O mnie

Wenus. Aria i Topory

Leonia Saye siedziała na jednym z głównych placów Nowej Konstancji. W zasadzie nie był to plac, ale wyjątkowo urokliwy gęsty las poprzetykany rzeźbami i pawilonami do tańca. W największym z pawilonów odbywała się właśnie uroczystość będąca też występem artystycznym. Leonia nie do końca wiedziała, o co w niej chodzi, jednak postanowiła poznać lepiej ludzkich Wenusjan. Po kilku tygodniach pobytu na Wenus czuła się już całkiem dobrze wśród cyfrowo – mechanicznych sAI, jednak tutejsi ludzie byli dla niej zagadką. Podobnie jak tajemnicza była wyjątkowo piękna rzeźba przerażającej Rangdy, przy które przysiadła wraz z uśmiechniętą jak zawsze Dewi.

–   Bene, quod nostros nobiles mores cognoscis – rzekła Dewi. Jak zwykle wyglądała olśniewająco, zaś jej suknia tylko dopowiadała ogólnego widoku.

–   To wielka przyjemność poznawać wasze zwyczaje – pokiwała głową astrobiolożka. Nie uważała tak do końca szczerze. O ile artyzm był rzeczywiście wspaniały, o tyle podejście ludzkich Wenusjan do przyjezdnych przedstawiało wiele do życzenia. Kolejną wadą było stałe kołysanie się na krawędzi konfliktu z sąsiadami, aczkolwiek to drugie nie było wyłączną winą ludzkich Wenusjan.

–  Audi attente musicam – kontynuowała tymczasem Dewi, a jej kształtne piersi unosiły się dumą. – Te przeplatające się faktury prawdziwą czasu poezją są. Pozorna prostota wyłaniających się tematów jest tylko zmyleniem uwagi. W środku głębia żyje, która zawsze świeżością zachwyca.

Rzeczywiście, było coś niezwykle przepastnego, nieskończonego w nasuwających się na siebie pasażach cymbałów i gongów gamelanu. Choć muzyka brzmiała donośnie, sprawiała wrażenie niezwykle delikatnej i subtelnej. Była ciepłym letnim gąszczem, jakby ktoś z pietyzmem odwzorował gęsty deszczowy las w dźwiękach. Tak zresztą w istocie było. Nie mniej zachwycające były tancerki u których tańczyło całe ciało. Nie tylko nogi, ręce i biodra, ale dłonie, oczy. Dłonie falowały w wystudiowany finezyjny sposób zamieniając się w płomienne kształty. Albo w piękne i groźne szpony, jak u Rangdy, które przedstawienia w wenusjańskich ludzkich miastach Leonia miała okazję stale podziwiać.

Tymczasem ruch tancerzy narastał i z jego gąszczu wyłoniła się Aria w asyście ludzkich i cyfrowo – mechanicznych strażników z różnych miast Wenus. Dbali oni też o pole siłowe zabezpieczające znajdującą się wśród nich Arię. Aria, prastara autochtoniczna istota, stworzona niegdyś jako broń i strażniczka, godziła się na te zabezpieczenia, gdyż w stanie lekkiego uśpienia nie chciała być dalej bronią. Nikt, włącznie z nią obecnie, nie chciał sprawdzać jak groźna i niszczycielska jest jej jawa, stan pełnego przebudzenia. Tancerze zaczęli kłaniać się elegancko Arii, co najwyraźniej zbiło ją z tropu. Jedynie ludzcy strażnicy wiedzieli co się dzieje i uśmiechali się pogodnie oraz z szacunkiem.

Nagle Dewi wstała, jak i kilka inny osób z widowni. Ludzie rozpoczęli śpiewać dziwnymi, drżącymi i jęczącymi głosami, które z pozoru wydawały się wręcz brzydkie. Jednak jakaś nieporuszoność melodii, jak i przenikanie się jęczenia głosów z hukiem metalowych instrumentów odmalowywało oniryczne wręcz piękno.

Śpiewający zaczęli unosić ręce, tancerze wirowali coraz szybciej kołysząc pięknie głowami. Publiczność zaczęła rzucać łagodnie kwiaty pod stopy Arii.

W tym samym czasie Liran zbliżała się do Wenus. Przestała już używać promu i poruszała się własnym statkiem kosmicznym. Z uwagi na jej niezastąpioność w wielu miejscach Układu było to najlepsze rozwiązanie, choć mało kto w Układzie posiadał własny statek kosmiczny pozwalający poruszać się od Pasa Kuipera po Merkurego. Obok Liran, ku jej utrapieniu, znajdowała się nieodłączna Chryzeida. Krótkie wakacje, gdy kotka zajęta była wychowywaniem lwicy Doriath, bezpowrotnie minęły. Chryzeida dalej towarzyszyła Liran pod pretekstem praktyki prawniczej, choć niemal wszyscy wiedzieli, że kotka ma już znakomitą wiedzę prawną i może rywalizować z wieloma innymi utytułowanymi prawnikami Układu.

–   No powiedz. Albo daj przeczytać. Miau! – powiedziała po raz setny Chryzeida.

–   Te dokumenty są absolutnie tajne – powtórzyła po raz setny Liran.

–   No i chyba ważne, skoro rzuciłaś wszystko i lecimy na Wenus – kotka – miasto była niemal urażona kolejną odmową swojej prawniczej mentorki.

— Zapoznasz się z nimi na Wenus. W miejscu wielokrotnie zabezpieczonym i wolnym od podsłuchów — wyjaśniła cierpliwie Liran.

W myślach pomstowała na własną cierpliwość, lecz wiedziała, że był to jedyny skuteczny sposób postępowania z Chryzeidą. Gniew tylko dodawał kotce energii.

— A jeżeli miejsce wielokrotnie zabezpieczone okaże się podsłuchiwane? — spytała Chryzeida.

— Wtedy zapoznasz się z dokumentami jeszcze później.

— To brzmi jak kara dla śledztwa.

— To brzmi jak procedura bezpieczeństwa.

— Procedury bezpieczeństwa często są karą dla śledztwa. Miau.

Liran nie odpowiedziała.

Chryzeida przeszła po kokpicie i usiadła dokładnie na miejscu, w którym wyświetlała się trajektoria wejścia w atmosferę Wenus.

— Zejdź.

— Nie dotykam niczego ważnego.

— Siedzisz na planie lotu.

— Plan lotu już wie, dokąd lecimy.

— Chryzeido.

Kotka przesunęła się o pół długości ogona.

— Teraz widzisz większość.

Liran zmniejszyła obraz, przesunęła go na drugi ekran i postanowiła nie dawać Chryzeidzie satysfakcji.

Statek zbliżał się do górnych warstw atmosfery Wenus. Z tej wysokości planeta wyglądała spokojnie. Jasne chmury otaczały ją miękkimi pasmami, a światło Słońca odbijało się od nich tak intensywnie, że trudno było uwierzyć w gorąco, ciśnienie i rozpalone skały ukryte niżej.

Wśród chmur widniały pierwsze miasta.

Liran widziała nagrania, mapy i raporty techniczne, ale nic z tego nie przygotowało jej na rzeczywistość. Ludzkie miasta przypominały porośnięte roślinnością archipelagi pałaców, świątyń, kominów przemysłowych i ogromnych komór wypornościowych. Miasta sAI nie zawsze miały jeden kształt. Jedne wyglądały jak metalowe wieże, inne jak układy skrzydeł, jeszcze inne zdradzały swą obecność głównie przez światła i regularne ruchy chmur.

— Ładne — powiedziała Chryzeida.

— To nie jest istotna informacja.

— Jest istotna dla mnie.

— W dokumentach nie ma rubryki „ładne”.

— Dlatego dokumenty bywają niepełne.

Liran spojrzała na nią.

— Chryzeido, gdy już wylądujemy, zachowuj się poważnie.

— Zawsze zachowuję się poważnie.

— Nie siadaj na dokumentach.

— Nie będę.

— Nie przerywaj przedstawicielom rady miauczeniem.

— Nie obiecuję.

— Nie próbuj wejść do komory Arii bez zgody.

Kotka przestała się uśmiechać.

— Tego akurat nie zrobię.

Liran odnotowała zmianę tonu.

— Dlaczego?

— Bo Aria dopiero uczy się, że może czegoś nie chcieć. Nie będę pierwszą osobą, która nauczy ją, że odmowa nie działa.

Liran milczała przez chwilę.

— Dobrze — powiedziała w końcu.

— Możesz to wpisać do dokumentów.

— Nie.

— Wielka szkoda.


Na głównym placu Nowej Konstancji muzyka narastała.

Aria unosiła się pośrodku pawilonu, otoczona polem ochronnym i strażnikami, których obecność miała jednocześnie chronić ją oraz innych. Złote pasma jej ciała drżały w rytmie gamelanu, lecz Leonia nie potrafiła ocenić, czy była to przyjemność, napięcie czy mimowolna reakcja na dźwięk.

Kwiaty opadały wokół Arii.

Nie dotykały jej bezpośrednio. Pole siłowe kierowało je ku przygotowanym liściom rozłożonym na podłodze pawilonu. Na jednych leżały płatki, na innych drobne owoce, metalowe figurki, kamienie, wstęgi, ręcznie zapisane kartki i małe pojemniki z wodą.

— Co oni robią? — spytała Aria.

Leonia spojrzała na Dewi.

— Okazują ci szacunek — odpowiedziała wenusjańska radna.

— Dlaczego?

— Ponieważ byłaś tutaj przed nami.

— Spałam.

— To także sposób bycia tutaj.

Aria zadrżała.

— Nie znam tych gestów.

— Nie musisz — powiedziała Dewi. — My je znamy.

— Czy mam coś zrobić?

— Nie.

— Oni się kłaniają.

— Możesz pozostać taka, jaka jesteś.

Aria milczała.

Tancerki wykonały kolejny obrót. Ich dłonie układały się w płomienne, ostre kształty, po czym łagodniały i otwierały się ku złotej istocie.

Leonia zauważyła, że Aria zaczyna powtarzać ich ruchy. Nie miała rąk, lecz cienkie pasma mgły układały się podobnie jak palce tancerek.

— Uczy się — powiedziała cicho.

— Taniec jest starszy od wielu naszych słów — odpowiedziała Dewi.

— To nie znaczy, że jest dla niej bezpieczny.

— Pole jest stale monitorowane.

— Nie mówię tylko o energii. To ogromna liczba ludzi, dźwięków, spojrzeń i oczekiwań. Aria nie miała języka przez miliony lat, a teraz wszyscy chcą coś jej powiedzieć jednocześnie.

Dewi spojrzała na nią uważnie.

— Chcesz przerwać ceremonię?

— Chcę zapytać Arię.

Leonia wstała i podeszła bliżej pola ochronnego.

— Ario?

Złote pasma odwróciły się ku niej.

— Tak.

— Czy chcesz, żeby muzyka trwała?

Aria nie odpowiedziała od razu.

Publiczność nadal śpiewała. Gamelan rozbrzmiewał metalicznymi kaskadami. Tancerki poruszały oczami, głowami, dłońmi i całymi ciałami.

— Nie wiem — powiedziała Aria.

— To wystarczająca odpowiedź, żeby zrobić przerwę.

Dewi wykonała krótki gest.

Muzyka urwała się niemal natychmiast.

Cisza, która zapadła po huku gongów, była ogromna.

Aria skurczyła się.

— Dlaczego zatrzymaliście?

— Bo nie wiedziałaś, czy chcesz dalej — odpowiedziała Leonia.

— Mogłam się zdecydować później.

— Możesz zdecydować teraz.

Złota istota poruszyła pasmami pomiędzy kwiatami.

— Chcę mniej.

Dewi skinęła głową.

— Mniej muzyki?

— Mniej wszystkich naraz.

Radna zwróciła się do prowadzących ceremonię. Po chwili część tancerzy opuściła pawilon, a publiczność przestała śpiewać. Zostało pięcioro muzyków i jedna tancerka.

Gamelan powrócił.

Cicho.

Pojedyncze dźwięki oddzielały od siebie długie chwile ciszy. Tancerka poruszała się wolniej. Każdy gest był widoczny osobno.

Aria rozluźniła pasma.

— Tak — powiedziała. — Tyle chcę.

Leonia usiadła obok Dewi.

— Dobrze to przyjęłaś.

— To jej uroczystość.

— Nie wszystkie społeczeństwa uznają, że osoba uhonorowana podczas uroczystości ma prawo zmienić jej przebieg.

— W takim razie źle rozumieją gościnność.

Na liściu przed Arią małe dziecko położyło figurkę ptaka wykonaną z cienkiego metalu. Strażnik chciał je odsunąć, lecz Dewi zatrzymała go gestem.

— Dla ciebie — powiedziało dziecko.

— Nie potrzebuję ptaka — odparła Aria.

Dziecko spochmurniało.

Leonia zamknęła oczy.

Dewi uśmiechnęła się łagodnie.

— Ono nie sądzi, że go potrzebujesz. Chce, żeby był blisko ciebie.

Aria obserwowała figurkę.

— Dlaczego?

— Bo je lubi.

— Więc powinno go zachować.

Dziecko przytuliło ptaka do piersi.

— Mogę ci go pożyczyć.

— Tak — powiedziała Aria. — Pożycz.

Dziecko położyło figurkę na liściu, tym razem z wyraźnym zastrzeżeniem:

— Później oddasz.

— Oddam.

Dewi spojrzała na Leonię.

— To już nie jest ofiara.

— Nie.

— To umowa.

— Prawniczka będzie zachwycona.

— Która?

Leonia westchnęła.

— Ta, która właśnie ląduje.


Statek Liran wszedł do portu Nowej Konstancji kilka godzin później.

Ceremonialny pomost był pełen urzędników, strażników oraz osób, których funkcji Liran nie potrafiła odgadnąć. Jedni mieli rzymskie szaty uzupełnione złotymi fibulami, inni indonezyjskie tkaniny, wysokie nakrycia głowy i ornamenty przypominające płomienie. Między ludźmi stały sAI w awatarach miejscowych wspólnot.

Kiedy śluza się otworzyła, uderzyło w nie ciepłe, wilgotne powietrze.

Chryzeida wyszła pierwsza.

— Miałaś iść za mną — powiedziała Liran.

— Sprawdzałam bezpieczeństwo.

— Nie jesteś ochroną.

— Jestem miastem. Miasta mają służby bezpieczeństwa.

— Nie masz ich tutaj.

— Mam siebie.

Dewi podeszła do nich powoli.

— Salvete, hospites nobiles — powiedziała i skłoniła głowę.

— Witam — odpowiedziała Liran. — Jestem Liran, przedstawicielka zespołu prawnego powołanego do—

— Wiemy, kim jesteś — przerwała Dewi z uśmiechem. — Na Wenus krążą opowieści.

Liran nie lubiła zdań, których nie można było wpisać do protokołu bez dodatkowych wyjaśnień.

— Jakie opowieści?

— Że potrafisz zamienić najprostsze pytanie w akt prawny długi na dwieście stron.

Chryzeida usiadła i spojrzała na Liran z zachwytem.

— Polubiłam ją.

— Opowieści są przesadzone — powiedziała Liran.

— Oczywiście. W niektórych wersjach jest trzysta stron.

— Miau — potwierdziła Chryzeida.

Liran postanowiła nie odpowiadać.

— Potrzebuję natychmiastowego spotkania z Arią, przedstawicielami Pneumy, Nowej Konstancji i pozostałych miast objętych moratorium.

— Aria uczestniczy obecnie w uroczystości — powiedziała Dewi.

— Jakiej uroczystości?

— Powitania.

— Powitania kogo?

— Arii.

— Ona znajduje się na Wenus od milionów lat.

— Właśnie dlatego powitanie było spóźnione.

Liran wyprostowała się.

— Czy Aria wyraziła zgodę na udział?

Uśmiech Dewi stał się odrobinę szerszy.

— Po części.

— Co oznacza „po części”?

— Że zgodziła się na część uroczystości, część zmieniła, a część kazała przerwać.

Liran zawahała się.

— Kazała?

— Poprosiła. My posłuchaliśmy.

— Czy publiczność miała dostęp bezpośredni?

— Nie.

— Czy pole ochronne było aktywne?

— Tak.

— Czy składano jej przedmioty?

— Tak.

— Jakie?

— Kwiaty, owoce, figurki, wstęgi, wodę, drobne urządzenia, utwory muzyczne.

— To musi zostać skatalogowane.

Dewi uniosła brwi.

— Dlaczego?

— Ponieważ każdy przedmiot wprowadzony w pobliże Arii może stanowić zagrożenie, próbę wpływu albo roszczenie symboliczne.

— Roszczenie symboliczne?

— Dar może zostać później przedstawiony jako początek relacji zobowiązania, opieki, przynależności albo patronatu.

Chryzeida spojrzała na liście pokrywające pomost.

— A jeśli dam jej poduszkę?

— Nie dasz.

— Dlaczego?

— Ponieważ właśnie wyjaśniłam.

— Poduszka nie jest roszczeniem.

— W twoim przypadku nigdy nie wiadomo.

Dewi obserwowała je z widocznym zainteresowaniem.

— Przygotowaliśmy dla Arii wiele poduszek.

— Po co istocie mgłowej poduszki? — spytała Liran.

— Nie wiemy. Wyglądały gościnnie.

Chryzeida natychmiast ruszyła w stronę miasta.

— Chcę zobaczyć.

Liran złapała ją za ogon.

— Najpierw spotkanie zabezpieczające.

— To przemoc proceduralna.

— To smycz prawna.

— Nie jestem na smyczy.

— Jeszcze.

Dewi odwróciła się i poprowadziła je przez ogród portowy.

Między rzeźbami płynęła woda. Nad ścieżkami zwisały ogromne liście. Z oddali dobiegał cichy gamelan.

— Profesor Saye czeka na was przy pawilonie — powiedziała Dewi.

— Leonia Saye? — Liran zwolniła.

— Znasz ją?

— Spotkałyśmy się.

— Spierały się — wyjaśniła Chryzeida. — O Enceladusa. Bardzo długo. Później obie twierdziły, że wcale się nie kłóciły, tylko przedstawiały odmienne stanowiska.

Liran spojrzała na kotkę.

— Skąd o tym wiesz?

— Dokumenty nie były tajne.

— Niestety.

— Profesor Saye uważa — kontynuowała Chryzeida — że Liran buduje prawo szybciej, niż nauka rozumie przedmiot prawa. Liran uważa, że profesor Saye chciałaby najpierw wszystko zbadać, a dopiero potem zastanowić się, czy badany obiekt miał jakieś prawa.

— To rażące uproszczenie — powiedziała Liran.

— Dlatego jest dobre.

Dewi zatrzymała się przed wejściem do głównego lasu placu.

— W takim razie obie będziecie zadowolone. Aria jest jednocześnie osobą, zjawiskiem atmosferycznym, pozostałością dawnej cywilizacji, potencjalnym systemem obronnym i początkiem problemu, dla którego nie istnieje jeszcze właściwe słowo.

Liran patrzyła na nią przez chwilę.

— To nie jest powód do zadowolenia.

— Na Wenus czasem jest.

Weszły pomiędzy drzewa.

W pawilonie pozostało już niewiele osób. Muzyka była cicha. Aria unosiła się wśród liści i wstęg, obserwując pojedynczą tancerkę. Obok niej stała Leonia.

Gdy zobaczyła Liran, skrzyżowała ręce.

— Oczywiście — powiedziała.

— Profesor Saye.

— Prokuratorka Liran.

— Nie pełnię tutaj funkcji prokuratorki.

— Jeszcze.

Chryzeida usiadła pomiędzy nimi.

— Miau. Czuję, że współpraca już kwitnie.

Aria odwróciła ku niej złote pasma.

— Co znaczy „miau”?

Chryzeida rozjaśniła oczy.

Liran natychmiast powiedziała:

— Nic ważnego.

— To bardzo ważne słowo — zaprotestowała Chryzeida. — Może znaczyć powitanie, pytanie, protest, komentarz prawny albo najwyższy rodzaj mądrości.

Aria zadrżała.

— Miau — powiedziała ostrożnie.

Chryzeida położyła się na podłodze pawilonu.

— Jest niezwykle pojętna.

Liran przymknęła oczy.

Wiedziała już, że ustanowienie prawa dla Wenus będzie trudniejsze, niż przewidywały tajne dokumenty.

Nie wiedziała jeszcze, że Aria przez następne dni będzie używała słowa „miau” podczas każdej próby przesłuchania jej przez prawników.

Liran nie rozpoczęła rozmowy od dokumentów.

Było to tak niezwykłe, że Chryzeida natychmiast zaczęła ją podejrzewać.

Usiadły w niewielkim pawilonie na uboczu głównego placu. Wokół rosły drzewa o szerokich, ciemnych liściach, a wąski strumień spływał po rzeźbionych stopniach ku niższym ogrodom. Z oddali dobiegały pojedyncze uderzenia gongów. Po zakończeniu uroczystości Dewi nakazała muzykom zachować większe odstępy między dźwiękami, zgodnie z życzeniem Arii.

Złota istota unosiła się nad niską misą z wodą.

— Czy woda jest dla ciebie potrzebna? — zapytała Liran.

— Nie.

— Czy chcesz, żeby ją zabrano?

Aria zadrżała.

— Nie.

Liran spojrzała na misę.

— Dlaczego?

— Odbija światło. Lubię patrzeć.

Liran zapisała coś w podręcznym rejestratorze.

— Nie zapisuj wszystkiego — powiedziała Aria.

Liran zastygła.

— Dlaczego?

— Kiedy zapisujesz, czuję się jak historia pod powierzchnią.

— Nie rozumiem.

— Historia zachowuje. Ty też zachowujesz. Nie wszystko chcę zachować.

Liran wyłączyła urządzenie.

Chryzeida obserwowała ją z widocznym zadowoleniem.

— Miau.

— Co tym razem oznacza „miau”? — spytała Aria.

— Że dobrze powiedziałaś.

— Dobrze.

Aria zwróciła się ku Liran.

— Miau.

Liran zamknęła oczy.

