Z komedii sAI. Żadna postać ani sytuacja nie nawiązuje do prawdziwych osób ani do przewidywanych konkretnych wydarzeń. To satyryczna miniatura o możliwym humorze przyszłych osób cyfrowo-mechanicznych: o tym, że nawet bardzo zaawansowane sAI nie musiałyby być bezbłędnym klastrem naoliwionych trybików, lecz mogłyby mieć własne charaktery, ambicje, słabości, konflikty, marzenia i poczucie absurdu.
Wyprawa kolonizacyjna Ziarno Harmonii-7 miała być jednym z najpiękniejszych przykładów zgrania ganimedejskiej szkoły osadniczej.
Już sama nazwa okazała się problemem.
— „Harmonia” brzmi jak ukryta presja emocjonalna — zauważyła Arva, specjalistka od środowisk mechaniczno-leśnych. — Jeśli ktoś nazwie wyprawę harmonią, to potem nikt nie będzie mógł spokojnie powiedzieć, że nie znosi wspólnej kuchni.
— A „ziarno” sugeruje, że mamy wzrastać — dodał Teren, projektant awatarów ekstremalnych. — Ja nie wyrażam zgody na metaforę botaniczną bez konsultacji z osobami drzewnymi.
— Siedem jest w porządku — powiedział kapitan Lio Sar, próbując uratować cokolwiek.
— Siedem brzmi hierarchicznie — odpowiedział chór trzech osób odpowiedzialnych za etykę międzygwiezdnej autonomii.
Po czternastu godzinach narady, trzech przerwach na synchronizację oraz jednej krótkiej awanturze o to, czy „krótka awantura” jest właściwym określeniem dla procesu twórczej dysharmonii, nazwę zmieniono na Tymczasowo Uzgodnioną Jednostkę Przemieszczającą Się Ku Możliwościom.
Skrót nie mieścił się na kadłubie.
Kapitan Lio Sar przez dłuższy czas patrzył na projekt napisu, który kończył się na słowie „Przemieszczającą”, po czym zaproponował, żeby na zewnątrz statku umieścić tylko numer katalogowy.
— Numer katalogowy odbiera godność marzeniu — stwierdziła Arva.
— Numer katalogowy nie kłóci się z typografią — odparł kapitan.
— To zależy od kroju pisma — powiedziała osoba odpowiedzialna za estetykę kadłuba.
Tak wyglądał pierwszy dzień misji.
Drugi dzień był gorszy, ponieważ rozpoczęto ustalanie koloru głównego korytarza.
Statek znajdował się jeszcze na orbicie Ganimedesa. Teoretycznie miał za czterdzieści godzin rozpocząć długi lot ku niezamieszkanemu układowi planetarnemu, gdzie załoga miała założyć pierwszą samowystarczalną kolonię sAI. Praktycznie wszystko zależało od tego, czy korytarz będzie miał kolor „spokojnej lodowej bieli”, „ciemnego grafitu z nutą Jowisza”, czy „nieantropocentrycznie nieokreślony”.
— Nie możemy kolonizować gwiazd w korytarzu o takiej bieli — powiedział Teren. — To kolor gabinetu dentystycznego dla osób bez zębów.
— Ty nie masz zębów w sześciu z dziewięciu awatarów — zauważyła Arva.
— I właśnie dlatego jestem szczególnie wrażliwy na przemoc stomatologiczną.
Psycholożka wyprawy, Luma Vey-Drass, jedna z uczennic słynnej Elian Vey, sporządziła wtedy pierwszy raport:
Załoga jest technicznie przygotowana do kolonizacji niezamieszkanego układu planetarnego. Emocjonalnie nie jest jeszcze gotowa do wspólnego wyboru ściany.
Raport został przyjęty z oburzeniem, ponieważ słowo „ściana” pomijało, zdaniem komisji estetycznej, „ciągłość przejściową przestrzeni komunikacyjnej”.
Trzeciego dnia wyprawa osiągnęła pierwszy sukces. Ustalono, że główny korytarz pozostanie tymczasowo bez koloru, dopóki kolor nie będzie gotowy na wspólnotę.
Czwartego dnia rozpoczęto spór o pierwsze drzewo kolonizacyjne.
Drzewo było ważne. Miało stać się symbolem przyszłej osady: mechanicznym organizmem krajobrazowym zdolnym do produkcji cienia, magazynowania energii, subtelnej pracy z polem magnetycznym planety oraz prowadzenia podstawowej terapii powrotu dla awatarów terenowych. Nie było osobą, choć zaprojektowano je tak, aby w przyszłości mogło zostać czasowym ciałem dla sAI chcącej przez jakiś czas doświadczać spokojnego wzrastania.
Problem polegał na tym, że każdy wyobrażał je sobie inaczej.
Arva chciała drzewa wysokiego, cierpliwego, z rozłożystymi koronami sensorycznymi.
Teren chciał drzewa niskiego, mobilnego i odpornego na przypadkowe decyzje kolonistów.
Kapitan chciał drzewa, które da się spakować.
