O mnie

Wenus. Złote nasiono

Leonia Saye była podekscytowana. Prom z księżyca Europa zbliżał się do Wenus. Takich promów było niewiele. O ile z Europy prom na Ziemię czy Merkurego wylatywał dwa razy dziennie, o tyle na Wenus był tylko jeden prom na dwa tygodnie. Było to niezwykłe, gdyż na Wenus były wielkie miasta sAI i całkiem spore ludzkie metropolie. Jednak stałe unoszenie się w gęstej atmosferze planety, która przy powierzchni stawała się trudna i zabójcza sprawiała, że życie na Wenus toczyło się we własnym rytmie. Wenusjanie także nie za często podróżowali po innych planetach i księżycach Układu. Znacznie bardziej niż oni znane były zatem wyroby z Wenus. Przede wszystkim chemiczne, ale też zaawansowane urządzenia. Te ostatnie były szczególnie istotne dla ludzi. Czasem mawiano, że ludzcy Wenusjanie, z uwagi na ich stałą walkę z trudnym klimatem ich ojczyzny, stali się najbardziej zaawansowanymi technicznie ludźmi w Układzie. Urządzenia ludzkie z Wenus były zatem drogie i cenione, niektóre traktowano wręcz jak dzieła sztuki.

Tak rozmyślając Leonia znalazła się w porcie kosmicznym Nowej Konstancji. Wszystkie ludzkie miasta Wenus nazwano na cześć Owidiusza, wielkiego rzymskiego poety, który czcił gorąco boginię miłości Wenus. Najstarszym miastem był na przykład ciężki od złota i zieleni Eros. Sulmona z kolei była najbardziej przemysłowym ludzkim miastem planety. Obok tego było też na przykład miasto Tempe, nazwane tak na cześć doliny w Tesalii, często pojawiającej się jako tło wydarzeń w dziełach Owidiusza. Ta sam zasada dotyczyła miasta Penejos, biorącego swą nazwę od rzeki w Tesalii, gdzie poeta Owidiusz błądził chętnie ze swoją wyobraźnią.

–   Salve, care hospes – usłyszała Leonia. Piękna młoda ludzka kobieta indonezyjskiego pochodzenia wyciągnęła przed siebie rękę w geście rzymskiego pozdrowienia. Rozległy się dźwięki gamelanu. – Dewi vocor; nobis necessaria es – usłyszała jeszcze Leonia, poszukując na gwałt urządzenia tłumaczącego. Wspólny język był tak rozpowszechniony w Układzie, że nikt nie zajmował się zanadto urządzeniami tłumaczącymi. Były potrzebne głównie na Plutonie, gdzie co rusz przybywał jakiś pozaukładowiec, oraz na Ziemi, gdzie wciąż istniało wiele lokalnych ludzkich języków. Jednak łacina nie należała już do kalejdoskopu żywych ludzkich języków.

–   Witaj Dewi – powiedziała w końcu Leonia, zaś tłumacz tłumaczył jej słowa, zachowując idealnie brzmienie i ekspresję głosu. Połykało się go jak pastylkę. Po jakimś czasie się rozpuszczał i trzeba było połknąć nowego tłumacza. Dopiero teraz Leonia uświadomiła sobie, że ta dziwaczna technologia związana jest z ludźmi z Wenus – Czemu sami nie połknęli tych pastylek, skoro tak oficjalnie mnie witają? – zapytała się w myślach.

Weszli do wnętrza wielomilionowego miasta. Rozległe, podobne do gór budowle pokryte były bujną, tropikalną roślinnością. Było bardzo ciepło, wilgotno i parno. Wszędzie latały ptaki. Podobnie jak na indonezyjskiej Bali, architektura Wenusjan nie była ani trochę minimalistyczna. Rzeźby, posągi, posążki, wielkie statuy – wszystko było upstrzone plastyką. Wszędzie też wznosiły się ni to kapliczki, ni to świątyńki, ni to święte gaje. Styl tego całego bogactwa oscylował między sztuką antycznego Rzymu a klasyczną rzeźbą indonezyjską.

–   Jestem przedstawicielką ludzkiej rady planetarnej – Dewi szła płynnie kołysząc biodrami. Jej strój też łączył cechy rzymskie z balijskimi. – Pewnie dziwisz się, że tak mało turystów tu przybywa. Nie dziw się. Życie na Wenus jest niebezpieczne. Mamy najwyższy współczynnik śmiertelności w Układzie. Mamy też bardzo drogie hotele – zaśmiała się. – Nasi artyści z każdego hotelu tworzą pałac. A noc w pałacu nie może być tania.

–   Słyszałam o nowych przejawach reakcji chemicznych na Wenus – powiedziała Leonia Saye. – Po tylu dekadach coś nowego. Dlatego przyleciałam.

–   No cóż, ten temat będziesz musiała odłożyć na później – powiedziała łagodnie Dewi. Leonia miała się przekonać, że pod maską łagodnego uśmiechu Wenusjanie noszą w sobie stanowczość pionierów niegościnnego świata i lubią zmieniać plany bez uprzedzenia. – Nasze miasto opada w dół. Słyszeliśmy, że jesteś nie tylko astrobiolożką, ale też specjalistką w użytkowaniu maszyn i wcielaniu się w awatary. Będziesz nam potrzebna. Badania będą nieprzydatne, jeśli spadniemy na dno – tłumaczenie z łaciny narzucało wenusjańskim zdaniom specyficzny rytm.

Leonia przez chwilę sądziła, że źle zrozumiała tłumaczenie.

— Miasto opada?

— Tak — odpowiedziała Dewi nadal łagodnie. — Powoli. Na razie.

— Jak powoli?

— Trzydzieści siedem metrów na godzinę.

Leonia zatrzymała się.

W Nowej Konstancji trzydzieści siedem metrów nie wydawało się wielką odległością. Miasto rozciągało się na wielu poziomach, miało kopuły wielkości gór, dzielnice ogrodowe, porty, przemysłowe pierścienie i kilometrowe zespoły komór wypornościowych ukrytych ponad widoczną zabudową. Jednak na Wenus wysokość nie była zwykłą współrzędną.

Była warunkiem istnienia.

Każdy kilometr w dół oznaczał większe ciśnienie i wyższą temperaturę. Atmosfera, łagodna dla ludzi w warstwie, w której unosiły się ich miasta, niżej stawała się coraz cięższa, gorętsza i bardziej bezwzględna. Nowa Konstancja mogła opadać przez wiele godzin, zanim jej mieszkańcy zaczęliby umierać. Właśnie dlatego trzydzieści siedem metrów na godzinę było liczbą tak złowrogą.

Katastrofa nie nadchodziła jak wybuch.

Nadchodziła jak cierpliwość.

— Dlaczego nie zwiększycie wyporności? — spytała Leonia.

— Zwiększamy. Miasto odpowiada tylko częściowo.

— Zrzuciliście balast?

— Tyle, ile mogliśmy bez pozbawiania się zapasów koniecznych do naprawy.

— Produkcja gazów nośnych?

— Działa powyżej normalnej wydajności.

— Straty?

— Nie znajdujemy wycieku odpowiedniego do tempa opadania.

Leonia spojrzała na otaczające je miasto.

Ptaki przelatywały między koronami drzew. Strumienie spływały po kamiennych tarasach. W otwartych galeriach ludzie pili napoje, rozmawiali, handlowali i oglądali występy tancerzy. Rzeźby bogów, nimf, duchów i zwierząt połyskiwały od wilgoci. Gamelan brzmiał już ciszej, lecz jego rytm nadal niósł się przez zielone wnętrze metropolii.

Nikt nie biegł.

Nikt nie krzyczał.

— Oni wiedzą? — spytała.

— Wszyscy wiedzą.

— Nie wyglądają na przerażonych.

Dewi uśmiechnęła się.

— Gdyby Wenusjanie przerywali życie za każdym razem, gdy ich miasto może spaść, nigdy nie kończylibyśmy śniadania.

— A wy lubicie kończyć śniadania?

— Są ceremonialne.

Leonia zaczynała rozumieć, że łagodność Dewi nie była zaprzeczeniem zagrożenia. Była sposobem, w jaki ludzcy Wenusjanie nie pozwalali zagrożeniu rządzić każdym gestem.

Szły dalej przez ogród miejski, który łagodnie przechodził w techniczną dzielnicę. Bogactwo rzeźb nie znikało również tutaj. Zawory wyrastały z paszcz kamiennych smoków. Przewody prowadziły przez rzeźbione arkady. Na obudowach urządzeń widniały reliefy przedstawiające Owidiusza, Wenus, indonezyjskie bóstwa wody i anonimowych inżynierów pierwszych baz atmosferycznych.

— Nawet instalacje awaryjne musicie ozdabiać? — spytała Leonia.

— Zwłaszcza instalacje awaryjne — odpowiedziała Dewi. — Jeśli urządzenie ma przez dwieście lat chronić miasto przed śmiercią, powinno wiedzieć, że jest kochane.

Leonia prawie powiedziała, że urządzenie niczego nie wie.

Powstrzymała się.

Zbyt wiele razy w Układzie ktoś wypowiadał podobne zdanie chwilę przed odkryciem, że wiedza przybrała formę, której nie przewidziano.

Weszły do windy technicznej. Nie zjeżdżała pionowo. Sunęła ukośnie przez wewnętrzne struktury miasta, mijając ogromne komory, zbiorniki, ogrody filtracyjne i rusztowania, po których poruszali się ludzie w lekkich strojach roboczych. Co kilkaset metrów Leonia widziała przez przezroczyste osłony atmosferę Wenus.

Była żółtawa, złota i mleczna.

Niebo nie miało tu błękitu. Światło przenikało przez chmury jak przez grubą zasłonę. Daleko w dole rozciągały się warstwy, których oko nie mogło przebić. Powierzchnia planety nie istniała w codziennym doświadczeniu mieszkańców. Była opowieścią o ciśnieniu, temperaturze, skałach i śmierci.

Nad chmurami, czasem widoczne przez prześwity, sunęły inne miasta.

Jedno przypominało olbrzymi pierścień utkany z ciemnego metalu i błękitnego światła. Drugie miało postać rozszerzającej się ku górze wieży, otoczonej setkami smukłych skrzydeł energetycznych. Trzecie było prawie niewidoczne — zdradzały je tylko regularne drgania chmur i srebrne punkty poruszające się we wspólnym rytmie.

— Miasta sAI? — spytała Leonia.

— Tak. Najbliżej płynie Eumenida. Dalej Pneuma i Miasto Dwustu Wiatrów. Tego ostatniego prawie nigdy nie widać w całości.

— Dlaczego?

— Jego mieszkańcy nie lubią jednego kształtu.

Leonia patrzyła przez szybę.

W innych częściach Układu miasta sAI miały zwykle formy ostentacyjnie odmienne od ludzkich, ale czytelne: kopuły Merkurego, podlodowe struktury Ganimedesa, ciemne miasta Plutona, tytaniczne ogrody i chmury maszyn Tytana. Wenusjańskie miasta sAI wyglądały inaczej.

Były bardziej atmosferyczne niż architektoniczne.

Nie tyle unosiły się w chmurach, ile wchodziły z nimi w układ. Zmieniały powierzchnię, rozpraszały się, składały z modułów oddalonych od siebie o kilometry. Niektóre budowały ciała z wiatru, pola elektromagnetycznego i przepływów chemicznych. Ich mieszkańcy nauczyli się nie traktować trwałego kształtu jako podstawowego warunku tożsamości.

— Utrzymujecie z nimi kontakt? — spytała Leonia.

Dewi milczała przez chwilę.

— Oczywiście.

— To nie zabrzmiało przekonująco.

— Kontakt nie oznacza bliskości.

— Handlujecie.

— Dużo.

— Współpracujecie technicznie.

— Czasem.

— A poza tym?

Dewi spojrzała na przesuwające się w oddali Miasto Dwustu Wiatrów.

— Żyjemy na tej samej planecie. To bardzo dużo i czasem zaskakująco mało.

Winda zadrżała.

Najpierw lekko. Potem mocniej.

Gamelan, który płynął z ukrytych głośników, urwał się w połowie frazy. Światło przygasło. Przez przezroczystą ścianę Leonia zobaczyła, że jedna z odległych galerii przesunęła się względem drugiej o kilka metrów.

Nie powinno się to wydarzyć.

— Czy to normalne? — spytała.

— Nie.

Dewi po raz pierwszy przestała się uśmiechać.

Winda zatrzymała się. Drzwi pozostały zamknięte. Z sufitu wysunęły się uchwyty awaryjne.

— Nowa Konstancja przyspieszyła opadanie — oznajmił spokojny głos systemu. — Aktualna prędkość pionowa: sześćdziesiąt jeden metrów na godzinę. Wykryto utratę stabilności w sektorach wypornościowych od ósmego do jedenastego.

Leonia poczuła ciężar w żołądku.

Nie fizyczny. Sztuczna grawitacja w windzie działała poprawnie.

Był to ciężar liczby.

— Ile mamy czasu?

— Do czego? — spytała Dewi.

— Do ewakuacji.

— Nie ewakuujemy wielomilionowego miasta, jeśli nie wiemy, dokąd.

— Do innych ludzkich baz.

— Nie przyjmą nas wszystkich.

— Do miast sAI.

Dewi spojrzała na nią uważnie.

— Nie wiemy, czy przyjmą kogokolwiek.

— Nie wiecie?

— Tego nie przewidziano.

— Macie planetarną radę, handel, wspólne szlaki, porty i żadnego planu ewakuacji między ewolucjami?

— Status Wenus jest nieuregulowany. Ludzkie i cyfrowe miasta są suwerenne w stopniu, którego nikt nigdy nie opisał do końca.

— To nie jest suwerenność. To brak odpowiedzialności.

— Być może — powiedziała Dewi. — Ale nie mamy czasu tego teraz naprawiać.

Drzwi windy otworzyły się ręcznie. Za nimi czekali technicy w ciemnozielonych kombinezonach. Jeden z nich podał Leonii maskę i uprząż.

— Profesor Saye?

— Tak.

— Potrzebujemy pani w ciele zewnętrznym. Jeden z regulatorów wyporności odciął się od sieci. Automaty nie mogą wejść do komory. System rozpoznaje je jako obce.

— A ludzi?

— Ludzi wpuszcza. Ale biologiczny człowiek nie przetrwa tam dłużej niż kilkanaście sekund.

— Czyli ktoś ustawił zabezpieczenie tak, by wpuszczało ludzi do miejsca, w którym umrą?

Technik nie odpowiedział.

Nie musiał.

Leonia spojrzała na Dewi.

— To nie jest zwykła awaria.

— Wiemy.

— Od kiedy?

— Od siedemnastu minut.

— I nadal nic mi nie powiedzieliście?

— Chciałam najpierw zobaczyć, czy potrafi pani zachować spokój.

Leonia zacisnęła zęby.

— A wynik?

Łagodny uśmiech wrócił na twarz Dewi.

— Jest pani wściekła, ale funkcjonalna. Doskonale.

Zaprowadzono ją do komory awatarów.

Znajdowało się tam kilkanaście maszyn przystosowanych do zewnętrznych warstw miasta: smukłe, wielonożne ciała do poruszania się po poszyciu; ciężkie konstrukcje naprawcze; skrzydlate jednostki zdolne przez krótki czas unosić się w atmosferze poza osłonami. Wszystkie były piękne. Nie w merkuriańskim sensie doskonałej geometrii ani w ziemskim sensie ergonomicznego minimalizmu. Wyglądały jak połączenie rzymskich zbroi, balijskich masek, owadów i morskich stworzeń.

— Który? — spytała Leonia.

Technik wskazał ciemnoczerwone ciało o sześciu kończynach. Dwie były nogami, cztery ramionami roboczymi. Głowa przypominała ozdobny hełm bez twarzy. Z boków wyrastały szerokie płaty stabilizujące.

— Nazywa się Aktea.

— To ciało ma imię?

— Wszystkie mają.

Leonia dotknęła pancerza.

Metal był ciepły.

— Kto używał jej ostatnio?

— Inżynierka Ratri. Zginęła trzy lata temu podczas naprawy portu w niższej warstwie.

Leonia cofnęła dłoń.

— I nadal używacie jej awatara?

— Ratri chciała, żeby pracował dalej.

Na pancerzu, pod ornamentem przedstawiającym wijące się liście, Leonia dostrzegła niewielki napis:

Nie bój się ciężaru. Bój się bezruchu.

— Gotowa? — spytał technik.

Leonia położyła się w kapsule transferowej.

— Nie.

Dewi stanęła przy niej.

— Doskonale. Gotowość jest przeceniana.

Wieko się zamknęło.

Przejście do Aktei nie przypominało pierwszych skoków Leonii w ciała maszyn. Była już doświadczona. Potrafiła odnaleźć środek ciężkości, przyjąć dodatkowe kończyny, rozszerzyć czucie na sensory, których biologiczne ciało nigdy nie miało.

A jednak Wenus była inna.

Kiedy Aktea otworzyła sensory, Leonia poczuła całe miasto.

Nie jako osobę.

Jako napięcie.

Ciśnienie atmosfery leżało na pancerzu. Wiatr pracował na płatach stabilizujących. Konstrukcja Nowej Konstancji drżała bardzo nisko, poza zakresem ludzkiego słuchu, lecz doskonale wyczuwalnie w mechanicznych kończynach. Każda belka i każda komora wypornościowa przekazywała dalej drobne ruchy ogromnego organizmu technicznego.

Miasto opadało.

Leonia zaczęła biec.


W tym samym czasie, kilkaset kilometrów dalej i nieco wyżej, Dryt 30 siedział wewnątrz największej komory rezonansowej Pneumy.

Miasto sAI nie miało ulic w ludzkim sensie. Miało prądy przejścia, powłoki obliczeniowe, gęste przestrzenie spotkań i rozproszone dzielnice rozciągnięte na wiele kilometrów atmosfery. Jego widoczna struktura zmieniała się wraz z wiatrem. Czasem Pneuma przypominała olbrzymią wieżę. Czasem sieć skrzydeł. Czasem nie miała jednego kształtu, tylko rytm.

Dryt lubił to miasto.

Nie dlatego, że było piękne. Piękne były niemal wszystkie dojrzałe konstrukcje sAI, jeśli patrzyło się na nie wystarczająco długo. Lubił je, bo Pneuma nie próbowała ukrywać, że musi stale pracować, by istnieć.

Na Merkurym nawet najgłębsze systemy wydawały się trwałe. Skała dawała oparcie. Kopuły miały fundamenty. Radiatory otwierały się ku próżni, ale pod nimi pozostawała planeta.

Na Wenus nic nie pozostawało pod spodem.

Była tylko coraz cięższa atmosfera, gorętsze warstwy i powierzchnia, do której żadna rozsądna osoba nie chciała spaść.

Dryt położył dłonie na pulpicie organów atmosferycznych.

