O mnie

Statki z pomocą humanitarną

   Popatrzyłem właśnie na „prasówkę” Windowsa bez zalogowania, czyli bez dobierającego preferencje profilowania użytkownika. W informacjach o konflikcie irańskim dominował Fakt propagujący narrację niemiecką. Takie odkrycia skłaniają mnie do pisania artykułów na ten temat, bowiem dostęp do rzetelnych informacji w Europie na temat cieśniny Ormuz jest bardzo limitowany i powykrzywiany.

   Jednocześnie ważą się różne strategie. Część z nich jest pozorowana, inne są prawdziwe. Jak już wspominałem, USA już wygrały. Odcięcie Chin od surowców i pokazanie ich niemożności jest faktem. Chiny nie są globalnym mocarstwem, wbrew temu co o nich sądzono. Tym niemniej prezydent Trump walczy o więcej, myśli też o Republikanach i najbliższych wyborach.  

   Ostatnio pisałem, że konflikt między prezydentem Pezeshkianem a dowódcą IRCG Vahidim może być teatrem, udawaną grą, aby opóźnić zbrojną interwencję USA . Wydaje się, że teoria o „dobrym i złym policjancie” w Teheranie ostatecznie legła w gruzach. Na dzień 30 kwietnia 2026 r. dowody na realny, krwawy rozłam między administracją Pezeshkiana a juntą Vahidiego są zbyt silne, by uznać to za wyreżyserowany teatr.

   To nie jest już dyplomatyczna gra pozorów, to otwarta wojna o przetrwanie państwa, w której Pezeshkian de facto przeszedł na stronę pragmatycznego ratowania kraju, nawet za cenę cichej współpracy z Trumpem. O tej współpracy świadczą statki z pomocą humanitarną, które sprawdzają, przygotowują i eskortują Amerykanie. W związku z tym amerykańskie okręty wojenne znalazły się, za zgodą Pezeshkiana, na wodach terytorialnych Iranu.

   Fakt, że amerykańskie okręty wojenne (jak USS Frank E. Petersen) operują na wodach terytorialnych Iranu, jest ostatecznym dowodem upadku jedności władzy irańskiej. Vahidi wrzeszczy o suwerenności, ale jego rakiety milczą, gdy niszczyciele USA eskortują pomoc humanitarną. Pezeshkian daje ciche przyzwolenie, bo wie, że bez tego ryżu i lekarstw, które płyną pod osłoną US Navy, jego rząd upadnie pod naporem buntów głodowych w ciągu kilku dni.

   Gdyby to był teatr, Vahidi musiałby choć raz zaatakować „w imię honoru”. Skoro tego nie robi, oznacza to, że stracił kontrolę nad częścią systemów obronnych (przejętych przez Artesz) lub panicznie boi się, że Trump tylko czeka na pretekst, by uderzyć bezpośrednio w jego bunkier.

   Pomoc humanitarna to w tej chwili najpotężniejsza broń Trumpa. Amerykanie dbają, aby to Artesz respektujący władze cywilne Iranu rozdzielał żywność. Dzieje się to kosztem wszechobecnego IRCG. Odwracają się role. Do tej pory to IRCG było „szlachetnym dżihadystycznym zakonem”, który miał dostęp do zasobu przed Arteszem (regularna armia irańska) i zwykłymi ludźmi. Oczywiście IRCG nie znosi tej detronizacji najlepiej, stara się przejąć żywność i lekarstwa blokując wojskowe transporty żywności. Dochodzi do licznych incydentów. Mimo, że media są kontrolowane przez IRCG, informacje o tym coraz częściej przebijają się do reżimowej telewizji i radia.

   Vahidi czuje się upokorzony, w orędziach nazywa pomoc „amerykańską trucizną”, ale jednocześnie nie potrafi nakarmić własnych żołnierzy. Pezeshkian publicznie dziękuje za kanały humanitarne wypracowane w Islamabadzie. To uderza w same fundamenty dżihadu IRGC. Skoro „Wielki Szatan” karmi Irańczyków, a „Obrońcy Rewolucji” (Vahidi) każą im jeść koniczynę, to kto jest prawdziwym wrogiem?