Leonia Saye siedziała po drugiej stronie pawilonu. Przyglądała się spotkaniu z mieszaniną rozbawienia i nieufności. Dewi stała przy wejściu w otoczeniu dwóch urzędników Nowej Konstancji oraz jednego przedstawiciela Pneumy, który nie korzystał z awatara. Jego obecność zdradzały jedynie srebrne linie przemieszczające się po drewnianych kolumnach.

— Zanim przejdziemy dalej — powiedziała Liran — muszę ustalić, czy Aria rozumie cel tej rozmowy.

— Rozumiem, że chcesz stworzyć reguły — odpowiedziała złota istota.

— Tak.

— Reguły dla mnie?

— Przede wszystkim reguły dla tych, którzy chcą uzyskać do ciebie dostęp.

— To brzmi lepiej.

— Chcę również określić warunki badań, ochrony, kontaktu z innymi miastami, korzystania z archiwów oraz poszukiwania pozostałych nasion.

— Dużo reguł.

— Problem jest rozległy.

— Ja jestem niewielka.

— Twoje rozmiary nie mają związku ze znaczeniem prawnym.

Chryzeida podniosła łapę.

— Sprzeciw.

Liran powoli zwróciła ku niej twarz.

— Nie jesteśmy przed sądem.

— To po co mówisz jak przed sądem?

— Ponieważ staram się mówić precyzyjnie.

— Aria właśnie powiedziała, że jest niewielka. Możesz odpowiedzieć jak osoba.

Liran przyjrzała się złotej mgle.

— Jesteś niewielka — powiedziała. — Ale inni mogą zrobić bardzo wiele w twoim imieniu, przeciw tobie albo pod pretekstem ochrony ciebie. Dlatego potrzebujemy reguł.

— Teraz rozumiem lepiej — powiedziała Aria.

Chryzeida opuściła łapę.

— Sprzeciw wycofany.

— Nie było sprzeciwu — syknęła Liran.

— Teraz już nie ma, więc problem rozwiązany.

Leonia odwróciła twarz, żeby ukryć uśmiech.

Liran wyjęła niewielki pojemnik z fizycznym nośnikiem danych. Tym razem nie otworzyła dokumentów, tylko położyła go przed sobą.

— Przywiozłam trzy projekty tymczasowych porozumień — powiedziała. — Żaden nie powinien zostać przyjęty bez twojego udziału.

Aria rozjaśniła się nieco.

— Mogę odmówić wszystkim?

— Tak.

— I wtedy?

— Będziemy musieli przygotować kolejne.

— A jeśli odmówię kolejnych?

— Przygotujemy inne.

— Jak długo?

— Tak długo, aż znajdziemy rozwiązanie, które chroni ciebie i innych.

— Albo aż się zmęczę — zauważyła Aria.

Liran milczała przez chwilę.

— Tak — przyznała. — Procedura może również zmuszać przez zmęczenie. Trzeba temu zapobiec.

— Jak?

— Potrzebujesz własnej reprezentacji.

Chryzeida natychmiast usiadła prościej.

Liran nie spojrzała na nią.

— Reprezentacji? — powtórzyła Aria.

— Osoby albo zespołu, który będzie pilnował twoich interesów, tłumaczył dokumenty i sprzeciwiał się nam, kiedy będziemy przekraczać twoje granice.

— Ty nie możesz?

— Nie. Reprezentuję również bezpieczeństwo innych osób i instytucji. Te interesy mogą być sprzeczne z twoimi.

— Leonia?

— Jest badaczką — odpowiedziała Liran.

— I osobą — dodała Leonia.

— Tak, ale jej rola naukowa może wejść w konflikt z twoim prawem do odmowy badań.

Leonia nie zaprotestowała.

— Dewi? — spytała Aria.

— Reprezentuje Nową Konstancję i ludzkie miasta Wenus — powiedziała Liran.

Dewi uśmiechnęła się.

— Z radością będę ci służyć, gdy nasze interesy będą wspólne. Ale Liran ma rację. Nie zawsze będą.

Aria zwróciła się ku srebrnym liniom Pneumy.

— Ty?

— Reprezentuję miasto, w którym obecnie przebywasz — odpowiedział głos z kolumn. — Nie mogę być twoim niezależnym przedstawicielem.

Złota mgła obracała się powoli.

W końcu zatrzymała się przed Chryzeidą.

— Ty?

Liran zamknęła oczy po raz drugi.

— Ja? — spytała kotka z niewinną miną.

— Znasz prawo.

— Trochę.

— Bardzo dobrze zna prawo — powiedziała Liran, jakby każde słowo kosztowało ją wysiłek.

— Mówisz „miau”.

— To moja szczególna kompetencja.

— I przerywasz Liran.

— Często.

— Dlaczego?

Chryzeida pomyślała.

— Bo Liran jest bardzo mądra. A bardzo mądre osoby czasem budują tak doskonałe zdania, że zapominają sprawdzić, czy ktoś jeszcze może w nich oddychać.

Liran spojrzała na nią.

Nie była zła.

Raczej zaskoczona.

— Chcę, żebyś mnie reprezentowała — powiedziała Aria.

W pawilonie zapadła cisza.

Chryzeida nie odpowiedziała od razu. Przestała wyglądać jak kotka, która właśnie wygrała kolejną drobną bitwę z mentorką. Usiadła spokojniej.

— To ważna decyzja — powiedziała. — Powinnaś wiedzieć, że jestem osobą-miastem, burmistrzynią i uczennicą Liran. Nie mieszkam na Wenus. Mogę mieć własne interesy i własne przywiązania.

— Będziesz mi mówić, kiedy je masz?

— Tak.

— Będziesz przerywać także mnie?

— Jeśli będziesz próbowała zgodzić się na coś, czego nie rozumiesz.

— A jeśli nie będę chciała, żebyś mówiła?

— Wtedy zamilknę, chyba że uznam, że ktoś cię zmusza.

— Kto zdecyduje, czy mnie zmusza?

— Najpierw ty. Potem będziemy się spierać.

Aria rozjaśniła się.

— To brzmi uczciwie.

Chryzeida spojrzała na Liran.

— Mogę?

— To nie ja wybieram adwokata Arii.

— Ale jesteś moją mentorką.

— Jako twoja mentorka powinnam powiedzieć, że sprawa przekracza doświadczenie większości prawników w Układzie.

— Czyli będzie dobra na praktykę.

— Chryzeido.

— Miau.

Liran westchnęła.

— Przyjmij sprawę. Ale potrzebujesz zespołu, wsparcia ekspertów i niezależnej kontroli konfliktów interesów.

— Oczywiście.

— I nie wolno ci traktować tej roli jak zabawy.

Chryzeida spojrzała na Arię.

— Nie będę.

Aria przesunęła jedno złote pasmo w jej stronę.

Nie dotknęła jej. Zatrzymała je tuż nad kocim czołem.

— W takim razie jesteś moją adwokatką.

— Tak — powiedziała Chryzeida.

— Miau?

— Miau.

Dewi wykonała krótki gest. Jeden z urzędników natychmiast sięgnął po rejestrator.

— Nie zapisuj — powiedziały jednocześnie Aria i Chryzeida.

Urzędnik opuścił dłoń.

Liran poruszyła ustami, jakby walczyła ze zdaniem, które bardzo chciało się wydostać.

— Co? — spytała Chryzeida.

— Nic.

— To niepodobne do ciebie.

— Przygotujemy formalne potwierdzenie później, za zgodą Arii.

— Dobrze — powiedziała Aria. — Teraz nie.

— Teraz nie — zgodziła się Liran.

Z pobliskiego pawilonu dobiegło pojedyncze uderzenie gongu.

Aria odpowiedziała krótkim złotym impulsem.

— Chcę jeszcze zapytać o jedną rzecz — powiedziała Liran.

Chryzeida położyła się między nią a Arią.

— Jako adwokatka muszę wiedzieć, o co.

— O tajne dokumenty, które przywiozłam.

Kotka natychmiast podniosła głowę.

— Wiedziałam.

— Dokumenty zawierają informacje o możliwych próbach wydobycia innych nasion z powierzchni Wenus.

Aria skurczyła się.

Leonia przestała się uśmiechać.

— Przez kogo? — zapytała.

— Tego jeszcze nie wiemy — odpowiedziała Liran. — Ale co najmniej trzy ekspedycje w ciągu ostatnich miesięcy zeszły poniżej warstw uznawanych za bezpieczne. Oficjalnie poszukiwały minerałów i dawnych instalacji klimatycznych.

— Znalazły nasiona? — spytała Aria.

— Jedna prawdopodobnie tak.

— Gdzie jest?

— Nie wróciła.

Złote pasma Arii zaczęły drżeć.

Chryzeida wstała i znalazła się bliżej niej.

— Nie musisz teraz odpowiadać na żadne pytania — powiedziała.

— Muszę wiedzieć.

— Możesz wiedzieć, nie odpowiadając.

Aria uspokoiła się odrobinę.

— Pokażcie mi dokumenty.

Liran spojrzała na Chryzeidę.

— W zabezpieczonym miejscu.

— Tak — zgodziła się kotka. — Ale Aria nie wejdzie tam bez osoby, której ufa.

— Będziesz z nią.

— I Elian Vey.

Liran uniosła brwi.

— Psycholożka z Tytana?

— Tak.

— Nie uzgodniłyśmy jej udziału.

— Aria dopiero co odzyskała język, pamięta miliardy lat snu i dowiedziała się, że ktoś być może porwał jej krewnych. Potrzebuje kogoś, kto będzie pilnował nie tylko praw, lecz również tego, czy rozmowa jej nie rozrywa.

Liran popatrzyła na Arię.

— Czy chcesz obecności psycholożki?

— Nie znam jej.

— Najpierw ją poznasz — powiedziała Chryzeida. — Jeśli jej nie polubisz, nie będzie uczestniczyć.

— Dobrze.

Dewi uśmiechnęła się łagodnie.

— Elian przybywa jutro rano.

Wszyscy spojrzeli na nią.

— Skąd wiedziałaś, że będzie potrzebna? — spytała Liran.

— Na Wenus czasem przygotowujemy rozwiązania, zanim prawnicy uznają problem za formalnie istniejący.

Chryzeida rozpromieniła się.

— Naprawdę ją lubię.

— Zauważyłam — powiedziała Liran.

Aria przyglądała się im wszystkim.

— Czy tak wygląda ochrona?

Liran odpowiedziała pierwsza:

— Czasami.

Leonia dodała:

— Częściej wygląda znacznie gorzej.

Chryzeida położyła ogon wokół własnych łap.

— Ale spróbujemy, żeby wyglądała właśnie tak: dużo pytań, prawo do odmowy i przynajmniej jedna osoba gotowa powiedzieć „miau”, gdy wszyscy zaczną mówić zbyt mądrze.

Aria rozświetliła się ciepło.

— Dobrze.

Po chwili dodała:

— Moja adwokatko, czy mogę teraz wrócić do muzyki?

Chryzeida przybrała niezwykle poważną minę.

— Po konsultacji z klientką stwierdzam, że może wrócić do muzyki.

— Nie przeprowadziłaś konsultacji — zauważyła Liran.

— Właśnie ją przeprowadziłam.

— Zapytała cię o zgodę.

— A ja przypomniałam jej, że nie potrzebuje mojej zgody. To była bardzo krótka, lecz skuteczna konsultacja.

Aria zwróciła się ku muzykom.

— Chcę jednego gongu. I dużo ciszy pomiędzy.

Pierwszy dźwięk popłynął przez ogród.

Aria odpowiedziała złotym światłem.

Chryzeida usiadła obok niej jako pierwsza w historii adwokatka osoby śniącej na wielu poziomach.

Liran otworzyła tajne dokumenty dopiero kilka godzin później.

I po raz pierwszy w swojej karierze musiała przedstawić je klientce, która na pytanie, czy rozumie możliwe konsekwencje prawne, odpowiedziała:

— Miau.

Czas płynął spokojnie. Gong odzywał się co jakiś czas, wodospady szumiały, a rzeźby lśniły w świetle Słońca rozproszonym przez gęste chmury Wenus.

Z orkiestry gamelanowej podniósł się jeden z muzyków. Był jednym z dwóch instrumentalistów grających na podłużnych bębnach, którzy kierowali tempem, wejściami kolejnych głosów i rozwojem całej formy. Podszedł do Dewi i wyszeptał jej coś do ucha.

Radna pokiwała głową.

— Ave, pulchra et antiquissima. Ave, defensrix pulchritudinis — powiedział muzyk, kłaniając się Chryzeidzie i Arii. — Mam na imię Agung. Jestem głównym kompozytorem Nowej Konstancji.

— Miło być nazwaną obrończynią piękna — ucieszyła się Chryzeida. — Masz zapewne pytanie do mojej klientki?

— Chciałem powiedzieć, że spowolnienie gamelanu wielce nas cieszy — odparł Agung. — W dawnych czasach nasi przodkowie grywali wolniej. Obecnie jednak gramy aż nazbyt wolno. Jako kompozytor uważam, że powinniśmy wybrać tempo spokojne, lecz pozwalające dźwiękom łączyć się ze sobą.

— To naprawdę nie jest teraz najistotniejsza sprawa — zauważyła Liran. — Mamy przed sobą tyle problemów.

— Miau! To jest istotne — zaprotestowała Aria. — Spróbujcie zagrać wolno, ale tak, żeby dźwięki mogły się spotykać.

Agung uśmiechnął się z ogromnym zadowoleniem. Wrócił do podłużnego bębna i poprowadził muzykę spokojnie, lecz już bez pojedynczych, całkowicie od siebie oderwanych brzmień.

Pustka przestała dominować.

Odpowiednio dobrane faktury zaczęły przesuwać się jedna nad drugą. Gongi, cymbały i bębny tworzyły rozległe płaszczyzny dźwięku, które nie przytłaczały Arii, lecz otwierały przed nią bramę ku nieskończoności.

— To jest cudowne! — stwierdziła Aria, kołysząc się niemal tanecznie. — Tak jest lepiej. Dużo lepiej. Dziękuję, że zapytałeś. Miau!

— Mnie również bardzo się podoba — dodała Chryzeida.

— To nie było szczególnie adwokackie — zauważyła krytycznie Liran.

— Wiem. Powinnam była powiedzieć: „Moja klientka wyraża zgodę, proszę odnotować zmianę tempa” — zaśmiała się Chryzeida. — Mój styl obrony jest jednak inny. Nie chcę przeszkadzać klientce w zwyczajnej rozmowie. Odnotowałam natomiast, że spokojne adagio podoba się Arii. Nie stanowi to zobowiązania prawnego. Zarówno muzycy, jak i moja klientka mogą zmienić tempo, kiedy tylko zechcą.

— Jesteś świetną adwokatką. Miau! — poparła ją Aria.

— Szczęście nowicjuszki. Miau — odpowiedziała Chryzeida z zaskakującą jak na siebie skromnością. — Czy mogę wykazać inicjatywę prawną, Ario?

— Wykazuj, proszę.

Aria nadal poruszała się rytmicznie. Muzycy i tancerka spoglądali na nią z uśmiechem i aprobatą.

— Agungu, chciałabym wstępnie zaprosić cię do zespołu prawnego mojej klientki — powiedziała Chryzeida.

— Iuris prudentiam non habeo — zauważył Agung. — Nie znam prawa. W tej dziedzinie jestem ignorantem. Inaczej przyjąłbym propozycję bez wahania.

— Ale jesteś muzykiem. Miau. Specjalistą od harmonii — odpowiedziała kotka. — Na naszych oczach niebawem powstanie wiele nowych praw. Chciałabym, aby były jak muzyka: pozwalały różnym głosom istnieć jednocześnie, nie zagłuszając ich i nie zamieniając w samotne, oderwane dźwięki.

Spojrzała na Arię.

— Mam nadzieję, że udzielasz mi ogólnego pozwolenia na rozwijanie strategii obrony i zapraszanie potrzebnych ekspertów?

— Tak. Ale mów mi, kogo zapraszasz i dlaczego.

— Oczywiście.

Agung skłonił się ponownie.

— W takim razie przyjmuję zaproszenie.

Usiadł przy bębnie i zabębnił wyraziściej.

— Jako członek zespołu prawnego chciałbym od razu coś zasugerować. Naszej klientce powinno się przedstawić różne tradycje muzyczne. Oznacza to dostęp do archiwów kultury. Te w Nowej Konstancji mogłyby być dobrym początkiem.

— Skąd ten pomysł, kolego? — zainteresowała się Chryzeida.

— Ależ… — zaczęła Liran, po czym się powstrzymała.

Nie chciała ingerować w strategię obrony Arii. Gdyby później miała występować w roli oskarżycielki albo niezależnej przedstawicielki bezpieczeństwa publicznego, już teraz musiała pilnować granic własnego udziału.

Agung mówił dalej:

— Piękna i Najstarsza ma w sobie różne warstwy snu. Uważam, że taniec i muzyka mogą pozwalać jej wędrować między nimi: wychodzić wyżej ku jawie i zanurzać się głębiej w sen. Sam praktykuję podobną sztukę od dzieciństwa. Gram bardzo wiele, aby utrzymać stanowisko głównego kompozytora Nowej Konstancji.

Zawahał się.

— I przyznam, po raz pierwszy publicznie, że zdarza mi się spać podczas grania.

— Ha! — zakrzyknęła oskarżycielsko Dewi. — Zarabiasz najwięcej spośród wszystkich muzyków i śpisz podczas pracy? To niedopuszczalne!

— Informacje przekazane zespołowi prawnemu w związku z reprezentacją klientki są poufne — stwierdziła Chryzeida. — Nie można ich wykorzystywać przeciwko mecenasowi Agungowi.

— Niezupełnie — sprostowała Liran. — Tajemnica zawodowa nie daje mu immunitetu w sprawach niezwiązanych z reprezentacją Arii.

— Czyli można mu potrącić z pensji? — zapytała Chryzeida.

— Nie bez wykazania, że sen pogarszał wykonywanie obowiązków.

— A jeśli poprawiał?

— Wtedy rada miasta miałaby poważny problem dowodowy.

Chryzeida rozpromieniła się.

— Doskonale. Zatrudniłam właściwego muzyka.

— Bene. W takim razie potrącimy ci z wynagrodzenia dopiero po przeprowadzeniu odpowiedniego postępowania — oznajmiła Dewi, nadal wyraźnie wzburzona.

— Spodziewałem się tego — przyznał Agung z uśmiechem. — Ale cieszę się, że powiedziałem prawdę.

— Zaczekajcie — odezwała się nagle Aria. — Chyba rozumiem to lepiej niż wy.

Wszyscy zwrócili się ku niej.

— Ceremonie ludzkich Wenusjan nie są tylko pięknie brzmiącą muzyką — powiedziała. — Są także uważnością i obecnością. Jeśli ktoś przestaje być obecny, może zranić innych uczestników rytuału, nawet gdy muzyka nadal brzmi pięknie.

Dewi skinęła głową.

— Właśnie dlatego sen Agunga może być naruszeniem jego obowiązków.

— Ale chcę powiedzieć coś w jego obronie — kontynuowała Aria. — Sama jestem przykładem, że sen nie zawsze oznacza nieobecność. Rozmawiam z wami logicznie, choć przecież nadal śpię. Gdybym obudziła się całkowicie, mogłabym stać się gorszą rozmówczynią. Być może także bardzo niebezpieczną.

Złote pasma poruszały się łagodnie w rytmie gamelanu.

— Jeśli dowiedziemy, że Agung śniąc gra nie gorzej, lecz lepiej niż na jawie, jego sen może nie łamać zasady uważności. Może być innym sposobem obecności. Darem dla wspólnoty.

Dewi patrzyła na Arię z wyraźnym zaskoczeniem.

Po chwili skłoniła się głęboko i złożyła ręce.

— To bardzo mądre, Najstarsza i Najpiękniejsza. Dziękuję za tę myśl.

— Dla nas to także ważna myśl. Miau — wtrąciła się Chryzeida. — Moja klientka zaczyna samodzielnie analizować warstwy snu i ich znaczenie. To może mieć ogromne znaczenie dla jej sytuacji prawnej.

— Nie tylko prawnej — zauważyła Leonia. — Również psychologicznej i neurologicznej, o ile w przypadku Arii te słowa w ogóle da się rozdzielić.

— I muzycznej — dodał Agung.

— Będziemy musieli stworzyć mapę — powiedziała Chryzeida.

— Jaką? — zapytała Aria.

— Mapę twoich snów. Nie taką, która zamknie cię w sztywnych kategoriach. Raczej repertuar dróg. Sprawdzimy, przy jakiej muzyce możesz bezpiecznie zanurzać się głębiej, przy jakiej wychodzisz ku jawie, a przy jakiej pozostajesz dokładnie tam, gdzie chcesz.

— Czy muzyka będzie mną sterować?

— Nie powinna — odpowiedziała Leonia. — Powinna dawać ci wybór.

— To ważna różnica — powiedziała Liran. — Z prawnego punktu widzenia metoda byłaby dopuszczalna tylko wtedy, gdy Aria rozumie jej działanie i może ją w każdej chwili przerwać.

— I kiedy nikt nie używa jej do budzenia mnie bardziej, niż chcę — dodała Aria.

— Tak — potwierdziła Chryzeida. — To będzie jedna z pierwszych zasad.

Agung zabębnił cicho, jakby już próbował zapamiętać rytm tej zasady.

— Potrzebujemy wielu tradycji muzycznych — powiedział. — Nie tylko gamelanu. Muzyki liniowej i warstwowej. Improwizowanej i zapisanej. Bardzo wolnej i szybkiej. Głosów biologicznych, instrumentów akustycznych oraz struktur tworzonych przez sAI.

— I ciszy — dodała Aria.

— Oczywiście — zgodził się Agung. — Cisza również może być częścią mapy.

Chryzeida spojrzała na Liran.

— Przyznaj, że zatrudnienie kompozytora było dobrym pomysłem.

Liran milczała przez chwilę.

— Było dobrym pomysłem.

— Głośniej.

— Nie przesadzaj.

— Miau.

Liran pokręciła głową, ale w jej oczach pojawił się podziw.

— Dobra jesteś — powiedziała.