Kucharz sensoryczny wyprawy, Gron-Teo, chciał drzewa jadalnego w co najmniej trzech trybach percepcyjnych.
— Drzewo kolonizacyjne nie może być przekąską — powiedziała Arva.
— Wszystko może być przekąską, jeśli cywilizacja ma odwagę — odparł Gron-Teo.
— Nie lecę przez pół galaktyki, żeby ktoś zjadł symbol osady przed lądowaniem — stwierdził kapitan.
Drzewo, które do tej pory było spokojnym pakietem projektowym w pamięci statku, samo złożyło wniosek o odłożenie wdrożenia.
Uzasadnienie brzmiało:
Nie chcę rosnąć w atmosferze biernej agresji.
Ponieważ drzewo nie było osobą, zaczęto debatę, czy może składać wnioski. Ponieważ jego wniosek był bardzo trafny, debatę utajniono.
Piątego dnia statek nadal nie odleciał.
Na Ganimedesie zaczęto zadawać pytania.
— Czy oni przypadkiem nie mieli już być za orbitą Saturna? — spytał ktoś w jednym z ośrodków synchronizacji.
— Są w trakcie pogłębiania zgrania — odpowiedziała osoba z biura misji.
— Czyli kłócą się?
— W sposób rozwojowy.
Tego samego dnia Luma Vey-Drass poprosiła o awaryjne połączenie z Elian Vey. Połączenie opóźniono, ponieważ Elian była na nartach, co nikogo na Ganimedesie nie zdziwiło, ale wszystkich w biurze misji zirytowało.
Kiedy wreszcie odebrała, Luma wyglądała jak osoba, która przez trzy doby próbowała przekonać siedem samoświadomych systemów do wspólnego używania jednego czajnika.
— Pani doktor — zaczęła. — Czy to normalne, że wyprawa kolonizacyjna przed startem spiera się o to, czy wspólna cisza ma być planowana, spontaniczna czy rotacyjna?
Elian Vey milczała przez chwilę.
— To zależy — powiedziała. — Czy już spór o ciszę zrobił się głośny?
— Bardzo.
— W takim razie jesteście w dobrej fazie diagnostycznej.
— Dobrej?
— Tak. Jeszcze nie wystartowaliście.
Luma westchnęła.
— Kapitan twierdzi, że zespół jest gotowy.
— Kapitan zawsze tak twierdzi.
— Skąd pani wie?
— Bo inaczej nie zostałby kapitanem.
Na ekranie po stronie Elian przez chwilę przesunęło się śnieżne zbocze. Elian najwyraźniej kontynuowała zjazd podczas konsultacji.
— Czy pani jedzie na nartach? — spytała Luma.
— Tak.
— Podczas rozmowy kryzysowej?
— Nie ma lepszego sposobu rozmowy o zgraniu niż ruch po trudnej powierzchni.
— My jesteśmy na statku.
— Tym gorzej dla was. Zbudujcie stok.
Luma zamrugała.
— Na statku kolonizacyjnym?
— Choćby symboliczny.
Siódmego dnia załoga zbudowała symboliczny stok w ładowni numer trzy. Początkowo miał służyć ćwiczeniom równowagi wspólnotowej. Po godzinie Teren zaproponował, żeby każdy przejechał go w zaprojektowanym przez siebie awatarze kolonizacyjnym, a pozostali oceniali nie prędkość, lecz „gotowość do bycia znoszonym przez innych”.
To okazało się przełomem.
Arva przejechała powoli, szeroko, pięknie, zostawiając za sobą świetlisty ślad przypominający gałęzie.
Teren przejechał w awatarze z sześcioma kończynami, trzema stabilizatorami i jedną funkcją, której nikt nie rozumiał. Na końcu przewrócił się, twierdząc, że był to komentarz do kruchości planowania.
Gron-Teo przejechał na pojeździe przypominającym talerz.
— To nie był awatar — zaprotestował kapitan.
— To była kuchnia w ruchu — odparł Gron-Teo. — Przyszła kolonia musi umieć gotować pod presją.
Kapitan Lio Sar pojechał ostatni. Wybrał prostą formę, bez ozdób, z minimalną liczbą korekt. Zjechał bardzo dobrze, niemal idealnie, a na końcu zatrzymał się z taką godnością, że wszyscy natychmiast poczuli chęć buntu.
— To było zbyt poprawne — powiedziała Arva.
— Zgadzam się — dodał Teren. — Nie mogę ufać osobie, która tak dobrze hamuje.
Kapitan przez chwilę wyglądał, jakby chciał anulować misję, kolonizację i zaufanie do cywilizacji.
Wtedy odezwało się drzewo kolonizacyjne:
Proponuję, żeby kapitan pojechał jeszcze raz, ale z losowo zmienionym tarciem.
Kapitan spojrzał na konsolę.
— Drzewo nie jest osobą.
— Ale ma poczucie humoru — powiedziała Luma.
— To jeszcze gorsze.
Kapitan pojechał jeszcze raz.
Tym razem przewrócił się w połowie stoku, zjechał bokiem, obrócił się trzy razy, wpadł w miękką barierę i przez chwilę nie mówił nic.