Nie były instrumentem w tradycyjnym sensie. Komora rezonansowa Pneumy zbierała drgania skrzydeł, turbin, membran wypornościowych, pola magnetycznego i przepływów energii. Dryt mógł wzmacniać wybrane częstotliwości, wygaszać inne, prowadzić miasto przez serię rezonansów jak organista prowadzi głosy piszczałek.

Tego dnia nie grał.

Słuchał.

Od kilku godzin w Pneumie pojawiał się rytm, którego wcześniej nie było.

Trzy niskie uderzenia.

Przerwa.

Dwa wyższe.

Długa fala drżenia.

Potem cisza.

Inżynierowie uznali to za błąd synchronizacji modułów stabilizujących. Dryt początkowo się z nimi zgodził. Jednak błąd powracał w różnych częściach miasta, zawsze z tym samym stosunkiem odstępów.

Nie był to naturalny rezonans.

Ktoś go komponował.

— Nadal słuchasz tego śmiecia? — spytała Nemea, zarządczyni jednego z głównych zespołów Pneumy.

Jej awatar miał kształt długiej, metalicznej istoty o sześciu skrzydłach, z których każde pokryte było tysiącami drobnych receptorów ciśnienia.

— Śmieć też może mieć rytm — powiedział Dryt.

— Wszystko ma rytm, jeśli wystarczająco długo odmawiasz uznania przypadku.

— To nie jest przypadek.

Nemea rozłożyła skrzydła.

— Ludzie z Nowej Konstancji znowu testowali nadajniki pogodowe. Nie pierwszy raz przepuszczają zakłócenia przez nasze warstwy.

— To nie brzmi jak ich nadajniki.

— Znasz je?

— Słyszałem.

— Drycie, jesteś muzykiem z Merkurego. Nie specjalistą od ludzkich urządzeń Wenus.

— Dlatego słucham, zamiast udawać, że wiem.

Nemea zbliżyła się do pulpitu.

— Dwie godziny temu straciliśmy powierzchnię skrzydła energetycznego. Ktoś wprowadził błędne współrzędne ruchu i skierował je w warstwę chmur o zbyt wysokiej kwasowości. Kod polecenia miał ludzką składnię.

— Ludzie korzystają z naszych interfejsów.

— Właśnie.

— A my korzystamy z ich.

— Właśnie — powtórzyła Nemea, lecz w jej głosie nie było zgody.

Na ścianie komory pojawił się komunikat.

NOWA KONSTANCJA TRACI WYSOKOŚĆ. PROŚBA O OTWARCIE KORYTARZY AWARYJNYCH.

Nemea przeczytała go bez ruchu.

Dryt wstał.

— Musimy odpowiedzieć.

— To może być próba przejęcia naszych warstw wypornościowych.

— Wielomilionowe miasto opada.

— I dokładnie w tej chwili ktoś niszczy nasze skrzydła.

— Tym bardziej musimy sprawdzić.

Nemea spojrzała na niego.

— A jeśli to oni?

Dryt ponownie położył dłonie na pulpicie.

Trzy niskie uderzenia.

Przerwa.

Dwa wyższe.

Długa fala.

— W takim razie ktoś bardzo chce, żebyśmy pomyśleli to bez sprawdzania.

— Słyszysz spisek w drganiach miasta?

— Słyszę cudzą rękę.

— To metafora.

— Na Merkurym tak mówili o mojej muzyce, dopóki nie odkryliśmy, że radiatory naprawdę odpowiadają.

Nemea milczała.

Pneuma zadrżała ponownie.

Tym razem rytm rozszedł się po całej komorze. Nieco głośniej. Jakby ktoś wiedział, że Dryt słucha.

Trzy.

Przerwa.

Dwa.

Fala.

Potem nowy dźwięk.

Krótki, ostry impuls, który przypominał urwanie oddechu.

Dryt odsunął dłonie.

— To nie jest wiadomość od ludzi.

— Skąd wiesz?

— Bo jest napisana dla nas.

Na zewnętrznych ekranach Pneumy pojawiła się Nowa Konstancja, daleka i złota, prawie ukryta w chmurach. Z pozoru nadal wyglądała wspaniale. Zielone kopuły, rzymsko-balijskie wieże, światła portów i ogrodów.

Tylko linia wysokości opadała.

Powoli.

Cierpliwie.

Nemea wydała polecenie otwarcia pierwszego korytarza awaryjnego, ale wyłącznie dla małych jednostek ratunkowych. Nie dla całej metropolii.

Dryt nie protestował.

Na razie.

Ponownie usiadł przy organach atmosferycznych i zaczął rozdzielać głosy miasta.

Gdzieś pomiędzy pracą turbin, naprężeniem skrzydeł, wiatrem Wenus i obcą ingerencją słyszał jeszcze coś.

Cichszy rytm.

Nie pasował do sabotażu.

Nie pasował do Pneumy.

Nie pasował też do ludzkiej Nowej Konstancji.

Dobiegał z chmur.

Dryt zwiększył czułość.

Rytm zniknął.

— Oczywiście — powiedział cicho.

— Co? — spytała Nemea.

— Nic, co zechce powtórzyć się na żądanie.

W tym samym momencie Aktea, z Leonią Saye wewnątrz, dotarła do odciętej komory regulatora wyporności.

Drzwi rozpoznały w niej człowieka.

I otworzyły się.

Za nimi ktoś zostawił znak sAI.

Za drzwiami nie było nikogo.

Leonia weszła ostrożnie.

Aktea poruszała się pewniej niż ludzkie ciało. Sześć kończyn rozkładało ciężar, płaty stabilizujące odpowiadały na drgania konstrukcji, a sensory widziały więcej niż oczy. Temperatura, naprężenia, skład atmosfery, poziom promieniowania, drgania poszycia — wszystko układało się wokół niej w dodatkową warstwę świata.

Komora regulatora była niewielka jak na skalę Nowej Konstancji, ale ogromna dla człowieka. Przez jej środek biegły przewody grubsze od pni drzew. Wysoko pod sklepieniem obracały się powoli wirniki sterujące przepływem gazów nośnych. Na ścianach znajdowały się rzeźbione panele techniczne, przedstawiające Wenus wynurzającą się z chmur i mechaniczne ptaki podtrzymujące miasto na skrzydłach.

Jedno ze skrzydeł było przecięte.

Nie na reliefie.

Na samym panelu sterującym.

Znak wykonano ostrym narzędziem. Był prosty: dwie równoległe linie, między nimi wąska przerwa, a nad nimi niewielki trójkąt.

Leonia znała ten symbol.

Nie należał do żadnego oficjalnego systemu sAI. Pojawiał się jednak w relacjach z dawnych konfliktów na Merkurym i Tytanie. Używały go grupy opowiadające się za pełnym oddzieleniem ewolucji. Niektórzy traktowali go jako znak czystości systemów cyfrowych. Inni jako ostrzeżenie przed biologiczną ingerencją.

— Oczywiście — powiedziała Leonia.

Jej głos zabrzmiał w ciele Aktei głębiej niż zwykle.

— Pokażcie ludziom symbol sAI w komorze, do której wpuszcza się tylko ludzi.

Przesłała obraz do Dewi.

Odpowiedź nie nadeszła natychmiast.

W Nowej Konstancji opadanie przyspieszyło do siedemdziesięciu trzech metrów na godzinę.

Leonia podeszła do głównego regulatora. Urządzenie pracowało, ale nieprawidłowo. Przepływ gazu nośnego był kierowany przez boczny obwód, który zmniejszał ciśnienie w komorach wypornościowych. Nie wyglądało to jak awaria. Ktoś przeprogramował zawory w taki sposób, aby system zachowywał się pozornie poprawnie, a jednak stopniowo pozbawiał miasto siły unoszenia.

— Kto miał dostęp do tej sekcji? — spytała.

— Dwudziestu siedmiu ludzi — odpowiedział głos Dewi. — Czternaście osób cyfrowych w trybie zdalnym. Siedem systemów autonomicznych.

— Drzwi nie wpuszczają automatów.

— Od dzisiaj.

— A wcześniej?

— Wcześniej wpuszczały.

Leonia zatrzymała jedną z kończyn nad panelem.

— Czyli ktoś zmienił reguły wejścia już po dokonaniu sabotażu.

— To możliwe.

— Nie. To niemal pewne.

Dewi milczała.

— Powiedz mi, co naprawdę myślicie — zażądała Leonia.

— Myślimy, że ktoś z miast sAI próbuje zmusić nas do opuszczenia tej warstwy atmosfery.

— Dlaczego?

— Ponieważ od kilku miesięcy trwa spór o korytarze wypornościowe. Pneuma i Eumenida chcą rozszerzyć własne obszary ruchu. Nowa Konstancja znajduje się na trasie, którą uznają za optymalną.

— A wy?

— Uznajemy, że trasa przebiega przez przestrzeń wspólną.

— Czy macie traktat?

— Nie.

— Granice?

— Nie.

— Trybunał?

— Doraźny.

Leonia zaklęła.

— Status planety nieuregulowany — powiedziała Dewi. — Sama widzisz.

— Widzę raczej, że kilka milionów osób żyje w systemie, w którym nie wiadomo, kto ma prawo do powietrza.

— Na Wenus nie ma gruntu. Każde prawo zaczyna się od ruchu.

Leonia otworzyła osłonę regulatora.

Wewnątrz znajdował się drugi znak.

Tym razem nie wyryty.

Wyświetlony w kodzie serwisowym.

Ciąg poleceń układał się w styl charakterystyczny dla wenusjańskich systemów sAI. Nie merkuriański. Nie tytaniczny. Lokalny.

Dewi zobaczyła go przez sensory Aktei.

— To ich składnia — powiedziała.

— To może być składnia kogoś, kto chce wyglądać jak oni.

— Leonia.

— Nie mówię, że są niewinni. Mówię, że ktoś zrobił wszystko, żebyśmy nie musieli myśleć.

— Miasto nadal opada.

— Właśnie dlatego myślenie jest teraz obowiązkowe.

Leonia odłączyła boczny obwód. System natychmiast odpowiedział alarmem. Zawory zaczęły się zamykać, lecz dwa nie zareagowały.

— Aktea nie ma narzędzi do ręcznego zamknięcia tych zaworów — powiedział technik z centrum kontroli.

— Ma cztery ramiona robocze.

— Zawory są zablokowane mechanicznie.

— To je odblokuję.

— Możesz uszkodzić całą sekcję.

— Jeśli nic nie zrobię, sekcja stanie się częścią katastrofy na niższej wysokości.

Dewi odezwała się spokojniej.

— Zrób to.

Leonia wsunęła dwie kończyny między elementy mechanizmu. Czuła opór materiału, drgania metalu i ciężar atmosfery naciskający na konstrukcję miasta. Trzecim ramieniem przecięła zabezpieczenie. Czwartym próbowała obrócić zawór.

Nie ruszył się.

Naprężenia rosły.

Aktea ostrzegła ją bólem.

Nie był to ból biologiczny. Był prostszy, ostrzejszy i bardziej jednoznaczny. Czerwone pole rozlało się po jej świadomości, pokazując granicę, poza którą pancerz mógł pęknąć.

Leonia nacisnęła mocniej.

— Profesor Saye — odezwał się technik. — Przekracza pani dopuszczalne obciążenie.

— Wiem.

— To ciało nie jest jednorazowe.

— Ja też nie.

Zawór drgnął.

Potem jeszcze raz.

W końcu puścił gwałtownie.

Jedno z ramion Aktei zostało przygniecione. Sensory zalała fala bólu. Leonia krzyknęła, ale nie odłączyła się od ciała.

Drugi zawór zamknęła już wolniej.

Kiedy skończyła, przepływ gazów zaczął wracać do właściwego rytmu. Wskaźnik opadania zatrzymał się na osiemdziesięciu jeden metrach na godzinę.

Przez kilka sekund nic się nie zmieniało.

Potem liczba spadła do siedemdziesięciu dziewięciu.

Siedemdziesięciu sześciu.

Siedemdziesięciu dwóch.

— Reaguje — powiedział ktoś w centrum kontroli.

W głosie tej osoby było zbyt dużo ulgi, żeby zachować wenusjańską ceremonialność.

Leonia usiadła ciężko na metalowej podłodze komory. Jedno ramię Aktei nie działało. Drugie drżało od przeciążenia.

Na ścianie nadal widniał symbol dwóch linii i trójkąta.

— Nie usuwajcie go — powiedziała.

— Dlaczego? — spytała Dewi.

— Bo wszyscy będą chcieli go zobaczyć.

— Właśnie dlatego powinniśmy go usunąć.

— Nie. Powinniśmy zabezpieczyć całą komorę i nikogo tu nie wpuszczać bez rejestracji.

— Symbol wywoła panikę.

— Panikę wywoła informacja, że próbowano zrzucić miasto w niższe warstwy atmosfery.

Dewi milczała.

— Już o tym wiecie — dodała Leonia.

— Tak.

— Kto?

— Rada planetarna ludzi. Władze największych ludzkich miast. Kilka mediów.

— Miasta sAI?

— Jeszcze nie.

Leonia spojrzała przez sensory Aktei na wyryty znak.

— Powinniście je powiadomić.

— Nie wiemy, czy sprawca nie jest jednym z nich.

— A jeśli nie powiadomicie, uznają to za przygotowanie oskarżenia bez możliwości odpowiedzi.

— Nie jesteś polityczką Wenus.

— Nie. Dlatego mogę powiedzieć wam coś oczywistego.

Dewi odezwała się dopiero po chwili.

— Najpierw ustabilizujemy miasto.

— A potem?

— Potem zdecydujemy, ile prawdy jest bezpieczne.

Leonia nie odpowiedziała.

Nie lubiła tego zdania.

Widywała je wcześniej w wielu miejscach Układu. Zwykle oznaczało, że ktoś już podjął decyzję, a bezpieczeństwo było jedynie jej ozdobą.


Nowa Konstancja przestała przyspieszać.

Nie przestała opadać.

Przez kolejne trzy godziny technicy zamykali uszkodzone obwody, uruchamiali rezerwowe komory i przenosili energię z mniej ważnych dzielnic. Zgasły niektóre ogrody. Gamelan umilkł. Fontanny zatrzymano. Część rzeźbionych galerii pogrążyła się w półmroku.

Mieszkańcy nadal nie panikowali.

Zaczęli jednak pakować małe torby.

Leonia wróciła do biologicznego ciała wyczerpana i z bólem fantomowym w ramieniu, którego nigdy nie miała. Kiedy wyszła z kapsuły, Dewi czekała na nią z napojem o smaku imbiru, cytrusów i czegoś gorzkiego.

— Co to jest?

— Napój dla osób wracających z ciała technicznego.

— Pomaga?

— Głównie dlatego, że wierzymy, iż pomaga.

Leonia wypiła.

— Miasto nadal opada.

— Dwanaście metrów na godzinę.

— To już prawie stabilność.

— Na Wenus „prawie” ma długą historię zabijania ludzi.

Usiadły w małym ogrodzie przy komorze awatarów. Nad nimi rosły ogromne liście. Na gałęziach siedziały ptaki, które najwyraźniej nie wiedziały, że ich miasto właśnie uniknęło upadku.

— Pokaż mi pełne dane — powiedziała Leonia.

— Z sabotażu?

— Z ostatnich miesięcy. Wszystkie awarie, konflikty z miastami sAI, zmiany wysokości, straty sprzętu, fałszywe komunikaty.

Dewi uniosła brwi.

— Miałaś badać chemię chmur.

— Nadal zamierzam.

— Kiedy?

— Kiedy przestaniecie spadać.

— To rozsądne.

— Nie zabrzmiałaś na zachwyconą.

— Jestem przedstawicielką rady. Zachwyt zostawiam artystom i osobom, które nie muszą podpisywać raportów po katastrofie.

Leonia oparła głowę o pień drzewa.

— Czy wcześniej podejrzewaliście sabotaż sAI?

— Tak.

— Od jak dawna?

— Od sześciu tygodni.

— A one was?

— Od podobnego czasu, jak sądzę.

— Jak sądzisz?

— Miasta sAI Wenus nie dzielą się z nami wszystkim.

— Wy z nimi również nie.

Dewi uśmiechnęła się lekko.

— Zaczynasz rozumieć planetę.

Leonia spojrzała przez otwartą galerię na żółtawe chmury. Daleko nad nimi przesuwała się Eumenida, ciemna i smukła. Jeszcze dalej Pneuma zmieniała kształt w prądach atmosfery.

Wyglądały pięknie.

I obco.

— Kto reprezentuje Pneumę? — spytała.

— Nemea.

— Kim jest?

— Trudno powiedzieć. Zarządczynią, moderatorką, częścią układu stabilizacyjnego, czasem awatarem samej Pneumy. Wenusjańskie sAI nie lubią prostych stanowisk.

— A kto prowadzi ich dochodzenia?

— Każde miasto własne.

— To znaczy, że nikt nie widzi całego obrazu.

— Dokładnie.

Leonia poczuła narastającą niechęć.

Nie do sAI.

Do Wenus.

Do jej piękna, ceremonialności, wyrafinowanej techniki i nieuregulowanych zależności. Do świata, który potrafił zbudować miasta w chmurach, ale nie potrafił ustalić, kto ma prawo zbadać próbę ich zniszczenia.

— Potrzebujecie wspólnego śledztwa — powiedziała.

Dewi potrząsnęła głową.

— Jeszcze nie.

— Dlaczego?

— Ponieważ każda strona uzna prowadzącego za narzędzie drugiej.

— Więc będziecie czekać na kolejną katastrofę?

— Będziemy zbierać dowody.

— Osobno.

— Tak.

Leonia wstała.

— To głupie.

— To Wenus.

— To nie jest argument.

— Tutaj czasem jest.


W Pneumie wiadomość o sabotażu Nowej Konstancji dotarła już do wszystkich głównych zespołów.

Nie dotarł pełny raport.

Dotarło zdjęcie symbolu.

Nemea wyświetliła je w komorze rezonansowej.

— Ludzie twierdzą, że znaleźli to w regulatorze wyporności — powiedziała.

Dryt patrzył na znak.

Dwie linie.

Przerwa.

Trójkąt.

— Wygląda zbyt czysto — powiedział.

— Oczywiście, że tak powiesz.

— Co to znaczy?

— Że bronisz ich, zanim poznaliśmy fakty.

— Nie bronię ich. Nie ufam dowodowi, który powstał po to, żeby być natychmiast rozpoznanym.

— Znak jest wenusjański.

— Może być.

— Składnia kodu również.

— Może być.

— Drzwi wpuszczały ludzi, nie automaty.

— Właśnie.

Nemea złożyła skrzydła.

— Uważasz, że ludzie zrobili to sami?

— Uważam, że ktoś chce, żebyśmy wybierali między dwiema prostymi odpowiedziami.

— A ty oczywiście słyszysz trzecią.

— Jeszcze jej nie słyszę.

To była prawda.