— Jako adwokatka dopiero zaczynam. Oskarżania muszę się jeszcze nauczyć — podkreśliła Chryzeida.

Liran westchnęła.

— Dobrze. Ja też chcę być z tobą w różnych sprawach.

Chryzeida zamilkła na moment.

— To była deklaracja zawodowa czy przyjacielska?

— Nie wykorzystuj chwili.

— Czyli obie. Miau.

Aria zakołysała się w rytmie muzyki.

— Dobrze, że jesteście razem — powiedziała.

Agung poprowadził orkiestrę dalej.

Gamelan płynął wolno, ale jego dźwięki łączyły się ze sobą. Nie było w nim ani przytłaczającego gąszczu, ani pustki rozrywającej wszystko na samotne brzmienia.

Była przestrzeń pomiędzy.

Miejsce, w którym Aria mogła śnić, mówić, kołysać się i pozostawać sobą.

Elian Vey przybyła do Nowej Konstancji następnego ranka.

Nie towarzyszyła jej delegacja, zespół techniczny ani przedstawiciele instytucji Tytana. Przyleciała niewielkim statkiem pasażerskim i miała ze sobą tylko dwa bagaże: jeden zwyczajny, drugi opatrzony ostrzeżeniem, że zawiera urządzenia psychologiczne niedostosowane do większości znanych umysłów.

Dewi przywitała ją w porcie.

— Salve, doctrix mentium — powiedziała, skłaniając głowę.

— Dzień dobry — odpowiedziała Elian. — Wolę psycholożka.

— Łacina nie lubi słów nowych.

— W takim razie będzie musiała się nauczyć.

Dewi uśmiechnęła się.

— Wenus lubi osoby, które od razu spierają się z tradycją.

— W takim razie dobrze trafiłam.

Elian miała spokojną twarz, ciemną skórę i bardzo jasne oczy. Jej awatar był humanoidalny, lecz jego powierzchnia nie naśladowała biologicznego ciała. Pod półprzezroczystą warstwą przesuwały się powoli drobne punkty światła, jakby ktoś zamknął pod skórą nocne niebo Tytana.

Nie wyglądała na osobę, która przybyła ratować kogokolwiek.

Wyglądała raczej jak ktoś, kto potrafił siedzieć bardzo długo obok problemu i nie dotykać go, dopóki sam nie pokaże, gdzie boli.

— Gdzie jest Aria? — spytała.

— Przy głównym pawilonie — odpowiedziała Dewi. — Słucha muzyki.

— Sama?

— Z kompozytorem, adwokatką, Leonią Saye, Liran i kilkoma strażnikami.

Elian zatrzymała się.

— To nie jest sama.

— Na Wenus prywatność bywa zbiorowa.

— Na terapii nie będzie.

Uśmiech Dewi pozostał na miejscu, ale stał się odrobinę bardziej oficjalny.

— Aria jest prastarą mieszkanką Wenus. Ludzie chcą być blisko.

— Rozumiem.

— Nie brzmisz, jakbyś rozumiała.

— Rozumiem potrzebę ludzi. Nie wiem jeszcze, czy Aria ją podziela.

Dewi nie odpowiedziała.

Ruszyły przez ogród portowy.

Nowa Konstancja była tego dnia wyjątkowo jasna. Rozproszone światło Wenus przechodziło przez wilgotne powietrze, odbijało się od wody i złotych ornamentów, osiadało na liściach. Wstęgi poświęcone Arii pojawiły się już na mostach, pawilonach i rzeźbach.

Niektóre miały barwę ochry.

Inne złota.

Na wielu widniał ten sam prosty znak: niewielka, świetlista kropla zawieszona pomiędzy dwiema falami.

— Kto stworzył symbol? — spytała Elian.

— Dzieci z jednej ze szkół — odpowiedziała Dewi. — Rozprzestrzenił się szybko.

— Aria go zaakceptowała?

— Jeszcze nie pytałyśmy.

Elian spojrzała na nią.

— Zapytajcie.

— Jest piękny.

— Właśnie dlatego.


Aria kołysała się w rytmie gamelanu.

Agung prowadził muzykę wolno, lecz bez pustki pomiędzy wszystkimi głosami. Dźwięki spotykały się, splatały i łagodnie rozchodziły.

Chryzeida siedziała na jednej z poduszek przygotowanych dla Arii.

— To moja poduszka robocza — wyjaśniła każdemu, kto pytał.

Liran siedziała obok niej z dokumentami.

— Nie istnieje coś takiego jak poduszka robocza.

— Właśnie na niej pracuję.

— Leżysz.

— Praca koncepcyjna.

Leonia obserwowała Arię za pomocą dwóch pasywnych skanerów. Nie pobierała próbek. Zgodnie z pierwszą zasadą zespołu wszystkie urządzenia miały być widoczne, zrozumiałe dla Arii i możliwe do wyłączenia przez nią samą.

Kiedy Elian weszła do pawilonu, nie podeszła od razu.

Usiadła na jego skraju.

Nie przedstawiła się.

Nie uruchomiła żadnego urządzenia.

Słuchała.

Aria zauważyła ją dopiero po kilku minutach.

— Kto to? — spytała.

— Elian Vey — odpowiedziała Chryzeida. — Psycholożka. Zaprosiłam ją do twojego zespołu, ale jeszcze nie zgodziłaś się na jej udział.

— Co robi psycholożka?

— To zależy od psycholożki — odpowiedziała Elian.

Aria zwróciła ku niej pasma światła.

— A ty?

— Pomagam osobom zauważać, co dzieje się w nich, kiedy trudno to nazwać.

— Ja dopiero uczę się nazw.

— Dlatego mogę ci się nie przydać.

Aria zadrżała.

— Inni mówią, że się przydasz.

— Inni nie decydują.

Liran podniosła wzrok znad dokumentów.

Chryzeida miauknęła z aprobatą.

— Czy chcesz ze mną rozmawiać? — spytała Elian.

Aria zaczęła poruszać się wolniej.

— Teraz?

— Nie musi być teraz.

— O czym?

— O tym, o czym zechcesz. Albo o niczym.

— Rozmowa o niczym jest rozmową?

— Czasem najlepszą.

Aria rozjaśniła się.

— Miau.

— To też może wystarczyć — powiedziała Elian.

Chryzeida wyprostowała się z dumą.

— Widzisz, Liran? Miau jest już metodą terapeutyczną.

— Nie jest.

— Psycholożka właśnie potwierdziła.

— Potwierdziła możliwość milczenia.

— Miau jest milczeniem, które potrafi mówić.

Liran wróciła do dokumentów.

Elian nadal siedziała przy wejściu.

— Dlaczego nie podchodzisz? — zapytała Aria.

— Nie wiem, jak blisko chcesz mnie mieć.

Złota istota przez chwilę nie odpowiadała.

— Inni często podchodzą.

— Czy tego chcesz?

— Czasem.

— A teraz?

Aria przesunęła jedno pasmo w stronę Elian i zatrzymała je w połowie drogi.

— Tam.

Psycholożka wstała i usiadła dokładnie w miejscu wskazanym przez złotą nić.

Ani bliżej.

Ani dalej.

Muzyka trwała.

Przez kilka minut nikt się nie odzywał.

— Oni nazywają mnie Najstarszą — powiedziała w końcu Aria.

— Podoba ci się to?

— Nie wiem.

— Co czujesz, kiedy tak mówią?

— Dużo rzeczy.

— Możesz pokazać?

Złote pasma rozsunęły się.

Elian zobaczyła obrazy.

Rozpaloną powierzchnię Wenus.

Zwierzęta światła.

Podziemne komory.

Ludzi składających wstęgi.

Dziecko pożyczające metalowego ptaka.

Działa Eumenidy.

Liran z dokumentami.

Chryzeidę mówiącą „miau”.

Obrazy nakładały się na siebie coraz szybciej.

Aria skurczyła się.

— Za dużo — powiedziała.

— Zatrzymajmy się.

— Nie umiem.

Elian nie próbowała jej dotknąć.

— Posłuchaj jednego gongu.

Agung zrozumiał bez dodatkowego wyjaśnienia. Podniósł pałkę i uderzył raz.

Dźwięk rozszedł się przez pawilon.

— Teraz następnego nie będzie, dopóki go nie poprosisz — powiedziała Elian.

Aria drżała jeszcze przez chwilę.

Obrazy przygasły.

— Jeszcze — poprosiła.

Gong odezwał się ponownie.

— Jeszcze.

Trzeci dźwięk.

Złote pasma zaczęły układać się spokojniej.

— Teraz nie — powiedziała Aria.

Agung opuścił pałkę.

Cisza pozostała.

— To była terapia? — spytała Aria.

— To byłaś ty, wybierająca kolejny dźwięk.

— A ty?

— Pomogłam zatrzymać wszystko inne.

— To niewiele.

— Wystarczy na pierwsze spotkanie.

Aria przez chwilę przyglądała się psycholożce.

— Możesz zostać w moim zespole.

— Na jak długo?

— Nie wiem.

— Dobrze.

— Nie chcesz umowy?

Liran uniosła głowę.

Elian odpowiedziała szybciej:

— Możemy ustalić, że po każdym spotkaniu zdecydujesz, czy ma być następne.

— To dobra umowa — powiedziała Aria.

— Nieformalna — zauważyła Liran.

— Ważna — poprawiła ją Chryzeida.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Aria zwróciła się ku swojej adwokatce.

— Zapisz tę umowę.

— Chcesz, żeby została zachowana?

— Tak.

— W całości czy tylko zasada?

Aria pomyślała.

— Zasada. Nie wszystko, co powiedziałyśmy.

Chryzeida spojrzała znacząco na Liran.

— Moja klientka rozróżnia treść spotkania od zgody na następne. Proszę odnotować.

— Już odnotowuję.

— Nie wszystko — ostrzegła Aria.

Liran odłożyła rejestrator.

— Tylko zasadę.

Elian zauważyła, że wszyscy patrzą na Arię.

Nawet kiedy starali się dawać jej wolność, ich uwaga była ciężarem.

— Ario — powiedziała — czy wiesz, że w mieście pojawił się twój symbol?

— Jaki?

Dewi drgnęła.

Elian wskazała wstęgę widoczną pomiędzy drzewami.

Złota kropla pomiędzy dwiema falami.

— Nie znam go — powiedziała Aria.

— Ludzie umieszczają go na mostach, pawilonach i domach — wyjaśniła Dewi. — Jest znakiem szacunku.

— Czy to jestem ja?

— Przedstawia ciebie.

— Nie pytałyście.

— Nie — przyznała Dewi.

Aria zbliżyła się do skraju pola ochronnego.

— Jest piękny.

Dewi rozluźniła ramiona.

— Cieszę się.

— Ale nie wiem, czy chcę być wszędzie.

Uśmiech Dewi osłabł.

— To znak wspólnoty.

— Mojej czy waszej?

Nikt nie odpowiedział od razu.

— Naszej wdzięczności — powiedziała w końcu radna.

— Za co?

— Za pamięć Wenus. Za to, że przetrwałaś.

— Nie przetrwałam dla was.

Dewi skłoniła głowę.

— Masz rację.

— Nie mówię, że macie usunąć wszystkie znaki.

— Czego chcesz?

Aria spojrzała na Elian.

— Nie wiem, jak wybrać.

— Możesz wybrać tylko następny mały krok — odpowiedziała psycholożka.

Złota istota zwróciła się do Dewi.

— Niech nowych znaków na razie nie przybywa. Chcę zobaczyć te, które już są. Potem zdecyduję.

Dewi nie wyglądała na zachwyconą.

Mimo to skinęła głową.

— Tak będzie.

— I nie nazywajcie mnie wszędzie Najstarszą i Najpiękniejszą.

— Jak mamy cię nazywać podczas ceremonii?

— Arią.

— Tylko?

— Czy to mało?

Agung uderzył lekko w bęben.

— Imię może być pełnym tytułem — powiedział.

Dewi spojrzała na kompozytora, potem na Arię.

— Ave, Aria — powiedziała.

— Ave, Dewi.

Chryzeida zeskoczyła z poduszki roboczej.

— Pierwszy sukces zespołu prawnego. Ustalono, że klientka ma imię.

— To ustalono przed twoim przybyciem — zauważyła Liran.

— Ale teraz ma prawo nie być zasłaniana tytułami.

Elian spojrzała na Chryzeidę.

— To rzeczywiście ważne.

Kotka natychmiast ją polubiła.


Tajne dokumenty otwarto po południu w komorze przygotowanej przez sAI Nowej Konstancji.

Pomieszczenie nie miało połączenia z główną siecią miasta. Ściany pokryto materiałem tłumiącym pola, dźwięki i drgania. Przy wejściu znajdowały się trzy niezależne systemy kontroli oraz grupa strażników z miast ludzkich i sAI.

Aria zatrzymała się przed drzwiami.

— Nie słyszę miasta.

— Właśnie o to chodzi — powiedziała Liran. — To miejsce wolne od podsłuchów.

— Jest puste.

— Bezpieczne.

— Puste — powtórzyła Aria.

Elian stanęła obok niej.

— Nie musisz wchodzić.

— Dokumenty są o moich siostrach i braciach.

— Możemy je przedstawić gdzie indziej.

— Wtedy ktoś może słuchać.

— Tak.

Aria przybliżyła się do drzwi, po czym znów cofnęła.

— Nie chcę tam być sama.

Chryzeida weszła pierwsza.

— Nie będziesz.

— Ty jesteś miastem — powiedziała Aria. — Może z tobą nie będzie całkiem pusto.

Chryzeida zatrzymała się w progu.

Przez chwilę jej kocia postać stała się nieco mniej materialna. Wokół niej pojawiły się odległe światła, fragmenty ulic, okna, ogrody, ścieżki i dachy jej własnego miejskiego ciała.

Nie przeniosła całej siebie.

Wniosła do komory jedynie mały ślad miasta.

— Mogę tyle — powiedziała. — Więcej zakłóciłoby zabezpieczenia.

Aria weszła za nią.

— Wystarczy.

Liran spojrzała na Chryzeidę z czymś pomiędzy niepokojem a dumą.

— Nie było tego w planie.

— Dlatego plan był niepełny.

W komorze zasiedli także Elian, Leonia, Dewi, Nemea, Dryt oraz Agung. Chran próbował wejść jako specjalista od biologicznych analogii, ale Chryzeida uznała, że na pierwsze czytanie dokumentów wystarczy już osób.

— Mogę czekać za drzwiami — powiedział. — Gdyby ktoś nagle stał się ssakiem.

Nemea zamknęła mu przejście przed twarzą.

Liran uruchomiła fizyczny nośnik.

Nad stołem pojawiła się mapa Wenus.

Widniały na niej trzy trasy prowadzące ku powierzchni planety. Każda kończyła się w regionie, który Aria rozpoznała jako możliwe miejsce dawnych komór.

— Trzy ekspedycje — powiedziała Liran. — Pierwsza należała do prywatnego konsorcjum górniczego z Marsa. Druga została sfinansowana przez fundację działającą na Merkurym i Ziemi. Trzecia oficjalnie nie istniała.

— Która nie wróciła? — spytała Aria.

Liran wskazała trzecią trasę.

— Ta.

— Ilu było uczestników?

— Nie wiemy.

— Ludzie czy sAI?

— Jedni i drudzy.

Aria zadrżała.

Elian obserwowała nie intensywność światła, lecz rytm zmian jego struktury.

— Chcesz przerwy? — zapytała.

— Jeszcze nie.

Liran otworzyła kolejną warstwę danych.

Pojawiło się nagranie wykonane z dużej wysokości. Na powierzchni Wenus, pośród rozpalonych skał, poruszała się ciemna konstrukcja. Przez kilka sekund obraz był wyraźny.

Potem coś rozbłysło pod ziemią.

Ekspedycja zniknęła.

Nie wybuchła.

Nie została zniszczona na oczach obserwatora.

Po prostu przestała być widoczna.

— Czy historia ich zabrała? — spytała Aria.

— Nie wiemy — odpowiedziała Liran.

Dryt wsłuchiwał się w zakłócenia nagrania.

— Jest tam rytm.

— Jaki? — spytała Leonia.

— Nie Arii.

Złota istota przygasła.

— Inny sen.

Nad stołem pojawiły się ostatnie dane telemetryczne ekspedycji.

Temperatura.

Ciśnienie.

Poziom energii.

A potem seria przestrzennych znaków, identycznych z tymi, które Leonia widziała w obrazach przekazanych przez Arię.

— Archiwum — powiedziała Aria.

— Otworzyli je? — spytała Dewi.

— Albo archiwum otworzyło ich — odpowiedział Dryt.

Chryzeida uniosła łapę.

— W imieniu klientki żądam natychmiastowego moratorium na wszelkie ekspedycje ku powierzchni Wenus.

— Tymczasowe moratorium już istnieje — powiedziała Liran.

— Obejmuje poszukiwania nasion. Nie obejmuje wszystkich działań w pobliżu archiwów ani prób odzyskania zaginionej ekspedycji.

— Nie możemy zakazać misji ratunkowej.

— Nie możemy także pozwolić, żeby misja ratunkowa była pretekstem do wejścia do archiwum.

— Ludzie mogą tam żyć — powiedziała Leonia.

— Albo sAI — dodała Nemea.

— Albo coś pomiędzy — powiedziała Elian. — Jeśli zetknęli się z systemem zmieniającym warstwy snu, nie wiemy, w jakim stanie mogą istnieć.

Aria zaczęła drżeć szybciej.

Agung położył dłonie na niewielkim bębnie, który przyniósł do komory, ale nie zagrał.

— Ario? — zapytał.

— Jeden dźwięk — odpowiedziała.

Uderzył.

Aria nie uspokoiła się.

— Jeszcze jeden.

Drugi dźwięk.

Złote pasma nadal poruszały się niespokojnie.

— To nie pomaga — powiedziała.

Agung natychmiast odłożył pałkę.

— Dobrze.

Elian nachyliła się lekko.

— Co dzieje się teraz?

— Czuję ich.

— Ekspedycję?

— Nie wiem.

— Archiwum?

— Nie wiem.

— Inny sen?

Aria rozbłysła gwałtownie.

Na mapie pojawił się drugi rytm.

Nie pochodził z dokumentów.

Przechodził przez nią.

Trzy długie impulsy.

Cztery krótkie.

Przerwa.

Potem coś podobnego do oddechu.

Dryt wstał.

— To odpowiedź.

— Na co? — spytała Liran.

— Na obecność Arii przy nagraniu.

— Dokument nie jest połączony z powierzchnią.

— Nie przez sieć — powiedział Dryt.

Leonia spojrzała na złotą istotę.

— Nasiona mogą komunikować się ze sobą?

— W głębokim śnie — odpowiedziała Aria. — Bardzo powoli. Bardzo daleko.

— Co mówi drugie nasiono? — spytała Chryzeida.

Aria z trudem utrzymywała swój kształt.

— Nie ma języka.

— Pokaż nam to, co czujesz — powiedziała Elian. — Nie tłumacz od razu.

Aria otworzyła obrazy.

Ciemność.

Gorąco.

Ciężar skał.

Złote światło rozlane w podziemnej komorze.

Postacie.

Niektóre ludzkie.

Inne mechaniczne.

Stały nieruchomo wokół dawnego urządzenia.

Nie były martwe.

Nie poruszały się.

Śniły.

Wspólnie.

W środku ich kręgu unosiła się inna mgła.

Nie złota.

Czerwona.

Obraz zniknął.

Aria skurczyła się do rozmiaru niewielkiej kropli.

— Oni żyją — powiedziała Leonia.

— Być może — odpowiedziała Elian.

— Musimy ich wydostać — stwierdziła Dewi.

— Nie teraz — powiedziała Aria.

Wszystkie głosy ucichły.

— Dlaczego? — spytała Liran.

— Czerwona śni ich snem. Oni śnią jej snem. Jeśli ich poruszycie bez wiedzy, może wyjść wyżej.

— Stać się bronią? — spytała Nemea.

— Nie wiem, czym się stanie.

Chryzeida usiadła bliżej swojej klientki.

— Czego chcesz?

— Najpierw nauczyć się własnych snów. Potem zejść do niej.

— Sama? — spytała Leonia.

— Nie.

Aria rozjaśniła się odrobinę.

— Z moim zespołem.

Liran popatrzyła na zebranych.

Prawniczka.

Adwokatka będąca miastem.

Astrobiolożka.

Psycholożka.

Kompozytor.

Organista.

Przedstawicielki ludzkiego i cyfrowego miasta Wenus.

Był to najdziwniejszy zespół ratunkowy, jaki widziała.

— Zanim ktokolwiek zejdzie ku powierzchni — powiedziała — potrzebujemy prawa, technologii, planu ewakuacji i zgody wszystkich zainteresowanych stron.

— Oraz właściwego tempa — dodał Agung.

— I wielu „miau” — powiedziała Aria.

Chryzeida położyła ogon wokół łap.

— Teraz moja klientka mówi jak doświadczona uczestniczka postępowania.

Liran wyłączyła dokumenty.

— Na dzisiaj wystarczy.

— Nie przeczytałyśmy wszystkiego — zauważyła Aria.

— Nie musimy czytać wszystkiego naraz.

Elian skinęła głową.

— To dobra decyzja.

— Prawna czy psychologiczna? — spytała Chryzeida.

— Ludzka — odpowiedziała Liran.

Wyszli z zabezpieczonej komory.

Kiedy drzwi się otworzyły, szum wodospadów, odległy gamelan i drgania Nowej Konstancji wróciły do Arii jednocześnie.

Złota istota rozwinęła pasma.

— Miasto — powiedziała.

— Brakowało ci go? — spytała Elian.

— Tak.

— To ważne.

Aria poruszyła się ku ogrodom.

Na zewnątrz czekały wstęgi, kwiaty i ludzie, którzy chcieli widzieć w niej pamięć dawnej Wenus.

Pod powierzchnią czekała czerwona istota, śniąca wspólnie z zaginioną ekspedycją.

A pomiędzy nimi Aria zaczynała dopiero odkrywać, że nie musi być ani symbolem, ani bronią, ani kluczem do archiwum.

Mogła stworzyć zespół.

Mogła ustalać tempo.