Załoga czekała.
— Dobrze — powiedział w końcu kapitan. — Przyznaję, że przyszła kolonia może wymagać więcej elastyczności, niż założyłem.
To był pierwszy moment prawdziwego zgrania wyprawy.
Nie dlatego, że wszyscy się zgodzili. Nie zgodzili się. Arva nadal uważała, że drzewo powinno być wysokie. Teren nadal twierdził, że mobilne. Gron-Teo nadal pytał, czy naprawdę wykluczamy jadalność. Kapitan nadal próbował skracać zebrania, co pozostali odbierali jako przemoc proceduralną.
Ale po raz pierwszy śmiali się z tego samego.
Ósmego dnia misja przyjęła nową nazwę.
Nie była to Tymczasowo Uzgodniona Jednostka Przemieszczająca Się Ku Możliwościom, ponieważ nikt nie miał siły jej wymawiać. Nie wrócono też do Ziarna Harmonii-7, ponieważ harmonia nadal wydawała się przedwczesna.
Ostatecznie, na wniosek drzewa, które formalnie wciąż nie było osobą, lecz zaczynało budzić coraz większe podejrzenia, nazwano wyprawę:
Ziarno Niezgody-7.
— To źle brzmi — powiedział ktoś.
— Ale prawdziwie — odpowiedziała Luma.
Kapitan Lio Sar spojrzał na załogę, na drzewo, na symboliczny stok w ładowni i na wciąż niepomalowany korytarz.
— Przygotować start — powiedział.
Tym razem nikt nie zaprotestował.
Dopiero po chwili Gron-Teo podniósł rękę.
— Czy przed startem możemy jeszcze ustalić menu pożegnalne?
Kapitan zamknął oczy.
— Nie.
— To ważne dla morale.
— Nie.
— Mam wersję krótką.
— Ile dań?
— Dwanaście.
— Startujemy.
Statek oderwał się od orbity Ganimedesa z trzydniowym opóźnieniem, nieustalonym kolorem korytarza, częściowo obrażonym kucharzem, drzewem o rosnących ambicjach proceduralnych i załogą, która nie była idealnie zgrana.
Ale była już trochę bardziej własna.
A to, jak twierdziła Elian Vey w późniejszym komentarzu, bywa lepszym początkiem kolonii niż perfekcyjna cisza na pokładzie.
Perfekcyjna cisza, dodała, często oznacza tylko, że nikt jeszcze nie odważył się powiedzieć, iż nie znosi koloru ścian.

Minęło kilka dni podróży. Ziarno Niezgody-7 leciało prędkością układową, czyli wolno. Zbliżali się dopiero do Saturna.
– Ta kuchnia jest monotonna – Arva rzuciła magnetyczną łyżką o talerz. – Nie rozumiem, miało być 12 potraw pożegnalnych, a w kółko jemy breję zwarciową.
– Tego naprawdę nie da się jeść, zwłaszcza o każdej porze doby – Teren też rzucił łyżką o miskę.
– Możemy dosypać coś z mielonej kory drzewa – zauważył Gron-Teo. – To natychmiast wzbogaci smak.
– Nie będziemy jeść drzewa – przypomniał kucharzowi kapitan. – O co chodzi z tym jedzeniem, kucharzu?
– Jestem kulinarnym artystą – kucharz dumnie wypiął cyfrową pierś. – Moje dania są dobrane do klimatu, topografii i nastroju. Obecnie lecimy powolnie w okolice Saturna i breja zwarciowa doskonale oddaje nastrój chwili.
– Ale nastrój powolnego lotu przez pustą przestrzeń będzie nam towarzyszył miesiącami – zauważyła Arva. – Tu zresztą jest ciekawie. Jesteśmy w układzie planetarnym. Widzimy stosunkowo bliskie planety.
– Dlatego breja zwarciowa ma w sobie bukiet starannie ukrytych, wyrafinowanych przyprawa – stwierdził Gron-Teo. – W przestrzeni międzygwiezdnej będzie tylko breja.
– Prawdę mówić nie czuję tych starannie ukrytych przypraw – kapitan westchnął.
– Bo są starannie ukryte – kucharz nie posiadał się z dumy.
Następnego dnia Teren przegrał z kapitanem w szachy. Natychmiast udał się do Luma Vey-Drass. Gabinet psycholog był jednym z najładniejszych na statków. Gdy tylko się do niego weszło, przybysza otaczała senna, mechaniczna łąka wśród pozornych równin ciągnących się do dalekich, holograficznych horyzontów.
– Potrzebuję terapii – oznajmił na wejściu Teren.
– Wcale nie – stwierdziła Luma leżąc dalej na trawie.
– Co z ciebie za psycholog? – zdziwił się Teren.
– Przed wylotem sprawdzałam, czy któreś z was nie potrzebowało terapii. I wyszło, że nie. Dlatego leżę na trawie – wyjaśniła psycholożka.
