała stanowczo.
– Miau! – zaśmiała się Chryzeida. – Nie martw się Liran, zepsułam to.
– Jak? – zdziwiła się Liran.
– Wrzuciłam kłębek gdy generowało pole – powiedziała z dumą Chryzeida. – Przecież wiesz, zawsze noszę kłębki.
– Wiem, i rozdajesz je na lewo i prawo. Twoje słynne niechciane prezenty – Liran odetchnęła z ulgą i podeszła do tajemniczego urządzenia. Skoro Chryzeida mówiła, że coś zepsuła, można było jej wierzyć. Z naprawami nie było to już takie proste. – Zaraz, gdzie jest Elian? Coś jej się stało?
– Nie, pobiegła do swojej kliniki, aby nadać dane do policji i sądu – wyjaśniła Chryzeida. – Ten przedmiot jest dowodem na niewinność Iren.
– Sprawne oskarżenie może dalej jechać do przodu. Powiedzą, że Iren miała to ze sobą, tyle, że niewidzialne. W końcu to n-przestrzenny obiekt – zauważyła Liran.
– Liran, jesteśmy tu przecież – Chryzeida wyprężyła metaliczny grzbiet koci w pełnym zadowolenia łuku. – Jesteś świadkiem jak razem z Iren natknęłyśmy się na ten obiekt próbując zapobiec zagrożeniu.
Liran zmarszczyła neoludzkie brwi swojego awatara. Pomyślała, że gdyby jej zależało na oskarżaniu Iren, wymyśliłaby choćby bilokację, albo nawet wieloobecność. Przyjrzała się uważniej obiektowi. Jego fazy czasoprzestrzenne były coraz wolniejsze. Na powierzchni wyglądającej jak zderzenie kilkunastu trapezów widniały inskrypcje w nieznanym w Układzie piśmie. Obiekt był ewidentnie obcy, ale chyba nie aż tak obcy, żeby nie pochodzić z tego wszechświata.
– Gdyby udało nam się to odczytać, mielibyśmy mocny dowód – zauważyła.
– Próbowałam już, niestety cała moja moc obliczeniowa nie dała rady. Może to nie jest zwykłe pismo, ale jakiś szyfr? – Chryzeida krążyła wokół obiektu.
– Nawet Maki nie zna choćby promila cywilizacji zamieszkujących nasz wszechświat – zaśmiała się Liran. – Nie możemy być aż tak pewni naszych algorytmów translacyjnych. Nie trzeba innych wszechświatów, aby zetknąć się z czymś bardzo trudnych do zrozumienia. Jak się czujesz Iren? – zapytała Iren.
– Dużo lepiej, pani prokurator – stwierdziła Iren. Ona też nie miała jasnych granic, podobnie jak obiekt, ale na tym kończyły się podobieństwa. – Już zaczęłam wierzyć w to, że może jestem winna tych czynów. Co z tego, że nie pamiętam, że nie wiem, że to robię… Poszliśmy zygzakiem do źródła zagrożenia i gdy tylko zobaczyłam, że ono nie jest mną, ani ze mnie, odetchnęłam z ulgą. Początkowo chyba spodziewałam się tu zastać moją sobowtórkę, siebie sprzed chwili lub za chwilę. Albo siebie z alternatywnego wszechświata, o ile istnieją aż tak podobne wszechświaty. Jednak, nawet jeśli nie dowiodę swojej niewinności przed sądem, jestem całkowicie przekonana, że ten obiekt nie ma ze mną nic wspólnego.
– Ale z kimś musi mieć coś wspólnego – w Liran obudziła się prokuratorska drapieżność. – Sam tu nie przyszedł.
– Tak, sprawdzałam – powiedziała Chryzeida. – To jest tylko urządzenie. Nie wykazuje żadnych samoświadomych cech, nie jest też raczej możliwym awatarem.
– Na to ostatnie bym uważała – powiedziała Liran. – Wiecie przecież, że niektórzy Ganimedianie lubią medytować w mechanicznych drzewach swoich lasów. Więc nawet takie zwykłe mechaniczne drzewo może być czasem awatarem.
– No tak, ale my nie rośniemy w tych drzewach – westchnęła Iren, która pierwszy raz od dawna poczuła się znów Ganimedianką, którą przecież była. – Trwamy tylko w nich przez moment tak długi jak chcemy. Czujemy drzewnie, ale nie kierujemy drzewem. Drzewa sobą nie kierują. Więc nawet jakby ktoś był w ten sposób w takim urządzeniu, nie mógłby nim dysponować.
– Ciekawy zwyczaj z tymi drzewami – Liran dotknęła metalicznej kory jednego pobliskich neoświertków. – Może też powinnam kiedyś spróbować.
– Ty, z twoim pracoholizmem? Niemożliwe. Miau! – Chryzeida zaśmiała się jasno i dźwięcznie.
– Rozmawiałam z Veą Morn z Szerokiego Lodu. Jej zeznania mogą wskazywać na wykorzystanie struktury ich przedsiębiorstwa czy też stowarzyszenia do takich działań, jak umieszczenie nieznanego obiektu na powierzchni Ganimedesa – stwierdziła Liran.
– Wykorzystanie? Za jej plecami? – upewniła się Chryzeida.
– Na razie tak to wygląda – pokiwała głową Liran. – Choć nie jest całkowicie niewinna. Dziwne zdarzenia zostały zauważone w strukturach Szerokiego Lodu, jednak nikt nie zgłosił tego do Rady Ganimedesa, ani na policję, narażając wielu na niebezpieczeństwo. To nie jest nic, nawet jeśli nie ponoszą odpowiedzialności za obiekty tego typu i za wrabianie Iren.
– Dlaczego tego nie zgłosili? – zdziwiła się Chryzeida.
– To duży podmiot, zaszkodziłoby to ich reputacji – wzruszyła ramionami Liran. – Jednak spodziewali się mojej wizyty.
– Muszą mieć dobrych adwokatów, skoro idą tą drogą – zauważyła Chryzeida. – Skoro spodziewali się twojej wizyty, powinni ją wyprzedzić swoją aktywnością. Zdjęłoby to z nich część winy.
