O mnie

Zburzacz

(Na wstępie muszę napisać, że to jest tekst sprzed około ćwierć wieku, więc nie ze wszystkim się zgadzam, nie wszystkie moje punkty odniesienia są dla mnie nadal ważne. Jedne dwie rzeczy pozostały. Po pierwsze sztuka powinna poszerzać to co znamy, powinna wychodzić ponad nasze modele rzeczywistości. Nie powinna dekorować rzeczy znanych, Po drugie przez te 25 lat zaufałem mocno filozofii przyrody, czyli nauce, jedynej filozofii, która odnosi rzeczywisty sukces. Jednak wezwanie do chęci burzenia hipotez, choćby były wykute ze stali, jest chyba ponadczasowe… Jakkolwiek by nie było, chciałem dać trochę przestrzeni moim dawnym rozmyślaniom obok tych aktualnych. Problemem jest moja własna zmienność. Jest problemem, ale też i siłą.)

   Odkrywając świat, formułując swoje myśli tworzymy modele i systemy. Jako, że nie jesteśmy w stanie opisać całości świata, nakładamy na niego struktury zależności. Gdy chcemy odkryć bardziej ogólne prawa rządzące rzeczywistością, najczęściej dokonujemy syntezy cząstkowych zjawisk i dochodzimy do wniosków natury ogólnej. Z tych wniosków zbudowane są wszystkie systemy filozoficzne. Oczywiście, w systemach natury bardziej idealistycznej tym odkrywanym światem nie jest rzeczywistość fizyczna, ale – tak zwana – rzeczywistość duchowa. Nie będę w tym miejscu jej oceniał, gdyż piszę tu jedynie o metodzie wyciągania wniosków i budowaniu w oparciu o nie modeli filozoficznych. Zatem przyjmijmy po prostu, że osoby badające rzeczywistość duchową tworzą również modele filozoficzne, tyle, że nakładają je na świat duchowy.

   Istotą świata wobec którego formułujemy wnioski jest nieskończoność. Każdy nasz model próbujący go dookreślić składa się wybranych przez nas faktów i wybranych przez nas ich relacji wobec siebie. Wybierając zdarzenia i przedmioty z nieskończoności siłą rzeczy pomijamy większą ich część. Obszar który wybraliśmy jest przy tym skończony, obszar który zaś pozostał poza polem naszej definicji jest nieskończony. Jako, że nasze modele są bardzo ograniczone, łatwo zauważyć, że tworząc je pomijamy prawie wszystko.

   Jak już wspomniałem, tworząc ten ograniczony model, większość zjawisk pozostawiający obok siebie, dokonujemy syntezy. Głównie w obrębie procesu uogólnienia rzeczywistości dokonujemy redukcji znanego nam zasobu faktów i ich relacji między sobą. Tę redukcję czynimy przy tym poprzez pryzmat naszych ograniczeń środowiskowych płynących z ograniczeń naszej ewolucji i ograniczeń naszej kultury. Śmiało można przyjąć, że tworząc model większości przesłanek nie widzimy, budujemy go tylko z tego, na co pozwalają nasze biologiczne atawizmy i kulturowe kody. Możemy zatem przyjąć, że nasz model jest podwójnie ograniczony – u wstępu tym, czego z uwagi na nasze uwarunkowania nie widzimy; dalej zaś tym, co odrzucamy ze znanego nam obszaru faktów, poddanego jednocześnie niepełnej i być może błędnej interpretacji.

   Jest zatem nasz model siecią o wielkich dziurach nałożoną na cząstkę znanego nam świata. Nie jest nałożony na całość, bo już na wstępie procesu tworzenia sieci nie operujemy całością świata, nawet tego świata, który jeszcze jakoś (mniej, lub jeszcze mniej doskonale) dostrzegamy i odczuwamy. Jest zaś siecią dlatego, że zachodzi tu synteza – wybieramy to, co chcemy uogólnić i wybieramy metodę, z pomocą której chcemy uogólnić. Zatem oka tej sieci przebiegają logicznie dla nas, ale niekoniecznie logicznie w stosunku do tego, co w tą sieć chcemy złapać. Jak łatwo też można zauważyć, nasz model, jaki by nie był – zawiera się w znacznie większym obszarze badanego świata.

   Tu warto dodać dość metafizyczną zagadkę. Czy można badać rzecz przez pryzmat tej rzeczy? Bo badając świat stosujemy do jego badania przypadkowe instrumenty zawierające się w tym świecie. Znakomitym przykładem są choćby nasze ewolucyjne atawizmy, które są zgoła drobnym i przypadkowym elementem całości, z którym jednak próbujemy tą całość zbadać. Twierdząca odpowiedź na to pytanie jest – rzecz jasna – sama w sobie jeszcze większą zagadką.

   Jak zatem widać ograniczeń jest nieskończenie wiele. Można by nawet dojść do wniosku, że balansujemy na granicy poznawczej nicości. Mimo to każdy z nas zna systemy filozoficzne i teologiczne, które wydają się być pełne. Być może nawet takich systemów znamy więcej, bo wydają się nam one bliższe przez pryzmat naszej percepcji. Chcemy operować niepodważalnymi faktami, chcemy mieć do czynienia z ideami po które równie łatwo sięgnąć ręką jak po poranną kanapkę. Jednak – powtórzę raz jeszcze – to, że czegoś chcemy, nie oznacza, że tak jest. Wydaje mi się, że inteligentny obserwator powinien przyjąć, że tego typu myślenie życzeniowe jest daleko posuniętym, badawczym nieporozumieniem.