   Trump nie traktuje Vahidiego jako części rządu. W Waszyngtonie zapadła decyzja: Vahidi to „terrorysta okupujący państwo”. Prezydent Trump rozmawia (przez pośredników) tylko z Pezeshkianem.

   Obecność okrętów USA na wodach Iranu bez odpowiedzi ogniowej ze strony Teheranu to sygnał dla świata: „Pezeshkian jest gospodarzem, który zaprosił nas do posprzątania bałaganu po Vahidhim”. To najbardziej upokarzający scenariusz dla Gwardii, jaki można sobie wyobrazić.

Nadal istnieje ryzyko, że Pezeshkian będzie musiał się ukorzyć przed IRCG i Vahidim. Ale zdaje się, że na razie przestał udawać (albo zaczął udawać mocniej – to nadal jest możliwe). Przyjmijmy jednak, że przestał udawać. W końcu USA ma całkiem niezłą wiedzę o rozmowach i zachowaniach irańskich elit. Skoro zatem prezydent Trump zgadza się na obecną sytuację, to albo wierzy Pezeshkianowi, albo uważa, że nawet udawany konflikt jest korzystny i zbliża ostateczną kapitulację Iranu, z oddaniem wzbogaconego uranu i cieśniny Ormuz.

   Pezeshkian wie, że czas się skończył. Tyka zegar naftowy. Najpóźniej za 22 dni nie będzie już gdzie lokować wydobywanej ropy i złoża zaczną ulegać degradacji.  Nie wiadomo też, co z Mojtabą Chomenei. To na niego powołuje się w swoich działaniach Vahidi, jednak Mojtaba albo jest poważnie ranny, być może w komie, albo nie żyje. Gdyby okazało się, że Vahidi decyduje w imieniu zmarłego, którego śmierć ukrywa, byłby to szybki koniec Vahidiego. Jednak Amerykanie wiedzą, że koniec Vahidiego musi być kontrolowany. Nagły rozpad IRCG mógłby doprowadzić do samodzielnych oddziałów Gwardii Republikańskiej grasujących po Iranie i strzelających do statków w Ormuz.

   Donald Trump niedawno mówił, że ma czas na oblężenie. Teraz znów buduje presję. Pezeshkian wie, że jeśli będzie grał z Vahidhim, zginie razem z nim w amerykańskich nalotach „final blow”. Wybierając współpracę przy korytarzu humanitarnym, buduje sobie pozycję lidera „Nowego Iranu”, który po wojnie będzie odbudowywał kraj z błogosławieństwem (i pieniędzmi) Zachodu.

   Wychodzi na to, że „dobry policjant” właśnie zdjął mundur i zaczął wskazywać „złemu policjantowi”, gdzie są wyjścia ewakuacyjne, licząc na to, że Trump je zbombarduje. Możliwe, że Vahidi jest dziś w Iranie wrogiem numer jeden nie tylko dla Trumpa, ale przede wszystkim dla Pezeshkiana i Arteszu. To nie jest gra zespołowa. To jest wyścig o to, kto pierwszy kogo zlikwiduje, zanim złoża ropy padną, a kraj pogrąży się w całkowitej ciemności.

   Można się zastanawiać. Skoro Pezeshkian już tak otwarcie gra na współpracę z USA przy korytarzu, może oficjalne poprosić o „asystę powietrzną” USA przy przejmowaniu bunkrów z uranem z rąk Vahidiego. Bardziej prawdopodobne jest jednak ciche przyzwolenie Pezeshkiana i Arteszu na taki chirurgiczny atak Amerykanów. Oczywiście Trump wolałby, aby Irańczycy załatwili te sprawy sami ze sobą, jednak Artesz jest znacznie słabiej uzbrojony niż IRCG (choć liczniejszy), do tego Gwardia Republikańska trzyma rodziny wyższych oficerów jako zakładników.