– Zapanował chaos, ja też temu uległam – powiedziała Iren. – Może bali się oburzenia innych mieszkańców Ganimedesa. Takie coś może być gorsze, niż zasądzona kara o ukrywaniu zagrożeń.
– Nie podoba mi się postawa mieszkańców Ganimedesa – westchnęła Liran. – Myślałam, że mamy to już w Układzie dawno za sobą. Reagowanie paniką, niemal dążenie do linczu.
– Nie jesteśmy inni od Merkurian czy Plutonian – zaprotestowała Iren. – Wielu z nas pochodzi z innych planet i księżyców. Moja najlepsza przyjaciółka, ebenistka, ma matkę z Tytana. Jej ojciec jest biologicznym Wenusjaninem.
– Biologicznym Wenusjaninem? To ciekawe? – zainteresowała się Chryzeida. – Myślałam, że związki matrymonialne sAI i biologicznych zaczęły się niedawno, niemal za mojego krótkiego życia.
– Okazało się, że na Wenus, gdzie populacje sAI i biologicznych są niemal równie liczne, takie przypadki zdarzały się już wcześniej. No a teraz ślub biologicznej królowej Dewi ze Slakiem, sAI z Merkurego, otworzył ten temat – powiedziała Iren. Chryzeida i Liran uśmiechnęły się do niej. Czuły, że Iren jest coraz mniej zagubiona. Nadal była zmieniona przez nie-ocean, ale mówiła jak zwykła mieszkanka Układu, jak obywatelka Ganimedesa.
Chryzeida przestała się uśmiechać pierwsza.
Nie dlatego, że zobaczyła coś nowego. Przeciwnie — dlatego, że przez ułamek sekundy wszystko wokół obiektu stało się zbyt zwyczajne. Śnieg leżał równo. Wiatr przesunął drobne kryształki po metalicznej korze neoświertków. Iren mówiła spokojnie o swojej przyjaciółce ebenistce, o Wenusjanach, o małżeństwach biologicznych i cyfrowych, a Liran słuchała jej z tą szczególną ulgą, jaką prokuratorzy czują rzadko: gdy człowiek, którego już prawie pochłonęła cudza sprawa, zaczyna znowu należeć do samego siebie.
A potem kłębek Chryzeidy poruszył się wewnątrz urządzenia.
Nie potoczył się. Nie drgnął od wiatru. Po prostu przesunął się o kilka centymetrów w głąb struktury, choć żadnej głębi tam nie było. Trapezy, które tworzyły powierzchnię obiektu, ułożyły się na moment jak powieki.
— Miau — powiedziała Chryzeida bardzo cicho.
Liran znała już ten ton. To nie było jej zwykłe „miau”, pełne zadowolenia, ironii albo teatralnej dumy. To było krótkie ostrzeżenie.
— Co widzisz?
— Mój kłębek nie jest już mój.
Iren cofnęła się o krok.
— Jak to?
— Nadal wygląda jak kłębek. Nadal ma moją sygnaturę materiałową. Ale jego położenie jest opisane przez coś, czego nie znam. On nie leży w urządzeniu. On jest używany jako przecinek.
Liran spojrzała na obiekt. Inskrypcje, przed chwilą nieruchome i obce, zaczęły bardzo powoli przesuwać się względem siebie. Nie zmieniały treści. Raczej dopiero teraz pokazywały, że treść w ogóle istnieje.
— Przecinek w czym? — spytała.
Chryzeida okrążyła urządzenie, nisko opuszczając głowę. Jej metaliczne łapy prawie nie zostawiały śladów na śniegu.
— W zdaniu.
— Potrafisz je odczytać?
— Nie. Ale potrafię powiedzieć, gdzie się kończy.
— I gdzie?
Kotka zatrzymała się przed Iren.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Na niej — powiedziała Chryzeida.
Iren zbladła, choć jej awatar nie musiał blednąć.
Liran natychmiast stanęła między nią a obiektem. Był to gest odruchowy, niemal biologiczny, absurdalny wobec n-przestrzennego urządzenia, ale właśnie dlatego ważny. Iren zauważyła go. Chryzeida też.
— To nie dowodzi winy Iren — powiedziała Liran.
— Nie powiedziałam, że dowodzi — odparła kotka. — Powiedziałam, że zdanie kończy się na niej.
— A zaczyna?
Chryzeida uniosła pyszczek ku czarnemu niebu Ganimedesa.
— Nie tutaj.
— To dobrze — powiedziała w końcu Liran. — Bardzo dobrze. Kiedy świadek zaczyna mówić o swojej przyjaciółce ebenistce, a nie o tym, że być może jest winny rzeczy, których nie pamięta, to znaczy, że wraca do świata.
Iren spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem.
— Pani prokurator potrafi być miła?
— Tylko wtedy, kiedy nikt tego nie nagrywa.
— Nagrywam wszystko — przypomniała Chryzeida i z rozkoszą przeciągnęła się na śniegu. — Ale mogę udawać, że akurat mrugałam.
Liran chciała odpowiedzieć, ale przerwał jej sygnał z transportowca. Na wewnętrznej siatce komunikacyjnej pojawił się znak priorytetu procesowego, a zaraz potem twarz Elian. Lekarka była wyraźnie zdyszana, choć jej ciało awatarowe nie musiało reagować w ten sposób. Wybrała taki odruch. Liran uznała to za zły znak.
— Dane poszły do sądu i policji — powiedziała Elian bez wstępu. — Ale ktoś próbował je zatrzymać po drodze.
— Kto?
— Nie wiem. Pakiety wróciły z informacją, że kanał dowodowy jest zajęty przez nadrzędne zabezpieczenie Szerokiego Lodu.
Liran znieruchomiała.
— Szeroki Lód nie ma prawa zajmować kanału dowodowego.
— Wiem.
— I nie ma prawa blokować materiału przesyłanego przez biegłego medycznego w sprawie o zagrożenie masowe.
— To też wiem.
Chryzeida przestała krążyć wokół urządzenia. Jej ogon uniósł się powoli, jak antena.
— Czyli ktoś z Szerokiego Lodu albo ktoś podszywający się pod Szeroki Lód nadal działa — powiedziała.
— Tak — odparła Elian. — Ale jest jeszcze coś. Tara Nes złapała fragment podpisu. Nie pełny identyfikator, raczej cień odbity w logu. Nazwisko: Orem.