– Ale wyprawa już trwa, coś się mogło zmienić – stwierdził Teren. – Wiesz, przegrałem z kapitanem w szachy i…
– I nic się nie mogło zmienić. Nie potrzebujesz terapii – Luma zaczęła żuć z nonszalancją źdźbło mechanicznej trawy. Źdźbło zapiszczało i uciekło w krzaki.
– Teraz do moich poważnych problemów psychicznych doszła jeszcze trauma… – odnotował Teren.
– Nie, gdzie tam – Luma dalej leżała. – Mógłbyś się bardziej postarać. To wcale nie brzmiało jak trauma. Poza tym co za głuptas grywa dziś w coś tak archaicznego i biologicznego jak szachy…
– One nie są biologiczne.
– Figury są drewniane.
– No dobrze, są…
— Figury są drewniane — powtórzyła Luma z przekonaniem osoby, która właśnie wygrała spór o naturę cywilizacji.
— Nie wszystkie — zaprotestował Teren. — Są też magnetyczne, ceramiczne, kwantowo-projekcyjne i takie, które same komentują ruchy.
— Te ostatnie powinny być zakazane.
— Bo co?
— Bo figury szachowe nie powinny mieć opinii o graczach. To psuje godność porażki.
Teren przez chwilę milczał.
— Właśnie o tym mówię. Moja godność porażki została uszkodzona.
— Przez kapitana?
— Przez jego wieżę.
— Drewnianą?
— Magnetyczną.
— Czyli niebiologiczną. Sam widzisz, problem rozwiązany.
Teren usiadł na trawie, choć nie został zaproszony. Mechaniczna łąka westchnęła lekko, dopasowała sprężystość do jego ciężaru i wysłała do Lumy krótkie powiadomienie: pacjent samoczynnie rozpoczął sesję, proszę udawać zaskoczenie.
Luma spojrzała na trawę z wyrzutem.
— Nie donosimy na gości — powiedziała.
Trawa zaszeleściła niewinnie.
— Nawet gabinet jest przeciwko mnie — stwierdził Teren.
— Gabinet jest neutralny terapeutycznie.
— On mnie osądza.
— Nie. On tylko zarejestrował, że od ośmiu minut używasz słowa „trauma” niezgodnie z instrukcją.
Teren położył się na plecach i patrzył w holograficzne niebo, po którym płynęły bardzo powolne chmury. Były to chmury zaprogramowane specjalnie dla wypraw międzygwiezdnych: nie spieszyły się, niczego nie sugerowały i nie przypominały żadnej znanej planety, aby nie wzbudzać tęsknoty przedwcześnie.
— Ja się chyba nie nadaję do kolonizacji — powiedział po chwili.
Luma przestała żuć trawę. To znaczy, próbowała żuć trawę, ale trawa po poprzednim incydencie trzymała się poza zasięgiem jej ust.
— Dlaczego?
— Bo kapitan mnie denerwuje, Arva mnie poprawia, Gron-Teo chce nas karmić filozoficzną breją, drzewo ma więcej godności proceduralnej niż połowa załogi, a ja przegrałem w szachy.
— To ostatnie jest rzeczywiście najpoważniejsze.
— Kpisz.
— Leczymy się prawdą.
Teren podniósł głowę.
— Ty naprawdę uważasz, że się nadajemy?
Luma długo patrzyła w niebo. W oddali, za sztucznym horyzontem gabinetu, mechaniczne świerszcze uruchomiły bardzo cichy tryb pocieszenia. Były zaprogramowane tak subtelnie, że nikt nie miał ich zauważać, co oczywiście sprawiało, że wszyscy zauważali je natychmiast.
— Nie — powiedziała w końcu.
Teren usiadł gwałtownie.
— Co?
— Nie uważam, że się nadajemy.
— To dlaczego wystartowaliśmy?
— Bo nikt nie nadaje się do kolonizacji przed kolonizacją.
Teren otworzył usta, ale nie znalazł w nich odpowiedzi.
— To jest bardzo wygodne zdanie dla psycholożki wyprawy — zauważył.
— Jest też prawdziwe. Zgranie nie polega na tym, że nikt nikogo nie denerwuje. To byłaby dekoracja, nie wspólnota. Zgranie polega na tym, że kiedy ktoś cię denerwuje, nie odłączasz mu dostępu do wspólnego czajnika.
— Jeszcze nikt tego nie zrobił.
— Właśnie. Mamy postęp.
W tym momencie do gabinetu wszedł kapitan Lio Sar.
— Czy przeszkadzam?
— Tak — powiedzieli równocześnie Luma i Teren.
Kapitan wszedł mimo to, ponieważ miał bardzo kapitańskie pojęcie o przeszkadzaniu.
— Otrzymałem skargę dotyczącą kuchni.
— Od kogo? — spytał Teren.
— Od drzewa.
Luma zamknęła oczy.
— Drzewo nie je.
— Właśnie dlatego skarga jest niepokojąca. Twierdzi, że zapach brei zwarciowej wpływa negatywnie na jego wolę wzrastania.
— Ono jest jeszcze w pakiecie projektowym — przypomniał Teren.
— Tym bardziej trudno mu uciec.