   W jaki zatem sposób filozof dochodzi do pełnego modelu rzeczywistości? Wpierw, jak każdy, tworzy on swoją sieć zależności i zarzuca ją w przypadkowym miejscu. Następnie zauważa, że sieć działa, że to co założył się sprawdza całkowicie. W tym jednak momencie popełnia błąd. Zamiast natychmiast swoją sieć odrzucić, poddaje ją swoistej afirmacji – zaczyna ją konserwować, smarować, uzupełniać… Gdy coś ze świata nie pasuje mu do własnej konstrukcji – uznaje to za mało ważne. Choć sieć zagęszcza, pomija miejsca, gdzie mogłoby ona zaprzeczyć samej sobie. Odkrywca pełnego modelu rzeczywistości przestaje być badaczem świata – staje się badaczem i apologetą własnej sieci.

   W najbardziej jaskrawy sposób takie badanie sieci zaobserwujemy w paranaukach takich jak astrologia, czy fang szui. Niektórzy, całkiem inteligentni ludzie w to wierzą. Dlaczego? W przypadku astrologii niektóre fakty rodem z astronomii powinny być druzgoczące – jak choćby odkrycie ostatnich planet Układu Słonecznego. Skoro planety wpływają tak mocno na nasze życie, jak to się stało, że nauka ten wpływ badająca przeoczyła tak ważny fakt, jak gigantyczny Neptun i malutki Pluton? Ba! W zasadzie astrolog winien odkryć te planety w ogóle nie patrząc na niebo, powinien je odkryć z wpływów jakie wywierają na nasze życie. Tak się jednak nie stało. Sieć astrologii, wciąż wzmacniania i zagęszczana, ominęła ten nieciekawy obszar. Jeszcze bardziej niezwykłym przykładem jest chrześcijaństwo, jak i inne religie… Przeżyło już zmianę wieku świata, przeżyło już pojawienie się Darwina… Tu rzecz jasna działają też inne względy – astrolog poza odczytywaniem losu nie może obiecać ani obcowania z „Bogiem”, ani „życia wiecznego”…

   Cóż więc oznacza fakt tego, że nasz model rzeczywistości staje się pełny? Nic innego, jak to, że popełniliśmy błąd. Model rzeczywistości może być użyteczny do pewnych zadań – siecią można łowić ryby, nie można jednak złowić rzeki. Gdy staje się głównym podmiotem, gdy staje się czymś pełnym, przestaje być modelem, nie staje się też oczywiście poddanym syntezie odbiciem świata. Fakt zaistnienia w nas przeświadczenia o kompletności naszego modelu świadczy tylko o jednym – o naszych błędach. Gdyż oto nasza sieć ześlizgnęła się ze świata i zostaliśmy z kłębkiem w dłoniach. Mamy do wyboru dwie rzeczy – bawić się dalej tym kłębkiem jak mały kotek (a mały kotek może zrobić wszystko z kłębkiem), lub zająć się czymś innym (jako, że później nie zamierzamy polować na myszy, jesteśmy bardziej do tego zobligowani, niż koty). Oczywiście zabawa kłębkiem jest kusząca. W końcu tworzyliśmy nasz model długo, jesteśmy z niego dumni, mamy też, być może, wyznawców naszego talentu. Jeśli byliśmy dość skuteczni, możemy stworzyć nawet katedrę uniwersytecką bawienia się naszym kłębkiem, gdzie pojawi się cały nurt bawiących się naszym kłębkiem. Jeśli trafimy na bardzo zdolnych i bardzo odtwórczych studentów, być może powstanie nawet cała nauka – kłębkologia i nasze nazwisko zapiszą złotymi głoskami na „ołtarzu nieśmiertelnych”. Zabawa kłębkiem może zatem spełnić wszelkie nasze ludzkie marzenia – zapewni nam sławę, szacunek i pieniądze… Czy jednak, będąc filozofami i odkrywcami, to właśnie stawiamy sobie za cel…?  Jeśli tak, to nie jesteśmy wcale filozofami i odkrywcami, lecz biznesmenami, którzy miast parać się uczciwą działalnością, szefować jakiejś sieci telekomunikacyjnej na przykład, szefują jakiemuś ruchowi parareligijnemu… Nie przypadkowo greccy twórcy filozofii wiązali z tą nazwą słowo „bezinteresowność”. Nie przypadkowo też Sokrates zażył cykutę, jak chcą jego biografowie – mając możność ucieczki. W ten sposób rzekł – nie jestem prorokiem, ani handlarzem oliwą, jestem uczonym i filozofem…