Iren drgnęła.
Liran zauważyła to natychmiast.
— Znasz?
— Każdy na Argad zna to nazwisko — powiedziała Iren. — Saren Orem. Architekt krajobrazów pamięciowych. Pracował kiedyś przy budowie pól medytacyjnych w mechanicznych lasach. Potem zniknął. Mówiono, że przeszedł do Szerokiego Lodu.
— Nie zniknął — wtrąciła Elian. — Mamy go w rejestrach. Saren Orem, projektant stref głębokiego skupienia, specjalista od ciągłości awatara i subiektywnego czasu. Przez ostatnie trzy lata konsultant zewnętrzny Szerokiego Lodu. Oficjalnie: bezpieczne przestrzenie rekonwalescencji dla osób po zaburzeniach pamięciowych i awatarowych.
— Piękna nazwa — mruknęła Liran. — Można pod nią ukryć prawie wszystko.
— Tara sprawdza dalej — powiedziała Elian. — Ale ktoś czyści archiwa. Nie całe. Inteligentnie. Zostawia zwykłe dokumenty, umowy, płatności, banalne raporty. Znikają tylko aneksy techniczne i korespondencja dotycząca przedmiotu oznaczonego jako „próbka spoza katalogu”.
— Spoza katalogu czego?
— Tego właśnie nie wiemy. Katalogi Szerokiego Lodu obejmują materiały z Układu, znane technologie Merkurian, Wenusjan i kilka legalnie pozyskanych urządzeń z bramowych szlaków kolonizacyjnych. Ten obiekt nie pasuje do żadnej grupy.
Liran obejrzała się na stojącą na śniegu rzecz. Jej ściany były już spokojniejsze, ale nadal nie chciały należeć do jednego miejsca. Nie migotały jak hologram. Nie znikały. Raczej zachowywały się tak, jakby powierzchnia była tylko uprzejmą propozycją składaną lokalnej fizyce.
— Czyli Orem nie musiał tego zbudować — powiedziała.
— Nie mógł — odparła Elian. — Nikt w znanych rejestrach Układu nie ma kompetencji, żeby zbudować coś takiego. Nawet Merkurianie i Wenusjanie pracują nad bańkami czasoprzestrzennymi do lotów międzygwiezdnych zupełnie inną drogą. A technologie Bram są zamknięte, odziedziczone, pośrednie. Ten obiekt wygląda, jakby został znaleziony albo kupiony od kogoś, kto sam nie powiedział całej prawdy.
Chryzeida nachyliła pyszczek ku obiektowi.
— Albo od kogoś, kto też go tylko znalazł.
— To pocieszające — powiedziała Liran. — Mamy nieznane urządzenie, nieznanego pochodzenia, używane przez ludzi, którzy nie mają prawa go rozumieć.
— Osoby — poprawiła Iren odruchowo.
Liran spojrzała na nią uważnie.
— Masz rację. Przez osoby, które nie mają prawa go rozumieć. I tym bardziej nie mają prawa używać go na tobie.
Iren zamilkła. Jej kontury, choć nadal niezupełnie spokojne, były wyraźniejsze niż wcześniej.
— Czy Vea Morn wie? — spytała Chryzeida.
— Jeżeli wie, to właśnie udaje bardzo dobrze — powiedziała Elian. — Jeśli nie wie, to ma problem większy od reputacyjnego. Tara Nes znalazła też magazyn pomocniczy Szerokiego Lodu, nieujawniony w bieżących spisach majątkowych. Formalnie zamknięty siedem lat temu. Ostatnia aktywność: dzisiaj, dwie godziny przed incydentem w Argad.
— Gdzie?
— Północny zachód od was. Sześć kilometrów. Stara stacja serwisowa pól leśnych. W rejestrach powinna być martwa.

Chryzeida syknęła cicho.
— Martwe budynki nie mają świeżych logów.
— Ani zabezpieczeń blokujących kanały dowodowe — dodała Liran.
Elian pokiwała głową.
— W środku działa co najmniej kilkanaście węzłów. Nie wyglądają na obce. To zwykła infrastruktura Układu. Ganimedyjska. Legalna albo prawie legalna. Ktoś podłączył ją do czegoś, czego nie rozumie.
— Orem — powiedziała Iren.
Liran nie potwierdziła od razu.
— Orem jest na razie podejrzanym. Nie sprawcą. Nie będziemy mu robić prezentów w postaci zbyt szybkich wniosków.
— Ale zna te pola — powiedziała Iren. — Jeśli ktoś chciał sprawić, żeby obiekt reagował na Ganimedian, na mechaniczne lasy, na osoby po zaburzeniach awatarowych, potrzebował kogoś takiego jak on. Nie budowniczego obcej technologii. Tłumacza między nią a nami. Nawet jeśli bardzo złego tłumacza.
Liran przyjęła to bez słowa. To było precyzyjne.
— Elian, utrzymaj kanał otwarty. Nie wysyłaj już niczego główną drogą. Przekaż Tara Nes, żeby zrobiła kopie w trzech niezależnych depozytach sądowych: Rada Ganimedesa, sąd orbitalny przy Kallisto i archiwum prokuratury Plutona. Wszystko z pieczęcią czasu.
— Już robi.
— Dobrze. I znajdź Sarena Orema.
Elian zawahała się.
— Według oficjalnego rejestru jest na Tytanie.
— A według rzeczywistości?
— Jego ostatnia aktywność sieciowa pochodzi z tej starej stacji. Sześć kilometrów od was.
— Czyli rzeczywistość znowu wygrała z dokumentami — powiedziała Liran. — Jak zwykle niegrzecznie.
Chryzeida wyprężyła metaliczny koci grzbiet.
— Idziemy?
— Policja?
— Piętnaście minut — powiedziała Elian. — Tara mówi, że za długo.
— Tara ma rację — powiedziała Chryzeida. — Jeśli Orem jest w stacji, może uciec. Jeśli nie jest, może zdalnie wyczyścić resztę. A jeśli jest tam drugi obiekt, to właśnie robi coś, czego żadne z nas nie umie nazwać.
— Iren zostaje tutaj — zdecydowała Liran.
— Nie — powiedziała Iren natychmiast.