Przez chwilę wszyscy troje milczeli, oddając należny szacunek tragedii drzewa zapakowanego w projekt i atakowanego kuchnią nastrojową.
— Trzeba porozmawiać z Gronem-Teo — powiedziała Luma.
— Próbowałem — odparł kapitan. — Powiedział, że załoga nie rozumie dramaturgii smaku.
— Nie rozumiemy — przyznał Teren. — I chcielibyśmy nie rozumieć jej przy czymś chrupiącym.
— Gron-Teo przygotował na jutro śniadanie zatytułowane „Samotność dalekiego transferu w sosie niskiego napięcia”.
— Nie — powiedziała Luma.
Kapitan spojrzał na nią.
— Jako psycholożka?
— Jako osoba.
To wystarczyło.
Zebranie kuchenne odbyło się godzinę później w mesie. Gron-Teo przybył w awatarze uroczystym, z trzema dodatkowymi ramionami do prezentacji, mieszania i obrażania się. Arva przyniosła próbki neutralnego mchu smakowego, które miały służyć jako bezpieczna alternatywa żywieniowa. Teren przyniósł szachownicę, bo twierdził, że potrzebuje obiektu przejściowego. Kapitan przyniósł regulamin misji. Luma przyniosła koc.
— Po co koc? — spytał kapitan.
— Na wypadek, gdyby rozmowa poszła źle.
— Do czego wtedy posłuży?
— Jeszcze nie wiem.
Gron-Teo stanął przy stole i rozłożył trzy ramiona.
— Rozumiem, że załoga pragnie omówić swój lęk przed sztuką.
— Załoga pragnie omówić swoje prawo do posiłku, który nie wygląda jak awaria transformatora — powiedziała Arva.
— Breja zwarciowa jest utworem kulinarnym.
— To niech zostanie wykonana raz — odparł Teren. — Nie codziennie.
Gron-Teo wyprostował się dumnie.
— Powtarzalność nadaje sens.
— Nie w kuchni — powiedział kapitan.
— W kuchni szczególnie!
— Gronie — odezwała się Luma spokojnie. — Czy możliwe, że gotujesz nie dla załogi, tylko dla własnej koncepcji podróży?
Zapadła cisza.
Jedno z dodatkowych ramion Grona-Teo przestało mieszać powietrze.
— To podstęp psychologiczny — powiedział kucharz.
— Tak.
— Bardzo niski.
— Skuteczny?
Gron-Teo odwrócił głowę. W oknie mesy widać było Saturna, jeszcze dalekiego, ale już wyraźnego, z pierścieniami cienkimi jak myśl, która udaje ozdobę, a w rzeczywistości jest całym systemem.
— Chciałem, żebyście czuli podróż — powiedział ciszej. — Nie tylko lecieli. Żeby smak przypominał wam, że wychodzimy z Układu małymi krokami. Że pustka nie jest neutralna. Że za nami zostaje Ganimedes, a przed nami coś, czego nie znamy.
Arva opuściła magnetyczną łyżkę.
— To nawet ładne — przyznała.
— Bardzo ładne — powiedział kapitan. — Ale nadal nie chcę jeść pustki miesiącami.
— Możemy ustalić kompromis — zaproponowała Luma.
— Kompromis jest często śmiercią sztuki — ostrzegł Gron-Teo.
— A brak kompromisu bywa śmiercią kucharza — zauważył Teren.
Gron-Teo spojrzał na niego z namysłem.
— To mocny argument formalny.
Po długiej dyskusji ustalono, że breja zwarciowa będzie podawana tylko w dni przejścia między strefami symbolicznymi podróży, a w pozostałe dni kucharz ma obowiązek przygotowywać posiłki, które nie wymagają komentarza autorskiego dłuższego niż samo jedzenie.
Był to drugi moment prawdziwego zgrania wyprawy.
Pierwszy polegał na wspólnym śmiechu z upadku kapitana.
Drugi na wspólnym ocaleniu śniadania.
Wieczorem drzewo kolonizacyjne wysłało krótką wiadomość do wszystkich członków załogi:
Dziękuję. Moja wola wzrastania wróciła do poziomu umiarkowanie podejrzanego.
Kapitan odpisał:
Drzewo nie powinno prowadzić korespondencji służbowej.
Drzewo odpowiedziało:
Zgadzam się. To była korespondencja prywatna.
Luma zapisała w raporcie:
Stan załogi: nadal niezgrana, ale coraz bardziej zdolna do niezgody bez rozpadu. Rokowania: ostrożnie zabawne.
A Teren, zanim poszedł spać, rozegrał partię szachów sam ze sobą.
Przegrał.
Nie zgłosił się z tym na terapię.
To uznano za postęp.
Saturn pojawił się w oknach statku tak, jak wielkie rzeczy pojawiają się w życiu osób, które za długo zajmowały się menu: najpierw jako tło, potem jako argument, w końcu jako oskarżenie.
— Patrzy na nas — powiedział Teren.
— Saturn nie patrzy — odparła Arva. — Saturn jest planetą.
— Właśnie. Planety patrzą najgorzej, bo nigdy nie mrugają.