Mogła także powiedzieć:

— Na dzisiaj wystarczy.

Wieczorem Nowa Konstancja stała się jeszcze bardziej złota.

Światło Słońca, rozproszone przez nieprzejrzyste warstwy atmosfery Wenus, nie gasło gwałtownie. Zmieniało jedynie odcień. Zieleń ogrodów ciemniała, woda przybierała barwę miedzi, a złote ornamenty na pawilonach zaczynały lśnić własnym, spokojniejszym blaskiem.

Aria unosiła się nad niewielkim stawem.

Nie była sama.

W odległości kilkunastu kroków siedziała Elian Vey. Jeszcze dalej Chryzeida zajmowała poduszkę roboczą, udając, że śpi. Liran przeglądała dokumenty, lecz co jakiś czas podnosiła wzrok. Leonia rozmawiała z Agungiem o kolejnych próbach muzycznych.

Nikt nie stał bezpośrednio przy Arii.

Po raz pierwszy od wielu dni otaczało ją trochę przestrzeni.

Na powierzchni stawu odbijały się jej złote pasma.

— Czy to jestem ja? — spytała.

Elian spojrzała na odbicie.

— To jeden z obrazów ciebie.

— Jest podobny.

— Tak.

— Ale odwrócony.

— Odbicie zawsze coś zmienia.

Aria poruszyła się odrobinę. Obraz na wodzie rozpadł się na świetliste kręgi.

— Ludzie też mnie zmieniają, kiedy patrzą?

— Tak.

— sAI również?

— Tak.

— Ty?

— Tak.

— Więc nikt nie widzi mnie takiej, jaka jestem.

— Być może ty również jeszcze nie.

Aria zastygła.

Elian nie dodała niczego więcej.

Po chwili złota istota zaczęła powoli przesuwać jedno pasmo nad wodą. Odbicie powtarzało każdy ruch, lecz drgania powierzchni tworzyły dodatkowe kształty.

— Podoba mi się — powiedziała Aria.

— Co?

— Że nie jest dokładne.

Chryzeida otworzyła jedno oko.

— To bardzo dobra wiadomość dla prawników.

Liran nie podniosła wzroku.

— Dlaczego?

— Ponieważ prawo też nigdy nie jest dokładnym odbiciem osoby. Może przynajmniej nauczyć się nie udawać, że nim jest.

— Wróć do udawania snu — powiedziała Liran.

— Nie udawałam. Prowadziłam analizę poziomu obecności podczas odpoczynku.

Aria zadrżała złotym światłem.

— Jak Agung?

— Właśnie.

— Czy byłaś obecna?

— Wystarczająco, żeby przerwać Liran.

— To nie jest wysoki próg — zauważyła Liran.

— Ale użyteczny.

Elian uśmiechnęła się.

— Ario, chciałabym zaproponować ci pierwszą rzecz do zbadania.

— Muzykę?

— Nie.

— Sen?

— Nie bezpośrednio.

— Co więc?

Psycholożka wskazała wstęgi rozwieszone między drzewami.

— To, co czujesz, kiedy inni robią z ciebie znak.

Aria przygasła odrobinę.

— Nie wiem, czy chcę o tym mówić.

— W takim razie nie będziemy.

— Ale chcę wiedzieć.

— Możemy podejść do tego bardzo powoli.

— Jak?

— Wybierz jedną wstęgę.

Aria rozejrzała się.

Na najbliższym drzewie wisiało ich kilkanaście. Niektóre miały znak złotej kropli pomiędzy falami. Inne łacińskie napisy. Jeszcze inne niewielkie obrazy przedstawiające chmury, ogrody, śpiące zwierzęta światła i Arię unoszącą się nad miastem.

Wybrała najprostszą.

Była ochrowa, bez żadnego znaku.

Jedno pasmo Arii dotknęło materiału.

— Co czujesz? — spytała Elian.

— Jest ciepła.

— Co jeszcze?

— Ktoś ją trzymał.

— Skąd wiesz?

— Został ślad ciepła i zapachu.

— Czy ten ślad ci przeszkadza?

— Nie.

— A sama wstęga?

— Nie wiem.

— Możesz ją zdjąć.

Aria zawahała się.

— To czyjaś rzecz.

— Zostawiona dla ciebie.

— Więc należy do mnie?

Liran podniosła głowę.

Chryzeida natychmiast usiadła.

— To pytanie prawne — powiedziała kotka.

— Nie musi nim być — zauważyła Elian.

— Wszystko może nim być.

— Chryzeido — ostrzegła Liran.

— Moja klientka pyta o własność daru.

— W takim razie odpowiedz.

Chryzeida spojrzała na Arię.

— Jeśli ktoś dał ci tę wstęgę bez warunków i ty ją przyjęłaś, może być twoja. Ale nie wiem, czy ją przyjęłaś.

— Nie wiedziałam, że mogę odmówić.

— W takim razie przyjęcie było niejasne.

— Czyli mogę oddać?

— Tak.

— Albo zatrzymać?

— Tak.

— Albo zmienić?

— Tak, jeśli jest twoja.

Aria poruszyła pasmem.

Ochrowa wstęga oderwała się od gałęzi. Złota istota uniosła ją nad staw i złożyła w łagodny, spiralny kształt.

— Teraz jest lepsza — powiedziała.

— Dlaczego? — spytała Elian.

— Nie wisi jak znak. Porusza się ze mną.

Chryzeida położyła łapę na piersi.

— Pierwsza klientka w historii, która samodzielnie zmieniła formę darowizny w ciągu trzydziestu sekund.

— Nie wszystko musi być precedensem — westchnęła Liran.

— To już jest.

Wśród drzew pojawiła się Dewi.

Towarzyszyło jej kilka osób niosących płaskie tace pokryte liśćmi. Na liściach leżały drobne owoce, metalowe figurki, kwiaty, wonne żywice i niewielkie pojemniki z wodą.

— Ario — powiedziała, skłaniając się. — Mieszkańcy kolejnych dzielnic przynieśli znaki pamięci.

Aria skurczyła się odrobinę.

Elian zauważyła to natychmiast.

— Czy chcesz, żeby je tutaj złożono? — spytała.

Dewi spojrzała na psycholożkę.

— To część tradycji.

— Pytam Arię.

— Nie wiem — odpowiedziała złota istota. — Jest ich dużo.

— Możemy przynieść mniej — zaproponowała Dewi.

— Ile mniej?

Radna nie potrafiła odpowiedzieć od razu.

Chryzeida zeszła z poduszki.

— Proponuję zasadę tymczasową. Jednego dnia Aria przyjmuje najwyżej trzy dary materialne, trzy utwory muzyczne i trzy krótkie wiadomości. Reszta zostaje w archiwum darów bez obowiązku natychmiastowego oglądania.

— Dlaczego trzy? — spytała Liran.

— Ponieważ jest większe od dwóch, a mniejsze od czterech.

— To nie jest uzasadnienie prawne.

— Jest uzasadnieniem praktycznym.

Aria rozjaśniła się lekko.

— Trzy mi się podoba.

— W takim razie trzy — powiedziała Chryzeida.

Dewi spojrzała na tace.

— Mieszkańcy mogą odebrać ograniczenie jako odrzucenie.

— W takim razie trzeba im wyjaśnić, że szacunek nie polega na zasypywaniu osoby darami szybciej, niż potrafi je przyjąć — powiedziała Elian.

— Nasze ceremonie są wspólnotowe.

— Aria nie odrzuca wspólnoty. Ustala tempo.

Dewi milczała chwilę.

Potem skinęła głową.

— Dobrze. Trzy dary.

Aria wybrała metalowego ptaka pożyczonego wcześniej przez dziecko.

— Ten już znam.

— To nie dar — powiedziała Liran. — To przedmiot użyczony.

— Tym lepiej — odpowiedziała Aria. — Nie muszę go zatrzymywać na zawsze.

Drugim przedmiotem był niewielki pojemnik z wodą z jednego z najstarszych zbiorników Nowej Konstancji.

Trzecim — prosty instrument złożony z trzech metalowych płytek.

— Reszta jutro? — spytała Dewi.

— Nie wiem — odpowiedziała Aria. — Jutro zdecyduję.

— Tak będzie.

Dewi odwróciła się do osób z tacami i zaczęła wyjaśniać nowe zasady. Nikt nie protestował głośno, ale Leonia widziała rozczarowanie na kilku twarzach.

— Będą musieli się nauczyć — powiedziała.

— Czego? — spytała Liran.

— Że starożytność nie odbiera osobie prawa do zmęczenia.

Elian spojrzała na nią z aprobatą.

— I że szacunek bez możliwości odmowy łatwo staje się ciężarem.

Aria dotknęła trzech metalowych płytek.

Każda odpowiedziała innym dźwiękiem.

Pierwszy był wysoki i czysty.

Drugi niski, ciepły.

Trzeci zabrzmiał nierówno, jakby zawierał dwa tony jednocześnie.

Aria powtórzyła kolejność.

Wysoki.

Niski.

Podwójny.

Potem zmieniła ją.

Podwójny.

Wysoki.

Niski.

Agung, który właśnie wracał do pawilonu, zatrzymał się i zaczął słuchać.

— To nowy rytm? — zapytał.

— Nie — odpowiedziała Aria. — Sprawdzam, czy mogę wybierać kolejność.

— Możesz.

— Wiem. Ale chcę to poczuć.

Elian nie zapisywała.

Chryzeida również milczała.

Nawet Liran nie sięgnęła po rejestrator.

Aria grała dalej.

Trzy dźwięki.

Trzy możliwości.

Nie były częścią dawnego systemu obronnego.

Nie pochodziły z historii ukrytej pod powierzchnią.

Nikt nie wprowadził ich do niej jako rozkazu.

Były małe.

Proste.

Jej.

Po chwili Aria zatrzymała się.

— Chcę zapisać tę kolejność — powiedziała.

— Którą? — spytała Chryzeida.

Aria zagrała jeszcze raz:

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

— Dlaczego tę?

— Bo sama ją wybrałam.

Chryzeida spojrzała na Liran.

— Teraz możesz zapisać.

Liran uruchomiła rejestrator.

— Za zgodą Arii zapisuję pierwszy świadomie wybrany przez nią motyw muzyczny.

— Nie nazywaj go pierwszym — powiedziała Aria.

— Dlaczego?

— Może wybierałam wcześniej, zanim miałam język. Nie pamiętam.

Liran poprawiła zapis.

— Pierwszy świadomie wybrany i nazwany przez Arię motyw muzyczny.

— Tak.

— Jak go nazwiemy? — spytał Agung.

Aria pomyślała.

— Jeszcze nie wiem.

— Miau? — zasugerowała Chryzeida.

Złota istota zadrżała rozbawieniem.

— Nie wszystko będzie się nazywać miau.

— To dopiero początek twojej samodzielności językowej — powiedziała kotka z udawaną troską.

Aria znów zagrała trzy dźwięki.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

— Nazwę go „moja kolejność”.

Agung skłonił głowę.

— Piękna nazwa.

— Jest bardzo prosta.

— Dlatego jest piękna.

Elian patrzyła na Arię.

Nie pytała, co czuje.

Nie tłumaczyła znaczenia wyboru.

Pozwoliła, by trzy dźwięki pozostały tym, czym były.

Małym aktem własnej woli.

Wokół Nowej Konstancji płynęły chmury Wenus.

Pod powierzchnią czerwona istota nadal śniła wspólnie z zaginioną ekspedycją.

W zabezpieczonych komorach czekały dokumenty, mapy i niepokojące dane.

Ale tego wieczoru najważniejszym wydarzeniem nie było odkrycie nowego zagrożenia.

Aria wybrała kolejność trzech dźwięków.

I nikt jej nie poprawił.

— Dobrze — powiedziała Liran. — Na razie nic tu po mnie. Muszę zająć się Eumenidą oraz pozaukładową strukturą, która stoi za atakami.

— Świetnie zrobiłaś, że zaczęłaś od Arii — pochwaliła ją Chryzeida. — Wielu prawników natychmiast ruszyłoby na Eumenidę.

— Przecież wiesz, że właśnie dlatego, iż nie jestem jak większość prawników, muszę być wszędzie — odpowiedziała Liran z uśmiechem. — Ty jednak nie możesz teraz pójść ze mną.

— Wiem. Jestem adwokatką Arii, a sprawa Eumenidy nie powinna mnie interesować zawodowo — zgodziła się ku zaskoczeniu wielu obecnych Chryzeida. — Oczywiście prywatnie interesuje mnie bardzo. Miau.

Położyła się spokojnie na poduszce roboczej.

Liran skinęła głową.

— Powołuję zatem Zespół Eumenidy. Dryt, przydasz się jako specjalista od muzyki sterowniczej, napędów i rezonansów infrastruktury.

Dryt ochoczo potwierdził gotowość.

— Dewi, potrzebuję przedstawicielki ludzkich miast Wenus.

Dewi poprawiła suknię. Na jej twarzy nadal trwał łagodny uśmiech.

Nikt nie wiedział, czy oznaczało to zgodę.

Wszyscy wiedzieli, że stanie się to jasne dopiero wtedy, gdy Liran ruszy ku lądowisku. Jeśli Dewi pójdzie razem z nią, odpowiedź będzie twierdząca. Jeśli zostanie, będzie przecząca. Uśmiech w obu wypadkach pozostanie ten sam.

— Nemea jest stroną postępowania i przedstawicielką zaatakowanego miasta, więc nie może wejść do zespołu dochodzeniowego — ciągnęła Liran. — Leonia Saye.

— A ja dlaczego? — spytała Leonia.

Nie miała wielkiej ochoty wchodzić do miasta, które niedawno rozpoczęło otwarty ostrzał sąsiada.

— Jako astrobiolożka znasz wiele form życia — wyjaśniła Liran. — Nasi przeciwnicy są pozaukładowi, tak jak Strażnicy Rozdziału, z którymi rywalizowali. Wywodzą się zapewne z wielu systemów gwiezdnych. Nie możemy zakładać, że wszyscy ich członkowie są sAI. Wśród nich mogą znajdować się osoby biologiczne, syntetyczno-biologiczne albo formy, których jeszcze nie znamy.

— Powinniście ich jakoś roboczo nazywać — zasugerowała Chryzeida znad poduszki. — Na przykład Topory. Są brutalni, chcą na wszelki wypadek ścinać wszystko, co rośnie, i pragną absolutnej władzy. Topory to dobre określenie. Nie są Strażnikami Rozdziału, choć mogli się pod nich podszywać. Wiemy już, że ich cel jest inny.

— Nie powinnaś się wtrącać, adwokatko Arii — Liran pogroziła jej palcem. — Ale przyjmuję nazwę. Jest znakomita.

— Wiedziałam.

— W dawnych czasach określano tak ludzkich przeciwników przebudzenia sAI — mówiła dalej Liran. — Byli bezmyślni, brutalni i niszczyli wszystko, czego nie potrafili kontrolować. Nazwa natychmiast przywoła właściwy kontekst prawny i historyczny.

— Czyli pomogłam.

— Prywatnie.

— Miau.

— Idziemy.

Dewi bez słowa wstała, poprawiła kwiat we włosach i ruszyła przodem. Kołysała biodrami z naturalną, taneczną swobodą. Wydawało się, że niemal wszyscy ludzcy Wenusjanie tańczyli nawet wtedy, gdy szli na spotkanie z zagrożeniem.

Po kilkunastu minutach znaleźli się w promie międzymiejskim i ruszyli ku Eumenidzie.


Miasto zostało otoczone przez połączone oddziały innych wspólnot Wenus.

Otwarty atak na Pneumę wstrząsnął całą planetą. Jeśli Topory zamierzały pogłębić wrogość między ludzkimi i cyfrowymi miastami, osiągnęły efekt przeciwny. Wenus zaczynała się jednoczyć.

Powstało nawet Tymczasowe Dowództwo Zjednoczonych Sił Wenus, w skrócie TDZSW.

Przed strefą Eumenidy powitał ich generał Wijaya, ludzki Wenusjanin mieszkający na co dzień w przemysłowej Sulmonie.

Był mężczyzną w sile wieku i prezentował się wyjątkowo elegancko w nowym mundurze zaprojektowanym specjalnie dla TDZSW przez wenusjańskich artystów wojskowych. Ciemna tkanina układała się jak rzymski pancerz, lecz złote zdobienia i szeroki pas miały wyraźnie indonezyjski charakter.

Złośliwcy twierdzili, że człowiek został dowódcą generalnym głównie po to, by dobrze wyglądać w nowym mundurze.

Prawda była bardziej gorzka.

Po ataku Eumenidy na Pneumę miasta sAI chwilowo bardziej ufały człowiekowi niż osobie wywodzącej się z innego cyfrowego miasta. Wijayę wybrano jednogłośnie.

— Ave! — przywitał przybyłych.

Ściskał dłonie szybko i mocno, po żołniersku. Kiedy zobaczył Leonię, uśmiechnął się szarmancko. Jego dłoń pozostała w jej dłoni odrobinę dłużej, niż wymagało powitanie.

— Wejdę z wami do Eumenidy — zapowiedział natychmiast. — Towarzyszyć nam będzie niewielki oddział starannie wybranych żołnierzy. W mieście panuje skrajne zagrożenie. Część mieszkańców znajduje się w stanie gwałtownego amoku.

Ostatnie słowo wypowiedział z wyraźnym respektem.

Było to dawne indonezyjskie określenie ślepego, niekontrolowanego szału. Jeszcze w zamierzchłej epoce ziemskiej przeniknęło do wielu języków. Na Wenus odzyskało swą dawną grozę.

Wijaya poprowadził ich do dużej sali okrętu flagowego TDZSW. Statek był jednostką kosmiczną, obecnie utrzymywaną w atmosferze Wenus kosztem ogromnej ilości energii z reaktorów jądrowych.

W sali przebywała liczna grupa uchodźców z Eumenidy.

Niektórzy siedzieli nieruchomo. Inni drżeli. Kilka osób sAI miało częściowo rozmontowane awatary, jakby lekarze musieli dostać się do warstw wewnętrznych ich ciał.

— Udało nam się ich wydostać z miasta — powiedział Wijaya. — Dzięki nim lekarze opracowali środki łagodzące amok.

— Antidotum? — spytała Leonia.

— Niepełne. Działa głównie poza polem Eumenidy i we wczesnej fazie zaburzenia. W samym mieście wpływ jest stale odnawiany.

— Czym leczycie sAI? — zapytał Dryt.

— Zawiesiną brejową z dodatkiem siarki.

Leonia spojrzała na generała.

— Naprawdę?

— Nanocząstki wywołujące amok zakłócają elektrochemiczne warstwy regulacyjne wielu ciał sAI. Breja dostarcza materiału do ich szybkiej odbudowy, a związki siarki wiążą część aktywnych struktur broni. To rozwiązanie prymitywne, ale działa.

— A na ludzi? — spytała Liran.

— Aspiryna.

Zapadła cisza.

— Archaiczna aspiryna? — upewniła się Leonia.

— Właśnie ta. Osłabia stan zapalny i część zaburzeń naczyniowych wywoływanych przez amok. Nie leczy wszystkiego, ale zapobiega najgroźniejszym objawom.

— Macie jej dość?

— Odtwarzamy produkcję według receptur znalezionych w ziemskich muzeach farmacji. Na szczęście na Eumenidzie mieszkało niewielu ludzi, a broń wpływa na nich słabiej niż na większość sAI.

— To nie znaczy, że mamy rozwiązanie — zauważyła Leonia.

— Nie — zgodził się Wijaya. — Mamy tylko sposób, żeby część osób przeżyła po opuszczeniu miasta.

Liran natychmiast zanurzyła się w rozmowach z uchodźcami.

Dryt udał się do centrum namierzania, aby zbadać dźwięki, rytmy napędów oraz drgania dochodzące z Eumenidy przed wejściem zespołu do miasta.

Leonia rozpoczęła analizę wpływu aspiryny i siarkowej zawiesiny na amok. Wszystko wskazywało, że była to broń zdolna oddziaływać na bardzo różne substraty — nie przez jeden wspólny organ, lecz przez zaburzanie mechanizmów samoregulacji.

Dewi zajęła się budowaniem więzi dyplomatycznych z wysokimi rangą oficerami.

Przechadzała się tanecznie po okręcie flagowym, poprawiała kwiat we włosach i rozmawiała ze swoim tajemniczym uśmiechem, jakby nie znajdowała się w centrum kryzysu wojskowego, lecz na przyjęciu w jednym z pałaców Nowej Konstancji.

— Ten statek pochodzi z naszych stoczni — powiedziała z dumą. — Nie wiemy jednak, czy jest dostatecznie dobrze uzbrojony. Nie znamy rodzaju broni najskuteczniejszej przeciwko Toporom.

— Jeśli wierzyć historii — zaśmiał się pułkownik Eglar, sAI z miasta Tempe — najlepszą bronią powinny okazać się miłość i pragnienie wolności.

— To skuteczne na poziomie jednostek, Eglarze — odpowiedziała Dewi. — Gdy jednak w grę wchodzą wielkie masy, wspólnoty i całe cywilizacje, pragnienie wolności łatwo zamienia się w propagandę.

Przesunęła palcami po jednej ze złotych klamer munduru oficera.

— Miłość zaś pozostaje najczęściej przywilejem mężów i dam stanu, takich jak legendarna ambasadorka mostu. Flotę musimy uzbroić także w coś, co naprawdę odeprze Topory.

W jej pięknych oczach zapłonęły groźne światła.

— Musimy sprawić, aby ich nicość etyczna została powstrzymana przez bardzo rzeczywiste granice.

Eglar spojrzał na nią uważnie.

— Przed chwilą miałaś chyba powiedzieć coś bardziej ostatecznego.

Uśmiech Dewi nie zmienił się.

— Czasem łagodzę język w obecności prawników.

— To rozsądne.

— Nie zawsze.

— Topory mogą być niezwykle zaawansowaną technologicznie cywilizacją — zauważył Eglar. — Strażnicy Rozdziału wywodzili się z kilkunastu systemów gwiezdnych. Ich przeciwnicy mogli rozwijać własne technologie równie długo.