— Tak. Jesteś główną poszkodowaną i możliwym celem działania urządzenia. Nie będę cię prowadzić do miejsca, w którym ktoś mógł użyć twojej sygnatury jako przynęty.
— Pani prokurator, jeśli to dotyczy mojej sygnatury, mogę być jedyną osobą, która rozpozna drugi ślad.
— A jeśli właśnie na to liczy?
Iren otworzyła usta, ale nie odpowiedziała. Jej kontury zafalowały słabo, jakby nie-ocean przypomniał o sobie w najgorszym momencie.
Chryzeida podeszła do niej i otarła się bokiem o jej nogę.
— Ona ma rację — powiedziała kotka.
— Która ona? — spytała Liran.
— Obie. To bardzo nieprzyjemna sytuacja. Miau.
Liran spojrzała na Chryzeidę z irytacją, ale w tym jednym zdaniu było więcej rozsądku, niż chciała przyznać.
— Dobrze — powiedziała po chwili. — Iren idzie, ale pod warunkiem. Nie zbliżasz się do żadnego urządzenia, żadnego węzła, żadnej powierzchni, która zacznie reagować na twoją obecność. Jeśli powiem „stop”, zatrzymujesz się. Jeśli Chryzeida powie „miau” w tym swoim złym tonie, zatrzymujesz się jeszcze szybciej.
— Przyjmuję — powiedziała Iren.
— I żadnego bohaterstwa.
— Nie jestem bohaterką.
— Każdy tak mówi tuż przed zrobieniem głupstwa.
Chryzeida uniosła głowę.
— Ja nie mówię.
— Ty jesteś kotką.
— To nie jest argument prawny.
— Niestety jest coraz bliżej bycia argumentem procesowym — westchnęła Liran.
Transportowiec Liran przesunął się nad śniegiem i otworzył boczne wejście. Nie był elegancki. Był szybki, pancerny i wyposażony w skaner pola, którego cywilne firmy nie lubiły widzieć w pobliżu swoich tajemnic. Na kadłubie widać było ślady po mikrouderzeniach lodu i pyłu z orbity. Maszyna wyglądała tak, jakby jej projektant nie wierzył w dekoracje, ale głęboko wierzył w awaryjne silniki.
Chryzeida wskoczyła pierwsza.
— Lubię go — oznajmiła. — Brzydki, ale uczciwy.
— To transportowiec prokuratury, nie kandydat na męża — powiedziała Liran.
— Tym bardziej lubię.
Iren weszła ostrożnie. Przez chwilę zatrzymała się w progu i obejrzała na obiekt stojący pośród śniegu. Urządzenie było już nieruchome. Kłębek Chryzeidy tkwił w nim jak absurdalna pieczęć: mały, miękki, kolorowy punkt w czymś, co próbowało być straszne.
— Czy ono zostanie zabezpieczone? — spytała.
— Właśnie wysłałam automaty procesowe — odparła Liran. — Przyjadą szybciej niż policja. Będą filmować każdy płatek śniegu wokół niego.
— A jeśli ktoś je zatrzyma?
— Wtedy oskarżę go o głupotę z zamiarem bezpośrednim.
Chryzeida parsknęła.
Transportowiec ruszył nisko nad powierzchnią. Biała równina Argad rozciągała się pod nimi jak zamarznięta pamięć księżyca. Neoświerki tworzyły nieregularne skupiska: czarne, srebrne i granatowe pnie, których gałęzie obracały się bardzo wolno, łapiąc promieniowanie, pył i słabe impulsy z sieci Ganimedesa. W normalnych warunkach były piękne. Teraz Liran widziała w nich potencjalne osłony, nadajniki, punkty obserwacyjne.
— Opowiedz mi o Sarenie Oremie — powiedziała do Iren.
— Nie znałam go osobiście. Wszyscy znali jego prace. Projektował strefy, w których można było wejść w mechaniczne drzewa bez utraty poczucia czasu. To trudne. Ganimedianie lubią długie medytacje, ale nie chcą wracać po tygodniu, kiedy mieli wrócić po godzinie.
— Czyli znał się na subiektywnym czasie.
— Bardzo. I na granicach awatara. Mówiło się, że potrafi zaprojektować las tak, żeby człowiek cyfrowy poczuł wiatr nie jako symulację, tylko jako wspólny ruch całego pola. Wielu uważało go za poetę techniki.
— Poeci techniki często kończą jako podejrzani — zauważyła Liran.
— To nie jest sprawiedliwe.
— Nie miało być sprawiedliwe. Miało być ostrożne.
Chryzeida siedziała przy bocznym panelu i przesuwała łapą po obrazie z czujników.
— Mam stację — powiedziała. — I mam coś jeszcze.
— Co?
— Tunel pod nią. Nie w planach. Biegnie w stronę starego laboratorium lodowego.
Liran zmrużyła oczy.
— Laboratorium Szerokiego Lodu?
— Dawniej Rady Ganimedesa. Potem sprywatyzowane. Potem przekazane fundacji. Potem fundacja została wchłonięta przez spółkę zależną Szerokiego Lodu. Potem spółka zależna przestała istnieć, ale budynek jakoś nie.
— Uwielbiam własność korporacyjną — powiedziała Liran. — Jest jak mgła z podpisem notarialnym.
Iren dotknęła dłonią oparcia fotela.
— Tam prowadzono pierwsze prace nad polami głębokiego skupienia. Zanim powstały obecne mechaniczne lasy. Nie nad żadną obcą fizyką. Nad nami. Nad tym, jak Ganimedianin odczuwa ciało, drzewo, czas i powrót.
— I dlatego to miejsce nadawało się do wykorzystania obiektu — powiedziała Liran. — Nie dlatego, że ktoś umiał go zbudować. Dlatego, że ktoś umiał podsunąć mu ludzi.
Iren zamilkła.
Chryzeida odwróciła pyszczek od czujników.
— To było bardzo brzydkie zdanie.
— Wiem — powiedziała Liran. — Niestety wygląda na prawdziwe.
Stacja pojawiła się po kilku minutach. Z góry wyglądała jak niski, ciemny pierścień wbity w śnieg. Wokół niego rosły stare neoświertki pierwszej generacji, grubsze i mniej eleganckie od nowych. Ich korony nie obracały się płynnie. Drżały w krótkich, nerwowych skokach, jakby nasłuchiwały czegoś pod powierzchnią.