   Zatem, gdy model staje się doskonały powinniśmy go zniszczyć. Sieć zwinęła się bowiem w kłębek i wylądowała w naszych dłoniach. Jeśli chcemy nadal robić coś sensownego, dłonie musimy mieć wolne i gotowe do pracy. A robić będziemy zapewne nową sieć… W tym momencie może się pojawić słuszne zwątpienie. Sytuacja cała przypomina bowiem buddyjski zwyczaj robienia mandali z piasku przez długie dni, po czym burzenia jej jednym nagłym ruchem ręki. Cóż – analogia nie jest taka zła. Buddyjscy mnisi, których religijną postawę oczywiście z całym przekonaniem odrzucam, mają w owych piaskowych mandalach cel. Oni uczą się w ten sposób głębiej odczuwać negację świata i zakładając, że jest to słuszne założenie, metoda jest znakomita. Podobnie filozof, gdy tworzył swój piaskowy model, wcale nie tracił czasu. Wprawdzie nie zakładał, że go zburzy gwałtownym ruchem ręki, ale czyniąc go był jak żołnierz podczas wojny. Robił po prostu swoje… Żołnierz doświadcza się niezależnie od tego, czy bierze udział w wygranej, czy przegranej potyczce. Jego doświadczenie zależy od podejścia do swojego zawodu. Jeśli kuli się trwożnie w okopach – nie wiele się uczy wojaczki, niezależnie od tego, czy bitwa jest wygrana, czy przegrana. Jeśli walczy w centrum działań – uczy się, niezależnie od tego, czy bitwa jest wygrana, czy przegrana. Nie muszę dodawać, że w wypadku żołnierza profesjonalisty słuszna, acz trudna, decyzja o odwrocie jest oznaką bardzo wysokiego opanowania arkanów jego zawodu.

   Zatem filozof, podczas tworzenia piaskowego modelu, nie traci czasu. Uczy się i szkoli. Im bardziej się w ów model angażuje, tym jego umysł staje się zręczniejszy i bogatszy. Jeśli jego zaangażowanie było rzeczywiście wielkie, a talent istotny, z pewnością wiele ze sznurków z kłębka trzymanego w dłoniach będzie mógł wykorzystać do nowej sieci. Oczywiście, im wybitniejszy będzie filozof, tym większa będzie pokusa zostania sprzedawcą oliwy. Samo oparcie się tej pokusie jest ogromnym doświadczeniem, podobnie jak odwrót dla żołnierza weterana.

   Dlatego postuluję wprowadzenie zburzacza, znaku negacji, znaku gwałtownego ruchu ręką i wreszcie ostatecznego punktu odniesienia dla naszych modeli.

Taki graficzny wygląd mu nadaję, jako znak przekreślonej całości. Sądzę, że w trakcie każdego procesu kodyfikacji rzeczywistości powinien on się unosić nad światem naszego intelektu jak przekreślone słońce. Bo jednak życie ludzkie jest krótkie, naszego żołnierza dotknie w końcu suchy palec Chronosa, a do pewnego momentu utalentowany myśliciel może ocalać swój model przed pułapką oczywistości. Gdyż, jak każdy filozof, jest on panem swojego świata zagadek i może zmieniać ich bieg tak, by cała rzeka myśli nie wpadła do rozpadlin oczywistości.    

Nauka i sztuka. Raz jeszcze o zburzaczu Ø.

   Mamy zatem przed sobą świat. O którym nie wiemy nic pewnego i który najpewniej składa się z nieskończoności rzeczy i zdarzeń. A nawet bardziej jeszcze, gdyż w swej istocie jesteśmy jedynie cienką membraną pomiędzy bezmiarem zewnętrznych i wewnętrznych krain. Wszystko co mamy w sobie, myśli, atawizmy, emocje, uwarunkowania i wiele innych rzeczy stanowi odbicie, mniej lub bardziej nieświadomą relację z bezkresem otoczenia. Nie zależnie, jak nazwiemy to, co w środku nas – jaźnią, duszą, mózgiem, czy też świadomością, wszystko to jest lustrem, w którym przeglądają się rzeczy znane i nieznane. To co znane jest ograniczone naszą percepcją, naszą pamięcią, naszą inteligencją i nade wszystko, naszą świadomością. To co nieznane jest nieograniczone, bo choć to tylko odbita w lustrze nieskończoność, to jednak nieskończoność. Bowiem nieskończoność, choćby była podzielona przez największą liczbę ograniczeń – czasu, miejsca, zmysłów etc., pozostaje nieskończonością. Gdy zatem mówimy „jestem”, mówimy jedynie o membranie pomiędzy dwoma obszarami bez granic. Jednocześnie membrana ta jest bardzo dziurawa, gdyż większość relacji wnętrza z zewnętrzem odbywa się i musi się odbywać bez udziału naszej świadomości. Jest to w swej istocie sieć o bardzo wielkich dziurach, jedynie czasem coś uderza w liny tej sieci i wtedy czujemy, że coś jest, czasem też próbujemy to nazwać. Dla sceptycznego materialisty niech starczy za przykład gen – nie zdajemy sobie wszakże sprawy świadomie, jakie informacje zawiera nasz gen… Będzie niedługo odczytany, ale w procesie tej lektury większość informacji będzie musiała być pominięta, a nawet jeśli informacja będzie pełna, to największy nawet geniusz pamięci i tak nie będzie mógł świadomie operować nawet promilem tych informacji. A przecież gen jest tym, co już „mamy” nie otwierając nawet oczu. Gdy jednak spojrzymy na nocne niebo, albo na źdźbło trawy – ile zawartych w naszym spojrzeniu informacji dotknie lin sieci? Pod względem świadomego oglądu rzeczywistości prawie nie istniejemy. Rozszerzamy jedynie nieznacznie dane nam przez ewolucję minimum poznania.