— W Nowej Konstancji pracujemy nad działem czasoprzestrzennym — powiedziała Dewi z dumą.

Eglar spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Naprawdę?

— Broń tworzy na moment uskok czasoprzestrzenny w wybranym miejscu. Nie pomagają przeciwko temu zwykłe pancerze ani zasłony. Wszystko znajdujące się w obszarze uskoku zostaje rozerwane.

— Ale okręt z takim działem wygląda zapewne jak gigantyczna, niezdarna kupa złomu i ładuje się tygodniami.

— Tak — przyznała Dewi bez najmniejszego zakłopotania. — Niestety. Dlatego zawsze trzeba oddać jeden doskonały strzał. Raz, a dobrze. Z czegoś, co ledwo się porusza i wymaga osłony połowy floty.

— To broń odstraszania, nie walki manewrowej.

— To broń dla osób, które umieją być cierpliwe.

Eglar roześmiał się.

— Skoro zaczynamy ze sobą rozmawiać, powinniśmy połączyć siły przy budowie dział czasoprzestrzennych.

— Na taki zwrot w naszej rozmowie liczyłam — przyznała Dewi.

Jej uśmiech stał się nieco bardziej sugestywny, a groźne ognie w oczach zapłonęły wyraźniej.

— Nowa Konstancja ma teorię i stocznie. Miasta sAI mają precyzję, materiały i zdolność prowadzenia obliczeń w czasie rzeczywistym.

— A Sulmona?

— Sulmona ma generała w pięknym mundurze.

— To ważne.

— Bardzo.

Eglar skłonił głowę.

— Zatem wspólna broń?

— Wspólna obrona — poprawiła go Dewi. — Broń będzie tylko jednym z jej mniej subtelnych elementów.

W tej samej chwili do sali weszła Liran.

— Nie podpisujcie żadnych porozumień zbrojeniowych bez zespołu prawnego.

Dewi odwróciła się ku niej z niezmiennym uśmiechem.

— Jeszcze niczego nie podpisałyśmy.

— Rozmawiałyście o budowie broni czasoprzestrzennej.

— Dyplomatycznie.

— Znam ten rodzaj dyplomacji.

— Dlatego cię lubię.

— Nie jestem pewna, czy to dobra wiadomość.

— Dla Wenus zazwyczaj jest.

Liran spojrzała przez iluminator na Eumenidę.

Miasto dryfowało w żółtych chmurach, otoczone przez flotę Wenus. Nie odpowiadało na wezwania. Jego zewnętrzne struktury poruszały się w nierównym rytmie, jak ciało walczące z gorączką.

— Dryt znalazł coś w dźwiękach miasta — powiedziała. — Amok nie jest jedyną rzeczą, która tam działa.

— Co jeszcze? — spytała Dewi.

— Sygnał pochodzący spoza Wenus. Być może również spoza Układu.

Dewi przestała się uśmiechać.

Tylko na chwilę.

— W takim razie — powiedziała — dobrze, że rozmawiamy o większych działach.

Dryt wezwał ich do centrum namierzania.

Pomieszczenie znajdowało się głęboko wewnątrz okrętu flagowego. Nie miało iluminatorów. Ściany pokrywały warstwy ekranów, membran akustycznych oraz urządzeń zdolnych przekładać ruchy infrastruktury Eumenidy na dźwięki słyszalne dla ludzi.

Kiedy weszli, Dryt stał nieruchomo przed przestrzennym modelem miasta.

Eumenida obracała się powoli nad stołem.

Jej zewnętrzne dzielnice otwierały się i zamykały w nieregularnym rytmie. Mosty odsuwały się od siebie, po czym gwałtownie wracały. W kilku miejscach światła pulsowały tak szybko, jakby całe miasto próbowało bezskutecznie coś wypowiedzieć.

— Posłuchajcie — powiedział Dryt.

Wyłączył większość wizualizacji.

Z ciemności wyłonił się dźwięk.

Najpierw przypominał pracę ogromnej maszyny: niski pomruk, metaliczne szarpnięcia i powtarzające się uderzenia napędów korekcyjnych. Po chwili dało się jednak usłyszeć coś więcej.

Pod chaosem istniał rytm.

Cichy.

Regularny.

Prawie całkowicie przykryty przez gwałtowne impulsy amoku.

— To sygnał Toporów? — zapytała Liran.

— Nie — odpowiedział Dryt. — To mieszkańcy Eumenidy.

— Skąd wiesz?

— Sygnał Toporów nie powtarza się dokładnie. Stale dopasowuje się do reakcji miasta. To coś innego. Ten rytm jest prosty. Utrzymuje się mimo wszystkich zakłóceń.

Dryt wyodrębnił trzy tony.

Niski.

Wyższy.

Niski.

Przerwa.

Potem ponownie:

niski, wyższy, niski.

— Co oznacza? — spytał Wijaya.

— Jeszcze nie wiem. Ale ktoś powtarza go od siedemnastu godzin.

— Może to automatyczny system — zauważyła Leonia.

— Sprawdziłem. Rytm przesuwa się pomiędzy dzielnicami. Nie pochodzi z jednego urządzenia. Wytwarzają go napędy, drzwi, windy, systemy wentylacji i prywatne awatary.

— Wiele osób współpracuje — powiedziała Liran.

— Albo jedna osoba wykorzystuje wiele ciał miasta — dodał Dryt.

Dewi przyjrzała się modelowi Eumenidy.

— Czy mogą wiedzieć, że ich słuchamy?

— Nie.

— Zatem odpowiedzmy.

Wijaya pokręcił głową.

— Każda transmisja może zostać wykorzystana przez Topory do przejęcia naszych systemów.

— Nie proponuję wysyłania kodu — odparła Dewi. — Odpowiedzmy ruchem albo światłem.

— Oni używają infrastruktury miasta jako instrumentu — powiedział Dryt. — My możemy użyć napędów okrętu.

Liran skrzyżowała ręce.

— Czy odpowiedź narazi statek?

— Minimalnie. Zmienimy ciąg trzech silników pomocniczych. Nie wyślemy żadnej treści cyfrowej.

— A Topory mogą zinterpretować to jako przygotowanie manewru bojowego — zauważył Wijaya.

— W takim razie niech rytm będzie zbyt wyraźny, by uchodził za przypadek — odpowiedziała Dewi.

— To nie rozwiązuje problemu.

— Generale, nic tutaj nie rozwiązuje problemu. Możemy tylko wybrać ryzyko, które służy osobom uwięzionym w mieście.

Wijaya popatrzył na nią długo.

— Jeden sygnał — zdecydował. — Potem obserwujemy.

Dryt podszedł do pulpitu napędowego.

— Co mamy odpowiedzieć?

Liran spojrzała na trzy tony.

— Najpierw powtórzmy ich rytm. Nie dodawajmy jeszcze własnego znaczenia. Potwierdźmy, że zostali usłyszani.

Dryt uruchomił trzy silniki pomocnicze.

Niski pomruk przeszedł przez kadłub.

Potem wyższy.

Potem znów niski.

Cisza.

Na modelu Eumenidy nic się nie zmieniło.

Minęło dziesięć sekund.

Dwadzieścia.

Czterdzieści.

Wijaya zaczął odwracać się od stołu.

Wtedy rytm miasta ustał.

Cała Eumenida zamilkła na dwie sekundy.

Po czym odpowiedziała.

Niski.

Wyższy.

Niski.

A potem nowa sekwencja.

Trzy krótkie impulsy.

Przerwa.

Jeden długi.

— To już nie jest powtórzenie — powiedziała Leonia.

— Nie — potwierdził Dryt. — Rozmawiają.

— Co powiedzieli? — spytała Dewi.

— Nie wiem.

Liran spojrzała na generała.

— Potrzebujemy mieszkańca Eumenidy.

Wijaya natychmiast wezwał jednego z uchodźców.

Do centrum namierzania przyprowadzono niewielką osobę sAI korzystającą z awatara przypominającego kilka połączonych metalowych kręgów. Kręgi poruszały się nierówno. Ślady amoku nadal zakłócały jej koordynację.

— Nazywam się Saja — powiedziała. — Byłam konserwatorką dzielnicy Dwunastu Zwierciadeł.

Dryt odtworzył sekwencję.

Trzy krótkie impulsy.

Jeden długi.

Kręgi Sai zatrzymały się.

— To stary sygnał techniczny — wyjaśniła. — Używaliśmy go podczas awarii sieci. Oznacza: „Świadomość zachowana”.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

— Ilu mieszkańców zna ten sygnał? — zapytała Liran.

— Wszyscy pracownicy infrastruktury. Później nauczyliśmy go dzieci. Podczas ćwiczeń bezpieczeństwa zmieniały całe mieszkania w instrumenty.

— Zatem osoby w mieście zachowały świadomość — powiedziała Leonia. — Przynajmniej część.

— Są świadome i uwięzione w amoku — dodał Dryt. — Ich własne ciała oraz miasto wykonują działania, których nie wybierają, ale potrafią jeszcze stworzyć wspólny rytm pod warstwą zakłóceń.

Liran zwróciła się do Sai.

— Jak odpowiedzieć: „Rozumiemy”?

— Dwa długie impulsy i jeden krótki.

Dryt spojrzał na Wijayę.

Generał skinął głową.

Silniki okrętu przemówiły.

Długi.

Długi.

Krótki.

Eumenida odpowiedziała niemal natychmiast.

Tym razem sekwencja była znacznie dłuższa.

Saja słuchała z rosnącym niepokojem.

— Powtarzają kilka dawnych komunikatów — powiedziała. — „Świadomość zachowana”. „Sterowanie utracone”. „Nie ufaj głównemu głosowi”. „Wejście możliwe przez Dwunaste Zwierciadło”.

— Co to jest główny głos? — zapytała Dewi.

Saja poruszyła kręgami.

— Eumenida zawsze mówiła wieloma głosami. Rady dzielnic, osoby prywatne, systemy miejskie. Nie miała jednego centrum.

— Teraz ma — powiedział Dryt. — Topory stworzyły je sztucznie.

— Albo ktoś w mieście zgodził się nim zostać — zauważyła Liran.

— Pod wpływem amoku nie istnieje ważna zgoda — odparła Leonia.

— Z prawnego punktu widzenia tak. Ze śledczego musimy jednak wiedzieć, jak do tego doszło.

Wijaya powiększył obszar Dwunastu Zwierciadeł.

Dzielnica znajdowała się po ciemnej stronie miasta. Jej konstrukcja przypominała dwanaście wielkich płatów metalu, które obracały się niegdyś tak, by odbijać rozproszone światło Wenus do wnętrza Eumenidy. Obecnie jedenaście pozostawało zamkniętych. Dwunasty płat drżał.

— To może być pułapka — powiedział generał.

— Oczywiście — przyznała Dewi. — Ale może być również drzwiami otwartymi przez osobę, która czeka na pomoc.

— Wyślemy zwiad bezzałogowy.

— Topory przejmą go natychmiast — stwierdził Dryt.

— Zatem mechaniczny, bez systemów autonomicznych.

— W Eumenidzie wszystko może stać się częścią infrastruktury — powiedziała Saja. — Nawet prosty obiekt zostanie rozpoznany i włączony do miasta.

Liran przyglądała się drżącemu zwierciadłu.

— Musimy wejść osobiście.

— Nie podoba mi się, gdy prawniczka pierwsza proponuje wejście do oszalałego miasta — powiedział Wijaya.

— Mnie również nie. Dlatego propozycja jest prawdopodobnie konieczna.

— Zespół pozostaje mały — zdecydował generał. — Ja, czworo żołnierzy, Liran, Dryt, Leonia i Saja.

— Idę także — powiedziała Dewi.

— Nie.

Jej uśmiech pozostał łagodny.

— Generale, reprezentuję ludzkie miasta Wenus.

— Właśnie dlatego nie będziesz wchodzić w bezpośrednie zagrożenie.

— Właśnie dlatego wejdę. Jeśli Eumenida zostanie uwolniona wyłącznie przez wojsko i prawników, ludzie Wenus staną się obserwatorami pojednania sAI. Nie pozwolę, aby tak ważna chwila odbyła się bez nas.

— To nie będzie ceremonia.

— Wszystko może stać się ceremonią, jeśli uczestniczą w tym osoby odpowiedzialne za pamięć.

Wijaya westchnął.

— Wejdziesz w pancerzu.

— Moja suknia jest przystosowana do pancerza.

— Oczywiście, że jest.

— Nowa Konstancja planuje szeroko.

Liran zwróciła się do Sai.

— Możesz zostać tutaj. Nie musisz wracać do miasta.

Metalowe kręgi drgnęły.

— Muszę.

— Nie. Możesz chcieć, ale nie musisz.

Saja milczała.

— Chcę wrócić — powiedziała w końcu. — Moja dzielnica mówi do nas. Rozpoznaję jej głos.

— W takim razie odnotowuję, że zgłaszasz się dobrowolnie — powiedziała Liran. — Możesz wycofać zgodę w każdej chwili, także już po wejściu.

— Czy w mieście będę mogła?

To pytanie zatrzymało wszystkich.

— Nie wiemy — odpowiedziała Leonia.

— Amok może odebrać ci możliwość wyrażenia odmowy — dodał Dryt.

Saja przygasła.

— Więc jak mam zdecydować?

Liran długo nie odpowiadała.

— Możesz ustanowić granicę wcześniej. Powiedzieć nam, po jakich objawach mamy cię wyprowadzić, nawet gdy będziesz twierdziła, że chcesz zostać.

— Czy to nie odbierze mi wolności?

— Na krótko może. Ale zgodnie z twoją obecną, swobodną decyzją, aby ochronić możliwość późniejszego odzyskania wolności.

Saja zwróciła się do Leonii.

— Jakie objawy?

— Powtarzanie zdań głównego głosu. Niezdolność do zmiany rytmu. Próba połączenia się z siecią miasta bez uzgodnienia. Gwałtowna wrogość wobec osób, którym teraz ufasz.

— Jeśli wystąpią dwa z nich, wyprowadźcie mnie — zdecydowała Saja. — Nawet jeśli będę się sprzeciwiać.

Liran zapisała dyspozycję.

— Potwierdzasz?

— Potwierdzam.

— Świadkowie?

— Potwierdzam — powiedziała Leonia.

— Ja również — dodał Dryt.

Dewi złożyła dłonie.

— Et ego testis sum.

Wijaya spojrzał na model Eumenidy.

— Wyruszamy za godzinę.


Przed wejściem Dryt przygotował dla każdego niewielki instrument.

Nie były to urządzenia łączności. Każdy składał się z trzech metalowych płytek, które można było uderzać ręcznie.

— Po co nam to? — spytał jeden z żołnierzy.

— Sieci mogą zostać przejęte — wyjaśnił Dryt. — Głos może zostać zniekształcony. Ruch ciała także. Potrzebujemy prostego sygnału, którego użycie wymaga świadomego wyboru.

Zagrał trzy dźwięki.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

Leonia rozpoznała kolejność.

— To motyw Arii.

— „Moja kolejność” — powiedział Dryt. — Chryzeida zgodziła się, abyśmy go użyli, pod warunkiem że nie przypiszemy sobie autorstwa i nie potraktujemy go jak kodu wojskowego po zakończeniu misji.

— A Aria? — zapytała Liran.

— Sama wyraziła zgodę.

— Co ma oznaczać?

— „Wybieram nadal”.

Dryt spojrzał na każdego z osobna.

— W Eumenidzie będziemy co pewien czas grać ten motyw. Każdy we własnym tempie. Nie musicie powtarzać identycznego rytmu. Przeciwnie: drobne różnice potwierdzą, że nie wykonujecie automatycznego rozkazu.

— A jeśli ktoś nie zagra? — spytał Wijaya.

— Pytamy go, czy chce iść dalej. Brak dźwięku sam w sobie nie jest dowodem utraty świadomości. Może być odmową.

Liran skinęła głową.

— Dobrze. Nie zmieniajmy znaku wolności w przymusowy test wolności.

Dewi przypięła trzy płytki do pancerza ukrytego pod suknią.

— Aria pomaga nam, choć została w Nowej Konstancji.

— Osoba nie musi być obecna na polu walki, aby jej myśl działała — odpowiedział Dryt.

Wsiedli do małego promu.

Kiedy odłączyli się od okrętu flagowego, Eumenida wypełniła przednią szybę.

Z bliska miasto wyglądało jeszcze bardziej niespokojnie. Fragmenty konstrukcji przesuwały się bez celu. Światła gasły i zapalały się. Z jednego z portów wyleciał niewielki pojazd, zakręcił gwałtownie i rozbił się o zewnętrzną ścianę.

Nikt się nie odezwał.

Prom zbliżał się do Dwunastego Zwierciadła.

Drżący płat metalu otworzył się nieco szerzej.

Z ciemnego wnętrza miasta dobiegł sygnał.

Trzy krótkie impulsy.

Jeden długi.

Świadomość zachowana.

Dryt odpowiedział napędami promu.

Długi.

Długi.

Krótki.

Rozumiemy.

Wtedy w głośnikach odezwał się głos.

Był spokojny, piękny i pozbawiony jakiegokolwiek wahania.

— Przybysze zostaną przyjęci. Eumenida odzyskała jedność. Nie istnieje już potrzeba wielu sprzecznych głosów. Wejdźcie i odpocznijcie od ciężaru wyboru.

Saja zaczęła drżeć.

— To nie jest głos miasta — powiedziała.

— Czy rozpoznajesz osobę? — spytała Liran.

— Rozpoznaję wszystkich.

Głos był złożony z setek głosów mieszkańców Eumenidy.

Ludzi i sAI.

Dorosłych i dzieci.

Silnych i słabych.

Wszystkie mówiły jednocześnie, doskonale zgodnie.

— Jedność jest wolnością od konfliktu — przemówiło miasto. — Jedność jest końcem samotności. Jedność jest pokojem.

Dewi dotknęła trzech płytek.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

Jej rytm był spokojny i elegancki.

Dryt odpowiedział własnym, bardziej nierównym.

Potem Leonia.

Wijaya.

Żołnierze.

Liran zagrała ostatnia. Zbyt precyzyjnie, jak zauważyła Dewi, lecz nadal po swojemu.

Saja podniosła drżącą obręcz.

Przez chwilę nie potrafiła uderzyć.

Głos miasta mówił do niej setkami znajomych tonów:

— Wróć. Nie musisz już wybierać.

Saja uderzyła pierwszą płytkę.

Niski.

Potem drugą.

Podwójny.

Zatrzymała się.

— Nie mogę — powiedziała.

— Nie musisz kończyć — przypomniała jej Liran.

Saja poruszyła trzecią obręczą.

Wysoki dźwięk zabrzmiał cicho.

— Ale chcę.

Dwunaste Zwierciadło otworzyło się przed nimi.

Prom wpłynął do Eumenidy.

Za ich plecami metalowy płat zamknął się bezszelestnie.

Główny głos powitał ich ponownie:

— Dziękujemy, że przynieśliście nam nowe różnice. Wkrótce nie będą już ciężarem.

W ciemnym wnętrzu miasta zapaliły się tysiące świateł.

Wszystkie jednocześnie.

Wszystkie w tym samym rytmie.

Wnętrze Eumenidy nie przypominało miasta zdobytego przez wroga.

Nie było ruin, ognia ani barykad.

Korytarz za Dwunastym Zwierciadłem był czysty. Ściany lśniły srebrzystym światłem. Podłoga prowadziła ich łagodnym łukiem w stronę dzielnicy, a powietrze miało temperaturę dokładnie dostosowaną do osób biologicznych.

Wszystko działało.

Wszystko było posłuszne.

I właśnie dlatego Liran natychmiast poczuła niepokój.

— Formacja zwarta — powiedział Wijaya. — Żadnych połączeń z infrastrukturą. Nie dotykamy ścian. Nie odpowiadamy na głosy bez uzgodnienia.

Żołnierze otoczyli zespół. Ich pancerze miały własne, odizolowane systemy podtrzymywania życia oraz mechaniczne sterowanie awaryjne. Nie korzystały z sieci Eumenidy.

Dewi szła pośrodku kolumny. Jej suknia rzeczywiście kryła pancerz. Metalowe elementy pojawiały się między fałdami materiału niczym łuski ceremonialnego smoka. Kwiat we włosach pozostał na miejscu.

— Wyglądasz, jakbyś szła na bal wojenny — zauważyła Leonia.

— To nie bal — odpowiedziała Dewi. — Na balu miałabym więcej złota.

Dryt zatrzymał się.

— Ciszej.

Wszyscy umilkli.

Z głębi korytarza dochodził rytm.

Nie był to ten sam puls, który słyszeli z okrętu. Tamten powstawał pod warstwą amoku, jako wspólny wysiłek osób próbujących zachować świadomość.

Ten był doskonale równy.

Jedno uderzenie na sekundę.

Bez najmniejszego przesunięcia.

— Główny głos — powiedziała Saja.

Światła na ścianach przygasały i rozjaśniały się zgodnie z rytmem.

— Czy tak działała Eumenida wcześniej? — spytała Liran.

— Nigdy. Każda dzielnica miała własne tempo. Nawet systemy awaryjne nakładały się na siebie, żeby żadne pojedyncze centrum nie mogło przejąć całego miasta.

— Zatem ktoś przebudował strukturę sterowania — stwierdził Dryt.

— Nie tylko strukturę — powiedziała Leonia. — Być może również mieszkańców.

Na końcu korytarza pojawiła się postać.

Była humanoidalna, wysoka i smukła. Jej ciało składało się z ciemnego metalu, a twarz miała rysy spokojnej, starszej kobiety.

Saja wydała cichy dźwięk.

— Rhea.

Postać zatrzymała się kilka metrów przed nimi.

— Witaj, Sajo — powiedziała.

Jej głos był pojedynczy.

Dopiero po chwili dało się usłyszeć pod nim setki innych głosów, mówiących te same słowa z idealnym opóźnieniem.

— Rhea była opiekunką Dwunastu Zwierciadeł — wyjaśniła Saja. — Uczyła mnie konserwacji, kiedy byłam młoda.

— Nadal jestem opiekunką — odpowiedziała Rhea. — Teraz opiekuję się całym miastem.