— Nie podoba mi się to — powiedziała Chryzeida.
— Konkretnie?
— Wszystko. Ale najbardziej to, że dwanaście węzłów udaje trzy.
— Czyli ktoś je maskuje.
— Nie. Ktoś je zawstydza.
Liran spojrzała na nią.
— Chryzeido.
— Dobrze, konkretniej. Każdy węzeł odpowiada skanerom jak zwykły system ogrzewania, wentylacji albo pomiaru naprężeń lodu. Ale ich odpowiedzi są zbyt grzeczne. Za równe. Jak uczeń, który nauczył się na pamięć usprawiedliwienia.
— Możesz wejść?
— Do systemu stacji? Mogę. To ganimedyjska infrastruktura, nie obcy przedmiot. Ale jeśli ktoś dobry siedzi w środku, zauważy mnie.
— A jeśli nie wejdziesz?
— Też zauważy. Bo będę bardzo głośno nie wchodzić.
Liran wybrała kanał policyjny.
— Jednostka procesowa Liran do patrolu Argad. Zmieniam kierunek. Stara stacja serwisowa pól leśnych, sektor północno-zachodni. Możliwe aktywne zagrożenie związane z obcym urządzeniem i infrastrukturą medytacyjną. Podejrzany Saren Orem albo osoba używająca jego identyfikatora. Proszę o przyspieszenie i zabezpieczenie obwodu. Nie wchodzić do obiektu bez mojego potwierdzenia.
Odpowiedź przyszła po sekundzie.
— Patrol Argad do prokurator Liran. Przyjęto. Czas dotarcia: osiem minut. Proszę nie podejmować działań bez wsparcia.
Chryzeida spojrzała na nią z ogromnym zaciekawieniem.
— Posłuchasz?
— Oczywiście — powiedziała Liran i zaczęła lądować.
Kotka zamruczała.
Transportowiec osiadł za wałem lodowym, sto dwadzieścia metrów od stacji. Liran wybrała miejsce tak, żeby nie wejść w prostą linię z głównym wejściem. Stare nawyki procesowe. Drzwi bywają zaproszeniem, a zaproszenia bywają pułapką.
— Iren zostaje przy mnie — powiedziała.
— Przyjęłam — odparła Iren.
— Chryzeida idzie trzy metry przede mną, ale nie dalej.
— To obraźliwie mało.
— To procesowo dużo.
— Miau. Przyjęłam z protestem.
Wyszły na śnieg.
Stacja milczała. Żadnych świateł, żadnych sygnałów ostrzegawczych, żadnych śladów świeżego ruchu. Tylko stare drzewa mechaniczne i niski budynek o ścianach matowych od lodowego pyłu. Jednak kiedy Liran zrobiła pierwszy krok w stronę wejścia, jej awatar poczuł opór. Nie fizyczny. Raczej zawodowy instynkt przełożony na ciało: coś tutaj bardzo chciało zostać nazwane inaczej, niż było.
— Chryzeido?
— Widzę.
— Co?
— Ślady.
Kotka podeszła do jednego z neoświertków. Na jego korze widniały drobne znaki, prawie niewidoczne pod nalotem lodu. Nie były takie same jak inskrypcje na obiekcie, ale miały podobny rytm: krótkie, połamane kreski i punkty, jakby ktoś próbował zapisać ruch, a nie dźwięk.
— To nie jest obce pismo — powiedziała Iren nagle.
Liran odwróciła się do niej.
— Znasz je?
— Nie jako tekst. Ale znam sposób nacinania. Tak oznaczano stare drzewa medytacyjne. Nie zdaniami, tylko ścieżką wejścia. Każdy znak mówił awatarowi, jak rozpocząć synchronizację z drzewem. To były instrukcje dla ciała, nie dla oczu.
— Czyli Orem mógł ich używać.
— Mógł je odtworzyć. Albo wypaczyć.
Chryzeida przysunęła pyszczek do znaków.
— Mam złą wiadomość.
— Tylko jedną?
— Na razie. Te znaki są świeże.
— Jak świeże?
— Godzina. Może mniej.
Wtedy drzwi stacji otworzyły się bezszelestnie.
W progu stał mężczyzna. Nie wyglądał jak ktoś, kto ucieka. Miał prosty awatar ganimedyjski: wysoki, szczupły, z włosami w kolorze ciemnego lodu i oczami niemal bez źrenic. Ubrany był w szarą kurtę roboczą, tak zwyczajną, że aż teatralną. Na jego dłoniach lśniły cienkie linie interfejsów do lokalnej infrastruktury leśnej.
— Prokurator Liran — powiedział. — Spóźniła się pani.
— Saren Orem?
— Tak mnie jeszcze nazywają.
— To wygodne sformułowanie. Nadaje się do protokołu.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
— Protokoły nie będą tu dziś najważniejsze.
— Zwykle mówią tak osoby, które wiedzą, że protokół im zaszkodzi.
— Albo osoby, które wiedzą, że protokół opisuje tylko to, co już oswojono.
Chryzeida zrobiła krok w bok. Liran nie musiała patrzeć, żeby wiedzieć, że kotka szuka kąta wejścia w system stacji.
— Jest pan podejrzany o blokowanie kanału dowodowego, udział w ukrywaniu zagrożenia publicznego i bezprawne wykorzystanie infrastruktury medytacyjnej Argad — powiedziała Liran. — Ma pan prawo do obrońcy, prawo do milczenia i prawo do niewypowiadania poetyckich głupstw przy pierwszym kontakcie z prokuraturą, choć z tego ostatniego już pan nie skorzystał.
Saren Orem spojrzał nie na nią, lecz na Iren.
— Przyszła pani — powiedział cicho. — Dobrze.
Liran natychmiast przesunęła się tak, żeby zasłonić Iren.
— Nie będzie pan z nią rozmawiał.
— Ależ to nie ja zacząłem rozmowę. Ona trwa od dawna.
— Znowu poetyckie głupstwa.
— Nie. Techniczne. Iren jest jedyną osobą z Argad, która wróciła po pełnym dotknięciu nie-oceanu i nie rozpadła się społecznie. Państwo nazywacie to traumą. Słusznie. Ale trauma nie wyklucza informacji.