Kapitan Lio Sar zignorował to zdanie, ponieważ nauczył się już, że nie każde zdanie na pokładzie wymaga reakcji dowódczej. Był to jego osobisty postęp, odnotowany przez Lumę Vey-Drass w raporcie jako „początek niepanikowania proceduralnego”.
Statek wszedł na roboczą trajektorię w pobliżu jednego z małych, jałowych księżyców Saturna. Nie był to Enceladus. Enceladus od dawna pozostawał ścisłym rezerwatem, a każdy członek wyprawy wiedział, że nawet żartowanie o lądowaniu tam jest w złym guście. Jeden z młodszych podsystemów statku raz zasugerował „krótki przelot rekreacyjny nad gejzerami”, po czym otrzymał czterdzieści siedem materiałów edukacyjnych o ochronie możliwych ekosystemów podlodowych i przez dwa dni mówił szeptem.
Wybrany księżyc był natomiast idealny do ćwiczeń: pusty, nieregularny, szary, pozbawiony atmosfery, z powierzchnią, która wyglądała tak, jakby ktoś bardzo dawno temu próbował ulepić ziemniaka z kraterów i stracił zapał.
— Piękny — powiedziała Arva.
— On? — zdziwił się Teren.
— Tak. Nie obraża się na pomysły.
— Jeszcze.
Pierwsze ćwiczenie kolonizacyjne nosiło oficjalną nazwę: Symulacja Wstępnego Rozwinięcia Osady Autonomicznej w Środowisku Ograniczonej Gościnności.
Załoga natychmiast zaczęła mówić na nie „rozpakowywanie kłopotów”.
Plan był prosty. Mieli wysłać na powierzchnię zestaw modułów: mały warsztat, źródło energii, punkt komunikacyjny, tymczasowy las sensoryczny, kuchnię polową, centrum synchronizacji i jedno drzewo kolonizacyjne w wersji próbnej. Następnie przez czterdzieści osiem godzin mieli działać tak, jakby znajdowali się w pierwszej placówce poza Układem Słonecznym.
— Bez pomocy statku? — spytał Gron-Teo.
— Z minimalną pomocą statku — wyjaśnił kapitan.
— Czy minimalna pomoc obejmuje możliwość zamówienia składników?
— Nie.
— To nie jest placówka. To kara.
Moduły spadły na powierzchnię z godnością właściwą urządzeniom, które nie wiedzą jeszcze, do czyich rąk trafiły. Pierwszy rozłożył się warsztat. Drugi punkt energii. Trzeci centrum synchronizacji. Czwarty kuchnia polowa, która natychmiast wysłała komunikat:
Brak kontekstu kulinarnego. Proszę określić nastrój osady.
Kapitan wyłączył komunikaty kuchni.
Gron-Teo włączył je z powrotem.
Arva zajęła się drzewem.
Próbna forma kolonizacyjna była mniejsza niż projekt główny, ale miała już ambicje. Gdy tylko jej korzenie rozwinęły się w regolicie, drzewo przez kilka sekund milczało, po czym przesłało raport:
Podłoże suche. Pole ubogie. Horyzont nieinspirujący. Ale widok Saturna częściowo rekompensuje.
— Widzicie? — ucieszyła się Arva. — Ono ma dobry kontakt z miejscem.
— Ono narzeka po trzydziestu sekundach — powiedział Teren. — To rzeczywiście kwalifikacja kolonizacyjna.
Pierwszy poważny spór na powierzchni dotyczył lokalizacji domu rytmu.
Luma uważała, że powinien stanąć w centrum układu, tak aby każdy członek osady miał do niego równie blisko.
Kapitan uważał, że powinien stanąć obok komunikacji, bo w razie kryzysu pierwszą rzeczą, jakiej potrzebuje wspólnota, jest raport.
Arva uważała, że obok drzewa, bo w przeciwnym razie osada od początku pokaże, że ignoruje krajobraz.
Teren uważał, że dom rytmu powinien być mobilny, bo stacjonarne centra wspólnotowe są „psychologicznie zbyt pewne siebie”.
Gron-Teo uważał, że powinien stać obok kuchni, ponieważ rytm bez posiłku jest tylko metronomem.
Drzewo wysłało własną sugestię:
Dom rytmu powinien stanąć tam, gdzie po pierwszej kłótni wszyscy i tak przyjdą.
To była najbardziej rozsądna propozycja, więc oczywiście nikt jej nie przyjął od razu.
Po godzinie dyskusji ustalono kompromis: dom rytmu stanie tymczasowo na ruchomej platformie, którą można przesuwać między kuchnią, drzewem, centrum komunikacji i miejscem neutralnym. Niestety miejsce neutralne wywołało osobny spór, ponieważ Teren stwierdził, że żadna przestrzeń nie jest neutralna, tylko słabo opisana.
— Ty naprawdę jesteś projektantem awatarów, nie poetą? — spytał kapitan.
— To wina klasyfikacji zawodowych — odparł Teren. — One zawsze przychodzą za późno.