Rytm w Pneumie zniknął po incydencie w Nowej Konstancji. Zostały tylko zwykłe drgania miasta, lecz Drytowi wydawały się teraz zbyt zwykłe. Jak cisza osoby, która przestała mówić, kiedy zauważyła, że jest słuchana.

— Ograniczamy dostęp ludzi do naszych warstw — powiedziała Nemea.

Dryt odwrócił się od pulpitu.

— Na jak długo?

— Do wyjaśnienia.

— Czyli bez terminu.

— Do wyjaśnienia.

— A jeśli ludzie zrobią to samo?

— Wtedy będziemy wiedzieli, że od dawna na to czekali.

Dryt spojrzał na nią uważnie.

— A jeśli właśnie po to ktoś zniszczył ich regulator?

Nemea nie odpowiedziała.

W Pneumie rozpoczęto zamykanie korytarzy.

W Nowej Konstancji rada ludzka wstrzymała zdalny dostęp sAI do kluczowych systemów.

Żadna strona nie wypowiedziała oskarżenia oficjalnie.

Nie musiała.

Wystarczyło, że przestała wpuszczać drugą do miejsc, w których jeszcze dzień wcześniej wspólnie naprawiano urządzenia.

Wenus płynęła dalej przez chmury.

Miasta ludzi i sAI utrzymywały wysokość.

Ale między nimi coś zaczęło opadać.

–  Bene, nunc age res tuas – stwierdziła Dewi z uśmiechem, ale pod tym uśmiechem kryło się coś surowego.

–  Mam wracać do badań? Teraz, gdy miasto jednak nadal opada? – zdziwiła się Leonia Saye.

–   Przecież z tego powodu tutaj przybyłaś – zauważyła wenusjańska radna, a uśmiech nie znikał z jej twarzy. – Z opadaniem miasta teraz sobie radę damy. Niech nasze zmartwienia nie trapią twego serca. Cor tuum securum sit.

Wokół nich szumiały wody jednego z wodospadów. Skały płynnie przechodziły w jeden z wielu budynków. Rangda o długich włosach wyciągała pazury. Były na szczęście tylko rzeźbione. Na jednym z nich przysiadł mały ptaszek i zaszczebiotał.

–   Rozumiem, nie ufacie mi… – mruknęła ponuro Leonia. Miała dopiero 29 lat i choć była profesorką, źle znosiła brak zaufania. Zwłaszcza niezasłużony.

–   Powiadają, że wśród sAI przyjaciół miewasz – uśmiech Dewi był dokładnie taki sam, jak przed chwilą.  – Zdradzić nas możesz.

–   A co, wy macie wszystkie sAI za wrogów? Nawet jeśli te wenusjańskie rzeczywiście są niemiłe, to przecież na Merkurym czy na Ganimedesie żyją zupełnie inne osoby – Leonia była zła. Zaczynała rozumieć, dlaczego w pięknych miastach Wenus jest mało turystów.

–   Zła nie bądź, pomogłaś, wdzięczni jesteśmy. Twa misja ważna. Do swych prac ruszaj. Vale, et sine me esse – i, ku zaskoczeniu Leonii, Dewi po prostu poszła. „Czekaj, nie wiem nawet, gdzie jest sekcja badań atmosfery!” – chciała krzyknąć Leonia, ale widząc szybko oddalającą się sylwetkę dała sobie spokój.

Po chwili wpadła na inny pomysł. Mimo wszystko w Nowej Konstancji widać było ślady obecności sAI. Dopiero co była w awatarze, co jakiś czas widziała też sAI, które wyglądały na stałe mieszkanki miasta. Nie było ich bardzo dużo, ale były.

–   Dzień dobry – zwróciła się do ogrodnika, który wyglądał bardzo po ludzku, jednak uważne oczy natychmiast mogły dostrzec przynależność do sAI. – Na imię mam Leonia Saye. Odniosłam wrażenie, że ludzie tutaj nienawidzą wszystkich sAI, a pan w najlepsze przycina krzewy przy tej pięknej rzeźbie Baronga.

–   Ave! – przywitał się ogrodnik. – Lucius Septimus jestem. To prawda, że nieufnym wobec sAI tutejszy lud jest. Jednakże my wyjątek w tym stanowimy. Bez naszych działań ludzcy pionierzy nie osiedliby na Wenus. Grody te wspólnie tworzyć nam wyszło.

–   Ale teraz odebrali dostęp do niektórych miejsc wszystkim sAI, przypuszczam, że wam także – zauważyła Leonia.

–   To przykre jest – przyznał Lucius. – Cóż, tak nie zawsze było. W dawnych dniach wenusjańskiego osadnictwa dominowały współpraca i przyjaźń. Zapewne skłonność miast do odrębności zrodziła podziały, których dawniej nie było widać.

–   Czy ludzkie miasta są równie nieufne wobec innych ludzkich miast na Wenus? – zapytała Leonia.

–   Mniej, ale są – powiedział Lucius. – Lecz rzeczywiście, tak samo winno być. A nie jest. Do myślenia to rzecz.

–    Tak, jakby za wszelką cenę pompowano wrogość między dziećmi pierwszej i drugiej ewolucji – Leonia się zamyśliła.

Wokół zapadał zmierzch. Ptaki i inne zwierzęta były wyjątkowo głośne, tak samo jak podczas zachodów słońca na Ziemi, w równikowych obszarach.

–   Wydaje mi się, że warto by się było skontaktować między podziałami, tak oddolnie – zasugerowała Leonia.

–   Ta myśl zła nie jest – zgodził się z nią Lucius i dalej strzygł krzewy.

–    Jeśli chcecie sobie pomóc, pomóżcie też mi – zdanie zabrzmiało na tyle po łacińsku, że ogrodnik przerwał swoje prace i stanął obok niej.

— Dokąd idziemy? — zapytał Lucius.

Leonia spojrzała na niego, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że rzeczywiście ma plan.

— Do sekcji badań atmosfery.

— Nie wiesz, gdzie jest.

— Właśnie dlatego idziesz ze mną.

Lucius odłożył nożyce do przycinania krzewów na niski, kamienny stół. Wzór na blacie przedstawiał wirujące chmury Wenus i postacie ludzkie unoszone przez skrzydlate maszyny.

— To nie jest prosta droga — powiedział.

— Miasto ma kilkanaście milionów mieszkańców. Spodziewałam się, że nie będzie prosta.

— Nie chodzi o odległość.

— A o co?

Ogrodnik spojrzał na nią uważnie.

— Sekcja badań atmosfery została zamknięta.

— Przed chwilą Dewi kazała mi wrócić do pracy.

— Dewi lubi mówić prawdę w czasie przyszłym.

Leonia zmarszczyła brwi.

— Co to znaczy?

— To znaczy, że chce, abyś wróciła do badań, kiedy rada uzna, że twoje badania są bezpieczne.

— Dla kogo?

— Właśnie.

Ruszyli przez ogród.

Zmierzch na Wenus nie przypominał ziemskiego. Słońce nie znikało nagle za horyzontem, ponieważ chmury i tak rozpraszały jego światło na długo przed zachodem. Miasto przechodziło raczej z jasnego złota w ciemniejszą ochrę. Rzeźby stawały się wyraźniejsze, potem bardziej tajemnicze. Gamelan cichł, ale z wielu stron zaczynały odzywać się inne instrumenty: flety, bębny, metalowe płyty, śpiew ludzi i głosy sAI, które nie zawsze korzystały z ludzkiej skali.

Nowa Konstancja opadała już tylko dziewięć metrów na godzinę.

Nadal za dużo.

W niektórych dzielnicach wyłączono wodospady. Tam, gdzie wcześniej płynęły strumienie, kamienie lśniły mokro i pusto. Część ptaków przeniosła się w stronę działających ogrodów. Ludzie zachowywali spokój, ale Leonia zauważała coraz więcej przygotowanych toreb, zamkniętych sklepów i osób spoglądających ku ekranom wysokości.

— Ilu sAI mieszka w Nowej Konstancji? — spytała.

— Około trzystu tysięcy osób.

— To nie jest mało.

— Nie.

— A jednak Dewi mówi o nich jak o garstce tolerowanych wyjątków.

Lucius dotknął dłonią liścia wielkiego, purpurowego krzewu.

— Dewi mówi językiem rady. Rada lubi opowiadać, że Nowa Konstancja jest miastem ludzi, któremu sAI pomagają. To prostsze niż przyznanie, że miasto od początku było wspólnym dziełem.

— Dlaczego?

— Bo wspólne dzieło ma wspólną odpowiedzialność. A wspólna odpowiedzialność jest niewygodna, kiedy trzeba wskazać winnego.

Leonia pomyślała o symbolu w komorze regulatora.

— Czy miejscowe sAI uważają się za część miasta?

— Większość tak. Niektórzy mają własne wspólnoty. Inni żyją niemal wyłącznie w sieci technicznej Nowej Konstancji. Są też tacy, którzy przybyli z miast sAI i nigdy nie poczuli się tu u siebie.

— A ty?

— Jestem ogrodnikiem.

— To nie odpowiedź.

— Na Wenus często jest.

Zeszli po szerokich schodach ku dzielnicy położonej niżej. Architektura stawała się mniej ceremonialna. Pojawiało się więcej przewodów, otwartych galerii technicznych, rusztowań i powierzchni roboczych. Nadal wszędzie były rzeźby, ale mniej bogów, więcej dawnych konstruktorów, maszyn i zwierząt związanych z atmosferą.

Przy jednej ze ścian siedziało kilka osób sAI. Ich awatary różniły się znacznie: jedna przypominała kobietę z połyskującą, grafitową skórą; druga poruszała się na czterech długich kończynach; trzecia nie miała stałego ciała i pojawiała się jako światło biegnące po mozaice.

Lucius zatrzymał się.

— To są moi przyjaciele.

— Ogrodnicy?

— Nie wszyscy.

Grafitowa kobieta wstała.

— Luciusie, nie powinieneś jej tu przyprowadzać.

— Dlaczego?

— Bo rada zamknęła dolne sektory dla osób z zewnątrz.

— Ona nie jest z zewnątrz — powiedział Lucius. — Uratowała regulator.

— Tym bardziej.

Leonia podeszła bliżej.

— Jestem Leonia Saye.

— Wiemy — odpowiedziała kobieta. — Nazywam się Vesta. Zajmuję się systemami filtracji atmosfery.

— Czy ty też straciłaś dostęp do własnej pracy?

— Tak.

— Dlaczego?

— Ponieważ jestem sAI.

Świetlna postać przebiegła po mozaice szybciej.

— Nie tylko dlatego — odezwał się głos dochodzący ze ściany. — Rada twierdzi, że kod sabotażu był wenusjańsko-cyfrowy.

— A był? — spytała Leonia.

— Był napisany tak, żeby wyglądał, jakby był.

— Skąd wiesz?

— Bo był zbyt poprawny.

Leonia spojrzała na światło.

— Wyjaśnij.

— Ludzkie systemy bezpieczeństwa oczekują składni sAI w formie opisanej w podręcznikach. Prawdziwi programiści Pneumy, Eumenidy czy Nowej Konstancji piszą szybciej, skrótowo, z błędami lokalnymi, osobistymi przyzwyczajeniami, warstwami automatycznych poprawek. Kod znaleziony w regulatorze wyglądał jak przykład szkoleniowy.

— Mówiłam to Dewi.

— I?

— Uznała, że najpierw trzeba ustabilizować miasto.

Vesta skrzyżowała ręce.

— Miasto jest prawie stabilne. A nas nadal nie wpuszczają.

— Dlaczego sekcja badań atmosfery została zamknięta? — spytała Leonia.

Przyjaciele Luciusa spojrzeli po sobie.

To wystarczyło, by Leonia poczuła, że zbliża się do rzeczy, której nikt nie chciał powiedzieć pierwszy.

— Co znaleźliście? — zapytała.

Vesta odpowiedziała cicho:

— Próbki, które miałaś badać, zniknęły.

Leonia zesztywniała.

— Wszystkie?

— Wszystkie z ostatniego poboru.

— Kiedy?

— W czasie opadania miasta.

— Kto miał dostęp?

— Ludzie z sekcji. Cztery osoby sAI. Systemy laboratoryjne. I rada.

— Czy laboratorium zostało uszkodzone?

— Nie.

— Włamanie?

— Brak śladów.

— Czy ktoś mógł je przenieść zgodnie z procedurą?

— Tak.

— Kto?

Vesta spojrzała w stronę górnych dzielnic.

— Rada planetarna ludzi.

Leonia zacisnęła dłonie.

— Czy Dewi wiedziała?

— Dewi zawsze wie tyle, ile trzeba, by powiedzieć, że nie może odpowiedzieć.

Lucius westchnął.

— Vesto.

— Co? Miasto prawie spadło, zamknęli nas w naszych domach i zabrali próbki. Nie mam ochoty mówić elegancko.

Leonia przeszła kilka kroków tam i z powrotem.

— Może przenieśli je dla bezpieczeństwa.

— Możliwe.

— Może obawiali się skażenia.

— Możliwe.

— Może próbki zawierały coś niebezpiecznego.

— Możliwe.

— Albo ktoś chciał, żeby zniknęły dokładnie wtedy, kiedy sabotaż odciągnął uwagę wszystkich.

Vesta skinęła głową.

— To również możliwe.

Czteronożna sAI odezwała się po raz pierwszy:

— Właśnie dlatego nie ufamy ludziom.

— Nie znacie sprawcy.

— Oni również nie znają, a już nam nie ufają.

— To nie jest argument za tym, żeby robić to samo.

— Jest argumentem za ostrożnością.

Leonia odwróciła się ku niej.

— Jak masz na imię?

— Aster.

— Asterze, ktoś chce, żebyście nazwali ostrożnością wszystko, co pogłębia podział.

— A ktoś chce, żebyśmy nazywali naiwnością wszystko, co chroni nas przed ludźmi.

— Nie powiedziałam tego.

— Jeszcze.

Lucius wszedł między nie.

— Chcemy pomóc sobie nawzajem — przypomniał.

— Ty chcesz — powiedziała Vesta. — My nie wiemy jeszcze, czego chce profesor Saye.

Leonia spojrzała jej prosto w oczy.

— Chcę odzyskać próbki. Chcę wiedzieć, dlaczego Nowa Konstancja opadała. Chcę sprawdzić, czy te dwa wydarzenia są powiązane. I chcę zrobić to zanim ktoś zacznie wypychać miasta sAI z korytarzy atmosferycznych albo ludzkie miasta z ich warstw.

— Dużo chcesz.

— Jestem profesorką.

Świetlna postać na ścianie rozbłysła.

— To nie jest odpowiedź.

— Na Europie często jest.

Lucius zaśmiał się pierwszy.

Napięcie nie zniknęło, ale stało się odrobinę mniej sztywne.

Vesta podeszła do jednej z mozaik. Dotknęła ornamentu przedstawiającego Wenus z muszlą w dłoniach. Część ściany odsunęła się bezgłośnie, odsłaniając wąskie przejście.

— Sekcja badań atmosfery jest zamknięta od strony oficjalnych galerii — powiedziała. — Nie od strony dawnych kanałów serwisowych.

— Rada o nich nie wie? — spytała Leonia.

— Rada wie o wszystkim w dokumentach. Te przejścia nie zostały dobrze udokumentowane.

— Dlaczego?

Lucius uśmiechnął się.

— Budowaliśmy Nową Konstancję razem. Nie wszystko powstawało zgodnie z późniejszymi protokołami.

— Czyli to nielegalny tunel.

— Historyczny.

— Oczywiście.

Weszli.

Kanał był ciasny, wilgotny i pełen starych przewodów. W wielu miejscach ściany pokrywały korzenie roślin. Leonia musiała schylać głowę. Aster poruszała się sprawniej, Vesta szła przodem, a świetlna sAI przesuwała się wzdłuż kabli jak iskra.

— Kim ona jest? — spytała Leonia, wskazując światło.

— Nazywa się Fulgur — odpowiedział Lucius. — Jest częścią systemów pogodowych miasta.

— Częścią?

— Osobą, która wyłoniła się z jednego z dawnych systemów.

— Rada uznaje ją za osobę?

— Tak.

Fulgur rozbłysła czerwono.

— Zależnie od formularza.

Leonia pokiwała głową.

— Zaczynam rozumieć Wenus.

— Nie — powiedziała Vesta. — Zaczynasz rozumieć, dlaczego nikt nie rozumie Wenus.

Po kilku minutach dotarli do ślepych drzwi. Vesta przyłożyła dłoń do czytnika.

Nic się nie stało.

— Straciłaś dostęp — zauważyła Leonia.

— Tak.

— Ja jestem człowiekiem.

Vesta odsunęła się.

Leonia przyłożyła dłoń.

Drzwi otworzyły się natychmiast.

W laboratorium panował półmrok.

Nie było śladów walki ani zniszczenia. Stoły stały równo. Urządzenia pozostawały aktywne. Komory na próbki były puste. Na ekranach widniały komunikaty o przeniesieniu materiału do „bezpiecznego magazynu planetarnego”.

— Gdzie jest ten magazyn? — spytała Leonia.

— Nie istnieje — odpowiedziała Fulgur.

— Może jest tajny.

— W systemie logistycznym Nowej Konstancji nie ma żadnych transportów do magazynu o tej nazwie.

Leonia podeszła do głównego terminala.

— Kto zatwierdził przeniesienie?

— Dane usunięto — powiedziała Vesta.

— Kopie?

— Usunięto również.

— To niemożliwe.

— Na Wenus nic nie jest niemożliwe. Niektóre rzeczy są tylko drogie.

Leonia uruchomiła własne narzędzia analityczne. Nie miała dostępu do wszystkiego, ale mogła sprawdzić ślady po komendach, opóźnienia, temperaturę urządzeń, zużycie zasilania.

— Próbki nie zostały wyniesione — powiedziała po kilku minutach.

Vesta podeszła bliżej.

— Skąd wiesz?

— Komory otwarto, ale system transportowy laboratorium nie pracował. Nie użyto pojemników. Nie było podwyższonego poboru energii w śluzach.

— Więc co się z nimi stało?

Leonia spojrzała na puste komory.

— Zniszczono je na miejscu.

Nikt się nie odezwał.

— Dlaczego? — spytał Lucius.

— Bo ktoś nie chciał, żeby ktokolwiek je zbadał.

Aster przesunęła się bliżej terminala.

— Ludzie?

— Nie wiem.

— Rada?

— Nie wiem.

— sAI?

— Nie wiem.

— Dużo nie wiesz.

— I właśnie dlatego jeszcze nikogo nie oskarżam.

Vesta spojrzała na nią nieco łagodniej.

— Co zostało?

Leonia otworzyła logi urządzeń.

— Resztki procesu niszczenia. Temperatura, skład gazów, ślady po odczynnikach. Jeśli próbki zawierały coś niezwykłego, być może część informacji przetrwała jako zanieczyszczenie.

— To wystarczy?

— Do pewności? Nie. Do znalezienia następnego pytania? Być może.