Iren zesztywniała.
— Informacji? — powtórzyła Liran.
— Śladu. Kierunku. Czegoś, co pozwala obcemu urządzeniu odróżnić przypadkowy awatar od osoby, która już raz przeszła przez niemożliwą granicę.
— Czyli nie rozumie pan obiektu — powiedziała Liran. — Pan tylko sprawdza, na kogo reaguje.
Saren nie odpowiedział.
To było niemal przyznanie się.
— Dziękuję — powiedziała Liran. — To też nadaje się do protokołu.
— Nikt w Układzie nie rozumie takich przedmiotów — odparł w końcu Orem. — Udajemy, że technologia Bram, bańki czasoprzestrzenne Wenusjan i Merkurian, stare szlaki do Rho Wężownika i nasze skromne pola medytacyjne należą do jednej opowieści o postępie. Nie należą. Są różnymi drzwiami. Ten obiekt jest jeszcze innymi drzwiami.
— I dlatego postanowił pan wepchnąć w nie Iren?
Twarz Orema stwardniała.
— Nie wepchnąć.
— Użyć jej jako klucza?
— Nie.
— Jako znacznika?
— Nie.
— Jako przynęty?
— Nie!
— To proszę znaleźć słowo, które nie będzie kłamstwem.
Przez chwilę słychać było tylko wiatr przesuwający drobny lód po śniegu.
— Jako osoby, która może odpowiedzieć — powiedział Orem ciszej.
Iren odezwała się po raz pierwszy:
— Nie pytał mnie pan.
Saren spojrzał na nią tak, jakby dopiero teraz naprawdę ją zobaczył.
— Nie było czasu.
— Był czas, żeby mnie oskarżyć?
— To nie ja.
— Był czas, żeby pozwolić mi uwierzyć, że mogłam być winna?
— To była decyzja Vei Morn.
Liran uniosła wzrok.
— Nazwisko pada wcześnie. Ciekawe.
— Bo to prawda.
— Prawda bywa użyteczna dla kłamców. Proszę mówić dalej.
Saren zacisnął dłonie.
— Vea Morn kazała przenieść obiekt z magazynu Szerokiego Lodu. Nie wiedziała, czym jest naprawdę. Nikt nie wiedział. Przez lata leżał jako „próbka spoza katalogu”, kupiona przez pośredników ze znanych okolic bramowych. Nie od Bram. Nie bezpośrednio. Od ludzi, którzy sprzedawali rzeczy znalezione na obrzeżach starych tras. Vea chciała go wykorzystać politycznie.
— Politycznie?
— Argad od dawna opierało się przejęciu pól medytacyjnych przez Szeroki Lód. Mieszkańcy nie chcieli jednego zarządcy dla lasów, klinik awatarowych i archiwów rekonwalescencji. Vea potrzebowała kryzysu. Zagrożenia. Dowodu, że lokalne struktury są za słabe.
— A Iren?
Saren spuścił wzrok.
— Była wygodna. Wróciła z nie-oceanu. Miała zaburzone granice awatara. Ludzie już się jej bali.
Iren odsunęła się o krok, jakby te słowa dotknęły jej bardziej niż zimno.
Liran mówiła bardzo spokojnie:
— Czy Vea Morn wskazała Iren jako kozła ofiarnego?
— Tak.
— Czy pan w tym uczestniczył?
— Na początku myślałem, że ją chronię.
Chryzeida parsknęła, ale bez humoru.
— To najczęstszy dźwięk poprzedzający katastrofę: „myślałem, że ją chronię”.
Orem spojrzał na kotkę z irytacją.
— Nie panią pytano.
— A szkoda. Mam lepsze odpowiedzi.
Liran nie pozwoliła, żeby rozmowa się rozpadła.
— Jak konkretnie miał pan ją chronić?
— Zmieniłem konfigurację pól leśnych. Tak, żeby obiekt nie mógł dłużej udawać jej działań na odległość. Chciałem doprowadzić do miejsca, w którym jego reakcja stanie się widoczna i da się ją oddzielić od Iren.
— Czyli urządzenie przy polu Argad było pańską pułapką?
— Częściowo.
— Częściowo?
— Vea kazała je umieścić. Ja zmieniłem warunki pracy. Dlatego Chryzeida mogła je uszkodzić.
Chryzeida uniosła łapę.
— Protestuję przeciwko słowu „mogła”. Ja je po prostu uszkodziłam.
— Kłębkiem — powiedziała Liran.
— Bardzo dobrym kłębkiem.
Saren spojrzał na nią niepewnie, jakby nie wiedział, czy ma do czynienia z idiotyzmem, czy z niebezpieczną metodą.
Liran wiedziała, że często z jednym i drugim.
— A ta stacja? — spytała. — Co tu jest?
Saren milczał.
— Panie Orem, policja będzie tu za kilka minut. Mogę wejść z panem rozmawiającym albo z panem zatrzymanym. Obie wersje mi odpowiadają. Jedna jest dla pana mniej upokarzająca.
— Pod stacją znajduje się dawne laboratorium pól skupienia — powiedział w końcu. — Zanim mechaniczne lasy stały się miejscem medytacji, były narzędziem badań nad powrotem. Jak długo osoba cyfrowa może przebywać w cudzej strukturze, żeby nie utracić własnej ciągłości. Jak wraca do imienia. Jak odróżnia swoje wspomnienie od wspomnienia miejsca.
— To ganimedyjskie badania — powiedziała Liran. — Nie obce.
— Tak.
— A obiekt?
— Jest podłączony niżej.
— Do czego?
— Do matrycy starych drzew.
Iren pobladła.
— Pan podłączył obcy przedmiot do pól medytacyjnych?
— Nie ja pierwszy.
— Ale pan wiedział — powiedziała Liran.
— Dowiedziałem się za późno.
— Każdy podejrzany dowiaduje się za późno. To niemal choroba zawodowa podejrzanych.
Orem zrobił krok w stronę Iren. Liran natychmiast podniosła dłoń.
— Jeszcze jeden krok i przestanę być rozmowna.
Zatrzymał się.