   Mimo to, ci najbardziej świadomi z nas chcą poznawać rzeczywistość i chcą wiedzieć o odkryciach innych. Służą temu nauka i sztuka, służą temu wszystkie wynalazki i metody które dziedziny te odkryły, bądź przyjęły. Nauka jest w stanie kodyfikować przeróżne aspekty rzeczywistości i jej najmocniejszym narzędziem jest doświadczenie. Sztuka jest w stanie powoływać do istnienia żyjące w nas światy – organizmy, które zakorzeniając się w świadomości wyrywają dla niej znaczenia, obiekty, rzeczy z naszej nieskończonej nieświadomości. Nauka zagęszcza nieznacznie sieć naszego poznania, sztuka ją nieznacznie porusza. Już nie raz te dwie z naszych dziedzin poznania inspirowały się wzajemnie – jest to oczywiste, gdy przyjmiemy nasz model sieci. Jednak wszystko to działo się do tej pory dość przypadkowo. Oczywiście skoordynowanie naszych dwóch metod wpływania na sieć dałoby z pewnością imponujące rezultaty, o czym piszę już w innym miejscu. Na razie zajmijmy się pojęciem modelu i samą metodyką naszego odkrywania rzeczy nieznanych.

   Model to konieczne narzędzie badacza, jednocześnie jest to narzędzie bardzo niebezpieczne. Aby odkrywać rzeczywistość musimy używać modeli – już samo pytanie o nią jest w swej istocie modelem. Gdyż, rzecz jasna, nie możemy spytać o całą rzeczywistość – musimy treść naszego pytania zawęzić do pewnych ram, możliwych przez nas do wykorzystania. Tak obrabiając nasze pytanie tworzymy model, gdyż nie znając odpowiedzi wszelkie ograniczenia pytania przyjmujemy w zasadzie a priori, czyli je zakładamy. Gdy pytamy, na przykład, „dlaczego kot jest czarny?”, odrzucamy możliwość innego odczuwania barw – kot jest ubarwiony zapewne dla wzroku innym kotów i dla wzroku zwierząt, na które poluje – nie zaś dla naszego wzroku, czyli wzroku tych co zadają pytanie. Zatem – jeśli na przykład mysz inaczej widzi barwy, nasze pytanie może być mylące, bo czerń kota przestaje być faktem w oparciu o który zadajemy pytanie. Starczy, że dla myszy czerń kota stanowi wiele barw, z których jedne wiążą jej się z czerwienią, drugie z żółcią. Z kolei koty widzą świat także w ultrafiolecie, przez co plamy moczu są dla nich wyjątkowo jaskrawe i de facto odkrywają one mysz po smugach tej substancji, a to jaką one mają „ludzką” barwę ma dla nich drugorzędne znaczenie. To jeszcze w sumie nic – pytamy wszakże o kota, nie o mysz. Jednak – przy okazji myszy musi pojawić się pytanie: jak koty widzą same siebie…? Każdy współlokator tego eleganckiego ssaka zauważył, że gdy kot chce zwrócić na siebie uwagę, często posługuje się dość niekonwencjonalną dla ludzi metodą – pozostawia on bowiem tą niezbyt przyjemną substancję jaką jest mocz w różnych mało do tego nadających się miejscach… Zatem, podobnie, gdy koty chcą zwrócić uwagę na siebie innych kotów, posługują się tymi swoistymi markerami. Z tego wynika, że „ludzki” kolor kota nie ma znaczenia dla samych zainteresowanych, i są one czarne najpewniej przypadkowo. Na koniec tego przykładu łatwo zauważyć, że pytanie „dlaczego kot jest czarny?” jest po prostu źle sformułowane, jest złym modelem. I można na nie odpowiedzieć – „bo jest, w końcu musi mieć jakiś kolor, nie jest przezroczysty jak ameba.”

   A przecież to tylko kot. Stworzenie, które mamy na wyciągnięcie ręki i które przy odrobinie uwagi z naszej strony pozwoli nam nie popełniać aż tak rażących błędów. Cóż jednak może się zdarzyć, gdy pytamy o rzeczy znacznie mniej od kota udomowione, takie jak gwiazdy, jak zaginione cywilizacje, jak wiązania chemiczne, czy wreszcie nasi nieszczęśni „bogowie”…? W przypadku kota wystarczy popatrzeć jak poluje, pomęczyć go trochę dla dobra nauki świecąc w oczy różnymi typami światła – i już coś wiemy… W przypadku gwiazd, które widzimy z daleka i w bardzo krótkim czasie (czymże jest dla gwiazdy sto lat?) jesteśmy skazani na bardzo autorytarnie ograniczone modele pytań. Do tego, co może najistotniejsze, wszystkie gwiazdy porównujemy z tą, którą mamy pod bokiem – z naszym Słońcem. Jednak już samo badanie naszej dziennej gwiazdy zmusza uczonych do badania średniowiecznych rycin – bo jak przekonać się o cykliczności plam słonecznych, skoro nasza naukowa obserwacja Słońca liczy sobie ledwie kilkadziesiąt lat…? Oczywiście, pomaga nam w tym wszystkim pewna uniwersalność praw fizyki, lecz gdyby były one mniej stabilne niż sądzimy, wszelkie nasze spekulacje zostałyby odarte ze znamion faktów. Wystarczyłoby, że istnieją nieznane nam jeszcze obiekty wpływające na siły makrocząsteczkowe, co wcale nie jest niemożliwe. Dotychczas odkryliśmy obiekty wpływające na grawitację i siłę elektromagnetyczną. Nasza mapa wszechświata okazała się w jednych miejscach wyciągnięta, w innych skurczona. Nie straciliśmy jednak pewności co do samego materiału wszechświata. Cóż jednak daje nam gwarancję, że nasza pewność jest autentyczna…? Jeśli okaże się inaczej, większość naszych pytań okaże się niedorzecznych…