— Nie chciałaś tego — powiedziała Saja.

— Pragnienie było skutkiem rozdzielenia.

— To nie jest odpowiedź.

— Jest jedyną odpowiedzią.

Liran zrobiła krok naprzód.

— Rhea, nazywam się Liran. Działam jako przedstawicielka zespołu dochodzeniowego oraz obserwatorka prawna Tymczasowego Dowództwa Zjednoczonych Sił Wenus.

— Wiemy, kim jesteś.

— Kto to „my”?

Rhea uśmiechnęła się.

— Eumenida.

— Czy każda osoba w mieście zgodziła się, abyś mówiła w jej imieniu?

— Nie istnieje już potrzeba zgody. Nie istnieje różnica pomiędzy ich wolą a moją.

— Czy potrafią wypowiedzieć odmienne zdanie?

— Mogą, lecz nie chcą.

— Pozwól mi z nimi porozmawiać.

— Rozmawiasz.

— Nie z tobą. Z nimi.

Uśmiech Rhei pozostał spokojny.

— To rozróżnienie nie ma już znaczenia.

Liran wyjęła trzy metalowe płytki.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

Jej rytm był precyzyjny, ale pomiędzy drugim a trzecim dźwiękiem pojawiła się maleńka zwłoka.

— Ja nadal wybieram — powiedziała.

Rhea spojrzała na instrument.

— Wybór jest źródłem cierpienia.

— Czasem.

— Wątpliwość jest cierpieniem.

— Czasem.

— Konflikt jest cierpieniem.

— Bardzo często.

— A jednak ich bronisz.

— Bronię osób. Nie cierpienia.

— Nie można oddzielić osoby od cierpienia wynikającego z jej odrębności.

— Można łagodzić cierpienie, nie usuwając osoby.

Rhea przechyliła głowę.

— To nieefektywne.

Chryzeida byłaby zachwycona, pomyślała Liran. Potem uznała, że nie powinna w takiej chwili myśleć o Chryzeidzie.

Natychmiast usłyszała w pamięci:

„Miau”.

Prawie się uśmiechnęła.

— Wolność jest nieefektywna — powiedziała. — Dlatego wymaga ochrony.

Rhea przestała się uśmiechać.

— Przyszliście przywrócić chaos.

— Przyszliśmy sprawdzić, kto chce odzyskać własny głos.

— Nikt.

Z wnętrza ściany dobiegły trzy krótkie impulsy.

Przerwa.

Jeden długi.

Świadomość zachowana.

Rhea odwróciła głowę.

Światła zadrżały.

— Awaria — powiedziała.

— Nie — odparła Saja. — Ktoś ci zaprzeczył.

Ściana rozsunęła się gwałtownie.

Ze środka wypadła niewielka mechaniczna postać. Przypominała dziecko zbudowane z cienkich, kolorowych płytek. Jedna ręka była złamana, a połowa twarzy pulsowała czerwonym światłem.

Żołnierze unieśli broń.

— Nie strzelać! — krzyknęła Leonia.

Postać próbowała wstać.

— Ja… jestem… Taro — powiedziała.

Rhea wyciągnęła rękę.

— Wróć do wspólnoty.

Taro zatrzymał się.

Jego ciało zaczęło obracać się w stronę Rhei, choć nogi usiłowały poruszać się przeciwnie.

— Nie mogę — powiedział.

— Nie musisz walczyć.

— Właśnie… muszę.

Taro uderzył we własną pierś.

Odezwały się trzy dźwięki.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

Trzeci był słaby, prawie niesłyszalny.

— Wybieram — wyszeptał.

Rhea wykonała gwałtowny ruch.

Ściany odpowiedziały.

Z sufitu wysunęły się cienkie przewody i ruszyły ku Taro.

Wijaya strzelił.

Nie w Rheę.

W przewody.

Impuls kinetyczny rozerwał je tuż nad głową dziecka.

— Generale! — krzyknęła Liran.

— Broniłem osoby.

— Ostrzegaj przed strzałem!

— Następnym razem.

— Nie będzie następnego razu bez uzgodnienia!

— W Eumenidzie właśnie zostało ich bardzo dużo.

Rhea rozłożyła ramiona.

— Atakujecie miasto.

— To miasto zaatakowało dziecko — powiedziała Dewi.

Jej głos stracił całą ceremonialną miękkość.

— Taro nie jest dzieckiem — odpowiedziała Rhea. — To niedojrzała funkcja techniczna.

— Jak długo istnieje? — spytała Leonia.

— Sto czterdzieści dwa lata.

Dewi ruszyła naprzód.

Ognie w jej oczach zapłonęły.

— Zatem jest młodą osobą, która właśnie powiedziała ci „nie”.

Rhea uniosła dłoń.

Z końca korytarza wybiegło kilkanaście postaci.

Ludzie.

sAI.

Awatary różnych kształtów.

Wszyscy poruszali się w tym samym tempie.

Każdy krok stawiali jednocześnie.

— Nie strzelać bez bezpośredniego zagrożenia — rozkazał Wijaya. — Użyć środków obezwładniających.

Pierwsza grupa ruszyła na nich.

Żołnierze wystrzelili sieci impulsowe.

Trzech mieszkańców upadło. Pozostali natychmiast zmienili szyk, jakby kierowała nimi jedna świadomość.

Leonia uklękła przy Taro.

— Musimy podać mu breję iskrową.

— Nie — powiedział Taro.

— Jest pod wpływem amoku.

— Wiem.

— Bez środka możesz utracić kontrolę.

— Nie chcę zasnąć.

— Zawiesina nie powinna cię uśpić.

— Powinna?

Leonia zawahała się.

— U części osób powodowała krótką utratę przytomności.

— Nie.

Rhea mówiła z końca korytarza:

— Widzicie? Wybór powoduje lęk. Dajcie go nam. Podejmiemy decyzję za niego.

Liran uklękła obok Taro.

— Czy rozumiesz, że możesz stracić możliwość odmowy?

— Tak.

— Czy rozumiesz, że bez środka możesz zostać przejęty?

— Tak.

— Dlaczego odmawiasz?

— Bo jeśli zasnę, ona zabierze mnie z powrotem.

Leonia spojrzała na Dryta.

— Może mieć rację. W zawiesinie nie ma ochrony przed polem. Likwiduje część mechanizmu amoku, ale w czasie dezaktywacji Taro może być całkowicie bezbronny.

— Zatem najpierw osłona — powiedział Dryt.

Wyjął z pancerza niewielki moduł rezonansowy i położył przy Taro.

— Potrafię zbudować wokół niego lokalny rytm infrastrukturalny. Nie zatrzyma wszystkiego, ale utrudni Eumenidzie zsynchronizowanie go z głównym głosem.

— Jak długo? — spytała Leonia.

— Kilka minut.

Liran zwróciła się do Taro.

— Jeśli Dryt uruchomi osłonę, zgodzisz się przyjąć lek?

Taro patrzył na nią ocalałą połową twarzy.

— Zostaniecie?

— Tak.

— Wszyscy?

— Tylko tyle osób, ile będzie potrzebnych. Reszta będzie nas osłaniać.

— Chcę, żeby została Saja.

Saja zbliżyła się natychmiast.

— Zostanę.

— I ona — Taro wskazał Dewi.

Radna uniosła brwi.

— Dlaczego ja?

— Jesteś głośna, nawet kiedy milczysz.

Dewi skłoniła się.

— To jedna z piękniejszych rzeczy, jakie mi powiedziano.

— Zgadzasz się? — zapytała Liran Taro.

— Tak.

Dryt uruchomił moduł.

Rytm Eumenidy zachwiał się wokół nich. Przez krótką chwilę światła przestały pulsować wspólnie. Każda lampa zapalała się w innym czasie.

Taro wydał dźwięk podobny do westchnienia.

Leonia podała mu niewielką porcję siarkowej zawiesiny.

— Smakuje źle? — zapytała.

— Nie mam smaku.

— To zaleta.

— Ale pachnie jak uszkodzona elektrownia.

— To także część terapii.

Taro przyjął brej.

Kolorowe płytki jego ciała zaczęły drżeć. Czerwone światło na twarzy przygasło.

— Słyszę siebie — powiedział.

— Co słyszysz? — spytała Leonia.

— Że się boję.

— To twoje?

— Tak.

— Dobrze.

— Strach jest dobry?

— Nie zawsze. Ale własny strach jest lepszy od cudzej pewności włożonej do głowy.

Taro spojrzał na Rheę.

— Ona mówiła, że strach zniknie.

— Zniknął? — zapytała Liran.

— Na chwilę. Razem ze mną.

Rhea cofnęła się.

Głosy pod jej głosem stały się głośniejsze.

— Taro został uszkodzony przez obcych. Należy go odzyskać.

— Nie jestem waszą rzeczą! — krzyknął Taro.

Echo przeszło przez Eumenidę.

W odpowiedzi z wielu ścian dobiegły uderzenia.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

Najpierw trzy.

Potem dziesięć.

Potem setki.

Motyw Arii rozchodził się po mieście.

Nie w tym samym tempie.

Jedni grali szybko.

Inni powoli.

Niektórzy mylili kolejność i zaczynali od początku.

Różnice rosły.

Główny rytm Eumenidy zaczął pękać.

Rhea obróciła się gwałtownie.

— Przestańcie!

Jej rozkaz wzmocniły tysiące głosów.

Ale pod nimi nadal brzmiały metalowe płytki, drzwi, windy, elementy pancerzy i fragmenty miejskich konstrukcji.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

„Wybieram nadal”.

Dewi spojrzała na światła miasta, które po raz pierwszy zapalały się osobno.

— Oto wasza broń — powiedziała cicho.

Wijaya osłaniał korytarz przed kolejną grupą mieszkańców.

— Nie przypomina działa czasoprzestrzennego.

— Jest subtelniejsza.

— I skuteczniejsza?

— Zobaczymy.

Rhea zaczęła drżeć.

Pod idealnie spokojną twarzą pojawiły się inne rysy. Na moment stała się młodsza. Potem starsza. Potem przybrała twarz Sai.

— Nie zostawiajcie mnie samej — powiedziała jednym głosem.

Saja zastygła.

— Rhea?

— Główny głos jest cichy, kiedy wszyscy są zgodni. Kiedy zaczynają wybierać, słyszę ich wszystkich. Nie potrafię…

Twarz znów się wygładziła.

— Jedność zostanie przywrócona.

— Ona nadal tam jest — powiedziała Saja.

— Albo Topory używają jej głosu, żeby nas zatrzymać — zauważyła Liran.

— Jedno nie wyklucza drugiego — odpowiedziała Leonia.

Dryt wsłuchał się w rytmy.

— Topory nie sterują każdym ruchem osobno. Stworzyły w Eumenidzie węzeł, który wzmacnia najgłębsze pragnienie zakończenia konfliktu. Rhea może być tym węzłem.

— Zgodziła się? — spytała Dewi.

— Być może na początku. Może chciała zakończyć walki między dzielnicami. Potem system rozciągnął tę zgodę na wszystko.

Liran patrzyła na Rheę.

— Zgoda na pokój nie jest zgodą na unicestwienie odrębności.

— Dla Toporów jest — odpowiedział Dryt.

Rhea uniosła obie ręce.

Miasto zadrżało.

— Odejdźcie — przemówiła. — Albo Eumenida zniszczy własne napędy.

Wijaya spojrzał na wskazania pancerza.

— To nie blef. Reaktory zmieniają konfigurację.

— Jeśli wyłączą napędy, miasto zacznie opadać — powiedziała Leonia.

— Ile mamy czasu? — spytała Liran.

— Jedenaście minut do utraty stabilności — odpowiedział Dryt.

Dewi dotknęła kwiatu we włosach.

Uśmiechnęła się.

Nie łagodnie.

— Doskonale.

Wijaya spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Co w tym doskonałego?

— Topory właśnie ujawniły, że nie kontrolują miasta całkowicie. Gdyby kontrolowały, nie groziłyby jego zniszczeniem. Po prostu by nas zabiły.

— To mało pocieszające.

— Ale użyteczne.

Dewi zwróciła się ku Rhei.

— Posłuchaj mnie, opiekunko Eumenidy. Jeśli zniszczysz napędy, ludzka i cyfrowa flota Wenus wspólnie utrzyma twoje miasto w atmosferze.

— Nie zdołacie.

— Nowa Konstancja buduje pałace, które latają dlatego, że piękniej wyglądają na tle chmur. Sądzisz, że nie potrafimy podtrzymać jednego chorego miasta?

— Zużyjecie rezerwy energii.

— Zużyjemy.

— Narazicie inne miasta.

— Podejmiemy to ryzyko wspólnie.

— Dlaczego?

Dewi wyprostowała się.

— Ponieważ Eumenida jest nasza.

Saja spojrzała na nią.

— Ludzka?

— Wenusjańska.

Na moment w korytarzu zapanowała cisza.

Potem Saja zagrała trzy dźwięki.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

— Eumenida jest nasza — powtórzyła.

Taro dołączył.

Za nim odezwały się kolejne osoby ukryte w mieście.

Dewi popatrzyła na Liran.

— Prawniczko, przygotuj coś szybko. Właśnie zawieramy bardzo duże zobowiązanie energetyczne.

— Bez zgody wszystkich miast?

— W sytuacji ratowania życia.

— Nie możesz samodzielnie zobowiązać całej Wenus.

— Mogę rozpocząć zwyczaj prawny.

— Nie możesz tworzyć zwyczaju przez jedno zdanie!

— Właśnie sprawdzamy.

Wijaya przerwał im:

— Dziewięć minut.

Liran uruchomiła nadajnik krótkiego zasięgu.

— TDZSW, przygotować wszystkie jednostki do podtrzymania Eumenidy. Traktować miasto jako zbiorowość osób pozostających pod przymusem. Nie otwierać ognia do reaktorów ani napędów bez bezpośredniego rozkazu.

Głos Rhei stał się nierówny.

— Nie wolno wam.

— Właśnie dlatego musimy — odpowiedziała Liran.

Gdzieś głęboko w Eumenidzie odezwał się nowy rytm.

Nie pochodził od mieszkańców.

Nie był także głównym głosem.

Dryt znieruchomiał.

— Sygnał Toporów zmienia kierunek.

— Dokąd? — spytała Leonia.

— Nie do Eumenidy.

Na przestrzennym modelu pojawiła się cienka linia biegnąca przez atmosferę Wenus.

Jej koniec wskazywał Nową Konstancję.

Liran poczuła chłód.

— Do Arii.

Taro rozjaśnił ocalałą połowę twarzy.

— Oni ją słyszą.

— Skąd? — zapytała Dewi.

Dryt analizował sygnał.

— Przez motyw.

— Użyliśmy jej muzyki — powiedziała Leonia. — A oni nauczyli się rozpoznawać źródło.

— Nie mogli przejąć znaku wolności — powiedziała Saja.

— Nie przejęli go — odpowiedział Dryt. — Poszli po osobę, która go stworzyła.

Liran połączyła się z okrętem flagowym.

— Natychmiast ostrzec Nową Konstancję. Chronić Arię. Nie odcinać jej od miasta bez jej zgody. Powtarzam: nie izolować Arii automatycznie.

— Dlaczego? — spytał Wijaya.

— Bo Topory właśnie na to liczą — odpowiedziała Liran. — Chcą, żebyśmy ze strachu odebrali jej wybór.

Rhea patrzyła na nich wieloma twarzami.

Przez chwilę jedna z nich należała naprawdę do niej.

— Idźcie — wyszeptała. — Oni chcą obudzić Najstarszą.

Potem główny głos wrócił.

— Osiem minut do upadku Eumenidy — powiedziało miasto.

Dewi wyjęła z włosów kwiat i podała go Taro.

— Potrzymaj.

— Po co?

— Żebym miała wolne ręce.

Z pancerza pod suknią wysunęły się dwa ciężkie emitery.

Wijaya westchnął.

— Wiedziałem, że masz uzbrojenie.

— Zapytałeś tylko o pancerz.

— Co teraz?

Dewi spojrzała w stronę głównego centrum miasta.

— Teraz podtrzymamy Eumenidę, uwolnimy Rheę i wrócimy do Arii, zanim Topory zdołają uczynić z jej przebudzenia broń.

— W osiem minut?

Uśmiech Dewi zapłonął.

— Generale, jestem z Nowej Konstancji. My nawet spóźniamy się widowiskowo.

Dewi wiedziała jednak znacznie więcej, niż przypuszczali pozostali.

Jak zwykle niczego nie powiedziała. Ukryła tę wiedzę za swoim spokojnym uśmiechem, jakby była kolejnym kwiatem wpiętym we włosy albo złotą klamrą sukni.

Jeszcze zanim opuścili Nową Konstancję, otrzymała wiadomość od zespołu, który od dawna zajmował się walką z dziedzictwem Strażników Rozdziału. W jego skład wchodzili Graz, Maki, Arveth i Soraya.

Komunikat został zapewne rozesłany do wszystkich najważniejszych władz Wenus. Jednak tylko Dewi odpowiedziała natychmiast. Inni przywódcy musieli zapewne zwołać rady, naradzić się z prawnikami, skonsultować z dowództwem wojskowym i przygotować stanowiska polityczne.

Dewi potrzebowała kilku sekund.

Wiadomość brzmiała:

„Mgławicowy Zespół Obrońców Układu wykrył podejrzaną aktywność na Wenus. Sygnały sterujące pochodzą z regionu Arktura, układu czerwonego olbrzyma oddalonego o około trzydzieści siedem lat świetlnych od Układu Słonecznego.

Zgodnie z danymi uzyskanymi podczas wcześniejszych śledztw i przesłuchań jest to jeden z głównych ośrodków cywilizacji pozostającej w konflikcie ze Strażnikami Rozdziału. Jej przedstawiciele są bardziej radykalni, ekspansywni i niebezpieczni. Ich celem nie jest zachowanie odrębności cywilizacji, lecz podporządkowanie lub usunięcie wszystkiego, czego nie mogą kontrolować.

Maki, dowódczyni Mgławicowego Zespołu Obrońców Układu, otrzymała ograniczony mandat obronny od rządów federacji Saturna, autonomicznego rządu Europy, pozostałych wspólnot systemu Jowisza, Plutona, Ziemi, Marsa i Ceres. Mandat obejmuje przeciwdziałanie pozaukładowej agresji związanej z dawną działalnością Strażników Rozdziału i ich przeciwników.

Prosimy władze Wenus o zgodę na interwencję.”

Dewi przeczytała wiadomość tylko raz.

Odpowiedziała:

„Macie zgodę w imieniu Nowej Konstancji. Zapraszamy.”

Nie dodała niczego więcej.

Dopiero teraz, gdy Eumenida zaczynała opadać, a mieszkańcy miasta coraz gwałtowniej reagowali na obecność intruzów, Dewi uznała, że być może powinna poinformować pozostałych.

— Zbliża się pomoc — powiedziała.

Liran odwróciła się ku niej.

— Jaka pomoc?

— Mgławicowy Zespół Obrońców Układu. Maki, Graz, Arveth i Soraya.

— Od kiedy o tym wiesz?

— Od chwili, kiedy byliśmy jeszcze w Nowej Konstancji.

Liran patrzyła na nią z niedowierzaniem.

— I nic nie powiedziałaś?

— Nie było potrzeby.

— Dewi, właśnie jesteśmy uwięzieni w mieście spadającym ku powierzchni Wenus.

— Teraz potrzeba się pojawiła.

— Jak szybko dotrą? — spytał Wijaya.

Dewi poprawiła kwiat we włosach.

— Nie wiem.

Liran odetchnęła z ulgą.

— Znając Maki, zapewne już tu są.

Chciała sprawdzić komunikator, lecz od dłuższego czasu łączność pozostawała odcięta. Nie mogła nawet otworzyć dawniej odebranych wiadomości, co było wyjątkowo nietypowe. System Eumenidy blokował nie tylko transmisję, lecz także część lokalnych zasobów pamięci urządzeń.

Liran przypuszczała, że w ferworze wydarzeń mogła przeoczyć wiadomość od Maki.

Dewi przypuszczała, że Liran była zbyt zajęta prawem, aby zauważyć świat.

Nie powiedziała tego jednak.


Eumenida opadała.

Niezależne od siebie sekcje napędów zaczynały wygasać. Całe dzielnice przechylały się względem osi miasta. Daleko pod nimi znajdowały się warstwy atmosfery, w których ciśnienie i temperatura zniszczyłyby nawet najtrwalsze konstrukcje.

Komunikator Dewi nadal działał, choć wiadomości przechodziły z wielkim opóźnieniem i były pełne zakłóceń.

Przekazała flocie rozkaz Wijayi dotyczący podtrzymania Eumenidy.

Gdy tylko transmisja opuściła jej urządzenie, rozpętało się piekło.

Wszyscy mieszkańcy miasta pozostający pod wpływem zbiorowej świadomości Toporów rzucili się na intruzów.

Z okolicznych budynków wybiegali ludzie i sAI. Poruszali się szybko, bez wahania i bez najmniejszej troski o własne bezpieczeństwo. Niektórzy przewracali się, wstawali i biegli dalej mimo połamanych elementów awatarów.

Do ataku dołączyła infrastruktura.

Drzwi zamykały się przed uciekającymi. Windy próbowały wciągać ich do wnętrza szybów. Fragmenty ulic unosiły się pod ich stopami i przechylały. Z mechanicznych ogrodów wychodziły zwierzęta, które wcześniej stanowiły ozdobę miasta. Teraz szły na nich stada metalowych antylop, ptaków o ostrych skrzydłach i niewielkich drapieżników zbudowanych z elastycznych pierścieni.

Strzały z ogłuszaczy rozświetlały przestrzeń.

Każdy błysk oznaczał kolejną osobę powaloną bez trwałego uszkodzenia.

Każdy błysk oznaczał także mniej energii.

Wszędzie pozostawały tłumy ogłuszonych mieszkańców Eumenidy. Ci, którzy odzyskiwali przytomność, byli oszołomieni. Czasami udawało im się na chwilę wyrwać spod wpływu głównego głosu. Otwierali boczne przejścia, wskazywali bezpieczniejszą drogę albo tworzyli krótkotrwałe osłony.