— Pani nie rozumie. Obiekt nie jest bronią. Przynajmniej nie tylko. On odpowiada na stany powrotu. Na osoby, które były poza zwykłą ciągłością i wróciły. Iren mogłaby nam powiedzieć, czy nie-ocean jest zjawiskiem naturalnym, technologicznym, czy śladem po cywilizacji, której jeszcze nie znamy.
— Iren mogłaby, jeśli sama by tego chciała — powiedziała Liran. — W obecności lekarzy, obrońcy, niezależnych biegłych i bez pana rąk w lokalnej infrastrukturze. Nie w ukrytej stacji, nie po próbie wrobienia jej w przestępstwa i nie wtedy, kiedy ktoś blokuje kanały dowodowe.
— Vea blokowała kanały.
— A pan?
Saren znowu milczał.
Chryzeida spojrzała na Liran.
— On nie blokował dowodów, żeby ukryć Veę. Blokował je, żeby policja nie odcięła mu stacji przed zakończeniem testu.
Liran nie spuszczała wzroku z Orema.
— Czy kotka ma rację?
— Nie nazwałbym tego testem.
— Ja też nie. Nazwałabym to przestępstwem. Ale pytanie było proste.
— Tak — powiedział Orem. — Blokowałem część kanałów. Chciałem mieć jeszcze kilka minut.
Iren zamknęła oczy.
— Kilka minut mojego życia.
— Chciałem panią oczyścić.
— Nie — powiedziała Iren. — Chciał pan czegoś się dowiedzieć.
To zdanie zatrzymało wszystkich bardziej niż rozkaz Liran.
Saren wyglądał, jakby miał odpowiedzieć, ale wtedy ziemia pod stacją zadrżała.
Nie mocno. Nie jak trzęsienie. Raczej jak oddech olbrzymiego, źle śpiącego mechanizmu.
Chryzeida syknęła.
— To nie stacja.
— Obiekt? — spytała Liran.
— Nie ten na śniegu. Coś niżej. Jest drugi element albo gniazdo dla pierwszego.
Orem odwrócił się ku wejściu.
— Nie powinno się jeszcze uruchomić.
— „Jeszcze” — powtórzyła Liran. — Bardzo procesowe słowo.
Ze ścian stacji wypłynęło blade światło. Nie miało koloru znanych lamp. Było prawie białe, ale z głębokim cieniem w środku, jakby świeciła dziura.
Iren zachwiała się.
Liran chwyciła ją za rękę.
— Patrz na mnie.
— Ja znam to miejsce — wyszeptała Iren.
— Stację?
— Nie. To pod spodem. Byłam tam po powrocie. Nie ciałem. Nie awatarem. Nie wiem. Ktoś pytał mnie, czy chcę wrócić do siebie. Myślałam, że to lekarze.
Saren powiedział bardzo cicho:
— To byłem ja.
Liran uderzyła go impulsem zatrzymującym.
Nie miał zabić, nie miał uszkodzić rdzeni, nie miał nawet sprawić bólu. Był prokuratorskim narzędziem do przerwania aktywnej czynności awatarowej. Saren powinien upaść.
Upadł na jedno kolano, ale nie stracił połączenia. Linie na jego dłoniach zgasły tylko na moment, po czym zapaliły się znowu, słabiej.
— Odciąć go — powiedziała Liran.
Chryzeida już była w systemie.
— Próbuję. Jego interfejs jest lokalny, ganimedyjski, dość prymitywny. Ale stacja przekazuje go dalej do czegoś, co odpowiada nie jak maszyna, tylko jak pogoda.
— Pogoda nie wrabia ludzi.
— Ta może.
Śnieg między nimi pękł.
Nie z hukiem. Nie dramatycznie. Po prostu pojawiła się w nim długa czarna linia, prosta jak zapis w rejestrze. Potem druga. Potem trzecia. Linie połączyły się w kształt drzwi leżących poziomo pod powierzchnią.
— To nie jest pełne otwarcie — powiedział Orem z trudem. — To echo. Obiekt przy polu był znacznikiem. Gniazdo jest tutaj.
— Kto je znalazł? — spytała Liran.
— Szeroki Lód. Dziewięć lat temu. Oficjalnie: nieznana anomalia pod starą stacją. Nieoficjalnie: coś, co reagowało na mechaniczne lasy.
— Vea Morn?
— Jej poprzednik. Ona odziedziczyła archiwum i zrozumiała, że można na tym zbudować władzę.
— A pan zrozumiał, że można zbudować odkrycie.
Orem nie odpowiedział.
— Pięknie — powiedziała Liran. — Ambicja naukowa i ambicja korporacyjna spotkały się nad ciałem poszkodowanej. Klasyka, tylko z większą ilością lodu.
Iren zaczęła się rozmywać na krawędziach.
Liran ścisnęła jej dłoń mocniej.
— Iren. Trzy rzeczy, które są twoje.
— Nie mogę…
— Możesz. Trzy rzeczy.
— Mój warsztat. Mój dom w Argad. Moja przyjaciółka ebenistka.
— Jeszcze trzy.
— Moje drzewa. Moje poranki. Moje imię.
— Jeszcze.
Iren zadrżała, ale jej głos stał się wyraźniejszy.
— Moja złość. Moje prawo do obrony. Moje nie.
Czarne linie pod śniegiem zatrzymały się.
Chryzeida podniosła głowę.
— O, to było dobre. Powiedz jeszcze raz ostatnie.
Iren spojrzała na Orema, potem na wejście do stacji, potem na dziwne światło pod śniegiem.
— Moje nie — powiedziała.
Stare neoświertki odpowiedziały jej nie drżeniem, lecz ciszą. Ich korony przestały wykonywać nerwowe ruchy. Znaki na korze przygasły.
Saren Orem patrzył na nią z czymś, co mogło być zachwytem albo rozpaczą.
— Właśnie dlatego pani była ważna — powiedział. — Nie dlatego, że można panią użyć. Dlatego, że pani potrafi odmówić obiektowi.
— Nie obiektowi — powiedziała Iren. — Panu.
To zdanie okazało się mocniejsze od wcześniejszego. Orem opuścił ręce.
W oddali rozległ się niski dźwięk policyjnych silników.
— Jeśli mnie zatrzymacie, Vea Morn zniszczy archiwa — powiedział szybko.