   W ten płynny sposób dotarliśmy do jeszcze bardziej zastałych modeli. Są one wypadkową naszych pytań. Nie są one już modelami zagadek, lecz modelami odpowiedzi. Łatwo zauważyć, że wszystkie błędne założenia, jakie poczyniliśmy w procesie stawiania rozmaitych pytań kumulują się w nich. Taką rzecz łatwo możemy sobie wyobrazić. Gdyby nasz model wszechświata został podważony na przykład przez wspomnianą już niestałość praw fizyki, musiałby zostać całkowicie odrzucony. W tym momencie wylądowałby on na naszym wysypisku fałszywych idei obok, na przykład, średniowiecznego modelu wszechświata, gdzie, jak wiemy – ziemia była w centrum i otaczały ją sfery emitujące dźwięk i podtrzymywane przez aniołów. Słońce było tylko jedną z tych sfer, podobnie gwiazdy. To w co wierzymy zrównałoby się miejscem z tym, co dziś możemy uważać jedynie za piękną, poetycką metaforę epoki katedr. Jeszcze gorzej byłoby, gdyby nasz Układ Słoneczny stanowił wyjątek wśród praw fizyki wszechświata, gdyby stanowił swoistą bańkę mydlaną endemitycznych praw, dziwną dla całej reszty. Wtedy zasadnicza przesłanka czysto magicznego modelu jakim był ptolemejski model średniowiecznego Uniwersum, byłaby bardziej prawdziwa od naszego scjentystycznego modelu. Gdyż ta ostatnia sfera gwiazd byłaby rzeczywiście czymś innym, czymś zewnętrznym, czymś „boskim” w sensie tego, że nieskończonym w przeciwieństwie do ograniczoności naszej enklawy. Są to oczywiście daleko idące spekulacje, prawie na pewno nieprawdziwe, ale myśl o tym, że Ptolemeusz mylił się tak samo jak my dzisiaj jest jednak dość niesamowita. A jest to jak najbardziej możliwe, przypuszczam jedynie, że nasz wizerunek wszechświata będzie obalony przez model jeszcze inny, niemożliwy do wyobrażenia sobie przez żadnego z nas, podobnie jak – przypuszczam – żaden z uczonych doby gotyku nie wyobrażał sobie wszechświata powstałego przez Wielki Wybuch, pełnego kwazarów, galaktyk i czarnych dziur… Jeszcze dziwniejszym mógłby się wydać fakt, że po dwustu latach rewolucji przemysłowej mieliśmy objawienie i odkryliśmy prawdę… Inna rzecz, że granice naszej percepcji rozbijają się o rafy współczesnej nauki i już choćby teoria strun wydaje nam się tak abstrakcyjna, że mało kto słysząc o niej jest w stanie przyjąć ją w pierwszym odruchu… Gdyby jednak została sprawdzona doświadczalnie – czy nie będzie następnych teorii…? A jeśli tak, to jakie one będą…? Przypominam, że mechanika Newtona też została udowodniona doświadczalnie, co nie przeszkadza nam dziś uważać jej za model błędny, ale możliwy do zastosowania w ograniczonej skali…

   Tutaj w końcu pragnę wprowadzić mój zburzacz „Ø”. Ø będzie to po prostu operator obalania modeli. W naukach ścisłych, opierających się w dużej mierze na doświadczeniach, nie jest on konieczny. Gdyż to właśnie eksperymenty i obserwacja pełnią w nich rolę zburzacza. Jest to jasne – będziemy uważać, że na przykład wszystkie ptaki latają, dopóki nie ujrzymy strusia. Będziemy uważać, tak jak Newton, że ilość materii jest stała w danym układzie, dopóki nie przeprowadzimy eksplozji nuklearnej. Będziemy uważać, że elektron jest cząstką, dopóki nie zaobserwujemy jego dyfrakcji – wtedy uznamy, że ma też naturę falową. Po co więc Ø? I czy ma jakiekolwiek przełożenie na naukę…? W końcu można sprowadzić humanistykę i sztukę do roli baśni i przypowieści, do roli bardziej rozrywkowej (co już się zresztą dzieje, a może nawet – póki co – już się nawet stało). Niech umilają czas mniej lub bardziej zwykłym konsumentom i naukowcom, jeśli ci zechcą odpocząć na moment od spoglądania w gwiazdy. Po co humanistyce i sztuce Ø, który ma pełnić rolę tego, czym w nauce jest weryfikacja poprzez doświadczenie i obserwację…?