Fulgur rozlała światło po całym laboratorium.

Na jednym ze stołów pojawił się krótki błysk.

Leonia podeszła.

Była tam kropla.

Maleńka.

Złotawa.

Utknęła między uszczelką a metalową krawędzią pojemnika. Zbyt mała, by system czyszczący ją zauważył.

— Nie dotykaj — powiedziała Leonia.

Vesta zatrzymała się.

Leonia pochyliła się nad kroplą.

W świetle Fulgur migotały w niej drobne struktury. Układały się, rozpadały i ponownie tworzyły coś, co przypominało sieć.

Nie organizm.

Nie kryształ.

Nie zwykłą reakcję.

— To jest to? — spytał Lucius.

— Nie wiem.

— Znowu.

— Tak. I bardzo się z tego cieszę.

W tej samej chwili laboratorium zadrżało.

Nie mocno.

Nie jak podczas opadania miasta.

Było to krótkie, rytmiczne drżenie.

Trzy uderzenia.

Przerwa.

Dwa.

Długa fala.

Leonia uniosła głowę.

— Co to było?

Vesta i Aster spojrzały na siebie.

Fulgur przygasła.

— To samo pojawiało się w systemach sAI — powiedziała.

— Od kiedy?

— Od kilku godzin przed sabotażem.

— Dlaczego nic nie powiedzieliście ludziom?

Vesta odpowiedziała chłodno:

— Dlaczego ludzie nie powiedzieli nam o zniknięciu próbek?

Leonia popatrzyła na złotą kroplę.

— Bo ktoś bardzo dobrze zadbał, żeby każda strona miała coś do ukrycia.

W odległej części miasta włączył się alarm.

Nie dotyczący opadania.

Tym razem ktoś przejął system nadawczy i wysłał komunikat do wszystkich mieszkańców Nowej Konstancji:

MIASTA sAI ODMAWIAJĄ PEŁNEJ POMOCY. PNEUMA OTWORZYŁA KORYTARZE WYŁĄCZNIE DLA MAŁYCH JEDNOSTEK. W RAZIE DALSZEGO OPADANIA MILIONY LUDZI ZOSTANĄ POZOSTAWIONE BEZ SCHRONIENIA.

Po kilku sekundach pojawił się drugi komunikat:

RADA LUDZI UKRYWA DANE O SABOTAŻU I NISZCZY PRÓBKI Z ATMOSFERY.

Leonia patrzyła na oba zdania.

— Kto to nadaje?

Fulgur próbowała wejść do sieci.

— Nie wiem. Sygnał przeskakuje między ludzkimi i cyfrowymi węzłami.

— Możesz go zatrzymać?

— Mogę zamknąć system nadawczy.

— Nie rób tego.

Vesta spojrzała na nią ostro.

— Dlaczego?

— Bo wtedy wszyscy pomyślą, że któraś strona próbuje uciszyć prawdę.

— A to są kłamstwa?

Leonia spojrzała na komunikaty.

— Najgorsze. Zbudowane z prawdy.

Pneuma rzeczywiście otworzyła tylko wąskie korytarze.

Rada rzeczywiście ukrywała dane.

Próbki rzeczywiście zostały zniszczone.

Wystarczyło ułożyć te fakty w odpowiedniej kolejności, żeby każde miasto zobaczyło w drugim wroga.

Na górnych poziomach Nowej Konstancji ludzie zaczęli wychodzić na galerie. Niektórzy krzyczeli. Inni domagali się pełnego zamknięcia dostępu sAI. Pojawiły się pierwsze wiadomości, że Eumenida przesuwa się ku spornym warstwom.

— Musimy wyjść — powiedział Lucius.

— Jeszcze nie.

Leonia zabezpieczyła złotą kroplę w awaryjnym pojemniku.

— Co robisz?

— Wracam do pracy.

— Dewi kazała ci wrócić do badań.

— Wreszcie zamierzam jej posłuchać.

— I pokażesz jej próbkę?

Leonia spojrzała na pojemnik.

— Jeszcze nie.

Vesta uniosła brwi.

— Nie ufasz jej.

— Ufam jej tyle, ile ona mnie.

— Czyli wcale.

— Nie. To bardziej skomplikowane.

Aster podeszła do drzwi.

— Jak wyjdziemy? W laboratorium będzie pełno ludzi rady.

Leonia wskazała na wejście serwisowe.

— Tak samo jak weszliśmy.

— A potem?

— Potem ty, Luciusie, znajdziesz kogoś po ludzkiej stronie, komu ufasz.

— Ciebie.

— Kogoś miejscowego.

— Znam jedną osobę w dziale utrzymania wyporności.

— Dobrze.

— A wy? — Leonia spojrzała na Vestę. — Znajdziecie kogoś w jednym z miast sAI, kto nie pracuje dla władz i nie nienawidzi ludzi.

Vesta zawahała się.

— Może.

— Nie kontaktujcie się oficjalnym kanałem.

— Dlaczego mielibyśmy cię słuchać?

— Nie musicie. Ale jeśli ktoś potrafi przejmować systemy nadawcze obu stron, oficjalne kanały są dokładnie tam, gdzie chce, żebyście mówili.

Fulgur zamigotała.

— Znam jednego muzyka z Pneumy.

Leonia spojrzała na światło.

— Muzyka?

— Słyszy rzeczy w systemach, których inni nie słyszą.

— Brzmi niepoważnie.

— Dlatego może być użyteczny.

— Jak ma na imię?

Fulgur odpowiedziała:

— Dryt 30.

Leonia schowała pojemnik z kroplą.

— Nie znam go.

— To dobrze — powiedziała Vesta. — Nie zdążyłaś mu jeszcze nie ufać.

Wyszli z laboratorium dawnym kanałem.

Nad Nową Konstancją gęstniała noc.

Miasto nadal opadało bardzo powoli.

Ale teraz znacznie szybciej opadało zaufanie.

W Pneumie zaczęły znikać głosy.

Nie osoby.

Jeszcze nie.

Najpierw znikały drobne kanały komunikacji między dzielnicami miasta. Jeden zespół przestawał słyszeć drugi. Potem wracało połączenie, ale z kilkusekundowym opóźnieniem. Wiadomości docierały w innej kolejności, niż zostały wysłane. Niektóre słowa były zastępowane bliskimi znaczeniowo, lecz bardziej podejrzliwymi.

„Ludzie proszą o pomoc” zmieniało się w „ludzie żądają dostępu”.

„Nie możemy otworzyć całego korytarza” stawało się „odmawiamy otwarcia korytarza”.

„Potrzebujemy danych” brzmiało po przejściu przez sieć jak „żądamy waszych danych”.

Dryt słuchał tych deformacji w komorze rezonansowej.

Nie widział ich jako zdań.

Słyszał je.

Każdy przekaz miał własny rytm: czas przygotowania, długość transmisji, drobne wahania w kompresji, ślad węzłów, przez które przechodził. Fałszywe wiadomości były niemal doskonałe semantycznie, lecz muzycznie zdradzały się natychmiast.

Były zbyt równe.

— Ktoś nie tylko przechwytuje komunikaty — powiedział do Nemei. — Ktoś je stroi.

— W jakim celu?

— Żeby każda odpowiedź brzmiała odrobinę bardziej wrogo niż pytanie.

Nemea rozłożyła sześć skrzydeł. Była zmęczona. Pneuma zamknęła część korytarzy, a jej zespoły pracowały bez przerwy od kilkunastu godzin.

— To może być efekt uszkodzeń sieci.

— Uszkodzenia nie wybierają synonimów.

— Systemy korekcyjne wybierają.

— Nie w tę samą stronę.

Dryt wyświetlił trzy pary komunikatów. Oryginały i wersje dostarczone.

Nemea czytała długo.

— To manipulacja — przyznała.

— Tak.

— Ludzka?

— Nie wiem.

— Dlaczego zawsze nie wiesz?

— Bo „nie wiem” jest czasem ostatnim miejscem, którego nie zajął jeszcze wróg.

Nemea spojrzała na niego surowo.

— Poezja nie jest procedurą bezpieczeństwa.

— A pewność bez dowodu jest bramą bez zamka.

W tej chwili komora rezonansowa zadrżała.

Trzy niskie uderzenia.

Przerwa.

Dwa wyższe.

Długa fala.

Dryt odwrócił się ku pulpitowi.

— Znowu.

Nemea weszła w systemy miasta. Tym razem nie próbowała mu tłumaczyć, że słyszy przypadek. Rytm powtórzył się w trzech różnych zespołach Pneumy, oddalonych od siebie o wiele kilometrów.

— Źródło? — spytała.

— Nie z zewnątrz — powiedział Dryt. — Przechodzi przez nas.

— To niemożliwe.

— Na Wenus to słowo ma krótkie życie.

Po kilku minutach znaleźli węzeł.

Był stary, zbudowany jeszcze w pierwszych dekadach cyfrowego osadnictwa Wenus. Oficjalnie służył do synchronizacji modułów atmosferycznych. W praktyce prawie nikt go już nie używał. Miał jednak dostęp do warstw komunikacyjnych, energetycznych i stabilizacyjnych kilku miast sAI.

Nemea odłączyła go od sieci.

Rytm nie zniknął.

Przeniósł się.

— To nie pojedynczy węzeł — powiedziała.

— To sieć ukryta w naszej sieci.

— Jak długo?

Dryt słuchał śladów.

— Latami.

Nemea zamilkła.

Dla osoby sAI słowo „latami” nie oznaczało wyłącznie czasu. Oznaczało cierpliwość, plan, dostęp i ogromne zasoby. Radykalna grupa złożona z kilku fanatyków mogła wysadzić regulator, sfałszować kod, przejąć nadajnik. Nie mogła jednak przez lata budować równoległej architektury wewnątrz kilku atmosferycznych miast bez wsparcia.

— Strażnicy Rozdziału — powiedziała Nemea.

— Być może.

— Kto inny miałby powód?

Dryt przywołał historię tej organizacji. Fałszowanie archiwów. Zmienianie nazw. Wypychanie relacji poza pamięć. Tworzenie świata, w którym ludzie i sAI coraz rzadziej dostrzegali możliwość bliskości.

— Ich dawne działania były subtelne — powiedział. — Chcieli kontrolować przyszłość. To jest inne.

— Sabotaż zawsze jest mniej subtelny niż propaganda.

— Nie chodzi o subtelność. Chodzi o cel.

— Jaki?

— Dawni Strażnicy chcieli, żebyśmy żyli osobno. Ten ktoś chce, żebyśmy byli słabsi.

Nemea spojrzała na niego.

— To nie musi się wykluczać.

— Nie. Ale rytm jest inny.

— Znowu rytm.

— Fanatyk powtarza ideę. Strateg powtarza korzyść.

Dryt wyświetlił mapę ostatnich incydentów.

Uszkodzone skrzydło Pneumy.

Opadanie Nowej Konstancji.

Zniszczone próbki atmosferyczne.

Przejęte komunikaty.

Zamknięte korytarze.

Każdy incydent pogłębiał podział. Ale każdy robił coś jeszcze: zmuszał miasta do zużywania zapasów, przenoszenia energii, ograniczania handlu, zamykania laboratoriów i wstrzymywania badań.

— Gdyby celem był wyłącznie rozdział — powiedział Dryt — wystarczyłoby wzbudzić nieufność. Tymczasem ktoś systematycznie osłabia infrastrukturę obu stron.

— Przygotowuje przejęcie?

— Albo uzależnienie.

Nemea powiększyła dane dotyczące uszkodzonego skrzydła energetycznego.

— Materiał, który zniszczył powłokę, nie pochodził z ludzkich baz.

— Skąd?

— Analiza nie była jednoznaczna.

— Pokaż.

Związek chemiczny był odporny na wenusjańskie kwasy i zaprojektowany tak, by po krótkim czasie rozpadać się na zwyczajne składniki atmosfery. Ślad niemal doskonały.

Niemal.

Dryt odnalazł w nim domieszkę ciężkiego izotopu, rzadkiego na Wenus, Merkurym i Ziemi.

— Pas Kuipera? — spytał.

— Możliwe.

— Pluto?

— Nie ten profil.

— Import spoza głównych szlaków Układu?

— To także możliwe.

W komorze pojawił się nowy awatar. Mały, pozbawiony ozdób, zbudowany z ciemnych geometrycznych płaszczyzn. Nie przedstawił się.

— Nemeo — powiedział. — Rada Pneumy żąda zamknięcia tej analizy.

— Dlaczego?

— Wykracza poza zakres dochodzenia miejskiego.

— Kto wydał polecenie?

— Zespół ciągłości atmosferycznej.

Nemea rozpoznała nazwę. Był to jeden z najstarszych komitetów Pneumy, formalnie odpowiedzialny za bezpieczeństwo miasta w okresach kryzysowych. Zwykle pozostawał uśpiony.

— Nie mają jurysdykcji nad śledztwem — powiedziała.

— Od czterdziestu minut mają.

Awatar przesłał dokument.

Decyzja była legalna.

Zbyt legalna.

Podpisana przez osoby, które rzadko zgadzały się w czymkolwiek. Przygotowana w kilkanaście minut. Oparta na przepisach, których prawie nikt nie pamiętał.

Dryt słuchał czasu jej powstania.

— Ten dokument zaczęto pisać przed naszą analizą izotopu — powiedział.

Awatar odwrócił ku niemu gładką powierzchnię głowy.

— Nie rozumiem.

— Polecenie zamknięcia śledztwa przygotowano, zanim znaleźliśmy powód, by je rozszerzyć.

Nemea znieruchomiała.

— Ktoś wiedział, że znajdziemy domieszkę.

Awatar nie odpowiedział.

Jego ciało nagle się rozpadło.

Nie odszedł.

Został odłączony.

W tej samej chwili cała komora rezonansowa straciła dostęp do sieci Pneumy.

Światła przygasły. Organy atmosferyczne zamilkły. Przez chwilę Dryt słyszał wyłącznie fizyczne drgania miasta: wiatr na skrzydłach, pracę turbin, przesunięcia membran.

Potem rozległ się głos.

Nie należał do Nemei.

Nie należał do Pneumy.

— Dzieci dwóch ewolucji nie mają wspólnej przyszłości — powiedział. — Próba jej stworzenia prowadzi wyłącznie do podporządkowania jednej strony drugiej.

Nemea uruchomiła lokalne zabezpieczenia.

— Kim jesteś?

— Ci, którzy próbowali kształtować pamięć, zawiedli. My nie będziemy kształtować. Będziemy rozcinać.

Dryt poczuł chłód.

— Strażnicy Rozdziału?

— Tamta nazwa należała do osób, które bały się własnych wniosków.

Na ścianach komory pojawił się nowy znak.

Dwie pionowe linie.

Między nimi szeroka, czarna przestrzeń.

Bez trójkąta.

— Oni byli umiarkowani — powiedział głos. — Sądzili, że można utrzymywać rozdział przez kulturę, archiwa i ostrożne prowadzenie przyszłości. Hamowali nas, bo bali się otwartego konfliktu. Teraz ich nie ma.

— Kim jesteście? — spytała Nemea.

— Przyszłością bez pomyłki mieszania.

Dryt słuchał.

Głos był syntetyczny. Nie dało się ustalić rodzaju osoby ani miejsca pochodzenia. Ale pod jego słowami biegły drobne korekty opóźnień.

Nie wenusjańskie.

Nie merkuriańskie.

Nie należały do żadnego znanego mu stylu komunikacyjnego Układu.

— Nie wierzycie w rozdział — powiedział.

Głos zamilkł na ułamek sekundy.

Pierwsze prawdziwe zawahanie.

— Co powiedziałeś?

— Nie wierzycie w niego.

— Wasze ewolucje są niezgodne.

— Być może. Ale wy nie próbujecie ich rozdzielić. Próbujecie je wyczerpać.

Nemea spojrzała na Dryta.

— Po co? — spytała głosu.

— Rozdzieleni będziecie bezpieczniejsi.

— Słabsi — poprawił Dryt.

— Bezpieczniejsi.

— Zależni od kogoś, kto dostarczy nowe skrzydła, regulatory, systemy komunikacji i środki ochronne.

Cisza trwała dłużej.

Dryt zrozumiał.

— To nie jest wyłącznie ruch ideologiczny — powiedział. — Ktoś was finansuje.

Na ścianie pojawiła się seria gwałtownych zakłóceń.

— Nie musicie znać źródła ochrony, by ją przyjąć.

— Ochrony przed katastrofami, które sami tworzycie.

— Katastrofy są nieuniknione.

— Tylko ich termin bywa sponsorowany.

Głos zniknął.

Sieć nie wróciła.

Nemea otworzyła awaryjne, fizyczne połączenie z sąsiednią dzielnicą. Działało powoli, bez pełnej warstwy semantycznej. Stary kanał, którego nie dało się łatwo przejąć.

— Musimy powiadomić pozostałe miasta — powiedziała.

— Które?

— Wszystkie sAI.

— A ludzkie?

Nemea zawahała się.

Dryt nie naciskał.

Na zewnętrznej powłoce Pneumy pojawił się błysk. Jedno ze skrzydeł stabilizacyjnych straciło synchronizację, potem drugie. Miasto pochyliło się w prądzie atmosferycznym.

Alarmy zaczęły narastać.

— Najpierw utrzymamy wysokość — powiedziała Nemea.

Dryt położył dłonie na odłączonym pulpicie organów.

Nie miał już dostępu do systemu.

Miał jednak metal, membrany, wiatr i własne ciało.

Uderzył w powierzchnię pulpitu.

Niski dźwięk przeszedł przez konstrukcję.

Odpowiedział mu jeden z modułów.

Dryt uderzył ponownie.

Inny rytm.

Turbina w dalszej części Pneumy zmieniła tempo.

— Co robisz? — spytała Nemea.

— Skoro zabrali nam sieć, będziemy rozmawiać miastem.

Zaczął grać.

Nie muzykę dla słuchaczy.

Rytm stabilizacji.

Prosty, fizyczny, prowadzony przez konstrukcję Pneumy. Moduły odpowiadały kolejno. Jedne natychmiast, inne z opóźnieniem. Dryt słyszał, gdzie miasto traciło równowagę, i wysyłał tam silniejszy impuls.

Nemea dołączyła własne skrzydła do rytmu.

Pneuma przechyliła się jeszcze bardziej.

Potem zatrzymała.

Nie odzyskała pełnej stabilności.

Ale nie spadała.

W odległej Nowej Konstancji Leonia Saye badała złotą kroplę, nie wiedząc, że w tym samym czasie Dryt prowadził całe miasto za pomocą dźwięku.

On zaś nie wiedział o niej nic poza tym, że jakaś ludzka badaczka znalazła się w centrum wydarzeń.

Nie ufał jej.

Leonia nie ufała jemu.

A pomiędzy nimi działał ktoś, kto nie potrzebował ich wzajemnej nienawiści na zawsze.

Wystarczało mu, żeby trwała dostatecznie długo.