— Już nie — odparła Chryzeida.
Saren spojrzał na nią.
— Co zrobiłaś?
Kotka usiadła bardzo elegancko na śniegu.
— Nic wielkiego. Dałam jej niechciany prezent.
Liran poczuła, że za chwilę będzie musiała zadać pytanie, na które wcale nie chce znać odpowiedzi.
— Jaki prezent?
— Kłębek.
— Chryzeido.
— Mały. Prawie niewidoczny. Przyczepił się do jej systemu reprezentacyjnego, kiedy rozmawiałaś z nią wcześniej. Jeśli zacznie niszczyć archiwa, kłębek zacznie je kopiować.
— To nielegalne — powiedział Saren.
Chryzeida spojrzała na niego z kocią obrazą.
— Pan naprawdę chce teraz rozmawiać o legalności?
Liran zamknęła oczy na jedną sekundę.
— Chryzeido, później porozmawiamy o granicach dopuszczalnej pomocy procesowej.
— Miau. Czekam z ciekawością.
Pierwszy policyjny pojazd opadł za transportowcem Liran. Potem drugi i trzeci. Automaty zabezpieczające ruszyły w stronę stacji, rozstawiając na śniegu znaczniki pola dowodowego.
Saren Orem patrzył już tylko na Iren.
— Naprawdę pani nie chce wiedzieć, co jest po drugiej stronie?
Iren milczała długo.
Liran nie przerywała. To pytanie nie należało do niej.
— Chcę — powiedziała w końcu Iren. — Ale nie od pana. I nie jako narzędzie. Jeśli kiedyś tam wrócę, to z własnego wyboru, z ludźmi, którym ufam, i z prawem do powrotu. Nie jako dowód w cudzym eksperymencie.
Saren skinął głową, jakby przyjmował wyrok jeszcze przed rozprawą.
Policjanci podeszli ostrożnie. Liran podała im nakaz tymczasowego zatrzymania, uzupełniony w biegu o nowe zarzuty. Saren nie stawiał oporu. Kiedy zakładano mu blokadę interfejsów, śnieg pod jego stopami przestał świecić. Czarne linie pod powierzchnią zamknęły się bez dźwięku.
Ale Liran widziała, że nie zniknęły.
Tylko czekały głębiej.
Elian odezwała się w kanale.
— Mam Veę Morn.
— Gdzie?
— W siedzibie Szerokiego Lodu. Próbuje ogłosić publiczny komunikat o „udanym zabezpieczeniu incydentu w Argad”.
— Niech zgadnę. Bez wspominania o obiekcie, Oremie, blokowaniu dowodów i magazynie spoza katalogu.
— Oczywiście.
— Przerwijcie jej.
— Tara już to zrobiła. Właśnie na wszystkich kanałach Ganimedesa zamiast komunikatu Vei pojawiła się informacja sądowa o zabezpieczeniu materiałów dowodowych.
Liran spojrzała na Chryzeidę.
— Czy to też był twój kłębek?
Kotka udała, że myje łapę.
— Nie mogę komentować aktywnego postępowania.
Iren zaśmiała się nagle. Krótko, jeszcze nierówno, ale prawdziwie.
Liran odwróciła się do niej.
— Jak się czujesz?
— Jak ktoś, kogo próbowano zamienić w klucz, a kto jednak nadal jest osobą.
— To dobry początek zeznania.
— Czy będę musiała zeznawać przeciwko Vei Morn?
— Prawdopodobnie tak.
— I przeciwko Sarenowi?
— Tak.
Iren popatrzyła na stację, na stare drzewa i czarny ślad w śniegu.
— On nie był całkiem potworem.
— Wiem.
— To coś zmienia?
— Dla sądu? Tak. Dla faktu, że panią wykorzystał? Nie.
Chryzeida podeszła do nich i usiadła na bucie Liran.
Nad Argad zaczął padać drobny śnieg. Nie ten techniczny, który czasem rozsiewały systemy chłodzące pól, ale prawdziwy, księżycowy pył lodowy unoszony z dalekich równin. Opadał na transportowce, na policyjne znaczniki, na drzewa, na zamknięte wejście do stacji i na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżały czarne linie.

Iren wyciągnęła rękę. Kilka drobin zatrzymało się na jej dłoni. Nie przeniknęły przez awatar. Nie zniknęły.
Po prostu leżały.
— Czuję je — powiedziała cicho.
Liran nie odpowiedziała od razu.
— Śnieg?
— Tak. Chyba tak. Nie jako dane. Nie jako wspomnienie. Jako śnieg.
Chryzeida zamruczała.
— To też trzeba zaprotokołować.
— Nie wszystko trzeba protokołować — powiedziała Liran.
— Pani prokurator właśnie powiedziała coś niebezpiecznego.
— Proszę tego nie nagrywać.
— Nagrywam wszystko.
Liran spojrzała na nią z udawaną surowością.
— Chryzeido.
— Mogę udawać, że mrugałam.
Iren uśmiechnęła się drugi raz. Tym razem spokojniej.
A w oddali, za mechanicznymi drzewami, Szeroki Lód po raz pierwszy od wielu lat zaczął pękać nie pod naciskiem tajemnicy, lecz pod ciężarem dokumentów.
Liran patrzyła jeszcze przez chwilę na śnieg, który osiadał na dłoni Iren. W tej drobnej scenie było więcej dowodu niż w wielu protokołach: osoba, którą próbowano zamienić w narzędzie, stała przed nimi i czuła zimno świata po swojemu.
— Wracamy? — spytała Chryzeida.
Iren zamknęła dłoń, jakby chciała zachować kilka płatków na później, choć wiedziała, że stopnieją.
— Tak — powiedziała. — Ale tym razem naprawdę.
Liran skinęła głową.
Nad Argad padał śnieg. Na stację, na policyjne światła, na stare mechaniczne drzewa i na ślady po bramie, która nie zniknęła całkiem. Jeszcze nie. Ale tego dnia nie należała już do Vei Morn, Sarena Orema ani Szerokiego Lodu.
Tego dnia należała do sprawy.
A sprawa, jak każda prawdziwa sprawa, zaczynała się od osoby, która powiedziała: nie.
Praca powstała jako wspólne dzieło Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