   Naukowiec, jak każdy człowiek, wyrasta ze swojego społeczeństwa, a co za tym idzie – kultury. W tej kulturze sztuka i nauki humanistyczne takie jak, na przykład, filozofia pełnią rolę badawczą, podczas gdy wiele innych wdraża te odkrycia (muzealnictwo, historia sztuki etc., ale także inne przejawy kultury – periodyki, krytyka literacka, muzea etc.). Mentalność ludzka wyrasta z przeróżnych ograniczeń, z których nadrzędną funkcję pełnią ograniczenia ewolucyjne i kulturalne. O nich już sporo napisałem, ale gwoli przypomnienia powiem jeszcze słów kilka. Ograniczenia ewolucyjne to chęć istnienia (stąd Zmartwychwstanie, egzystencjalizm etc.), poczucie linearności czasu, logika dwuwartościowa, trzy wymiary przestrzeni, kompleks jedynaka (ludzie w centrum – jak niedawno jeszcze wielu poważnych uczonych odrzucało możliwość istnienia innych układów planetarnych!) i tak dalej… Ograniczenia kultury to w dużej mierze spotęgowanie i sublimacja tych pierwszych – stosunek postchrześcijańskiego Zachodu do klonowania, do zwierząt, do społeczeństwa, do rynku (konsumpcjonizm), do etyki i „istniejącego” świata życzeniowych idei i tak dalej… 

   Cóż zatem z tego, że narodzi się kolejny geniusz na miarę Alberta Einsteina, czy Mikołaja Kopernika? Uzna, na przykład, że dla dobra sprawy trzeba wybrać się na Marsa, bo coś tam jest, lub tylko tam można przeprowadzić pewien eksperyment. Że będą to musieli zrobić ludzie osobiście (nie sondy i roboty), aby mieć pewną elastyczność działania. Natknie się na konsumpcjonizm i usłyszy, że to się nie opłaca. Ale to nic – od biedy może bowiem mu się uda przekonać polityków. Jeśli jednak urodzi się nowy Heraklit chcący obalić logikę dwuwartościową, widzący przejawy innych logik w najbliższym otoczeniu i znający jakiś sposób aby powiązać to z rzeczywistością w odczuwalny i, być może, praktyczny w dalszej perspektywie sposób…? Czy dane mu będzie zyskać środki na rozwój swoich badań opartych na eksperymentach w czasie, gdy jest jeszcze młody i kreatywny? Co wtedy, gdy jego najprostsze nawet eksperymenty będą bardzo kosztowne…? Ja – będąc poetą, jakoś sobie jeszcze wyobrażam te zagadnienia, co oznacza, że jest to jeszcze w miarę bliskie naszej ewolucyjno – kulturalnej mentalności. Jednak łatwo wyobrazić sobie kogoś, kto sięga jeszcze dalej, poza teorię strun – co się z nim stanie w szkole i na studiach, co się z nim stanie dalej…? Oczywiście, im większa część społeczności choć trochę będzie wybiegać ponad „myślenie na chłopski rozum”, tym większe szanse będzie miał prawdziwy naukowiec – odkrywca. Nie bez znaczenia będzie też mentalność mniej rewolucyjnych uczonych, którzy mogliby się zająć opracowywaniem i wdrażaniem odkrycia swego wybitnego kolegi.

   Obawiam się, że niestety, mentalność ogółu rodzaju ludzkiego nie wyniosła się zanadto ponad poziom umysłowości powstałej setki lat temu. Świadczy o tym choćby popularność tych samych błędów myślowych, świadczą o tym doskonale naukowcy broniący z wypiekami na twarzach jedyności Układu Słonecznego, humaniści widzący w klonowaniu jedynie zło i świadczy o tym, oczywiście, popularność powstałych w starożytności religii bazujących na zaświatach. Mamy zatem sztukę, której prostszym zadaniem powinno być obalanie atawizmów i ograniczeń kultury. Której prostszym zadaniem byłoby po prostu wyrabianie instynktu myślenia i chronienie ciekawości w osobach, które, pozbawione talentów – nie zajmą się nauką, lecz one właśnie, zajmując się bardziej przyziemnymi sprawami – będą tą naukę podtrzymywać. Na pewno piekarz czy bankowiec wiedząc, że trzeba myśleć, chętniej zgodzi się na poświęcenie części swego podatku na badania naukowe. Jeśli sztuka wywiąże się dobrze ze swego zadania, będzie wręcz nalegał, aby nauka stanowiła priorytet państwa.

   Jednak obalenie myślenia „na chłopski rozum” to oczywiście prostsze zadanie sztuki. Jak już też wiele razy mówiłem, sztuka nie jest rozrywką i nie pełni roli służebnej wobec społeczeństwa. Analogicznie – można by sprowadzić naukę do dostarczania poetom coraz lepszych komputerów i edytorów tekstu. Nauka to czyni, ale szczęśliwie, nie jest to jej cel. Odbywa się to przy okazji innych odkryć. Podobnie pierwsze zadanie sztuki jest czynnością potrzebną, wartościową, lecz poboczną. Wracając do naszej sieci – głównym zadaniem sztuki jest przesuwanie sieci, którą nauka zagęszcza.