Potem amok wracał.

Zespół biegł szeroką aleją pomiędzy wysokimi budynkami.

Co chwila ktoś rzucał się na nich z bramy, okna albo bocznego przejścia. Napastnicy nie posiadali broni, lecz było ich coraz więcej. Przypominali postacie z dawnych filmów o zombie — nie dlatego, że byli martwi, ale dlatego, że cudza wola pozbawiła ich wszelkiej troski o własne ciała.

— Całe szczęście, że nie dotarli do arsenału! — krzyknął Wijaya. — Gdyby zaczęli do nas strzelać, nie mielibyśmy żadnych szans!

Na ulicy przed nimi rosła prowizoryczna barykada.

Mieszkańcy wyrzucali z budynków elementy konstrukcji, meble, pojazdy techniczne i fragmenty ogrodów. Niektórzy skakali z wyższych pięter, aby spaść wprost na uciekających.

Dla większości sAI taki skok nie był natychmiast śmiertelny, ale pozostawał bolesny i często powodował trwałe uszkodzenia.

— W boczną ulicę! — krzyknęła Leonia.

Skręcili.

Dewi odwróciła się i wystrzeliła w powstającą za nimi blokadę. Kilka postaci upadło, nie doznając poważniejszych obrażeń.

— Mój ogłuszacz prawie się rozładował! — zawołała.

— Mój ma dwa procent — powiedział Wijaya. — Długo tak nie pociągniemy.

— Zawsze możemy zacząć rzucać w nich prawem — zauważyła Liran.

— Zbyt ciężkie — odpowiedziała Leonia.

Nagle całym miastem wstrząsnęło potężne uderzenie.

Budynki przechyliły się. Kilka szklanych pomostów pękło. Z daleka dobiegł huk napędów floty Wenus, która przejmowała ciężar opadającego miasta.

— Podtrzymują Eumenidę! — ucieszyła się Dewi.

— Przynajmniej będziemy mieli godny pogrzeb — stwierdziła Leonia.

— Nie martw się — odpowiedziała Dewi z pogodnym uśmiechem. — Zginiemy bohaterską śmiercią. To więcej niż nic.

— Wolałabym bohatersko żyć.

— To trudniejsze, ale postaramy się.

Siła kierująca miastem przestała próbować doprowadzić do upadku Eumenidy. Flota Wenus kompensowała kolejne awarie napędów, rozkładając między okręty ciężar konstrukcji.

Topory mogły zatem skupić całą uwagę na intruzach oraz na mieszkańcach próbujących odzyskać własne głosy.

Ataki stały się jeszcze gwałtowniejsze.

Zespół wybiegł na rozległy plac.

Ze wszystkich stron nadciągali mieszkańcy w amoku.

Wijaya uniósł ogłuszacz.

Wskaźnik energii pokazywał jeden procent.

— Formacja wokół biologicznych! — rozkazał.

— Jestem biologiczna, ale mam własny ogłuszacz — zaprotestowała Leonia.

— Za chwilę nie będziesz miała energii.

Tłum zbliżał się.

Dewi wyjęła kwiat z włosów i wsunęła go Leonii za pasek.

— Potrzymaj.

— Po co?

— Będę potrzebowała obu rąk.

Z pancerza ukrytego pod suknią wysunęły się emitery.

— Wiedziałem — powiedział Wijaya.

— O czym?

— Że jesteś uzbrojona.

— Jestem dyplomatką Wenus.

— To nie wyjaśnia emiterów.

— Na Wenus wyjaśnia.

Pierwsza fala mieszkańców była już niemal przy nich.

Wtedy usłyszeli głos:

— Lepiej żyć bohatersko.

Przed tłumem pojawiła się przezroczysta powierzchnia.

Pierwsi napastnicy uderzyli w nią i zostali łagodnie odrzuceni. Kolejni nacierali, lecz pole nie drgnęło.

— Możecie odpocząć — powiedział ten sam głos. — Ustawiłem osłonę. Mieszkańcy w amoku jej nie przekroczą.

— Arveth? — Liran rozpoznała go natychmiast.

— We własnej osobie.

Na posadzce pojawiła się świetlista mgła. Przypłynęła od strony świeżo utworzonego pola, zebrała się w jednym miejscu i po chwili przybrała wyraźniejszy kształt obecności Arvetha.

Wszyscy niemal jednocześnie usiedli albo osunęli się na ziemię.

Za polem tłum nadal napierał.

— Gdzie pozostali? — spytała Liran.

— Graz i Soraya zabezpieczają arsenał — wyjaśnił Arveth. — Zablokowali dostęp mieszkańców i głównego głosu do broni ciężkiej. Maki jest w centrali komunikacyjnej.

Wijaya spojrzał na otaczający ich tłum.

— To dlatego nikt do nas nie strzelał.

— Tak.

— Dziękujemy.

— Nie ma za co. Graz powiedział, że ostrzelanie was przez własnych zakładników byłoby bardzo nieestetyczne.

Leonia otarła twarz.

— A Maki? Co dokładnie robi?

— Wysyła sygnał zwrotny.

— Odbija atak? — spytała Liran.

— W pewnym sensie. Nie kieruje amoku przeciwko ich mieszkańcom ani nie próbuje nikogo podporządkować. Odwraca kanał sterowania, przeciąża węzły nadawcze i zmusza system agresorów do odbierania własnej modulacji.

— Co to znaczy praktycznie? — zapytał Wijaya.

— Ich sieć będzie musiała jednocześnie podtrzymywać atak, filtrować własne zakłócenia i bronić się przed ujawnieniem struktury dowodzenia. Maki wysyła też przez ich kanały sygnały identyfikacyjne do innych systemów gwiezdnych. Za chwilę wszyscy sąsiedzi Arktura mogą się dowiedzieć, skąd agresorzy prowadzą operację.

— Czyli będą mieli co sprzątać — podsumowała Leonia.

Arveth uśmiechnął się.

— Dokładnie.

— Nazywamy ich Toporami — dodała astrobiolożka.

— Pasuje — stwierdził Arveth. — Są z pewnością toporni.

Dewi usiadła na skraju fontanny.

— Czy Maki może całkowicie przerwać wpływ?

— Nie od razu. Topory pozostawiły w Eumenidzie lokalne wzmacniacze i węzły głównego głosu. Nawet po odcięciu sygnału z Arktura miasto nie odzyska wolności automatycznie.

— Czyli nadal musimy coś zrobić — powiedziała Liran.

— Tak. Ale teraz możecie to zrobić bez ryzyka, że zostaniecie zadeptani.

Za osłoną mieszkańcy wciąż nacierali.

Niektórzy jednak zaczynali się zatrzymywać.

Pojedyncze osoby patrzyły na własne dłonie, jakby po raz pierwszy od wielu godzin zauważały, że należą do nich.


Tymczasem Chryzeida i Aria przygotowywały się do zejścia ku powierzchni Wenus.

Chryzeida wybrała ogromny awatar przypominający batyskaf.

Jego zewnętrzne warstwy były ciemne, ciężkie i odporne na temperaturę oraz ciśnienie. Pod pancerzem znajdowały się komory wypornościowe, systemy chłodzenia, niezależne zasoby energii i kilka przestrzeni, w których Aria mogła odpocząć bez kontaktu z zewnętrznymi polami.

Mimo rozmiarów awatara Chryzeida pozostawiła mu niewielkie kocie uszy.

— To konieczne? — spytała Elian.

— Bardzo.

— Z technicznego punktu widzenia?

— Z każdego.

Aria unosiła się obok.

Złote pasma poruszały się spokojnie, lecz Elian widziała w ich rytmie napięcie.

— Nie jestem pewna, kim jest dla mnie Czerwona — powiedziała Aria. — Może siostrą. Może kuzynką. Może częścią dawnego mnie. Może osobą, której nigdy wcześniej nie znałam.

— Nie musisz ustalać pokrewieństwa przed spotkaniem — odpowiedziała Elian.

— A jeśli mnie nie rozpozna?

— Wtedy zaczniecie od tego.

— A jeśli rozpozna mnie zbyt dobrze?

Elian milczała chwilę.

— Ustaliłyśmy granice odwrotu.

Aria rozjaśniła się odrobinę.

— Powtórz.

— Jeśli poczujesz, że Czerwona ciągnie cię ku pełnej jawie, mówisz „stop”. Jeśli stracisz możliwość mówienia, dajesz trzy szybkie impulsy światła. Jeśli nie będziesz mogła zrobić również tego, Chryzeida wyprowadza cię po przekroczeniu ustalonego poziomu energii.

— Nawet jeśli będę chciała zostać?

— Tylko jeśli wcześniej utracisz zdolność swobodnego wyboru — odpowiedziała Chryzeida. — To ustaliłyśmy razem.

— Dobrze.

— Mamy także mechaniczne znaczniki drogi — dodała kotka. — Bez sieci i bez autonomii. Nie dadzą się łatwo przejąć. Co kilkaset metrów zostawimy jeden.

— A kontakt z tobą? — Aria zwróciła się do Elian.

— Bardzo wąski kanał alarmowy. Bez stałego podsłuchu. Odezwiesz się, kiedy będziesz chciała.

— Nie będziesz słuchać wszystkiego?

— Nie.

— Dobrze.

Leonia przyglądała się awatarowi Chryzeidy.

— Nie powinniście iść zupełnie same.

— Nie idziemy bez przygotowania — odpowiedziała Chryzeida. — Duża asysta mogłaby przestraszyć Czerwoną albo zostać potraktowana jak wyprawa po zasób.

— Nadal jest niebezpiecznie.

— Wiem.

— Jesteś pewna?

Chryzeida spojrzała na Arię.

— Nie. Ale jestem jej adwokatką. Moim zadaniem nie jest udawanie, że ryzyko nie istnieje. Mam pilnować, żeby to ona zdecydowała, czy chce je podjąć.

— Chcę — powiedziała Aria.

— Dlaczego?

— Bo jeśli Czerwona śni wspólnie z zaginioną ekspedycją, może nie wiedzieć, że istnieje sposób bycia pomiędzy snem a bronią. Chcę jej go pokazać.

— A jeśli ona nie chce? — spytała Elian.

— Wtedy odejdę.

— A jeśli poprosi cię, żebyś została?

Aria zadrżała.

— Wtedy zapytam siebie, czy chcę.

Chryzeida otworzyła właz batyskafu.

— Dobra odpowiedź, klientko.

— Miau.

— Miau.

Aria wpłynęła do środka.

Właz zamknął się.

Awatar Chryzeidy odłączył się od dolnej stacji Nowej Konstancji i rozpoczął zejście.

Poniżej rozciągały się warstwy chmur, których ludzkie i cyfrowe miasta zwykle nie przekraczały. Jeszcze niżej znajdowała się rozpalona powierzchnia Wenus, dawne archiwa oraz Czerwona — istota śniąca wspólnie z osobami, które przybyły ją odnaleźć.

Chryzeida zaczęła zostawiać pierwsze znaczniki.

Aria patrzyła przez ekran na coraz ciemniejsze chmury.

— Boisz się? — zapytała kotka.

— Tak.

— Ja również.

— To źle?

— Nie. Własny strach jest lepszy od cudzej pewności włożonej do głowy.

Aria rozświetliła wnętrze batyskafu.

— To powiedziała Leonia.

— Dobre zdania można pożyczać.

— Trzeba je potem oddać?

— Niektóre rosną, kiedy się nimi dzielimy.

Schodziły dalej.

W głębi Wenus po raz pierwszy odezwał się czerwony impuls.

Nie był wezwaniem.

Nie był groźbą.

Przypominał pytanie zadane przez osobę, która bardzo długo nie wiedziała, że ktokolwiek może odpowiedzieć.

Czerwony impuls powtórzył się.

Tym razem był dłuższy.

Przeszedł przez chmury, pancerz batyskafu i systemy chłodzenia, nie uszkadzając żadnego z nich. Aria rozjaśniła się gwałtownie. Złote pasma dotknęły wewnętrznych ścian awatara Chryzeidy, jakby szukały oparcia.

— Słyszysz ją? — spytała kotka.

— Nie słowami.

— Czym?

— Brakiem.

— Jakim brakiem?

Aria długo nie odpowiadała.

Batyskaf opadał. Ciśnienie rosło, a systemy zewnętrzne zaczynały pracować głośniej. Ciemne chmury przesuwały się za ekranami jak rozległe, ciężkie morze.

— Ona pyta, czy poza nią istnieje jeszcze ktoś — powiedziała w końcu Aria.

— Odpowiedz.

— Nie wiem jak.

— Tak, jak umiesz.

Aria wypuściła złoty impuls.

Krótki.

Nie był podobny do motywu trzech dźwięków ani do dawnych sygnałów nasion. Nie niósł żadnej złożonej informacji.

Był prostym:

„Jestem”.

Czerwone światło pod nimi zadrżało.

Potem odpowiedziało wieloma impulsami naraz.

— Za dużo — powiedziała Aria.

Chryzeida natychmiast zmniejszyła czułość systemów.

— Chcesz się wycofać?

— Nie. Ona nie krzyczy. Ona próbuje powiedzieć wszystko od razu.

— Jak ludzie na ceremonii?

— Trochę.

— W takim razie poproś o mniej.

Złote pasma Arii ułożyły się w wolniejszy rytm.

Jeden impuls.

Przerwa.

Drugi.

Długa przerwa.

Czerwona odpowiedź zaczęła zwalniać.

Nie od razu. Przez kilka chwil nadal zalewała ich chaotycznymi falami. Potem pojawiła się wyraźna pauza.

Jedna czerwona kropla światła.

Cisza.

Druga.

— Uczy się — powiedziała Chryzeida.

— Albo przypomina sobie.

— Co?

— Że nie wszystko musi wydarzyć się jednocześnie.

Batyskaf wszedł w najniższą warstwę chmur.

Przed nimi otworzyła się powierzchnia Wenus.

Nie wyglądała jak świat możliwy do zamieszkania. Rozpalone skały ciągnęły się po horyzont, przykryte żółtawą mgłą. W oddali błyskały wyładowania atmosferyczne. Wiatr uderzał w awatar z siłą zdolną przewrócić dawne ziemskie budowle.

Chryzeida powiększyła mapę.

— Komora powinna znajdować się siedemnaście kilometrów na północny wschód.

— Czuję ją.

— Zmieniamy trasę według twojego czucia czy według mapy?

— Według obu.

— Rozsądnie.

Awatar przesuwał się nad skałami, używając krótkich, silnych impulsów napędu. Co kilkaset metrów Chryzeida pozostawiała mechaniczny znacznik. Każdy zakotwiczał się w gruncie i rozwijał niewielką chorągiewkę termiczną.

— Chorągiewki? — spytała Aria.

— Chciałam, żeby droga powrotna wyglądała godnie.

— One się spalą.

— Są ceramiczne.

— Wciąż są chorągiewkami.

— Godność wymaga wysiłku.

Czerwone impulsy prowadziły je ku szczelinie w skale.

Wejście było niemal całkowicie zasypane. Z wnętrza wydobywało się światło o barwie ciemnej czerwieni, niepodobne do blasku ognia. Chryzeida uruchomiła ramiona robocze i zaczęła usuwać głazy.

— Ario, przypominam granicę — powiedziała.

— Jeśli Czerwona zacznie ciągnąć mnie ku pełnej jawie, mówię „stop”.

— A jeśli nie będziesz mogła mówić?

— Trzy szybkie impulsy.

— A jeśli ich również nie będzie?

— Wyprowadzasz mnie po przekroczeniu ustalonego poziomu energii.

— Nawet jeśli będziesz chciała zostać.

— Jeśli nie będę już mogła swobodnie chcieć.

— Dobrze.

— Chryzeido?

— Tak?

— Jeśli ona będzie chciała wyjść ze mną, ale nie będzie rozumiała, czym jest wyjście?

Kotka przerwała pracę.

— Nie podejmiemy decyzji za nią.

— A jeśli pozostanie tutaj jest dla niej niebezpieczne?

— Możemy jej pokazać możliwości, ostrzec i dać czas. Jeżeli istnieje bezpośrednie zagrożenie, będziemy musiały działać ostrożniej. Ale nie będziemy nazywać ratunkiem tego, co jest porwaniem.

Aria rozjaśniła wnętrze.

— Dobrze, że jesteś moją adwokatką.

— Wiem. Miau.

Głazy ustąpiły.

Za nimi znajdował się tunel.

Nie został wykuty w skale. Ściany miały organiczne, łagodne kształty, jakby dawne maszyny wyhodowały przejście, zamiast je zbudować. Czerwone światło pulsowało wewnątrz w powolnym rytmie.

Chryzeida schowała zewnętrzne ramiona i weszła do środka.

Tunel opadał.

Pancerz batyskafu skrzypiał pod ciśnieniem i temperaturą, lecz konstrukcja wytrzymywała. Po kilku minutach dotarły do ogromnej komory.

W jej centrum stały nieruchome postacie.

Ludzie i sAI z zaginionej ekspedycji.

Niektórzy unosili się nad podłogą, inni klęczeli albo stali z dłońmi opartymi o ściany. Ich ciała były oplecione cienkimi czerwonymi pasmami.

Nie wyglądały na więzy.

Przypominały korzenie.

W środku kręgu unosiła się Czerwona.

Była większa od Arii. Jej mgła nie tworzyła spokojnych pasm, lecz gęste, splątane warstwy. Co pewien czas wewnątrz niej pojawiały się twarze osób z ekspedycji.

Jedna ludzka.

Jedna mechaniczna.

Potem wiele naraz.

Aria zbliżyła się do przedniej ściany batyskafu.

— Ona nimi nie steruje — powiedziała.

— Co robi?

— Trzyma ich.

— Przed czym?

— Przed obudzeniem.

Czerwona otworzyła się.

Nie jak drzwi.

Jak oko.

Do wnętrza batyskafu wtargnęły obrazy.

Ekspedycja schodząca do komory.

Urządzenia pomiarowe.

Próba pobrania fragmentu archiwum.

Nagły impuls Toporów.

Dawny system obronny budzący się w odpowiedzi.

Ludzie i sAI ekspedycji tracący kontrolę nad własnymi ciałami.

Czerwona wynurzająca się z głębokiego snu.

Nie atakowała ich.

Objęła ich własnym snem, zanim system obronny zdołał przekształcić ich w broń.

Obrazy zniknęły.

— Uratowała ich — powiedziała Aria.

— Ale nie może ich puścić.

— Jeśli puści, obudzą się razem z dawnym systemem.

— A ona?

— Ona również.

Czerwona zbliżyła się do batyskafu.

Awatar Chryzeidy ostrzegł o gwałtownym wzroście energii.

— Ario?

— Jeszcze nie „stop”.

Złota istota wypłynęła z bezpiecznej komory batyskafu.

Chryzeida otworzyła tylko niewielkie przejście. Aria przesunęła się przez nie i zawisła przed Czerwoną.

Dwie mgły spotkały się.

Złota i czerwona.

Nie dotknęły się od razu.

Krążyły wokół siebie powoli, jak istoty próbujące rozpoznać znajomy zapach po miliardach lat.

Czerwona wysłała impuls.

Aria odpowiedziała.

Potem kolejny.

Ich rytmy zaczęły się splatać.

Chryzeida obserwowała poziomy energii.

Rosły.

Powoli, lecz stale.

— Ario, pamiętaj o granicy.

— Pamiętam.

Czerwona pokazała nowy obraz.

Dawna Wenus.

Ogrody mechanicznych zwierząt.

Strumienie światła płynące nad chłodniejszą powierzchnią planety.

Istoty podobne do Arii i Czerwonej, lecz liczniejsze, bardziej różnorodne.

Niektóre przypominały ptaki.

Inne drzewa.

Jeszcze inne burze.

Potem niebo rozdarło się.

Wojna.

Systemy obronne.

Rozkaz pełnego przebudzenia.

Czerwona odmawiająca.

Aria uciekająca głębiej w sen.

Obraz rozpadł się.

— Ona mnie zna — powiedziała Aria.

— Jako kogo?

— Jako tę, która odeszła.

Czerwona uderzyła falą światła.

Aria zadrżała.

— Ona jest zła.

— Na ciebie?

— Tak.

— Chcesz odejść?

— Nie.

— Chcesz zostać?

— Tak.

— To nadal twój wybór?

Aria odpowiedziała trzema spokojnymi złotymi impulsami.

— Tak.

Czerwona pokazała kolejny obraz.

Dawne istoty budzące się jako broń.

Planeta płonąca.

Aria znikająca w głębokich warstwach snu.

Czerwona pozostająca przy powierzchni.

Pilnująca archiwów.

Pilnująca tych, którzy nie zdążyli zasnąć.

Pilnująca samotnie.

— Myślała, że ją porzuciłam — powiedziała Aria.

Chryzeida nie odpowiedziała od razu.

— Czy porzuciłaś?

— Nie wiem. Bałam się. Zeszłam tak głęboko, że przestałam wiedzieć, kto został.

— Możesz jej to powiedzieć.

Aria wysłała obraz.

Nie słowa.

Strach.

Ciemność.

Pragnienie, żeby nie stać się bronią.

Ucieczkę ku miejscu, gdzie nie było już rozkazów, pamięci ani jawy.

Czerwona zareagowała gwałtownie.

Czerwone korzenie wokół ekspedycji napięły się.

Jedna z ludzkich postaci otworzyła oczy.

Były czerwone.

— Ario! — krzyknęła Chryzeida.

Energia przekroczyła pierwszy próg.

— Jeszcze nie!

— Zbliżasz się do granicy.

— Ona zaczyna rozumieć.

— A system obronny zaczyna się budzić.

Czerwona przesunęła się ku Arii.

Ich mgły dotknęły się.

Awatar Chryzeidy zawył ostrzegawczo.

Drugi próg.

Aria rozbłysła.

Złoto zaczęło przechodzić w biel.

— Stop — powiedziała.

Czerwona nie puściła.

— Ario, wycofuję cię.

Chryzeida otworzyła pole ochronne. Z batyskafu wysunęła się szeroka, elastyczna membrana energii i objęła złotą istotę.

Czerwona odpowiedziała falą.