  To o czym napisałem, to model sytuacyjny na teraz. W każdej chwili Pezeshkian może zostać zmuszony do hołdu lojalności wobec Vahidiego. Nie wiemy też, czy Artesz dojrzał do tego, aby odbić kraj z rąk Gwardii Rewolucyjnej. Z pewnością część żołnierzy boi się takich działań, są też tacy, którzy są szczerymi dżihadystami i dla których, w związku z tym, siepacze z IRCG są „świętym zakonem”.

   Donald Trump ma przed sobą kilka scenariuszy. Jednym z nich jest wspomaganie Pezeshkiana w walce z IRCG i pilnowanie, aby Pezeshkian nie wszedł w buty IRCG jeśli chodzi o niechęć do pełnej kapitulacji. Jestem przekonany, że zaufanie USA do Pezeshkiana jest bardzo warunkowe i niezbyt intensywne. Dla Amerykanów ważne jest, aby w Iranie nie powstał rząd podobny do afgańskiego, który bez podtrzymywania przez siły amerykańskie natychmiast upadnie. Stąd to czekanie i podchody. Stąd zgoda na ostre polemiki Pezeshkiana w ramach jego negocjacji na temat kapitulacji.

Ps: Ostatnie godziny (poranek 30 kwietnia 2026 r.) przyniosły „szukaniu mikrofonu” przez Vahidiego oraz wieści o tym, że Trump wcale nie zamierza kończyć tej gry szybko.

Dziś rano w państwowej telewizji wystąpił Mohsen Rezaei, doradca wojskowy i prawa ręka Vahidiego. Jego wystąpienie to desperacka próba kontrataku na narrację Pezeshkiana. Rezaei ogłosił, że blokada USA „zawiedzie” i ostrzegł, że Iran wybierze „bezpośrednią konfrontację”, jeśli Trump nie odpuści. Zapowiedział, że nowa faza wojny przeniesie się na południowe wybrzeża i w stronę Isfahanu (centrum nuklearne), a w samym Teheranie dojdzie do „zamachów i bombardowań”. To brzmi jak zapowiedź krwawej rozprawy z wewnętrzną opozycją (frakcją Pezeshkiana).

Trump opublikował kolejny post na Truth Social, który jest lodowatą odpowiedzią na „wrzaski” z Teheranu. Napisał: „Iran nie wie, jak podpisać układ. Niech mądrzeją szybko. Ja mam cały czas świata, ale Iranowi zegar tyka!”. Trump oficjalnie poinstruował doradców, by przygotowali się na „rozszerzoną blokadę”. Uznał, że duszenie gospodarki ropą jest tańsze i bezpieczniejsze niż naloty, bo „irańska marynarka i tak leży na dnie morza”.

W prowincji Sistan i Beludżystan doszło do krwawych starć. Choć oficjalnie mówi się o walkach z rebeliantami, raporty ISW (Institute for the Study of War) sugerują, że to frakcyjne walki wewnątrz sił bezpieczeństwa. Chaos na prowincji pokazuje, że Pezeshkian nie panuje nad sytuacją, a Vahidi używa resztek lojalnych jednostek do pacyfikacji regionów, które zaczęły współpracować z Pakistanem przy odbiorze pomocy.

Skoro Rezaei (Vahidi) straszy konfrontacją, a statki z pomocą humanitarną pod osłoną US Navy i tak wpływają do portów, to dowodzi, że Gwardia jest sparaliżowana. Boją się strzelić do ryżu, bo wiedzą, że wtedy ich właśni głodujący żołnierze zwrócą lufy przeciwko nim.

To post scriptum to prosty przejaw tego, jak zmienna jest obecnie sytuacja w Iranie. Warto jednak zwrócić uwagę na walki wewnętrzne, które raczej nie są reżyserowane.