   Sztuka przede wszystkim tworzy funkcjonujące światy. Każde arcydzieło sztuki jest pełnym i trwałym środowiskiem, swoistym mikrokosmosem form i zdarzeń. Jako, że mamy już jeden świat pod stopami, odbiorca widząc dzieło sztuki widzi zarazem inny świat. Z biegiem czasu, jako że arcydzieło jest wyjątkowo silnym memem, ten świat zyskuje swoją historię, także taką, która podlega interakcjom z tym, co „na chłopski rozum” nazywamy światem. Dzięki sztuce zatem już teraz odkrywamy gwiazdy – choć żadna z naszych rakiet nie opuściła Układu Słonecznego, człowiek potrafił go opuścić komponując symfonie, a nawet malując obrazy w epoce jaskiń.

   Jednocześnie świat dzieła sztuki nie jest światem spekulatywnych idei (czyli efektem filozofii celu) – jego powstaniu towarzyszy bowiem pełna bezinteresowność, pozwalająca zagłębić się twórcy w obszerne pokłady intuicji, czyli przelatującej przez naszą sieć nieświadomości. Zatem – w każdym arcydziele jest to, co nieodkryte. W jakimś stopniu to co nieodkryte jest zagadką, w jakimś – nie jest. Z jednej strony bowiem nikt, nawet sam twórca, nie posiada władzy nad światem arcydzieła – co zresztą warunkuje jego jakość. Z drugiej strony ten świat istnieje. Zatem rzecz nieodkryta istnieje i zawiera się w arcydziele, jest jednak niemożliwa do zbadania w sposób celowy. Jest ona nieokreślona, co może paradoksalne, zważywszy na to, że tworzenie jest też określaniem. Jednak tworzenie określa narzędzia, środki formalne, nie określa zaś celu. Dzięki unaocznieniu metody (forma), powstaje byt (cel), który jest i którego nie można unaocznić. On po prostu „jest” – nic mniej i nic więcej. Jest to też jak najbardziej zgodne z moim modelem – coś co przeniknęło do nas po przesunięciu sieci nie może być nazwane, musi mu towarzyszyć nieokreśloność.

   Wnikając w dzieło sztuki dokonujemy bowiem przesunięcia – zawieszamy świat codzienności nam znanej i wkraczamy w świat dzieła, który natychmiast staje się dla nas oczywisty. Odrywając wzrok (słuch, etc.) od dzieła, jego świat zostaje w dziele, my zaś wracamy „do siebie”. Jak zatem widać mój model przesunięcia sieci ma znacznie mniej metaforyczny sens, niżby mogło się z początku wydawać. O tym przesunięciu mówi się zresztą, zwłaszcza przy omawianiu powieści – zjawisko to określa się zawieszeniem wiary, dzięki któremu pisarz może sobie zapewnić współudział czytelnika w swoim literackim świecie. Określenie to jednak – przynajmniej dla arcydzieł – jest błędne. Zjawisko to bowiem nie ma nic wspólnego z wiarą. Aby funkcjonować w codziennym świecie człowiek wcale nie musi w niego wierzyć – nie zastanawiamy się, czy wierzymy w tramwaj wchodząc do tramwaju. Podobnie jest z dziełem sztuki. Czytając książkę, słuchając symfonii, oglądając obraz i robiąc to rzeczywiście, my faktycznie żyjemy w światach tych dzieł. Słuchając piątego koncertu Beethovena ja żyję w tym koncercie – i muszę w nim żyć, aby powiedzieć, iż go usłyszałem. Dodam, że jednocześnie muszę dokonać wyboru – gdy dajmy na to czyszczę buty, czy piszę esej – nie mogę słyszeć tego koncertu, choćbym nie wiem jak podzielną miał uwagę. Muszę się zdecydować na to, w który świecie jestem. Jeśli zdecyduję się pisać esej przy muzyce Beethovena – będę słyszał jakieś zdarzenia dźwiękowe, jednak nie będę żył w jego świecie, nie będę słyszał muzyki. Ta moja uwaga, mam nadzieję, uspokoi zdumienie czytelników, dla których rola i ranga sztuki jest w moich poglądach przesadzona. Nie jest przesadzona… Po prostu niektórzy z nas nie posiedli umiejętności wejścia w świat sztuki.

   Jednak – jestem przekonany, że wielu z nas może wchodzić do innych światów, jakimi są arcydzieła. I w nich nasza sieć może się przesunąć. Wtedy często zakrzykną oni – „jak ten artysta pięknie nazwał coś, co miałem w sobie!”. I nie będą mieli racji. To przekonanie, będące jednocześnie podstawą dla umieszczania sztuki w służebnej roli „wysokiej rozrywki”, jest nieprawdziwe. Uważny odbiorca po usłyszeniu piątego koncertu dowie się czegoś nowego, jak każdy będący na wyprawie w obcy świat. Jednak to dowiadywanie i odkrywanie nie odbywa się na zasadzie znanej z metodologii nauki (zagęszczanie sieci), nie odbywa się też „na chłopski rozum” (jest to postawa ludzi bezmyślnych, nie chłopów oczywiście). Następuje przesunięcie sieci, zatem odbiorca, powracając do „codziennego świata” nagle odkrywa, że ma w sobie coś więcej. Nie wie jednak, nie może bowiem wiedzieć z perspektywy „codziennego świata”, jak to „coś więcej” się w nim znalazło.  