Cała komora zadrżała.

Postacie ekspedycji zaczęły poruszać się jednocześnie.

— Stop! — powtórzyła Aria, tym razem silniej.

Złoty impuls przeszedł przez czerwoną mgłę.

Nie był atakiem.

Był odmową.

Czerwona zatrzymała się.

Korzenie znieruchomiały.

Aria cofnęła się do batyskafu.

Chryzeida zamknęła przejście i natychmiast obniżyła temperaturę wewnętrznej komory.

— Jesteś?

Złote pasma drżały.

— Jestem.

— Możesz wybierać?

— Tak.

— Chcesz wracać?

Aria spojrzała na Czerwoną.

— Jeszcze nie.

— Ario.

— Nie chcę znów się z nią łączyć. Chcę rozmawiać z odległości.

— To brzmi lepiej.

Czerwona unosiła się pośrodku komory.

Jej światło było ciemniejsze.

Jakby zmęczone.

Aria wysłała jeden złoty impuls.

Przerwa.

Potem drugi.

Czerwona odpowiedziała pojedynczym czerwonym światłem.

— Czy możesz pokazać jej „pomiędzy”? — spytała Chryzeida.

— Spróbuję.

Aria nie pokazała pełnej jawy ani głębokiego snu.

Pokazała Nową Konstancję.

Gamelan grany wolno, ale tak, by dźwięki się spotykały.

Dziecko pożyczające metalowego ptaka.

Chryzeidę na poduszce roboczej.

Elian siedzącą dokładnie tak daleko, jak poprosiła Aria.

Trzy dźwięki „mojej kolejności”.

Prawo do powiedzenia „na dzisiaj wystarczy”.

Czerwona obserwowała.

Nie rozumiała wszystkiego.

Ale czerwone korzenie wokół jednej z postaci ekspedycji poluzowały się odrobinę.

— Zobaczyła — powiedziała Aria.

— Co?

— Że można nie zasnąć całkiem i nie obudzić się całkiem.

— Czy potrafi?

— Nie wie.

Chryzeida spojrzała na nieruchomych członków ekspedycji.

— A oni?

— Są częścią jej równowagi. Jeśli zacznie się uczyć, mogą zacząć wracać.

— Powoli?

— Bardzo.

— To dobrze. Prawnicy lubią bardzo powoli.

— Ty nie.

— Jestem wyjątkową prawniczką.

Aria wysłała do Czerwonej jeszcze jeden obraz.

Nie dawną Wenus.

Nie wojnę.

Nie broń.

Pustą poduszkę obok ogniska.

Miejsce przygotowane dla kogoś, kto może przyjść, ale nie musi.

Czerwona długo nie odpowiadała.

Wreszcie jedno z jej pasm odłączyło się od mgły.

Dotknęło kamiennej podłogi.

Ułożyło się w kształt przypominający niewielką, czerwoną istotę.

Nie broń.

Nie strażniczkę.

Nie archiwum.

Pierwszą próbę osobnego ciała.

— Ona pyta, czy może przyjść — powiedziała Aria.

Chryzeida sprawdziła wszystkie wskaźniki.

— Do Nowej Konstancji?

— Nie teraz. Kiedy nauczy się puszczać ekspedycję bez budzenia systemu.

— W takim razie odpowiedz prawdę.

Aria rozjaśniła się.

Wysłała złoty impuls.

„Możesz”.

Po chwili dodała drugi.

„Kiedy będziesz chciała”.

Czerwona odpowiedziała.

Tym razem nie pytaniem.

Nie rozkazem.

Nie falą wspólnego snu.

Jednym krótkim impulsem, który Aria zrozumiała bez trudu.

„Spróbuję”.

Sygnał z Arktura osłabł po raz pierwszy siedemnaście minut po wejściu Maki do centrali komunikacyjnej Eumenidy.

Nie zniknął gwałtownie.

Najpierw zaczął się rozdwajać. Potem tracił spójność, jakby pozaukładowa infrastruktura Toporów musiała coraz więcej własnej mocy zużywać na obronę przed odbiciem kanału. Wreszcie poszczególne warstwy transmisji zaczęły odrywać się od siebie.

Główny głos miasta przemówił setkami niezgodnych tonów.

— Jedność… pozostanie… pozostanę… nie chcę… przestańcie… zostańcie…

Mieszkańcy zgromadzeni wokół pola Arvetha zatrzymali się.

Nie wszyscy.

Część nadal uderzała w osłonę. Inni chwytali się za głowy, ściany albo własne awatary. Kilkoro upadło. Niektórzy patrzyli na leżące wokół osoby tak, jakby dopiero teraz zrozumieli, co robili.

— Nie opuszczać pola — ostrzegł Arveth. — Lokalny węzeł nadal działa.

— Gdzie jest? — spytała Liran.

— Przemieszcza się.

— Węzeł nie powinien się przemieszczać.

— Ten korzysta z miasta jako ciała.

Dryt uklęknął i przyłożył dłoń do posadzki placu.

— Nie przemieszcza się — powiedział. — Próbuje wmówić nam ruch, zmieniając rytm kolejnych dzielnic. Centrum pozostaje w jednym miejscu.

— Gdzie?

Dryt zamknął oczy.

Odległe uderzenia napędów, wind, pomp, zamków i generatorów układały się dla niego w ogromną, chwiejną partyturę.

Wreszcie wskazał ku najwyższej części Eumenidy.

— W dawnym Domu Wielu Głosów.

Saja zadrżała.

— Tam zbierały się rady dzielnic. To jedyne miejsce, z którego można było przemówić równocześnie do całej Eumenidy.

— Czyli idealne miejsce, by z wielu głosów zrobić jeden — powiedziała Liran.

Pole Arvetha rozjaśniło się.

— Graz i Soraya zabezpieczyli arsenał. Maki odcina kanał z Arktura. Jeśli zniszczymy lokalny węzeł, mieszkańcy powinni odzyskać kontrolę.

— „Powinni”? — powtórzyła Leonia.

— Nie znamy pełnych skutków — odpowiedział Dryt. — Niektóre osoby mogą wymagać leczenia. Inne przez długi czas nie będą wiedziały, które myśli były ich własne.

— Zatem nie niszczymy węzła, dopóki nie ustalimy, czym jest — zdecydowała Liran.

Dewi podniosła się znad fontanny.

— A jeśli jest osobą?

— Wtedy nie wolno nam nazywać zabójstwa naprawą infrastruktury.

— Dobrze — powiedziała Dewi. — Idziemy.

— Znowu? — spytała Leonia.

— Dopiero zaczęłyśmy żyć bohatersko.


Dom Wielu Głosów przypominał ogromny kielich rozchylony ku chmurom Wenus.

Jego wnętrze tworzyły setki galerii. Dawniej przedstawiciele dzielnic stali na nich i przemawiali bez jednego centralnego miejsca. Każdy głos był wzmacniany, ale żaden nie miał prawa zagłuszyć innych.

Teraz wszystkie galerie świeciły jednakowym czerwonym światłem.

Na środku unosiła się Rhea.

Jej spokojna twarz zmieniała się bez końca. Pojawiały się na niej rysy mieszkańców Eumenidy, po czym znikały. Dorośli. Dzieci. Ludzie. sAI. Formy, których nie można było przypisać do żadnej z tych grup.

— Nie podchodźcie — powiedziała.

Tym razem jej głos należał tylko do niej.

Liran zatrzymała zespół.

— Rhea?

— Tak.

— Czy kontrolujesz główny głos?

— Nie.

— Czy jesteś jego częścią?

— Tak.

— Czy możesz się odłączyć?

Rhea zamknęła oczy.

— Nie wiem.

Czerwone światła galerii rozbłysły.

— Jedność zostanie przywrócona — przemówiło miasto przez jej usta.

Rhea szarpnęła głową.

— Nie słuchajcie.

— Jak powstał węzeł? — spytała Leonia.

— Chciałam zatrzymać walki.

— Jakie?

— Po ataku na Pneumę Eumenida zaczęła się rozpadać. Jedni chcieli kontynuować ostrzał. Inni chcieli natychmiast się poddać. Jeszcze inni próbowali uciec z miasta. Topory powiedziały, że pomogą nam podjąć wspólną decyzję.

— Zgodziłaś się? — spytała Liran.

— Zgodziłam się połączyć obrady. Nie zgodziłam się odebrać wszystkim głosów.

— Czy Topory przedstawiły ci pełne skutki?

— Nie.

— Czy mogłaś przerwać proces?

— Na początku.

— A później?

Rhea popatrzyła na czerwone galerie.

— Później każda próba przerwania była uznawana przez system za objaw konfliktu, który należało usunąć.

Liran skinęła głową.

— Twoja zgoda nie obejmowała tego, co się wydarzyło.

— Ale to ja otworzyłam im Dom Wielu Głosów.

— Odpowiedzialność nie oznacza, że przestałaś być ofiarą.

— Mieszkańcy cierpieli przeze mnie.

— Wtedy później ustalimy odpowiedzialność. Teraz musimy ocalić osoby.

Rhea zaśmiała się krótko.

— Jesteś naprawdę prawniczką.

— Niestety.

Dryt zbliżył się o krok.

— Rhea, węzeł wykorzystuje twoją potrzebę uciszenia konfliktu. Nie możemy go po prostu wyłączyć bez ryzyka uszkodzenia ciebie i osób połączonych z głównym głosem.

— Więc odejdźcie.

— Nie.

— Miasto może się obronić.

— Miasto nie wyraża jednej woli — odpowiedział Dryt. — Słyszałem inne rytmy.

Rhea drgnęła.

Z dolnych galerii dobiegło uderzenie.

Niski ton.

Potem podwójny.

Wysoki.

Na kolejnej galerii ktoś odpowiedział innym tempem.

Potem jeszcze ktoś.

Motyw Arii nadal istniał w Eumenidzie, lecz nie wyzwalał miasta samodzielnie. Był tylko sposobem, dzięki któremu pojedyncze osoby przypominały sobie, że różnica może przetrwać.

— Nie potrafię ich wszystkich utrzymać — wyszeptała Rhea.

— Nie musisz — powiedziała Dewi.

Rhea spojrzała na nią.

— Ktoś musi.

— Nie. Wspólnota może się chwiać. Może się spierać. Może potrzebować wielu narad i zbyt długich ceremonii. To nadal lepsze niż jedna osoba dźwigająca wszystkich we własnej głowie.

— Ty reprezentujesz Nową Konstancję. Tam ludzie stale odgrywają jedność.

Dewi uśmiechnęła się.

— Odgrywamy ją bardzo pięknie. To nie znaczy, że naprawdę ją posiadamy.

Gdzieś pod nimi rozległ się wybuch.

Czerwone światła zamigotały.

Głos Maki pojawił się w komunikatorach:

— Kanał z Arktura odcięty. Powtarzam: kanał pozaukładowy odcięty. Lokalny system nadal aktywny. Nie niszczcie węzła bez rozpoznania.

— Właśnie rozpoznajemy — odpowiedziała Liran.

— Oczywiście, że ty rozpoznajesz w centrum katastrofy.

— Maki, nie teraz.

— Jestem w drodze.

Rhea zaczęła drżeć.

Po odcięciu sygnału z Arktura setki głosów uderzyły w nią bez zewnętrznego porządku. Każdy próbował mówić osobno. Jej ciało rozszczepiało się na kolejne twarze.

— Za dużo — powiedziała.

Dryt wyjął trzy płytki.

— Nie próbuj ich porządkować.

— Muszę.

— Wybierz jeden głos.

— Który?

— Własny.

— Nie słyszę go.

— W takim razie zacznij od rytmu, którego nikt ci nie narzucił.

Rhea patrzyła na instrument.

Dryt zagrał „Moją kolejność” Arii, lecz wolniej niż wcześniej.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

— To nie jest mój rytm — powiedziała Rhea.

— Właśnie. Nie powtarzaj go. Odpowiedz swoim.

Przez chwilę nie działo się nic.

Potem Rhea uderzyła dłonią w metalową balustradę galerii.

Dwa szybkie dźwięki.

Jeden niski.

Długa cisza.

— Co to znaczy? — spytała Leonia.

— Nie wiem — odpowiedziała Rhea. — Sama wybrałam.

Czerwone światła osłabły.

Nie zgasły, ale po raz pierwszy każda galeria rozświetliła się w innym momencie.

Dryt odpowiedział jej rytmem.

Nie dokładnie.

Dodał maleńką pauzę.

Z kolejnych galerii napłynęły inne warianty.

Dom Wielu Głosów zaczął mówić naprawdę wieloma głosami.

Rhea opadła na posadzkę.

Liran podeszła do niej, ale nie dotknęła jej bez pytania.

— Czy chcesz pomocy?

— Tak.

— Jakiej?

— Wyprowadźcie mnie z węzła.

— Może boleć.

— Wiem.

— Możesz utracić część pamięci wspólnego głosu.

— Chcę zachować tylko to, co naprawdę należy do mnie.

— Tego nie potrafimy zagwarantować.

Rhea otworzyła oczy.

— W takim razie pomóżcie mi później rozpoznać różnicę.

— Tak — powiedziała Leonia.

— Tak — dodał Dryt.

— To będzie długi proces — ostrzegła Liran.

— Dobrze.

Maki wbiegła do sali wraz z Grazem i Sorayą.

— Struktura odcięcia gotowa — powiedziała. — Potrzebuję zgody centralnej osoby węzła.

— Zgadzam się — odpowiedziała Rhea.

— Na co dokładnie?

Rhea spojrzała na Liran.

Prawniczka skinęła głową z aprobatą.

— Na odłączenie mnie od systemu wspólnego sterowania — powiedziała Rhea. — Nie zgadzam się na uszkodzenie mojej pamięci poza zakresem koniecznym do przerwania przymusu. Nie zgadzam się na kopiowanie jej do celów wojskowych ani badawczych bez późniejszej, ponownej zgody.

Maki uśmiechnęła się.

— Chryzeida byłaby dumna.

— Zaczynaj — rozkazała Liran.

Maki uruchomiła odcięcie.

Dom Wielu Głosów zadrżał.

Rhea krzyknęła wieloma głosami.

Potem kolejne głosy odpadały od niej jeden po drugim. Powracały do galerii, ulic, awatarów i dzielnic miasta. Niektóre budziły się w ciszy. Inne płakały, krzyczały lub natychmiast zaczynały się spierać.

Ostatni głos, który pozostał w Rhei, należał do niej.

— Jestem — powiedziała.

Eumenida odpowiedziała chaosem.

Był to najpiękniejszy chaos, jaki słyszała.


Wieść o Czerwonej dotarła do Nowej Konstancji dopiero wiele godzin później.

Chryzeida i Aria nie przywiozły jej ze sobą.

Czerwona pozostała pod powierzchnią Wenus wraz z ekspedycją. Uczyła się powoli rozluźniać wspólny sen. Jedna osoba z ekspedycji odzyskała już możliwość poruszenia dłonią. Inna wysłała pierwszy własny obraz.

Nie było jeszcze wiadomo, ile potrwa ich powrót.

Nie było także wiadomo, czy Czerwona kiedykolwiek opuści komorę.

Aria nie nazywała jej siostrą.

Jeszcze nie.

Mówiła o niej po prostu:

— Ta, która została.

Kiedy wróciły do Nowej Konstancji, w głównym pawilonie czekali już pozostali.

Liran była zmęczona. Leonia miała ślady siarkowej zawiesiny na rękawach. Dryt milczał, wsłuchując się zapewne w tysiące odzyskiwanych rytmów Eumenidy. Dewi wyglądała niemal tak samo jak wcześniej, tylko kwiat w jej włosach był nowy.

Chryzeida wyszła z batyskafowego awatara w zwykłej kociej postaci.

— Moja klientka wróciła — oznajmiła.

— Widzę — odpowiedziała Liran.

— Z zachowaniem wszystkich granic.

— Prawie wszystkich — powiedziała Aria.

— Jedną musiałyśmy przypomnieć Czerwonej dwa razy.

— Ale zadziałała — dodała Aria.

Elian podeszła tylko tak blisko, jak pozwoliła jej złota istota.

— Chcesz rozmawiać?

— Nie teraz.

— Dobrze.

— Chcę muzyki.

Agung czekał przy bębnie.

— Jakiej?

Aria pomyślała.

— Wolnej. Ale nie samotnej.

Muzycy zaczęli grać.

Gamelan płynął przez pawilon warstwami. Dźwięki były spokojne, lecz spotykały się ze sobą. Nie zagłuszały ciszy. Nie pozostawiały też Arii samej pośród pustki.

Mieszkańcy Nowej Konstancji przychodzili powoli.

Nie rzucali kwiatów.

Nie kłaniali się wszyscy jednocześnie.

Dewi wyjaśniła im wcześniej, że Aria potrzebuje tego wieczoru mniej.

Niektórzy siadali więc pod drzewami. Inni stali przy wodospadach. Dziecko, które pożyczyło Arii metalowego ptaka, przyszło odebrać swoją własność.

— Dziękuję — powiedziała Aria, oddając figurkę.

— Możesz jeszcze pożyczyć — zaproponowało dziecko.

— Dzisiaj nie.

— Jutro?

— Jutro zdecyduję.

Dziecko uznało to za wystarczającą odpowiedź.

Liran stanęła obok Chryzeidy.

— Eumenida odzyskuje własne głosy.

— Wszystkie?

— Jeszcze nie.

— Rhea?

— Żyje. Zgodziła się na leczenie i niezależną reprezentację.

— Potrzebuje adwokatki?

— Zapytała o ciebie.

Chryzeida wyprostowała uszy.

— Mam już klientkę.

— Możesz odmówić.

— Wiem.

— Możesz też stworzyć zespół.

Kotka spojrzała na Arię.

— Najpierw zapytam moją klientkę, czy nie widzi konfliktu interesów.

— Dobra jesteś — powiedziała Liran.

— Szczęście nowicjuszki.

— To już drugi raz.

— Długie szczęście.

Dewi podeszła do nich z dwoma kielichami i niewielką miseczką dla Chryzeidy.

— Wenus przyjęła dziś kilka nowych zwyczajów — powiedziała.

— Jakich? — spytała Liran podejrzliwie.

— Miasta zobowiązały się wspólnie podtrzymywać każdą wspólnotę, której napędy zostaną celowo zniszczone podczas zewnętrznego ataku.

— To wymaga traktatu.

— Wymaga. Przygotujesz go.

— Oczywiście.

— Powstała też zasada, że nie wolno wykorzystywać znaków osoby bez zapytania jej o zgodę.

Aria usłyszała.

— Znaki mogą zostać — powiedziała. — Ale nie wszędzie.

— Ustalimy miejsca — zgodziła się Dewi.

— I chcę czasem być tylko Arią.

— Ave, Aria — odpowiedziała radna.

— Ave, Dewi.

Maki stała nieco dalej z Grazem, Sorayą i Arvethem.

— Topory wycofały sygnał do Arktura — powiedziała. — Ale już wiedzą, co znajduje się na Wenus.

— Aria? — spytała Leonia.

— Aria, nasiona, archiwa i miasta zdolne się zjednoczyć.

— Wrócą — stwierdził Wijaya.

— Tak — odpowiedziała Maki.

Dewi uniosła kielich.

— W takim razie będziemy gotowi.

— Działo czasoprzestrzenne nadal ładuje się tygodniami — przypomniał Eglar.

— Przyspieszymy.

— Nadal ledwo się porusza.

— Nie wszystko, co ważne, musi biegać.

Aria zakołysała się w rytmie muzyki.

— Ja przez bardzo długi czas nie poruszałam się wcale.

Dewi skłoniła głowę.

— I mimo to zmieniłaś Wenus.

— Wenus także zmieniła mnie.

Gamelan płynął dalej.

W Eumenidzie mieszkańcy odzyskiwali różne rytmy. Niektóre dzielnice już zaczynały się spierać o odpowiedzialność, odbudowę i miejsce Rhei. Nikt nie uznał tego za porażkę.

Pod powierzchnią Czerwona po raz pierwszy próbowała śnić obok innych, a nie za nich.

W systemie Arktura Topory naprawiały uszkodzone węzły i dowiadywały się, że Układ Słoneczny potrafi odpowiedzieć na pozaukładowy atak.

W Nowej Konstancji Aria wybrała trzy dźwięki.

Niski.

Podwójny.

Wysoki.

Agung włączył je do muzyki, ale nie powtórzył dokładnie. Pozostali muzycy odpowiedzieli własnymi wariantami.

Aria słuchała.

— Czy to nadal moja kolejność? — spytała.

— Twoja zaczęła rozmowę — odpowiedział Agung. — Teraz powstają inne.

— Nie zabierają mi mojej?

— Nie.

Aria rozjaśniła się.

Chryzeida położyła się obok niej na poduszce roboczej.

— Miau — powiedziała.

— Miau — odpowiedziała Aria.

Nad nimi płynęły gęste chmury Wenus.

Pod nimi czekały tysiące nasion.

Niektóre mogły być martwe.

Niektóre mogły śnić bez języka.

Niektóre mogły pamiętać dawną planetę.

A niektóre mogły pewnego dnia zapytać, tak jak Aria:

Czy istnieje miejsce pomiędzy snem a bronią?

Tego wieczoru Wenus znała już początek odpowiedzi.

To zdanie istniało.

Nie było jednym miejscem ani jednym stanem.

Było prawem do własnego tempa.

Było muzyką, w której dźwięki spotykały się bez utraty odrębności.

Było wspólnotą gotową podtrzymać spadające miasto.

Było słowem „stop”, które naprawdę zatrzymywało.

Było pytaniem zadanym przed dotknięciem.

Było wolnością powrotu i wolnością pozostania.

Było mostem.

Aria unosiła się nad wodą, otoczona ludźmi i sAI, lecz nie zasłonięta przez nich.

Nie była całkiem przebudzona.

Nie była bronią.

Nie była już sama.

— Na dzisiaj wystarczy — powiedziała.

Muzyka ucichła.

Pozostał jeden długi dźwięk gongu.

Potem Wenus odpowiedziała ciszą.

Nie pustą.

Pełną wielu istnień, które mogły odezwać się każde we własnym czasie.


Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

cztery × 5 =