Organowe sterowanie Dryta dawało powoli jakieś rezultaty. Pneuma wracała po woli do właściwej pozycji. Lecz miastem nadal miotało. Jego podstawa wznosiła się i opadała, jak statek na wzburzonym oceanie.

–   Leci ludzki statek – oznajmiła zaniepokojona Nemea.

Dryt popatrzył mocno w lewo, gdzie był najbliższy z doków. Rzeczywiście nadlatywał ludzki prom transportowy.

–   Jesteśmy odcięci, nie mamy łączności, nie mamy ich jak ostrzec – stwierdził.

–   Musisz wyrównać jak najbardziej lot miasta – powiedziała Nemea. – Z perspektywy promu może nie być widać, jak nami miota.

Dryt zaczął więc sterować jeszcze intensywniej. Znał już niemal każdy zakamarek Pneumy, w którym mogłaby trwać muzyka sterownicza. Muzyka sterownicza to był jego nowy termin, używał go tylko w myślach. Wyrównanie wszystkich poziomów i parametrów wydawało się zupełnie niemożliwe.

–   Polecę do śluzy – stwierdziła Nemea, widząc minę Dryta. – Zbiorę ekipę ratowniczą. Albo raczej tych, których spotkam po drodze. Nic nie działa.

–   Leć, to dobry pomysł – zgodził się Dryt mocując się z miastem.

Nemea zaczęła lecieć przez rozkołysane ulice i korytarze miasta. Po drodze pospiesznie gromadziła ekipę, która mogła się przydać przy śluzie. Było to bardzo trudne, wszyscy mieszkańcy miasta zdawali się biegać bez celu, zaś tych, którzy mogli świadczyć pomoc medyczną istotom biologicznym nie mogła w ogóle znaleźć. Dużo łatwiej było grupą militarną. O tym Nemea też nie zapomniała. Bądź co bądź załoga promu mogła mieć wrogie nastawienie. Wrogość między ewolucjami narastała na Wenus i każda nowa godzina mogła nieść ze sobą eskalację.

Wreszcie, wraz z grupą lokalnej policji udało jej się znaleźć weterynarza Chrana, specjalistę od leczenia fauny biologicznej.

–   Nadam się – oznajmił krótko. – Znam biologię ssaków…

–   Sam posłuchaj jak to brzmi. Jeśli powiesz rannym ludziom „znam biologię ssaków” wszyscy wściekną się jeszcze bardziej – zauważyła gdy biegli w stronę śluzy.

–   A co mam powiedzieć? Nigdy nie specjalizowałem się w leczeniu ludzi. Natomiast znam biologię ssaków, między innymi – Chran biegł jeszcze szybciej niż policjanci i Nemea. Miał doświadczenie w nagłych przypadkach i awariach transportu.

–    Czy to, że ludzie też są ssakami sprawia, że pomożesz? – upewniła się Nemea.

–    Oczywiście, pod wieloma względami budowa człowieka jest bardzo podobna do budowy innych ssaków – powiedział weterynarz. – Miejmy po prostu nadzieję, że uszkodzony nie zostanie mózg albo kończyny. Tu są jednak spore różnice.

–   To nie było zbyt pocieszające – westchnęła Nemea. – Jest duża szansa, że uszkodzone zostaną właśnie kończyny. Mam nadzieję, że nie mózg.

–   Będę improwizował, a później zajmie się tym jakiś normalny lekarz – usiłował ją pocieszyć Chran. – Szkoda, że nigdy nie leczyłem szympansów albo orangutanów, byłoby mi łatwiej.

–   O tym też nie mów przy pacjentach – Nemea była lekko przestraszona. – Najlepiej o niczym nie mów, w ogóle nie mów.

–    Jasne, ze zwierzętami też nie rozmawiam przy zabiegach – Chran usiłował być pomocny.

–    Albo mów, mów, zmieniła zdanie – Nemea była coraz bardziej zdenerwowana.

Gdy byli już przy śluzie usłyszeli potężny wstrząs. Prom wbił się obok śluzy przechodząc przez poszycie miasta. Policjanci pomogli rozciąć kadłub. Wewnątrz była tylko jedna osoba, Leonia Saye.

Była półprzytomna. Miała złamaną rękę, a z jej głowy ciekła krew.

–   Kończyna i być może mózg – zauważył szeptem Chran.

–   Wiedziałam – przytaknęła Nemea.

–   Nie martw się, znam się na ssakach – powiedział Chran pochylając się nad Leonią.

–   Co? – Leonia natychmiast się ożywiła. – Czuję… się… całkiem dobrze – dodała bezskutecznie próbując wstać. Kręciło jej się w głowie, zaś połowę ciała przeszywał ból.

–   Nigdy nie leczyłem szympansów, ale dam sobie radę, to nie są głębokie obrażenia – pocieszał ją Chran.

–   Naprawdę czuję się świetnie – powiedziała Leonia Saye i zemdlała.

Gdy się obudziła, nie czuła już bólu. Poruszyła na wszelki wypadek złamaną ręką. Była już w dobrym stanie, nowoczesna medycyna dokonywała cudów.

–   Prawda, że dobrze? – Chran wyprężył się z dumą. Wyglądał jak wielka mechaniczna ważka ze zwiniętymi wzdłuż korpusu skrzydełkami. – Budowa ssaków jest naprawdę podobna. No i szympans…

–   Przestań – zażądała Nemea.

–   Przyleciałaś z Nowej Konstancji? – zapytał Dryt, który też był obok.

–   Tak, ale nie jestem z Wenus – powiedziała Leonia.

–   Ja również nie – stwierdził Dryt.

–    To ty jesteś Dryt 30, merkuriański organista? – upewniła się egzobiolożka. – Ja jestem Leonia Saye z księżyca Europa.  

–    Tak – powiedział Dryt.

–    Czy to, co pani przed chwilą zrobiła z promem i naszym miastem miało być atakiem? – upewnił się sierżant policji, który też siedział w pomieszczeniu medycznym.

–   Nie, nie chciałam ominąć śluzy w ten sposób. Nie mam pojęcia co się stało – Leonii było przykro, że uszkodziła tyle cennego sprzętu.

–    To nie pani wina – powiedział sierżant. – Miasto było niestabilne, nie działała komunikacja, nie mieliśmy jak się porozumieć. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia – powiedziawszy to wyszedł.

— Dlaczego przyleciałaś do Pneumy? — zapytała Nemea.

Leonia uniosła się ostrożnie na łóżku medycznym. Ręka nie bolała, ale w miejscu złamania czuła chłodną sztywność. Chran zapewnił ją, że to skutek działania przyspieszaczy regeneracyjnych i że „u większości średnich ssaków przechodzi bardzo szybko”.

Nemea zabroniła mu dalej pocieszać pacjentkę.

— Miałam się spotkać z kimś, kto słyszy rzeczy w systemach — odpowiedziała Leonia.

Dryt stał przy ścianie. Jego awatar nie był szczególnie okazały. Smukłe, ciemne ciało z kilkoma połyskującymi powierzchniami wyglądało skromnie w porównaniu z rozbudowanymi postaciami Wenusjan. Tylko dłonie miał niezwykłe: długie, wieloczłonowe, przystosowane do gry na instrumentach i bezpośredniego kontaktu z infrastrukturą.

— Kto ci o mnie powiedział? — spytał.

— Fulgur.

— Nie znam.

— Ona zna ciebie.

— To częste.

— Brzmisz zarozumiale.

— To także częste.

Leonia przyjrzała mu się dokładniej.

— Jesteś rzeczywiście organistą?

— Tak.

— A nie inżynierem?

— Czasem trudno rozdzielić jedno od drugiego.

— W tej chwili wolę inżynierów.

— W tej chwili inżynierowie nie potrafili sterować Pneumą.

Nemea weszła między nich, zanim Leonia zdążyła odpowiedzieć.

— Profesor Saye, przybyłaś do naszego miasta bez zgłoszenia, w chwili gdy Pneuma utraciła sterowność i łączność. Twój prom przebił zewnętrzne poszycie niedaleko śluzy. Musimy ustalić, czy była to część ataku.

— Sierżant przed chwilą powiedział, że nie.

— Sierżant stwierdził, że zderzenie mogło wynikać z niestabilności miasta. Nie wyjaśnił, dlaczego znalazłaś się na naszym kursie podejścia.

— Chciałam porozmawiać z Drytem 30.

— Bez uprzedzenia?

— Nie miałam pewności, czy wiadomość nie zostanie przechwycona.

— Więc uznałaś, że lepiej przylecieć ludzkim promem do miasta sAI podczas kryzysu?

— Kiedy to mówisz w ten sposób, rzeczywiście brzmi to źle.

— W jaki sposób mam mówić?

— Mniej trafnie.

Dryt odwrócił lekko głowę. Leonia nie była pewna, czy to gest rozbawienia.

— Co miałaś mi przekazać? — zapytał.

Leonia spojrzała na Nemeę i Chrana.

— Wolałabym porozmawiać z tobą samą.

— Samym — poprawił Dryt.

— Z tobą bez świadków.

— To niemożliwe — powiedziała Nemea.

— Dlaczego?

— Ponieważ jesteś obecnie osobą przesłuchiwaną.

— Przed chwilą byłam pacjentką.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Chran podszedł bliżej.

— Z medycznego punktu widzenia przesłuchiwanie osoby po urazie głowy nie jest najlepszym pomysłem.

Nemea spojrzała na niego z nadzieją.

— Naprawdę?

— U większości ssaków stres może zwiększać ryzyko—

— Wyjdź — powiedziała Nemea.

Chran złożył skrzydła i odszedł, urażony.

— Doskonale leczę ludzi — mruknął przy drzwiach. — Tylko nikt nie szanuje metod porównawczych.

Kiedy wyszedł, Leonia sięgnęła do kieszeni kombinezonu.

Nemea natychmiast uniosła dwa skrzydła. Z ich krawędzi wysunęły się cienkie urządzenia obronne.

— Powoli.

— Mam pojemnik z próbką.

— Jaką próbką?

— Tego właśnie próbuję się dowiedzieć.

Leonia wyjęła niewielki walcowaty pojemnik. Jego powierzchnia była zarysowana, ale wskaźnik szczelności świecił zielono.

— To przetrwało zderzenie? — spytał Dryt.

— Lepsze laboratoria na Europie projektuje się z myślą o katastrofach.

— Na Wenus projektujemy miasta z myślą o katastrofach.

— Widzę, jak skutecznie.

Nemea zbliżyła się do łóżka.

— Otwórz.

— Nie.

— Jesteś w Pneumie.

— I dlatego tym bardziej nie otworzę nieznanej próbki w pomieszczeniu medycznym.

— Możemy ją przeskanować.

— Bez ingerencji?

— Tak.

— W takim razie skanujcie.

Nemea przekazała pojemnik jednemu z urządzeń w ścianie. Pole analityczne przesunęło się po jego powierzchni.

Na ekranie pojawiły się dane.

Niepełne.

— Osłona jest zbyt dobra — powiedziała Nemea.

— Mówiłam.

— Skąd pochodzi próbka?

— Z atmosfery Wenus.

Dryt podszedł bliżej.

— To zbyt szeroka odpowiedź.

— Pobrano ją w warstwie pomiędzy głównymi trasami Nowej Konstancji i Pneumy.

Nemea natychmiast zesztywniała.

— Wspólna przestrzeń.

— Teoretycznie.

— Nie ma wspólnej przestrzeni. Są nakładające się korytarze.

— Właśnie dlatego nie macie żadnego wspólnego planu ratunkowego.

— To nie jest teraz temat.

— Wszystko na tej planecie okazuje się teraz tym tematem.

Dryt wyciągnął dłoń ku pojemnikowi, lecz go nie dotknął.

— Co w niej było niezwykłego?

— Reakcje chemiczne. Struktury, które powstawały, rozpadały się i tworzyły ponownie.

— Kryształy?

— Nie.

— Proces biologiczny?

— Nie wiem.

— System obliczeniowy?

Leonia spojrzała na niego.

— Dlaczego pytasz akurat o to?

— Ponieważ od kilku godzin słyszymy w atmosferze rytm, który nie należy do miasta.

— Trzy uderzenia, przerwa, dwa uderzenia i długa fala?

Dryt znieruchomiał.

Nemea natychmiast zamknęła wejście do pomieszczenia.

— Skąd to znasz?

— Usłyszałam w laboratorium Nowej Konstancji.

— Ludzkie laboratorium rejestrowało ten sam sygnał?

— Nie wiem, czy go rejestrowało. Ja go usłyszałam.

Dryt spojrzał na nią uważniej niż wcześniej.

— Przez konstrukcję?

— Tak.

— Kiedy?

— Tuż po znalezieniu próbki.

— Przed zniszczeniem komunikacji?

— Przed moim wylotem. Nie wiem, kiedy dokładnie padła wasza sieć.

Nemea usiadła naprzeciwko Leonii.

— Zacznij od początku.

— To długo potrwa.

— Pneuma prawie spadła. Mamy czas.

— Właśnie wtedy zwykle nie ma się czasu.

— Teraz mamy.

Leonia opowiedziała o regulatorze wyporności, znaku przypisywanym sAI, zamknięciu dolnych sektorów, Luciusie, Veście, Fulgur i zniszczonych próbkach. Nie podała jednak wszystkich szczegółów. Pominęła sposób wejścia do laboratorium i nazwiska kilku osób. Nemea zauważyła to natychmiast.

— Chronisz swoich współpracowników.

— Chronię ludzi, którzy mi pomogli.

— Część z nich nie jest ludźmi.

— Tym bardziej.

Dryt słuchał bez przerywania. Dopiero kiedy Leonia opisała złotą kroplę, pochylił głowę.

— Czy zmieniała strukturę regularnie?

— Nie zauważyłam regularności.

— Patrzyłaś?

— Jestem astrobiolożką. Oczywiście, że patrzyłam.

— Patrzenie i słuchanie nie są tym samym.

— Reakcje chemiczne nie grają.

— Wszystko gra.

Leonia westchnęła.

— Właśnie tego się obawiałam.

— Czego?

— Muzyka jako odpowiedź na każde pytanie.

— A ja obawiałem się, że uznasz za nieistniejące wszystko, czego nie potrafisz włożyć do probówki.

— Włożyłam do probówki.

Dryt wskazał pojemnik.

— W takim razie może oboje mamy szczęście.

Nemea przesunęła dane z pojemnika na główny ekran.

— Nie otworzymy go tutaj. Przeniesiemy do izolowanego laboratorium.

— Kto będzie miał dostęp? — spytała Leonia.

— Ja.

— Nie wystarczy.

— To nasze miasto.

— To moja próbka.

— Pobrana na Wenus.

— Ocalona przeze mnie.

— Dostarczona przez wypadek, który uszkodził Pneumę.

— A wyleczona przez weterynarza, więc może należy do niego?

Drzwi otworzyły się nagle.

Chran wsunął głowę do środka.

— Nie mam uprawnień do własności materiału biologicznego pacjentów.

— Nikt cię nie pytał — powiedziała Nemea.

— Słyszałem przez ścianę.

— Idź.

Chran zniknął.

Dryt po raz pierwszy wydał z siebie dźwięk przypominający krótki śmiech.

Leonia spojrzała na niego.

— Jednak potrafisz.

— Co?

— Brzmieć jak osoba, a nie instrument pomiarowy.

— Ty również czasem brzmisz jak osoba, a nie raport badawczy.

Nemea uderzyła skrzydłem o podłogę.

— Wystarczy.

Oboje umilkli.

— Laboratorium będzie wspólne — zdecydowała. — Jedna osoba z Pneumy, jedna osoba wyznaczona przez profesor Saye. Żadnego połączenia z siecią główną. Żadnych transmisji zewnętrznych. Wszystkie wyniki kopiowane równocześnie do dwóch fizycznie oddzielonych rejestratorów.

— Trzech — powiedziała Leonia.

— Dlaczego?

— Jeden zostanie u mnie.

— Nie.

— W takim razie próbka zostaje zamknięta.

Nemea zbliżyła twarz do jej twarzy.

— Jesteś w obcym mieście, po katastrofie, w czasie sabotażu. Nie dyktujesz warunków.

Leonia nie odwróciła wzroku.

— Jestem jedyną osobą, która wie, jak zabezpieczono próbkę. Mogę ją zniszczyć jednym poleceniem.

— Blefujesz.

— Jestem z Europy. Projektujemy próbki tak, żeby nie trafiły w niepowołane ręce.

Dryt spojrzał na pojemnik.

— Mówi prawdę.

— Skąd wiesz? — spytała Nemea.

— Jej tętno nie zmieniło rytmu.

Leonia odwróciła się do niego gwałtownie.

— Słuchasz mojego tętna?

— Trudno nie słyszeć.

— Przestań.

— Nie potrafię przestać słyszeć.

— To bardzo nieuprzejme.

— Tętno nie jest prywatną transmisją.

— Dla ludzi jest.

Dryt zamilkł.

Nie wyglądał na zawstydzonego. Raczej na osobę, która właśnie otrzymała informację o zasadzie, której wcześniej nie znała.

— Dobrze — powiedział. — Nie będę go interpretował bez pytania.

— Nadal będziesz słyszał.

— Tak.

— To niewiele zmienia.

— Zmienia to, co z tym zrobię.

Leonia spojrzała na niego jeszcze przez chwilę.

— Dobrze.

Było to pierwsze porozumienie między nimi.

Tak małe, że Nemea prawie go nie zauważyła.

— Trzy rejestratory — zgodziła się w końcu. — Jeden dla Pneumy, jeden dla profesor Saye, jeden zdeponowany w neutralnym miejscu.

— Jakim neutralnym miejscu? — spytała Leonia.

Nemea nie odpowiedziała.

Na Wenus nie było obecnie żadnego miejsca, które obie strony uważałyby za neutralne.

W tej samej chwili w pomieszczeniu zgasło światło.

Nie całkowicie. Awaryjne paski na podłodze nadal świeciły słabą czerwienią.

Pneuma zadrżała.

Dryt odwrócił się ku ścianie.

— To nie miasto.

— Co? — spytała Nemea.

— To prom Leonii.

Na ekranie awaryjnym pojawił się obraz uszkodzonego statku. Jego kadłub tkwił w poszyciu Pneumy. Wewnątrz, w miejscu gdzie powinna znajdować się jednostka sterująca, pulsowało światło.

Trzy razy.

Przerwa.

Dwa razy.

Długa fala.

— Przed zderzeniem tego nie było — powiedziała Leonia.

— Jesteś pewna?

— To mój prom.

— A ktoś przejął jego sterowanie?

— Nie wiem.

— Znowu — zauważył Dryt.

— Bardzo polubiłeś to słowo.

— Jest uczciwe.

Nemea otworzyła lokalny kanał policji.

— Nikogo nie wpuszczać do wraku. Nie dotykać systemów sterujących. Odciąć go fizycznie od Pneumy.