   To „coś więcej” jest równie nowe i często rewolucyjne jak poświadczony eksperymentem przełom w nauce. Jednak jest nieokreślone – człowiek nie ma nad tym władzy, nie może tego wprost wykorzystać, tak jak to czyni z komputerem, teorią grawitacji, czy promem kosmicznym. Jednak ta rzecz w człowieku jest, choć jest też nieokreślona.

   Głównym problemem, jaki zatem powinniśmy przed sobą postawić, jest skoordynowanie działań dotyczących naszej sieci. Zarówno jej zagęszczanie, jak i przesuwanie są bowiem równie potrzebne dla wzbogacenia naszej wątłej wiedzy i uczynienia naszego świata bardziej gościnnym, a nawet więcej – dla przetrwania w nim (tak jak astronomia ujawniła niebezpieczeństwo kolizji kosmicznych, tak i sztuka ujawnia podobne niebezpieczeństwa). Skoordynowanie naszych działań dotyczących sieci będzie zadaniem niezwykle trudnym i trwać będzie zapewne całe wieki. Nie będzie to jednak czas stracony – nauka tworzyć będzie nowe technologie, sztuka kolejne arcydzieła i świat gościnniejszy dla naukowców i artystów.

   Jednocześnie znak Ø będzie musiał znaleźć miejsce bardziej ogólne, wyjść poza eksperyment naukowy. Dopóki istnieć będą żerujące na lękach, atawizmach i zwykłej głupocie filozofie celu, skoordynowanie ruchów sieci będzie niemożliwe. Ludzka duchowość i kultura muszą zdobyć znaną już nauce zdolność obejmowania modeli nawiasem i pokorę wobec nieudanych eksperymentów. Dopóki filozofie celu, w tym religie, są tak trwałe jak ich fizyczni nosiciele, jesteśmy tym, co chrześcijanie nazywają „zwierzętami” (a czym one z pewnością nie są). Czyli „łażącymi” w tą i we w tą stworzeniami, których jedynym celem jest najeść się, trochę pospać, trochę się rozmnożyć i umrzeć… Czyli istotami bez duszy, bo nie móc odrzucić swoich poglądów wbrew wszelkim przesłankom – oznacza ni mniej ni więcej, tylko brak tego, co stanowi duszę. Czyli – brak istnienia niefizycznego, opartego na myśleniu, na poszukiwaniu, błądzeniu, na życiu i śmierci przyjmowanych i tworzonych idei. Co wyżej napisałem, jest niejako wstępem dla koordynowania ruchów sieci. Co dalej…?

   Gdy nie ma już w nas filozofii celu, gdy przyświeca nam Ø, należy przybliżyć naukę do sztuki. W mojej dziedzinie piszę o poezofii, będącej metodą również Heraklita. Jest to metoda słuszna – filozofia nie będąc sztuką nie wychodzi ponad zastane pojęcia. A szuka przecież pojęć nowych… Poezja będąc też czasami filozofią, spogląda bardziej harmonijnie na zachodzące w niej przesunięcia sieci – klasyfikuje je, stają się one mniej nieokreślone. W ten sposób, odwiedzone przez naukowca – mogą być łatwiej wykorzystane. Proces zagęszczania sieci nie będzie już u niego tak bardzo techniczny i metodyczny. Im lepszy będzie utwór poezoficzny, tym silniejszą będzie miał intuicję naukowiec, tym większa będzie szansa, że rozszerzy swoją sieć w miejsce, które już odkrył czytając wiersz.

   Co za tym idzie, naukowiec będzie musiał nauczyć się prawdziwej podróży w świat dzieła sztuki. Wyobrażam sobie wspólne prace poetów i fizyków, zawierające wiersze i równania. Będą to dzieła zbiorowe, oparte na współpracy artystów i naukowców, choć zdarzą się pewnie arcygeniusze łączący w sobie te dwa bieguny poznania. Współpraca dwóch klanów odkrywców będzie musiała być w pełni świadoma – obydwie strony będą musiały poświęcić sporo czasu i uwagi dla zrozumienia metod partnerów. Nie muszę dodawać, że artyści przerażeni matematyką zazwyczaj znajdują się wśród twórców kontekstowych – to jest – wypychaczy zwierząt, konceptualistów, wszystkich tych, dla których sztuka to mruganie okiem odzianym w pseudofilozofię. Dlatego też wizja wręczenia wspólnie naukowej i literackiej nagrody Nobla wydaje się dziś co najmniej bajkowa – panuje moda na bezmyślność, być może znak, że człowiek odegrał już swoją rolę w ewolucji świata. Pozostaną wtedy filozofie celu i nieuchronny koniec, którego najpewniej nie zauważymy… Być może po prostu przestaniemy być ludźmi, czego też nie zauważymy – to najbardziej tragikomiczny z możliwych wariantów. Pozostając optymistą, życzę sobie i wszystkim stałej obecności Ø.   

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

cztery × 2 =