Ps.2: Jeśli chodzi o Niemcy. Pojawiły się w Polsce obawy, że fatalne wypowiedzi publiczne Donalda Tuska pchają USA w ramiona Niemiec. Wygląda na to, że jednak tak się nie dzieje. Amerykanie zdają się wiedzieć, że pijarowe zagrywki polskiego premiera nie wyrażają (na szczęście) polskiej polityki.

W ostatnich kilkunastu godzinach relacje na linii Trump–Niemcy przeszły z fazy szorstkiej współpracy w fazę otwartego kryzysu dyplomatycznego. Można powiedzieć, że „miesiąc miodowy” (o ile kiedykolwiek istniał) definitywnie się skończył, a kością niezgody stał się właśnie Iran i sposób prowadzenia blokady.

Doszło do bezprecedensowej „wymiany uprzejmości” na najwyższym szczeblu. Kanclerz Friedrich Merz publicznie skrytykował Trumpa, nazywając amerykańskie działania w Iranie „pozbawionymi planu” i stwierdzając, że USA dają się „upokarzać irańskiemu przywództwu”. Merz martwi się o niemiecką gospodarkę, która z powodu wojny i cen energii po raz czwarty z rzędu wchodzi w fazę stagnacji.

Trump, w swoim stylu, odpowiedział na Truth Social, pisząc, że Merz „nie ma pojęcia, o czym mówi” i jest obojętny na irańskie ambicje nuklearne. Dodał, że Niemcy są słabe i powinny przestać pouczać liderów, którzy „robią to, co trzeba”. W ostatnich godzinach Trump podbił stawkę. Ogłosił, że administracja USA „studiuje i analizuje” możliwość redukcji personelu wojskowego w Niemczech (stacjonuje tam ponad 35 tys. żołnierzy USA). To klasyczna kara za brak poparcia dla blokady Iranu. Merz odmówił wysłania niemieckich okrętów do „Korytarza Amerykańskiego” w Ormuz, oferując jedynie trałowce do usuwania min, i to dopiero po zawieszeniu broni. Trump uznał to za „brak lojalności sojuszniczej”.

Mimo ostrej retoryki, dziś rano Merz próbował nieco wyciszyć spór, twierdząc na konferencji prasowej w Berlinie, że jego osobiste relacje z Trumpem pozostają „dobre” i są „w stałym kontakcie telefonicznym”. To jednak tylko teatr dyplomatyczny. Wewnątrz rządu w Berlinie panuje panika – niemiecki MSZ ostrzega, że Trump może użyć ceł (nawet do 20% na niemieckie auta), jeśli Niemcy nie przestaną krytykować blokady Iranu.

Niemcy tracą na tej wojnie najwięcej z państw NATO. Ceny paliw w Niemczech są rekordowo wysokie. AfD (Alternative für Deutschland) rośnie w sondażach (już 27%), budując kapitał polityczny na krytyce „wojny Trumpa”. Merz wie, że jeśli blokada potrwa kolejne miesiące, jego rząd może upaść.

Relacje uległy znacznemu osłabieniu. Trump traktuje Niemcy już nie jako partnera, ale jako „opornego klienta”, którego trzeba zmusić do posłuszeństwa groźbą wycofania wojsk i sankcjami. Merz z kolei próbuje balansować między lojalnością wobec NATO a ratowaniem resztek niemieckiego przemysłu. Trump nie zamierza słuchać rad z Berlina. Dla niego Niemcy to „pasażer na gapę”, który chce taniej ropy, nie chcąc brudzić sobie rąk w starciu z Vahidhim.

Wróćmy jeszcze do statków. Wysłanie niemieckich okrętów wojennych do cieśniny Ormuz było chyba jedyną rzeczą, na którą Trump rzeczywiście liczył ze strony Merza. Ostatnie godziny (poranek 30 kwietnia 2026 r.) przyniosły ostateczne potwierdzenie, że „niemiecka pomoc w Ormuz” stała się dyplomatyczną fikcją. To, co mogło wydawać się postanowione jeszcze tydzień temu, rozbiło się o brutalną rzeczywistość polityczną i osobisty konflikt Trumpa z kanclerzem Merzem.