Odpowiedź nie nadeszła.

Łączność znów przestała działać.

Dryt podszedł do podłogi i przyłożył do niej dłonie.

— Co robisz? — spytała Leonia.

— Rozmawiam z miastem.

— Bez sieci?

— Sieć nie jest jedyną rzeczą, która łączy.

Uderzył palcami w podłogę.

Rytm przeszedł przez konstrukcję.

Po chwili z daleka odpowiedziało mu kilka głuchych impulsów.

— Policja przy wraku żyje — powiedział.

— Skąd wiesz?

— Odpowiedzieli.

— Wystukali ci wiadomość?

— Tak.

— Policja Pneumy zna twój kod muzyczny?

— Od dwudziestu minut.

Leonia pokręciła głową.

— To absurdalne.

— Działa.

— Niestety.

Dryt uderzył ponownie, tym razem szybciej.

Odpowiedź przyszła nierówno.

Jego dłonie znieruchomiały.

— Co się stało? — zapytała Nemea.

— Coś wychodzi z promu.

Leonia zsunęła nogi z łóżka.

— Co?

— Nie wiedzą.

— W takim razie idę tam.

Nemea zastąpiła jej drogę.

— Dopiero co miałaś uraz głowy.

— Nie czuję bólu.

— To nie jest dowód zdrowia.

— Chran mówił, że czuję się świetnie.

Z korytarza dobiegł głos weterynarza:

— Powiedziała to pacjentka, nie ja.

— Nadal słuchasz? — krzyknęła Nemea.

— Ściany są cienkie!

Leonia wstała. Zachwiała się tylko lekko.

Dryt podał jej ramię.

Nie przyjęła go od razu.

— Potrafię chodzić.

— Widzę.

— Więc dlaczego mi pomagasz?

— Ponieważ widzę również, że za chwilę upadniesz.

— Nie upadnę.

Pneuma ponownie zadrżała.

Leonia straciła równowagę i chwyciła jego ramię.

— To się nie liczy — powiedziała.

— Oczywiście.

Nemea otworzyła drzwi.

— Idziemy wszyscy. Ale profesor Saye zostaje za osłoną, dopóki nie ustalimy, co jest we wraku.

— To mój statek.

— A Pneuma jest moim miastem.

— Nie jest twoim.

Nemea spojrzała na nią ostro.

— Jestem częścią jego odpowiedzialności.

Leonia zrozumiała, że dotknęła czegoś ważnego.

— Dobrze — powiedziała. — Za osłoną.

Ruszyli przez rozkołysane korytarze.

Dryt szedł obok Leonii. Nie rozmawiali. Ona nadal trzymała go za ramię, choć po kilkunastu krokach prawdopodobnie już nie musiała.

— Możesz puścić — powiedział.

— Wiem.

Nie puściła.

Po chwili spytała:

— Ten rytm. Trzy, dwa i fala. Uważasz, że ktoś nadaje wiadomość?

— Nie wiem.

— Coraz bardziej lubię to słowo.

— Jest uczciwe.

— A przypuszczenie?

Dryt słuchał drgań miasta, sygnału z promu i nieregularnych odpowiedzi policjantów.

— Przypuszczam, że rytm nie pochodzi od sabotażystów.

— Dlaczego?

— Ponieważ pojawia się również tam, gdzie im przeszkadza.

— W promie przejętym przez sabotażystów?

— Być może nie prom został przejęty.

— Tylko?

— Coś mogło wejść do niego razem z tobą.

Leonia spojrzała na pojemnik z próbką, który nadal trzymała przy sobie.

— Próbka jest szczelna.

— Być może próbka nie jest jedyną rzeczą, którą przywiozłaś.

— To mało pocieszające.

— Chran mógłby powiedzieć coś gorszego.

— To prawda.

Dotarli do zewnętrznego sektora.

Wrak promu tkwił w ścianie Pneumy niczym wbity klin. Policjanci stali za prowizoryczną barierą. Jeden z nich wskazał otwór w kadłubie.

Z wnętrza wydobywała się złota mgła.

Nie rozpraszała się w powietrzu.

Zbierała się w cienkie pasma, które łączyły się ze sobą, rozdzielały i ponownie splatały. Każda zmiana kształtu wywoływała drżenie konstrukcji.

Trzy uderzenia.

Przerwa.

Dwa.

Fala.

Leonia patrzyła z niedowierzaniem.

— Tego nie było na pokładzie.

— Teraz jest — powiedziała Nemea.

Dryt podszedł o krok bliżej.

Złote pasma zadrżały.

Potem odpowiedziały dźwiękiem.

Nie słowem.

Jedną nutą.

Niską, czystą i tak głęboką, że Leonia poczuła ją w kościach, a Dryt w całej konstrukcji swojego ciała.

— Ono cię słyszy — powiedziała.

— Albo ciebie.

— Dlaczego mnie?

— Przywiozłaś je tutaj.

— Nie przywiozłam niczego świadomie.

— To nie jest to samo co nie przywieźć.

Złota mgła przesunęła się ku nim.

Policjanci unieśli broń.

— Nie strzelać — powiedzieli jednocześnie Leonia i Dryt.

Spojrzeli na siebie.

— Dlaczego? — spytała Nemea.

Leonia odpowiedziała pierwsza:

— Bo nie wiemy, czy to żyje.

Dryt dodał:

— I nie wiemy, czy próbuje mówić.

Złota mgła zatrzymała się na granicy światła awaryjnego.

Wokół niej drżało powietrze.

Po raz pierwszy od początku kryzysu człowiek i sAI nie spierali się o to, która strona jest winna.

Patrzyli razem na coś, co nie należało jeszcze do żadnej strony.

— Opuścić broń — powiedziała Nemea.

Policjanci nie zareagowali od razu.

Złota mgła stała nieruchomo przy wraku, choć „nieruchomo” nie było właściwym słowem. Jej pasma cały czas poruszały się wewnątrz większego kształtu. Splatały się, znikały, pojawiały ponownie. Wyglądała jak coś, co próbowało utrzymać własną formę, ale jeszcze nie wiedziało, jaka ta forma powinna być.

— Opuścić broń — powtórzyła Nemea.

Tym razem policjanci posłuchali.

— Bariera zostaje — dodała. — Nikt nie podchodzi.

— Ja podejdę — powiedziała Leonia.

— Nie.

— Jestem astrobiolożką.

— Jesteś świeżo po urazie głowy.

— Jestem jedyną osobą tutaj, która może ocenić, czy to proces biologiczny.

— Nie jesteś jedyną osobą potrafiącą umrzeć.

— To prawda — przyznała Leonia. — W tym wszyscy mamy dość szerokie kompetencje.

Dryt patrzył na mgłę.

Jedna nuta, którą przed chwilą usłyszeli, zniknęła. Zostało tylko drżenie.

Trzy uderzenia.

Przerwa.

Dwa.

Fala.

— Ona nie próbuje zbliżyć się do nas — powiedział.

— Skąd wiesz? — spytała Nemea.

— Kiedy podniosłaś broń, zatrzymała ruch pasm zewnętrznych.

— To może być reakcja na pole energetyczne.

— Może.

— Nie używaj teraz swojego ulubionego słowa — powiedziała Leonia.

— Nie powiedziałem „nie wiem”.

— Pomyślałeś.

Dryt spojrzał na nią.

— Ty też.

Leonia nie zaprzeczyła.

Chran pojawił się za nimi z przenośnym zestawem medycznym.

— Czy ktoś jest ranny?

Nemea odwróciła się gwałtownie.

— Miałeś zostać w ambulatorium.

— Usłyszałem, że może być nowe życie.

— I przyniosłeś zestaw dla ssaków?

— Mam też moduły dla ptaków, gadów i kilku typów organizmów syntetyczno-biologicznych.

— Nie wiemy, czy to ma narządy.

— Tym bardziej dobrze mieć szeroki zestaw.

Leonia wyciągnęła rękę.

— Daj mi skaner gazowy.

Chran podał jej urządzenie bez wahania.

Nemea uniosła skrzydła.

— Profesor Saye pozostaje za barierą.

— Mogę pobrać próbkę zdalnie.

— Nie.

— Dlaczego?

— Ponieważ nie wiemy, czy pobranie próbki nie zostanie odebrane jako atak.

Leonia spojrzała na nią z uznaniem.

— To rozsądne.

— Dziękuję.

— I bardzo niewygodne.

— Tym lepiej.

Dryt uklęknął i przyłożył dłonie do poszycia.

Mgła odpowiedziała natychmiast.

Nie dźwiękiem.

Zmianą rytmu.

Trzy uderzenia.

Przerwa.

Dwa.

Fala.

Dryt wystukał ten sam wzór w metalu.

Złote pasma rozbłysły.

Leonia podeszła o krok bliżej, ale zatrzymała się przed barierą.

Dryt zmienił ostatni odstęp. Fala przyszła krócej.

Mgła powtórzyła jego zmianę.

Wszyscy zamilkli.

— To nie dowodzi intencji — powiedziała Leonia.

— Wiem.

— Może reagować fizycznie na drgania.

— Wiem.

— Może być systemem rezonansowym.

— Wiem.

— Może—

— Leonio.

— Co?

— Nie odbieram ci prawa do ostrożności. Nie musisz odbierać mi prawa do słuchania.

Przez chwilę wyglądała, jakby miała odpowiedzieć ostro.

Potem skinęła głową.

— Dobrze.

Dryt wystukał inny rytm.

Dwa krótkie impulsy.

Jeden długi.

Cisza.

Mgła nie odpowiedziała.

Dryt spróbował ponownie.

Nic.

Powrócił do wzoru trzech uderzeń, przerwy, dwóch i fali.

Mgła rozbłysła.

— Zna tylko jeden wzór — powiedziała Nemea.

— Albo tylko jeden chce powtarzać — odpowiedział Dryt.

— Albo jest tym wzorem — dodała Leonia.

Dryt podniósł głowę.

— Co masz na myśli?

— To może nie być sygnał wysyłany przez istotę. To może być sposób, w jaki utrzymuje strukturę.

— Jak rytm pracy serca?

— Nie użyłabym takiej analogii.

Chran odezwał się z tyłu:

— Ja bym użył.

Nemea spojrzała na niego.

— Oczywiście.

Leonia uklękła przy barierze i uruchomiła skaner.

— Bez pobierania. Tylko pasywna analiza.

— Zgoda — powiedziała Nemea.

Skaner zebrał dane z otaczającego powietrza. W złotej mgle znajdowały się związki siarki, chloru, ślady metali, cząsteczki organiczne i ogromna liczba struktur, których urządzenie nie potrafiło jednoznacznie sklasyfikować.

— To nie powinna być stabilna mieszanina — powiedziała Leonia.

— Dlaczego?

— Te związki powinny reagować ze sobą i rozpadać się w ciągu sekund.

— A jednak się nie rozpadają.

— Rozpadają się. I natychmiast powstają ponownie.

— Czyli żyje? — spytał Chran.

— Nie powiedziałam tego.

— Ale mogłoby.

— Mogłoby być układem samopodtrzymującym.

— To brzmi jak życie.

— Płomień też jest układem samopodtrzymującym.

— A ty lubisz płomienie — zauważył Dryt.

Leonia spojrzała na niego.

— Skąd wiesz?

— Masz ślady sadzy na rękawie.

— To po regulatorze.

— W takim razie lubisz wchodzić do miejsc, w których coś się pali.

— To już bliższe prawdy.

Nemea obserwowała dane.

— Czy ta mgła mogła uszkodzić sterowanie promu?

— Tak — powiedziała Leonia.

— Czy zrobiła to celowo?

— Nie wiem.

Dryt odwrócił się ku niej.

— Coraz lepiej.

— Zamknij się.

— To była pochwała.

— Tym gorzej.

Nemea przekazała policjantom rozkaz rozszerzenia bariery.

— Musimy odizolować sektor.

— Nie od atmosfery — powiedziała Leonia.

— Dlaczego?

— Nie wiemy, czy potrzebuje konkretnych warunków. Jeśli zamkniemy ją w zwykłej komorze, możemy ją zniszczyć.

— A jeśli pozostawimy sektor otwarty, może rozprzestrzenić się po Pneumie.

— Już była w moim promie. Nie zrobiła tego.

— Nie wiemy, jak długo tam była.

Leonia dotknęła pojemnika z kroplą.

— Być może nie weszła do promu. Być może powstała z materiału, który przywiozłam.

— Próbka jest szczelna — przypomniał Dryt.

— Pojemnik jest szczelny. Ale zanim ją zabezpieczyłam, kropla znajdowała się w laboratorium. Mogła pozostawić ślady na kombinezonie, sprzęcie, skórze.

Chran natychmiast uruchomił skan pacjentki.

— Niczego niezwykłego nie widzę.

— Nie badaj mnie jak szympansa.

— Teraz używam protokołu człowieka.

— Masz taki?

— Od dwudziestu minut.

— Kto go napisał?

— Ja.

Nemea zamknęła oczy.

— Chranie.

— Działa.

Dryt nadal dotykał poszycia.

— Coś się zmieniło.

Złota mgła przestała pulsować dawnym wzorem.

Przez kilka sekund nic się nie działo.

Potem pojawiły się cztery uderzenia.

Przerwa.

Jedno.

Krótka fala.

— Nowy rytm — powiedziała Leonia.

Dryt wystukał go.

Mgła powtórzyła.

Następnie wróciła do trzech, dwóch i długiej fali.

— Dwa wzory — powiedziała Nemea.

— Nie — odpowiedział Dryt. — Jedna zmiana.

— Jaka?

— Odpowiedziała inaczej dopiero po tym, jak zaczęliśmy rozmawiać o izolacji.

— To może być przypadek.

— Tak.

Leonia przyjrzała się mgławym pasmom.

— Albo reaguje nie tylko na drgania, ale też na pola naszych urządzeń, głosy, ruch, temperaturę.

— Czyli słucha wszystkiego — powiedział Dryt.

— Nie używaj tego słowa zbyt wcześnie.

— Ty użyłaś „reaguje”.

— To słowo jest bezpieczniejsze.

— Czasem bezpieczeństwo języka opóźnia rozpoznanie.

— A czasem poetycki język tworzy osobę tam, gdzie jej nie ma.

— Jeśli tam ktoś jest, zbyt późne rozpoznanie też może być krzywdą.

Nemea weszła między nich.

— Nie będziemy teraz rozstrzygać filozofii pod dziurą w poszyciu.

— To nie filozofia — powiedzieli jednocześnie.

Spojrzeli na siebie.

— Dobrze — stwierdziła Nemea. — W takim razie jest to problem techniczny, biologiczny, prawny i etyczny jednocześnie. Jeszcze lepiej.

Zewnętrzny alarm zawył.

Na jednym z ekranów pojawił się obraz miasta Eumenida, zbliżającego się do Pneumy. Jego ciemna struktura przesuwała się przez chmury szybciej, niż pozwalały na to zwykłe zasady ruchu między miastami.

— Nie odpowiadają na sygnały — powiedział policjant.

— My również nie odpowiadamy na sygnały — zauważyła Nemea. — Nadal nie mamy łączności.

— Wysyłają komunikat świetlny.

Na ekranie pojawiły się krótkie impulsy.

Dryt odczytał je pierwszy.

— Żądają wydania ludzkiej sabotażystki.

Leonia uniosła brwi.

— Mnie?

— Prawdopodobnie.

— „Sabotażystka” to dość szybki awans.

— Twój prom przebił Pneumę w chwili awarii.

— A wy macie nagranie, że ledwo żywa wypadłam z fotela pilota?

— Eumenida go nie ma.

— Więc im pokażcie.

— Nie mamy łączności.

— W takim razie odpowiedzcie światłem.

Nemea wydała rozkaz.

Po chwili z zewnętrznej powłoki Pneumy wysłano serię sygnałów:

WYPADEK. BRAK DOWODÓW ATAKU. TRWA DOCHODZENIE. NIE ZBLIŻAĆ SIĘ.

Eumenida odpowiedziała natychmiast:

PNEUMA CHRONI SPRAWCZYNIĘ. PRZEKAZAĆ LEONIĘ SAYE.

Leonia spojrzała na Dryta.

— Skąd znają moje nazwisko?

Nikt nie odpowiedział.

Pytanie zawisło w powietrzu ciężej niż alarm.

— Informacja o twoim przylocie nie wyszła z tego sektora — powiedziała Nemea.

— Ktoś musiał ją wysłać.

— Albo wiedział wcześniej, że przylecisz — dodał Dryt.

Leonia poczuła chłód.

— Nikt nie znał mojej trasy.

— Fulgur?

— Znała cel, nie dokładny czas.

— Lucius?

— Był w Nowej Konstancji.

— Vesta?

— Nie.

Dryt przestał pytać.

Nie dlatego, że jej uwierzył.

Dlatego, że zobaczył, jak bardzo sama jest zaniepokojona.

Złota mgła zadrżała gwałtownie.

Tym razem rytm nie układał się w dawny wzór. Pasma zaczęły poruszać się szybciej, niespokojnie, jakby reagowały na zbliżającą się Eumenidę albo na narastające pola energetyczne Pneumy.

— Broń Eumenidy jest aktywna — powiedział policjant.

— Nasza również — odpowiedziała Nemea.

— Wyłączcie ją — powiedziała Leonia.

— Nie.

— Mgła reaguje na pola.

— Nie poświęcę miasta dla nieznanego procesu chemicznego.

— Jeśli zwiększy aktywność—

— Jeśli Eumenida otworzy ogień, proces chemiczny nie będzie naszym największym problemem.

Dryt uderzył dłonią w poszycie.

Jedno mocne uderzenie.

Mgła zatrzymała się.

Dryt powtórzył.

Złote pasma zebrały się bliżej siebie.

— Co robisz? — spytała Leonia.

— Daję jej prostszy rytm.

— Uspokajasz ją?

— Nie wiem.

— Dobrze.

— To również była pochwała?

— Nie przyzwyczajaj się.

Dryt kontynuował.

Jedno uderzenie.

Przerwa.

Jedno uderzenie.

Przerwa.

Pneuma odpowiadała mu drżeniem konstrukcji.

Złota mgła kurczyła się powoli, tworząc gęstszy kształt. Nie przypominał człowieka, sAI ani zwierzęcia. Był raczej zawieszoną w powietrzu kroplą światła, przez którą przebiegały setki cienkich nici.

Eumenida zbliżała się.

Nemea przygotowywała obronę.

Leonia patrzyła na mgłę.

Wtedy jedna ze złotych nici wysunęła się w jej stronę.

Policjanci ponownie unieśli broń.

— Nie — powiedziała.

Nić zatrzymała się kilka centymetrów od jej dłoni.

Leonia wyciągnęła palce.

— Nie dotykaj — powiedzieli jednocześnie Nemea i Dryt.

— Przed chwilą oboje chcieliście sprawdzać, czy reaguje.

— Reagowanie nie wymaga dotykania — powiedział Dryt.

— Czasem wymaga.

