Piątkowe popołudnie wypełniła mi rozmowa z dr Tomaszem Witkowskim. Film niebawem zobaczycie na moich kanałach. Zawsze lubię rozmawiać z Tomkiem. Jego sceptycyzm i błyskotliwa inteligencja są inspirujące. Ciężko nie ulec zapałowi, z jakim Witkowski stara się podważać dogmatyczne i niezgodne z rzeczywistością przekonania, zwłaszcza w dziedzinach na których zna się szczególnie i którymi od lat się zajmuje.
Przekłuwanie nadętych balonów „jedynych prawd” ma też w sobie sporo humoru. Śmiejemy się polując na niedorzeczne dogmaty. A jednak tym razem było też trochę smutno. Bo oto obrońcą dogmatów bez potwierdzenia w naukowej metodologii zaczyna się okazywać Uniwersytet Jagielloński. Nie wiemy czy tak jest, ale długie milczenie gremiów uniwersyteckich w sprawie absurdalnego cancelingu, jakiemu został poddany Tomasz Witkowski jest niepokojące.
Czego obawiają się akademicy zmuszani przez grupy ideologów do nienaturalnych i szkodliwych dla świata nauki zachowań? Czy do szerzenia wiedzy i uprawiania nauki nie jest potrzebna odrobina odwagi? Takie pytania chodziły nam po głowach podczas rozmowy.

Pamiętam schyłek PRL. Gdy okupacja sowiecka się kończyła byłem jeszcze nastolatkiem. Wszyscy wokół mnie kpili z narzucanej cenzury, z tematów o których „nie należało mówić”. Mówiliśmy o nich innymi słowami, co sprawiało, że cenzura stawała się karykaturą samej siebie. Stawała się śmieszna. Dlaczego dziś, w świecie Zachodu, do którego też należy Polska, ludzie inteligentni, przedstawiciele nauki i sztuki, nie ośmieszają cenzury narzuconej przez rozmaite ideologie i poprawność polityczną? Gdzie są kabarety? Kabareciarze, którzy biorą na warsztat tematy zastępcze, zamiast podejmować się tych najważniejszych, są zwykłymi tchórzami. Powinni zmienić zajęcie.
Wychodzi na to, jeśli chodzi o uczelnie i rozmaite aspekty życia publicznego, że cenzura jest znacznie silniejsza od tej znanej mi jako dziecku z lat 80. Mało kto z niej żartuje, zaś ludzie są wycinani z aktywności publicznej, a w niektórych miejscach na Zachodzie tracą pracę lub nawet rozważa się pozbawianie ich wolności. To taki trochę stalinizm. Tylko kto jest tym Stalinem? Niszowe grupy udające ofiary? Duch tchórzliwości różnych grup zawodowych, które powinny szczycić się odwagą i niezależnością sądów? Bezrozumne uleganie modom które polegają też na wykluczaniu niemodnie myślących?
Czasem wydaje się, że ten koszmar „neostalinizmu bez tyrańskiej głowy” powoli się kończy. Jednak nawet jeśli tak, w Polsce dominują teraz osoby naśladujące Zachód z kilkunastoletnim opóźnieniem. Można przypuszczać, że gdy część bardziej zachodniego Zachodu otrząśnie się z orwellowskich demonów, my będziemy w apogeum ich siły oddziaływania. Zakompleksieni, z oczami wbitymi w ziemię, będziemy naśladować błędy popełniane na zachód od nas. A może jednak tym razem tak nie będzie i szybko pozbędziemy się kompleksów? Oby tak było…
Ciekawym wnioskiem z mojej dyskusji z Witkowskim było przekonanie, że gdy dusi się sceptycyzm i wolność słowa, gasi się też poczucie humoru. Wspomniałem już o kabaretach – tchórzliwi pseudo żartownisie biorą się jedynie za rzeczy całkowicie dla nich bezpieczne, czasem po prostu kopią najsłabszych na scenie politycznej, ale nie podejmują żadnego wysiłku żeby uderzyć swoim żartem w sedno, w rzecz rzeczywiście potrzebującą wyśmiania. Co to, to nie… Co się z nimi stało? Dlaczego nikt nie łączy kpiny i ironii choćby ze szczyptą osobistej odwagi?