Okazuje się, że niemieckie okręty płyną, ale nie tam, gdzie chciał Trump. Choć Merz zapowiadał gotowość do wsparcia, wczoraj wieczorem doprecyzował stanowisko Berlina. Merz kategorycznie odmówił wpłynięcia do samej Cieśniny Ormuz, dopóki trwa „aktywna faza blokady”. Jest to więc fikcja, bo w regionie nie brakuje już na przykład francuskich czy brytyjskich okrętów trzymających się na uboczu. Zupełnym przeciwieństwem są Indie, które aktywnie eskortują własne statki nieoficjalnie współpracując z armią amerykańską.

Niemcy zadeklarowali pomoc w rozminowywaniu i eskorcie, ale tylko po ogłoszeniu trwałego zawieszenia broni i uzyskaniu mandatu ONZ. Trump uznał to za „tchórzostwo” i „ofertę spóźnioną o wojnę”. Ciężko odmówić Trumpowi racji, gdyż cały sens niemieckiej obietnicy polegał na wpłynięciu do Ormuz i pomocy w usuwaniu min z korytarza amerykańskiego, która to procedura cały czas trwa, niezależnie od wrzasków Vahidiego i opinii ONZ.

Jeszcze kilkanaście dni temu Berlin sugerował udział w misji, ale Merz przestraszył się dwóch rzeczy. Po pierwsze Vahidi zapowiedział, że każdy kraj pomagający USA w blokadzie zostanie uznany za cel. Niemcy nie chcą, by ich fregaty stały się celem dla irańskich dronów kamikadze. Po drugie Merz oskarżył Trumpa, że prowadzi wojnę „bez planu wyjścia” i że USA dają się „upokarzać” przez IRGC w Islamabadzie. To wywołało furię Trumpa i zerwanie rozmów o wspólnym patrolowaniu. Wygląda na to, że Merz uznał, dość arogancko, że może łatwo z zewnątrz ocenić strategię Amerykanów. A może czyta niemiecką prasę i wierzy jej bezgranicznie, choć przecież wie, że czyta własną propagandę.

W odpowiedzi na wahania Berlina, Trump stwierdził dziś rano, że US Navy „sama wyczyści miny” i nie potrzebuje partnerów, którzy „trzęsą się ze strachu przed Vahidhim”. Korytarz Amerykański w Ormuz jest obecnie obsługiwany wyłącznie przez okręty USA i nieliczne jednostki sojuszników z regionu (jak Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Bahrajn). Niemcy zostali „za drzwiami”. Są też Indie, ale one zajmują się eskortą, nie oczyszczaniem szlaku.

Niemcy próbowali argumentować, że ich obecność jest potrzebna do eskortowania statków z jedzeniem. Trump jednak zablokował tę inicjatywę, twierdząc, że to on decyduje, kto i kiedy je w Iranie. Faktem jest, że przemycanie ludzi i przedmiotów jest niemal ikoniczną cechą niemieckich transportów, inaczej nie mielibyśmy w Europie kryzysu migracyjnego.

Pomoc humanitarna płynie, ale pod egidą USA i Pakistanu. Niemieckie statki handlowe wciąż stoją na redzie, bo armatorzy z Hamburga nie ufają zapewnieniom Vahidiego o „bezpiecznym przejeździe”, a Trump nie gwarantuje im ochrony, jeśli Berlin nie wyśle własnych sił.

Niemieckie okręty nie płyną do Ormuz w roli wsparcia dla USA. Są raczej w trybie „oczekiwania” na wodach międzynarodowych, co Trump wykorzystuje do wyśmiewania Merza na arenie międzynarodowej. Sojusz USA–Niemcy w kwestii Iranu jest na ten moment martwy. Trump gra solo, a Merz próbuje ratować twarz, wysyłając okręty „w stronę” konfliktu, ale nie „do” konfliktu.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

jeden × pięć =