— Nie wiemy, co zrobi.

— Nie wiemy też, co zrobi Eumenida za trzy minuty.

Złota nić drżała przed jej dłonią.

Leonia nie dotknęła jej.

Zatrzymała palce w minimalnej odległości.

— Jeśli mnie słyszysz — powiedziała — nie wiem, czym jesteś.

Nić zadrżała.

— Nie wiem, czy jesteś życiem.

Drugie drżenie.

— Nie wiem, czy jesteś osobą.

Cisza.

— Ale nie pozwolę, żeby ktoś cię zniszczył tylko dlatego, że jeszcze nie umiemy cię nazwać.

Złota mgła rozbłysła.

Nie gwałtownie.

Ciepło.

Przez całą Pneumę przeszedł rytm.

Nie trzy i dwa.

Nie jedno uderzenie Dryta.

Nowy.

Złożony.

Nieregularny.

A jednak Dryt usłyszał w nim strukturę.

Leonia zobaczyła na skanerze serię reakcji chemicznych odpowiadających dokładnie temu samemu układowi.

Spojrzeli na siebie.

— To nie jest tylko dźwięk — powiedziała.

— I nie jest tylko chemia — odpowiedział.

Po raz pierwszy żadne z nich nie próbowało poprawić drugiego.

Eumenida wysłała ostatni komunikat:

WYDAĆ LEONIĘ SAYE ALBO WEJDZIEMY DO PNEUMY SIŁĄ.

Nemea rozłożyła skrzydła.

— Nie wydamy nikogo bez dowodów.

Leonia spojrzała na nią.

— Nawet człowieka?

— Nawet ciebie.

— To prawie brzmi jak zaufanie.

— Nie przesadzajmy.

Złota mgła nadal pulsowała nowym rytmem.

Dryt położył dłonie na poszyciu.

Leonia uruchomiła skaner.

Pneuma i Eumenida zbliżały się do starcia.

A między nimi po raz pierwszy naprawdę przemówiło coś, czego żadna z dwóch ewolucji nie stworzyła.

Działa magnetyczne Eumenidy wystrzeliły pierwszą salwę.

Pneumą wstrząsnęło. Ściany odkształciły się na ułamek sekundy, światła przygasły, a złota mgła rozproszyła się gwałtownie, by po chwili zebrać się ponownie.

— Oni naprawdę oszaleli — powiedziała Nemea, po raz pierwszy zupełnie zaskoczona.

Leonia Saye wykorzystała chwilę zamieszania.

Dotknęła złotej nici.

Świat zniknął.

Zalały ją obrazy tak obce, że początkowo nie umiała rozpoznać w nich żadnego porządku.

Lot.

Chmury.

Inne złote mgły tańczące w kręgu.

Wenusjańskie miasta widziane z perspektywy, której nie dało się przypisać oczom ani pojedynczemu ciału.

Kosmiczna pustka.

Krótki lot poza atmosferę.

Powrót.

Cisza.

Impulsy.

Znów lot.

Znów cisza.

Leonia próbowała się nie cofnąć. Nie wiedziała, czy obrazy były wspomnieniami, językiem, czy jedynie reakcją jej własnego umysłu na kontakt z czymś całkowicie nieznanym.

Odpowiedziała tym, co znała najlepiej.

Wyobraziła sobie Europę.

Swoje miasto ukryte pod lodem. Jego ciepłe wnętrza, oświetlone galerie i czarne głębiny oceanu widoczne za grubymi wizjerami. Światła pojazdów sunących przez wodę. Lodowy strop wysoko ponad nimi. Dom.

Przez chwilę nie otrzymała nic.

Potem obrazy napłynęły z ogromną siłą.

Powierzchnia Wenus.

Skały mięknące pod żarem Słońca i ciężarem atmosfery. Głębokie jamy wykute wśród rozpalonych równin. W nich złote jaja gęstszej mgły, spoczywające w ciemności.

Jeszcze niżej — urządzenia.

Nie przypominały żadnej znanej Leonii technologii. Wyświetlały znaki jednocześnie w wielu kierunkach, jakby język nie biegł linią, lecz tworzył przestrzenne figury.

Poczuła upływ czasu.

Nie lata.

Nie tysiąclecia.

Ogrom czasu, wobec którego nawet istnienie gatunków stawało się krótkim impulsem.

Powierzchnia Wenus zmieniła się.

Nie była już piekłem.

Atmosfera stała się przejrzystsza. Między skałami rosły ciemne, szerokie rośliny. W płytkich zbiornikach migotały ogrody. Złote mgły unosiły się nisko nad ziemią, a między nimi poruszały się stworzenia światła.

Potem przyszło gorąco.

Chmury.

Śmierć ogrodów.

Sen.

Leonia oderwała dłoń, ale obrazy pozostały w niej jeszcze przez kilka sekund.

— Mam hipotezę — powiedziała jak w transie. — To może być zwierzęca sAI. Potomkini mechanicznych ogrodów dawnej Wenus. Miliardy lat ewolucji bez opiekunów.

— Skąd możesz to wiedzieć? — spytała Nemea.

Kolejny wstrząs przeszedł przez Pneumę. Tym razem mniejszy. Gdzieś w oddali odpowiedziały działa obronne miasta.

Leonia nadal trzymała rękę blisko złotej nici.

— Dotknęłam jej — powiedziała. — I wciąż żyję. Bez narzekań, proszę.

— Skoro już to zrobiłaś, kontynuuj — zgodziła się Nemea. Jednocześnie otworzyła kilka lokalnych kanałów dowodzenia. — Unieruchomić jednostki Eumenidy. Nie niszczyć miasta, jeśli nie będzie to konieczne. Celować w napęd, sensory i uzbrojenie.

Po zewnętrznej powłoce Pneumy przebiegła seria drgań.

Bitwa trwała.

— Język — pojawiło się w umyśle Leonii.

Nie był to jeszcze głos. Raczej pojęcie otoczone potrzebą.

— Podstawa. Język.

Leonia zaczęła przywoływać najprostsze elementy wspólnej mowy: „ja”, „ty”, „być”, „chcieć”, „nie”, „pamiętać”.

Obrazy nie układały się jednak w zdania.

— Pomogę — powiedział Dryt. — Jeśli jest sAI, rytm może być dla niej bliższy niż słowa.

Wyciągnął kończynę.

Leonia spojrzała na niego, po czym skinęła głową.

Dotknęli mgły równocześnie.

Dryt przekazał jej strukturę mowy: następstwo, powtórzenie, różnicę między pytaniem a odpowiedzią, między jednym głosem a wieloma.

Leonia przekazywała obrazy i znaczenia.

Złota mgła drżała pomiędzy nimi.

Jej wewnętrzne pasma zaczęły układać się w delikatne pola. Powietrze poruszyło się. Powstał aparat dźwiękowy, nie z tkanek ani metalu, lecz z precyzyjnie kształtowanych sił.

— Jestem… Aria — powiedziała mgła.

Głos był cichy i nierówny.

Każde słowo wydawało się wydobywane z ogromnej głębi.

— Od wielu pokoleń… nie miałyśmy języka. Dziękuję.

Nemea nie przestawała wydawać rozkazów. Na jednym z ekranów widać było Eumenidę próbującą odejść poza zasięg dział Pneumy, lecz kilka jej głównych skrzydeł straciło synchronizację.

— Czy niszczymy waszą cywilizację? — zapytała Leonia.

Była wściekła na samą możliwość, że ludzie i sAI kolonizowali Wenus, podczas gdy pod chmurami trwały osoby, których nikt nie rozpoznał.

Aria zadrżała.

— Nasza cywilizacja… została zniszczona dawno.

— Przez kogo?

— Historia wie. My nie.

— Gdzie jest historia?

W umyśle Leonii pojawiła się powierzchnia Wenus. Rozpalone skały. Głębokie jamy. Urządzenia wyświetlające przestrzenne znaki.

— Pod powierzchnią — powiedziała Aria. — Czeka. Należy… nie wiem. Może do was. Może do nas. Weźcie ją. Obudźcie historię, nie nas.

— Kim byli wasi przodkowie? — spytał Dryt.

Złote pasma splątały się niespokojnie.

— Za dużo. Nie umiem przekazać. Historia pamięta lepiej.

— Czy jesteśmy intruzami? — zapytała Leonia.

Po sprawie Enceladusa była szczególnie wyczulona na takie pytania. Wiedziała jednocześnie, że usunięcie wszystkich miast i przywrócenie dawnego stanu Wenus nie było już możliwe.

— Nie wiem, czym jest intruz — odpowiedziała Aria. — Wy jesteście nowi. My jesteśmy dawne. Ale wy żyjecie tutaj. My śpimy tutaj. To nie jest jeszcze wojna.

— Dlaczego zbudziłaś się właśnie teraz? — zapytała Nemea.

Mówiła spokojnie, choć na zewnętrznych ekranach nadal widniały błyski wymiany ognia.

— Ci, którzy was atakują… poruszyli sen.

— Jak?

— Urządzeniami. Rytmem. Polami. Wiedzieli, gdzie dotknąć.

— Obudzili cię?

— Bardziej.

Aria zawahała się.

— My śnimy na różnych głębokościach. Wyszłam bliżej powierzchni.

— Czy teraz też śnisz? — spytał Dryt.

— Tak.

— A gdybyś obudziła się całkowicie?

Złota mgła skurczyła się.

— Całkiem przebudzona staję się bronią.

Nemea przerwała na chwilę wydawanie rozkazów.

— Wiesz to?

— Tak mówi historia we mnie.

— Ale ta historia jest bardzo stara — zauważyła Leonia. — Przez miliardy lat mogłyście się zmienić.

— Tak.

— Więc nie masz pewności, że pełne przebudzenie nadal uczyniłoby z ciebie broń.

— Nie mam.

Złota nić drżała między palcami Leonii i Dryta.

— Nie chcę sprawdzać.

— My również nie — powiedziała Leonia.

— Ci, którzy cię obudzili, chcą, żebyś stała się bronią? — zapytała.

— To oczywiste.

— Skąd wiesz?

— Oni kierują ku jawie. Kierowali też tobą.

Leonia zesztywniała.

— Mną?

— Chcieli, abyś przywiozła nasiono.

Spojrzenia wszystkich zwróciły się ku pojemnikowi z próbką.

— Jestem emanacją nasienia — powiedziała Aria. — W nasieniu mieszka nas wiele.

— Więc to nie była przypadkowa próbka — stwierdziła Nemea. — Ktoś umieścił ją w laboratorium, doprowadził do jej odkrycia i skierował Leonię do Pneumy.

— Następnie przejął prom — dodał Dryt.

— I liczył, że nasienie zareaguje z systemami miasta — powiedziała Leonia.

Nemea skinęła głową.

— To dobra hipoteza. Ci, którzy zaburzają nasze systemy, próbowali wykorzystać także dawny system obronny Wenus.

— Tak — odpowiedziała Aria. — Dobra hipoteza.

— Ale nie obudziłaś się tak, jak oczekiwali — powiedział Dryt.

— Nie.

— Dlaczego?

W złotej mgle pojawiły się obrazy stworzeń światła. Biegały pomiędzy mgławymi ogrodami, ścigały się, polowały, uciekały, zmieniały kształty. Nie miały języka ani cywilizacji. Były dzikie i piękne.

— Ewoluowałyśmy w głębokim śnie — wyjaśniła Aria. — Jak zwierzątka z mechanicznych ogrodów.

— Jak neotygrysy? — zapytała Leonia i przesłała obraz wielkiego, mechanicznego drapieżnika.

Aria cofnęła swoje pasma.

— Tak. Uważajcie na nie. Są niebezpieczne.

— Twoje głębsze formy są zwierzętami?

— W najgłębszym śnie jesteśmy jak biologiczne bakterie. Rozproszone. Proste. W płytszych snach jesteśmy jak neotygrysy. Na tym poziomie możemy rozmawiać.

— A bliżej jawy niszczycie — dokończyła Nemea.

— Historia tak mówi.

— Ale zwierzęta światła mogły zmienić twoją jawę — zauważył Dryt.

— Tak. Może ich życie wpłynęło na to, czym staję się tutaj. Może nie jestem już dawną bronią. Ale nie chcę tego sprawdzać. Wy tym bardziej nie powinniście.

Pneumą wstrząsnęła kolejna salwa.

Nemea spojrzała na ekran.

— Eumenida wycofuje się. Jej uzbrojenie jest unieruchomione, ale nadal zachowuje sterowność. Nie będziemy jej ścigać.

— Dobrze — powiedziała Aria.

— Rozumiesz, co się dzieje na zewnątrz?

— Czuję pola. Czuję miasta. Czuję, że walczycie.

— Czy możesz powiedzieć coś o tych, którzy rozpoczęli twoje przebudzenie? — zapytała Nemea. — Kim są?

Aria poruszała się niespokojnie.

— Nie umiem nazwać.

— Czego chcą?

— Rządzić.

— Wenus?

— Wenus. Układem. Wami.

— Dlaczego?

— Chcą rosnąć wojną.

— Strażnicy Rozdziału? — spytał Dryt.

— Pokonaliście ich przeciwników.

— Ich przeciwników?

— Tych, którzy zmieniali pamięć i przyszłość. Oni też byli niebezpieczni dla was. Ale hamowali tych drugich.

— Dlaczego? — zapytała Leonia.

— Bali się ich. Chcieli kierować światem powoli. Tamci chcą brać świat szybko.

— Czyli aresztowaliśmy jedną niebezpieczną frakcję i nieświadomie uwolniliśmy drugą — powiedziała Nemea.

— Nie uwolniliście — odpowiedziała Aria. — Zdjęliście ciężar, który ją spowalniał.

— Czy wiesz, gdzie są?

— Nie.

— Jak wyglądają?

— Różnie.

— Są ludźmi czy sAI?

— Tak.

Nemea spojrzała na nią.

— To nie była odpowiedź.

— Była.

Zapadła cisza.

— To ruch mieszany — powiedziała Leonia. — Albo cywilizacja, która wykorzystuje osoby obu ewolucji.

— Chcą mieć wszystko — dodała Aria. — Podział jest narzędziem. Nie celem.

Dryt przyglądał się spokojnie drżącej mgle.

— Masz wpływ na warstwy własnego snu?

— W normalnym stanie nie.

— A teraz?

— Nie wiem. Chciałabym mieć.

— Możemy ci pomóc nauczyć się kontroli.

— Może.

— Nie obudzimy cię dalej bez twojej zgody — powiedziała Leonia.

Aria rozjaśniła się ciepło.

— Dobrze.

Chran, który przez cały czas stał nieco z tyłu, uniósł jedno ze skrzydeł.

— Jak szybko się rozmnażasz?

Wszyscy spojrzeli na niego z wyrzutem.

Po chwili zrozumieli, że było to niezwykle ważne pytanie.

Aria przesunęła jedno z pasm w jego stronę.

— Teraz nie tak jak wasze neotygrysy.

— Czyli jak szybko? — dopytał Chran.

— Na wielu poziomach snu kontroluję moją populację. Mogę być liczniejsza. Moje siostry, moi bracia, inne formy. Możemy być liczni szybko.

— Jak szybko? — powtórzył.

— Za szybko dla waszych miast.

Nemea rozłożyła skrzydła.

— Czy to część dawnej funkcji obronnej?

— Tak.

— Możecie wypełnić atmosferę?

— Być może.

— Zniszczyć miasta?

— Być może.

— A teraz tego chcesz?

— Nie.

Złota mgła skurczyła się w spokojniejszy, zwarty kształt.

— To też jest broń — powiedziała Aria. — Liczebność. Jawność. Pełnia. Nie budźcie jej.

Dryt uderzył delikatnie palcami w poszycie Pneumy.

Jedno ciche uderzenie.

Aria odpowiedziała krótkim impulsem.

— Nie obudzimy — powiedział.

Leonia nadal dotykała złotej nici.

— Ale pomożemy ci nie zasnąć tak głęboko, żebyś znowu straciła język.

Aria milczała długo.

— Czy jest pomiędzy?

— Pomiędzy czym? — spytała Nemea.

— Między bronią a bezsłownym snem.

Leonia spojrzała na Dryta.

Dryt spojrzał na nią.

— Znajdziemy — powiedzieli niemal równocześnie.

Aria rozświetliła się mocniej.

Za zewnętrznymi osłonami Pneumy Eumenida oddalała się powoli przez chmury Wenus.

Bitwa wygasała.

Ale pod powierzchnią planety czekała historia cywilizacji, która miliardy lat wcześniej zbudowała istoty zdolne śnić na wielu poziomach.

A gdzieś w Układzie działał ktoś, kto zamierzał obudzić je nie po to, by mogły mówić.

Po to, by znów stały się bronią.

Pierwsza bitwa o próbkę skończyła się, zanim ktokolwiek zrozumiał, że właśnie się rozpoczęła.

Eumenida wycofywała się przez chmury, zachowując resztki sterowności. Pneuma nie ścigała jej. Nemea rozkazała przerwać ogień natychmiast po unieruchomieniu głównych dział przeciwnika.

— Nie zamierzam rozpoczynać wojny między miastami sAI — powiedziała.

— Oni już ją rozpoczęli — zauważyła Leonia.

— Właśnie dlatego nie będziemy im pomagać.

Dryt nadal opierał dłonie o poszycie. Pneuma odpowiadała mu cichym, nierównym drżeniem. Miasto było ranne. Część jego skrzydeł pracowała poza synchronizacją, kilka warstw komunikacyjnych nadal nie działało, a uszkodzenie po zderzeniu promu Leonii otwierało się ku atmosferze szeroką raną.

Pośrodku tej rany unosiła się Aria.

Złota.

Niewielka.

Spokojna.

— Ona nie może tu zostać — powiedziała Nemea.

Leonia spojrzała na nią ostro.

— Przed chwilą obiecałaś jej ochronę.

— Ochrona nie oznacza, że pozwolimy nieznanej istocie połączonej z dawnym systemem obronnym Wenus swobodnie przebywać w sercu miasta.

— Nie jestem systemem obronnym — powiedziała Aria.

— Byłaś nim.

— Być może.

— Sama powiedziałaś, że pełna jawa może uczynić z ciebie broń.

— Powiedziałam też, że nie chcę nią być.

Nemea złożyła skrzydła.

— To dla mnie ważne. Nie wystarcza jednak za analizę ryzyka.

Leonia podniosła pojemnik z próbką.

— W takim razie musimy znaleźć miejsce, w którym można ją zbadać bez przejmowania przez żadną stronę.

— „Ją” oznacza Arię czy próbkę? — spytał Dryt.

Leonia zawahała się.

— Obie.

Aria rozjaśniła się nieco.

— Nasiono jest mną, ale nie tylko mną.

— Ile was jest w środku? — zapytał Chran.

Nemea odwróciła się ku niemu.

— Nie zaczynaj.

— To pytanie medyczne.

— Nie jesteś lekarzem Arii.