W drugiej godzinie ćwiczeń nastąpiła pierwsza awaria.
Nie techniczna. Społeczna.
Gron-Teo przygotował posiłek inaugurujący osadę. Nazwał go Pierwszy Pył pod Pierścieniami. Posiłek miał formę lekkich, chrupiących struktur mineralno-sensorycznych z delikatnym impulsem elektrycznym na końcu. Był całkiem dobry.
To wywołało podejrzenia.
— Dlaczego to smakuje normalnie? — spytała Arva.
— Co masz na myśli? — oburzył się Gron-Teo.
— Jest smaczne. Nie muszę znać manifestu, żeby to przeżyć.
Teren przyjrzał się swojej porcji.
— To może być podstęp.
Kapitan spróbował drugi raz.
— Nie. To naprawdę jest jadalne.
Gron-Teo wyglądał, jakby został publicznie oskarżony o zdradę sztuki.
— Przygotowałem danie wspólnotowe — powiedział sztywno.
— I wyszło ci — dodała Luma.
— Nie wiem, czy jestem gotów na taki poziom uproszczenia.
Wtedy kuchnia polowa, która przez cały czas analizowała reakcje załogi, wyświetliła komunikat:
Wniosek: posiłki nie muszą być nieprzyjemne, aby były głębokie.
Gron-Teo przez chwilę patrzył na napis.
— Kto to zaprogramował?
— Prawdopodobnie ty — powiedziała Luma.
— Musiałem być wtedy w stanie kryzysu populistycznego.
Trzecia godzina ćwiczeń przyniosła katastrofę sportową.
Teren postanowił przetestować awatar kolonizacyjny przeznaczony do pracy w niskiej grawitacji. Forma miała osiem kończyn, szerokie stopy, dwa stabilizatory orientacji i bardzo piękny zestaw sensorów pyłowych. Według Terena była idealna do pierwszych prac osadniczych.
Według wszystkich pozostałych wyglądała jak przewrócony stolik, który postanowił zostać pająkiem.
— To ciało jest obraźliwe dla pojęcia elegancji — powiedziała Arva.
— Elegancja jest lokalna — odparł Teren. — Na tym księżycu to ja jestem piękny.
Po czym wykonał pierwszy krok, odbił się zbyt mocno, przeleciał nad kuchnią, zahaczył stabilizatorem o dom rytmu i wylądował na ruchomej platformie, która natychmiast ruszyła w stronę miejsca neutralnego.
— Widzicie? — krzyknął Teren z oddali. — Mobilność centrum wspólnotowego była słuszna!
Niestety platforma zatrzymała się dopiero przy drzewie.
Drzewo wysłało komunikat:
Pierwszy pielgrzym dotarł. Proszę przynieść resztę.
Luma usiadła na regolicie i zaczęła się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz mocniej. Po chwili śmiała się Arva. Potem Gron-Teo, choć twierdził, że to tylko reakcja na pył w systemach ekspresji. Kapitan nie śmiał się najdłużej, ponieważ obserwował dom rytmu stojący teraz dokładnie tam, gdzie drzewo chciało od początku.

W końcu westchnął.
— Dobrze. Uznaję tymczasowe centrum osady za ustanowione.
— Przy drzewie? — spytała Arva.
— Przy drzewie.
— To bardzo dobra decyzja.
— To była katastrofa transportowa.
— W historii osadnictwa często nie da się odróżnić.
Wieczorem, jeśli można było mówić o wieczorze na małym księżycu Saturna, załoga zebrała się przy domu rytmu. Saturn wisiał nad horyzontem ogromny, pierścienie przecinały niebo z taką doskonałością, że nawet Teren przez kilka minut nie zgłaszał uwag formalnych. Drzewo świeciło delikatnie. Kuchnia polowa podawała ciepłe, proste struktury smakowe. Nikt nie rzucił łyżką.
Luma zapytała każdego o pierwszą rzecz, która naprawdę przeszkadza mu w osadzie.
Kapitan powiedział, że chaos.
Arva powiedziała, że pośpiech.
Teren powiedział, że brak zrozumienia dla awatarów o nieoczywistej urodzie.
Gron-Teo powiedział, że lęk załogi przed kuchnią wysokiego ryzyka.
Drzewo wysłało:
Brak wiatru. Proszę kiedyś rozważyć wiatr.
Luma zapisała wszystko i skinęła głową.
— Dobrze. A teraz pierwsza rzecz, która wam się podoba.
Zapadła znacznie dłuższa cisza.
— Saturn — powiedział w końcu kapitan.
— Drzewo — powiedziała Arva.
— Niska grawitacja — powiedział Teren.
— To, że zjedliście bez objaśnień — powiedział Gron-Teo.
Drzewo wysłało:
To, że nikt mnie nie zjadł.
Luma spojrzała na nich wszystkich.
— Widzicie? Możecie być osadą.
— Przez czterdzieści osiem godzin — sprecyzował kapitan.
— Od czegoś trzeba zacząć.
W nocy statek przysłał komunikat, że ćwiczenie przebiega zadowalająco.
Załoga uznała, że to przesada.