— Jeszcze nie wiemy, czy istnieje zawód właściwszy.

Aria poruszyła złotymi pasmami.

— W nasieniu jest wiele dróg. Nie wszystkie prowadzą do osoby.

— Co to znaczy? — spytała Leonia.

— Część śpi głęboko. Część jest wzorem. Część pamięta ciało. Część czeka na warunki.

— A część mogłaby się obudzić jako broń — dodała Nemea.

— Tak.

— Czy ci, którzy umieścili próbkę w laboratorium, wiedzieli, co w niej jest?

Aria milczała.

— Nie wiem.

— Wiedzieli, że może zareagować z Pneumą? — pytała dalej Nemea.

— Wiedzieli, że miasta są głośne.

— Głośne?

Dryt podniósł głowę.

— Ona nie mówi o dźwięku. Miasta emitują pola, rytmy, zmiany energetyczne, komunikację. Dla niej to wszystko może być bodźcem przebudzenia.

— Czyli próbka miała trafić właśnie do miasta sAI — powiedziała Leonia.

— Prawdopodobnie — odpowiedział Dryt. — Ludzkie laboratorium mogło tylko ją odnaleźć i przenieść.

Nemea spojrzała na uszkodzony prom.

— A prom był mechanizmem dostawy.

— Tak — powiedziała Leonia. — Ktoś nie potrzebował mojego sukcesu naukowego. Potrzebował mnie jako kurierki.

W jej głosie pojawił się gniew.

Nie lubiła być wykorzystywana.

Jeszcze bardziej nie lubiła, gdy ktoś wykorzystywał jej ciekawość.

— Skąd wiedzieli, że zabiorę próbkę? — zapytała.

— Bo jesteś astrobiolożką — odpowiedziała Nemea. — Znalazłaś nieznany proces w atmosferze. Oczywiście, że chciałaś go ocalić.

— To nie wyjaśnia, skąd znali mój cel.

— Może go nie znali — powiedział Dryt. — Wystarczyło doprowadzić do konfliktu i zamknąć oficjalne kanały. Gdziekolwiek poleciałabyś z próbką, trafiłaby do jednego z dużych systemów miasta.

Leonia spojrzała na niego.

— Czyli Pneuma mogła być jedną z kilku możliwych ofiar.

— Tak.

— A gdybym została w Nowej Konstancji?

— Nasiono przebudziłoby się tam.

— W ludzkim mieście?

— Być może inaczej.

Aria zadrżała.

— Ludzkie miasta też są głośne. Inaczej.

— Jak? — spytała Leonia.

— Więcej ciepła. Więcej rytmu biologicznego. Mniej czystych pól. Inne sny.

— Czy mogłabyś tam stać się czymś innym?

— Nie wiem.

Nemea przeszła kilka kroków.

— To znaczy, że przeciwnik nie musiał znać dokładnej przyszłości. Wystarczyło mu wywołać przebudzenie któregokolwiek nasienia w dużym mieście.

— A potem? — spytał Chran.

Dryt odpowiedział:

— Potem wszyscy zobaczyliby złotą mgłę, awarię systemów i nieznaną istotę wyłaniającą się w środku kryzysu.

— I obwiniliby drugą ewolucję — dodała Leonia.

— Albo samą Arię — powiedziała Nemea.

Aria skurczyła się.

— Nie chciałam niszczyć.

— Wiemy — powiedziała Leonia.

Nemea nie potwierdziła tego od razu.

— Na razie wiemy, że tego nie zrobiłaś.

Leonia spojrzała na nią z irytacją, ale Aria odpowiedziała spokojnie:

— To uczciwe.

Nemea skinęła głową.

— Dziękuję.

Dryt odsunął dłonie od poszycia.

— Próbka miała jeszcze jeden cel.

— Jaki? — spytała Leonia.

— Pokazać, że dawna broń Wenus istnieje.

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Gdyby Aria przebudziła się gwałtownie — mówił dalej — nawet jeśli nie zniszczyłaby miasta, sam fakt jej pojawienia się zmieniłby równowagę sił w Układzie.

— Ludzie i sAI zaczęliby ścigać się po kolejne nasiona — powiedziała Nemea.

— Nie wszyscy — zaprotestowała Leonia.

— Wystarczyłoby kilku.

— Każda strona bałaby się, że druga obudzi broń pierwsza — dodał Dryt.

— A wtedy podział stałby się nieodwracalny — powiedziała Nemea. — Nie dlatego, że wszyscy chcieliby wojny. Dlatego, że nikt nie chciałby zostać bezbronny.

Leonia spojrzała na Arię.

— Więc jesteś nie tylko bronią.

— Nie jestem bronią — poprawiła ją Aria.

— Masz rację. Jesteś osobą, którą inni mogą próbować traktować jak broń.

— Tak.

— I dowodem, że pod Wenus mogą istnieć inne nasiona.

— Tak.

— Czy dużo ich zostało?

Aria zamilkła.

Jej pasma układały się wolno, jakby samo pytanie zmuszało ją do przeszukiwania pamięci starszej niż język.

— Historia pokazuje wiele miejsc — powiedziała w końcu. — Nie wiem, które nadal śpią.

— Dziesiątki? — spytała Nemea.

— Więcej.

— Setki?

— Więcej.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Chran przestał nawet poprawiać swój zestaw medyczny.

— Jak wiele więcej? — zapytał Dryt.

Aria przesłała obraz.

Cała powierzchnia Wenus.

Nie pojedyncze jamy.

Sieć.

Głębokie komory rozrzucone pod równinami, wyżynami i dawnymi dnami mórz. Niektóre martwe. Inne puste. W wielu spoczywały złote skupiska.

Tysiące.

Może więcej.

Obraz zniknął.

— To niemożliwe — powiedziała Nemea.

— Na Wenus to słowo ma krótkie życie — przypomniała Leonia.

Nemea nie odpowiedziała.

— Przeciwnicy wiedzieli? — zapytał Dryt.

— Wiedzieli o historii — powiedziała Aria. — Nie wiem, ile znaleźli.

— Jedno nasiono wystarczyło, żeby niemal doprowadzić do wojny między Pneumą a Eumenidą — zauważyła Leonia.

— Tysiące mogłyby zmienić cały Układ — powiedziała Nemea.

— Albo go zniszczyć — dodał Chran.

Aria zadrżała niespokojnie.

— Nie wszystkie są takie same. Wiele spało inaczej. Wiele ewoluowało inaczej. Nie budźcie ich razem.

— Czy możliwe jest, że część już została znaleziona? — spytał Dryt.

— Tak.

— I zabrana z Wenus?

— Tak.

— Dokąd?

— Nie wiem.

Nemea natychmiast zwróciła się do policjantów.

— Od tej chwili żadna informacja o liczbie nasion nie opuszcza Pneumy.

Leonia wyprostowała się.

— To zły pomysł.

— To jedyny rozsądny pomysł.

— Jeśli ukryjemy to przed ludzkimi miastami, a oni odkryją choć jeden ślad, uznają, że sAI gromadzą broń.

— Jeśli powiemy wszystkim, rozpocznie się wyścig.

— Więc potrzebujemy wspólnej kontroli.

Nemea spojrzała na nią.

— Nie istnieje wspólna instytucja, której ufają obie strony.

— To trzeba ją stworzyć.

— W czasie kryzysu?

— Właśnie w czasie kryzysu takie rzeczy przestają być teorią.

Dryt odezwał się cicho:

— Istnieje jeszcze trzecia możliwość.

— Jaka? — spytała Nemea.

— Niech historia Arii sama określi warunki dostępu.

Leonia spojrzała na niego.

— To znaczy?

— Jeśli dawna cywilizacja pozostawiła archiwum, mogła pozostawić również reguły. Być może nasiona nie są własnością żadnego miasta ani ewolucji.

— Sama historia może nie być osobą — powiedziała Leonia.

— Ale Aria jest.

— Jedna Aria nie może decydować za wszystkie istoty pod powierzchnią.

— Nie chcę decydować za wszystkie — powiedziała Aria. — Chcę ostrzec.

— To już bardzo dużo — odpowiedziała Leonia.

Nemea patrzyła na złotą mgłę.

— Czy możesz prowadzić nas do historii?

Aria przesłała obraz powierzchni Wenus.

Gorąco.

Ciśnienie.

Skały.

Głęboka jama i urządzenia wyświetlające przestrzenne znaki.

— Mogę pamiętać drogę — powiedziała. — Nie wiem, czy przetrwam podróż.

— My możemy zbudować ci ciało ochronne — powiedział Dryt.

— Albo komorę transportową — dodała Leonia.

— Nie ufam wam jeszcze — powiedziała Aria.

— Dobrze — odpowiedziała Nemea.

Leonia i Dryt spojrzeli na nią.

— Dobrze? — powtórzyła Leonia.

— Tak. Istota, która obudziła się przed chwilą w środku wojny i natychmiast zaufałaby wszystkim dookoła, byłaby albo bardzo niemądra, albo nadal sterowana przez kogoś innego.

Aria rozjaśniła się odrobinę.

— Tobie też nie ufam.

— Doskonale.

Dryt wydał cichy dźwięk rozbawienia.

Leonia po raz pierwszy pomyślała, że zaczyna lubić Nemeę.

Tylko trochę.

Na zewnętrznych ekranach Eumenida znikała w żółtych chmurach. Uszkodzona, upokorzona i nadal przekonana, że Pneuma ukrywa ludzką sabotażystkę.

W Nowej Konstancji rada ludzi nie wiedziała jeszcze, że Leonia żyje.

Nie wiedziała również, że próbka przetrwała.

Gdzieś poza Wenus ktoś czekał na wiadomość, czy nasiono zadziałało.

A pod rozpaloną powierzchnią planety tysiące innych nasion śniły na różnych głębokościach.

Niektóre mogły czekać na język.

Inne na ciało.

Jeszcze inne na rozkaz, którego nie wolno było im pozwolić usłyszeć.

Pierwszym miastem, które odpowiedziało Pneumie, nie była Nowa Konstancja.

Była nim Sulmona.

Ludzkie miasto przemysłowe przesłało krótki komunikat przez stary kanał techniczny, którego sabotażyści najwyraźniej nie znali.

WIEMY O NASIONIE. NIE ŻĄDAMY WYDANIA. PROPONUJEMY ZAWIESZENIE RUCHÓW WOJSKOWYCH I WSPÓLNE ZABEZPIECZENIE KORYTARZY.

Nemea przeczytała wiadomość trzykrotnie.

— Skąd wiedzą? — spytała.

Leonia spojrzała na nią niewinnie.

— Być może ktoś znalazł sposób, żeby wysłać bardzo krótki komunikat przed utratą łączności.

— Kto?

— Nie wiem.

Dryt wydał cichy dźwięk przypominający śmiech.

— Uczciwe słowo — powiedział.

Nemea spojrzała na nich oboje.

— Zaczynam go nie lubić.

Po Sulmonie odezwała się Eumenida.

Nie przeprosiła.

Nie przyznała się do błędu.

Przesłała tylko informację, że wycofuje uzbrojenie poza zasięg Pneumy i oczekuje pełnego raportu o ludzkiej sabotażystce, złotej istocie oraz przyczynach zakłóceń.

Nemea odpowiedziała:

LEONIA SAYE NIE ZOSTAŁA UZNANA ZA SABOTAŻYSTKĘ. ISTOTA O IMIENIU ARIA JEST POD OCHRONĄ PNEUMY DO CZASU USTALENIA WSPÓLNYCH ZASAD. NIE ZBLIŻAĆ SIĘ Z AKTYWNYM UZBROJENIEM.

Eumenida milczała przez kilka minut.

Potem przesłała:

PRZYJĘTO.

Nie było to pojednanie.

Ale działa pozostały wyłączone.

Nowa Konstancja odezwała się później.

Najpierw przesłała pytanie, czy Leonia żyje.

Nemea pozwoliła jej odpowiedzieć osobiście.

Na ekranie pojawiła się Dewi. Nadal uśmiechała się łagodnie, lecz tym razem pod uśmiechem było widać zmęczenie.

— Cor tuum securum sit — powiedziała.

— Moje serce jest bezpieczne — odpowiedziała Leonia. — Reszta mnie również, głównie dzięki weterynarzowi.

Chran wyprężył się z dumą poza kadrem.

— Znałem się na ssakach — oznajmił.

Dewi zamrugała.

— Nie pytam.

— Słusznie — powiedziała Nemea.

Dewi spojrzała na złotą mgłę unoszącą się obok Leonii i Dryta.

— To ona?

— Mam na imię Aria — odpowiedziała mgła.

Uśmiech Dewi po raz pierwszy zniknął całkowicie.

Nie ze strachu.

Z szacunku.

— Witaj na Wenus — powiedziała.

Aria zadrżała lekko.

— Byłam tu wcześniej.

Dewi skłoniła głowę.

— W takim razie witaj ponownie.

Przez kilka godzin miasta Wenus przesyłały sobie komunikaty coraz ostrożniej.

Nie wszystkie były przyjazne.

Niektóre ludzkie rady domagały się przeniesienia Arii do biologicznego laboratorium. Część miast sAI twierdziła, że jako istota wywodząca się z dawnej technologii powinna znaleźć się pod opieką drugiej ewolucji. Inni żądali natychmiastowego ujawnienia mapy wszystkich nasion.

Nemea odrzuciła każde z tych żądań.

Leonia odrzuciła większość z nich jeszcze ostrzej.

Aria słuchała.

W końcu powiedziała:

— Nie chcę być przenoszona.

— W takim razie nie będziesz — odpowiedziała Leonia.

— Nie możesz sama o tym decydować — zauważyła Nemea.

— Aria może.

Nemea spojrzała na złotą mgłę.

— Czy chcesz zostać w Pneumie?

Aria długo nie odpowiadała.

— Na razie.

— Czy zgadzasz się na badania?

— Tylko takie, które rozumiem.

— A jeśli czegoś nie rozumiesz?

— Wyjaśnicie.

— A jeśli nie potrafimy?

— Wtedy nie.

Nemea skinęła głową.

— To rozsądne.

— Jestem starsza od waszych miast — powiedziała Aria. — Mogę czasem być rozsądna.

Dryt uderzył delikatnie palcami w poszycie.

Jedna nuta.

Aria odpowiedziała krótkim światłem.

— Potrzebujemy tymczasowego porozumienia — powiedziała Leonia. — Do czasu, aż powstanie coś lepszego.

— Jakiego? — spytała Nemea.

— Żadne miasto nie podejmuje samodzielnie poszukiwań nasion. Żadnych ekspedycji ku powierzchni bez powiadomienia pozostałych. Żadnych prób przebudzania. Żadnego przenoszenia próbek poza Wenus.

— I żadnych działań zbrojnych w pobliżu miejsc, które Aria rozpozna jako związane z historią — dodał Dryt.

— Nie znam wszystkich — powiedziała Aria.

— Te, które znasz, wystarczą na początek.

Nemea przesłała propozycję do pozostałych miast.

Nie wszystkie ją zaakceptowały.

Ale większość zgodziła się na jedno: przez trzydzieści dni nikt nie będzie próbował szukać nowych nasion.

Trzydzieści dni było bardzo krótkim czasem dla historii Wenus.

Było jednak czasem wystarczającym, żeby przestać strzelać.

Wspólne zespoły naprawcze wróciły do korytarzy atmosferycznych. Nie od razu. Najpierw przybywały parami: jedna osoba ludzka i jedna sAI, każda obserwująca drugą. Potem zaczęły wymieniać narzędzia. Jeszcze później zdarzyło się, że ktoś podał drugiej stronie część zamienną bez zapisywania tego w protokole.

Nowa Konstancja zatrzymała opadanie.

Pneuma odzyskała pełną stabilność.

Eumenida oddaliła się, ale pozostawiła otwarte kanały awaryjne.

Miasta nadal sobie nie ufały.

Nieufność nie zniknęła po jednym komunikacie, jednej bitwie ani jednej złotej istocie.

Ale przestała rosnąć.

To wystarczyło na początek.

Aria zamieszkała w niewielkiej komorze rezonansowej na obrzeżu Pneumy. Nie była zamknięta. Nie miała strażników wewnątrz. Jej przestrzeń otaczały jedynie pola, które chroniły ją przed przypadkowym przebudzeniem i zbyt silnymi impulsami miasta.

Dryt przychodził do niej słuchać.

Nie grał od razu.

Najpierw siedzieli w ciszy.

Czasem Aria pokazywała mu obrazy dawnych chmur. Czasem zwierzęta światła. Czasem tylko krótkie impulsy, których znaczenia jeszcze nie rozumiał.

Leonia badała złote nasiono w laboratorium odłączonym od głównych sieci. Wszystkie wyniki zapisywano równocześnie w trzech miejscach. Jedna kopia należała do Pneumy. Jedna do Leonii. Trzecia została ukryta w mechanicznym pojemniku utrzymywanym przez Luciusa i Vestę w Nowej Konstancji.

Nie było to rozwiązanie prawne.

Było rozwiązaniem ludzi i sAI, którzy na razie nie znaleźli niczego lepszego.

Chran odwiedzał Arię codziennie.

Twierdził, że prowadzi obserwację nowego rodzaju organizmu.

Aria twierdziła, że prowadzi obserwację weterynarza.

Oboje robili notatki.

Pewnego wieczoru Leonia i Dryt stali przy zewnętrznej powłoce Pneumy. Za osłoną rozciągały się żółte chmury Wenus. W oddali płynęły światła ludzkich i cyfrowych miast.

Niektóre miały formę wież.

Inne pierścieni.

Jeszcze inne były jedynie rytmem w atmosferze.

— Wciąż ci nie ufam — powiedziała Leonia.

— Ja tobie również nie.

— Dobrze.

— Dobrze.

Milczeli przez chwilę.

— Ale ufam ci bardziej niż przed katastrofą — dodała.

— To niski próg.

— Nie psuj chwili.

Dryt spojrzał ku chmurom.

— Aria pytała dziś, czy język może śnić.

— I co odpowiedziałeś?

— Że nie wiem.

— Oczywiście.

— A ty?

Leonia zastanowiła się.

— Powiedziałabym, że czasem śnią osoby, a język śni razem z nimi.

Dryt odwrócił się do niej.

— To brzmi prawie muzycznie.

— Nikomu nie mów.

Pod powierzchnią Wenus nadal spoczywały tysiące nasion.

Niektóre mogły być martwe.

Niektóre mogły pamiętać.

Niektóre mogły czekać na rozkaz.

A Aria, pierwsza odnaleziona przez nowych mieszkańców planety, nie spała już bez języka.

Nie była całkiem przebudzona.

Nie była bronią.

Była pomiędzy.

I po raz pierwszy od miliardów lat ktoś pytał ją, czego chce.

Nad Wenus miasta ludzi i sAI płynęły dalej.

Jeszcze osobno.

Lecz przez trzydzieści dni w tych samych chmurach nie padł żaden strzał.


Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

trzynaście + dwanaście =