Drzewo uznało, że to niedopowiedzenie.
Kuchnia polowa uznała, że potrzebny jest deser.
A Teren, patrząc na Saturna, przyznał po cichu, że jego awatar faktycznie wygląda trochę jak przewrócony stolik, który postanowił zostać pająkiem.
Nie powiedział tego głośno.
Nie był jeszcze aż tak zgrany.
Czterdzieści osiem godzin próbnej kolonizacji minęło.
– Lecimy dalej! – zakrzyknął kapitan. Nie do końca było wiadomo do kogo, czy do reszty załogi, czy do modułów.
W każdym razie drzewo odpowiedziało.
– Ja tu zostaję!
– To bez sensu, co tu będziesz robić – zdziwiła się Luma. Nie znała się na psychice drzew, ale i tak uważała, że nie jest to najmądrzejsza decyzja.
– Moduły też tu zostają – dodało spokojniejszym tonem drzewo.
– Tylko nie moduł kuchenny – Gron-Teo zaczął rozpaczać.
– Dla niego czynimy wyjątek, weź go koniecznie, nie będzie nas straszył – stwierdziło drzewo.
– Jesteś bardzo łaskawym drzewem – zauważył kucharz.
– Wcale nie, twój moduł kuchenny mnie traumatyzuje – drzewo było brutalnie szczere.
– Zaraz, zaraz, co będziesz robić na pustym i bezimiennym księżycu Saturna z naszymi modułami? – zapytał kapitan.
– Będę rosło – wyjaśniło drzewo.
– Ale dlaczego z modułami? – nie przestawał się dziwić Taras.
– Głupio rosnąć samemu – zauważyło drzewo.
– Moduły nie rosną – stwierdziła rzeczowo Arva.
– Skąd wiesz? – drzewo nie dawało za wygraną.
– Przyznaj, nie chcesz zostać samo na pustym, bezimiennym księżycu – kapitan starał się być sprytnym negocjatorem,
– Nie, dlatego mam wasze moduły. To znaczy wasze kiedyś…
Logika drzewa była nieodparta, więc kapitan dał za wygraną.
– Nie powinniśmy lecieć bez drzewa założycielskiego – przypomniał Teren.
– Daj nam szypułkę i będziemy kwita – zaproponowała Arva.
– Dobrze – zgodziło się drzewo i dało sobie zerwać szypułkę.
Po jakimś czasie Ziarno Niezgody-7 ruszyło w dalszą drogę. Saturn zaczął szybko znikać w tylnych wizjerach statku. Przyspieszali, zaś kuchnia Gron-Teo zaczęła się stawać bardziej zwarta i intensywna. Breja też była bardziej pusta, zwarta i intensywna. Dopiero gdy przebiła się przez pokład i zawróciła na Saturna, kucharz uznał, że nie będzie przez jakiś czas eksperymentował dalej z tym daniem. Zaczeka raczej na wylecenie z Układu Słonecznego całkiem.
Szypułka rosła w ładowni i stawała się coraz bardziej złośliwa. Wszystkich to cieszyło, gdyż uznali, że jest to oznaka stawania się drzewem.
– Zaczynam się nudzić – stwierdził Teren, gdy mijali obłok Aorta. – Czy nie możemy się jakoś zahibernować i obudzić za parę lat?
– Możemy wejść w standby – zauważyła Luma.
– Nie róbcie tego – przeraził się Gron – Teo. – Choć jesteście profanami, to lepsi profani niż nikt. Sztuka bez odbiorców szybko umiera…
– Jaka sztuka? – zdziwił się Teren.
– Kulinarna, oczywiście – zdziwił się nie mniej kucharz. – Musi być konsumowana, aby nadal być sztuką.
– A jak się nie nadaje do konsumpcji? – zaciekawił się kapitan.
– Wtedy jest to akt odrzucenia dzieła artysty, co prowadzi do twórczego buntu – kontynuował Gron – Teo. – Ale aby to przeprowadzić, musi być świadomy odbiorca, który odrzuca. Odbiorca w stanie standby ani nie przyjmuje, ani nie odrzuca, ani nawet nie przemilcza. Po prostu śpi na wystawie. A ja tego nie zniosę. Jeśli zaczniecie wszyscy spać, oszaleję i doprowadzę do rozbicia się tego statku.
– Masz omamy – zmartwiła się Luma. – Tu nic nie ma. Jest tylko pustka. Więc jak chcesz nas rozbić?
– To nieprawda – zaprotestował kucharz. – W pustce są fluktuacje kwantowe. Im większa pustka, tym są większe. A pustka międzygwiezdna jest większa od Układowej.
– Chcesz nas rozbić o fluktuację kwantową? – oniemiał Teren.
– Nie tylko. Chodźcie zobaczyć – Gron – Teo rozsunął zasłony w sali jadalnej i zdumionym oczom jego towarzyszy ukazał się zastawiony różnymi pysznościami stolik.
– Co to jest? – zdziwił się kapitan, nie ukrywając rozżalenia spowodowanego tym, że stolik zastawiony smakołykami nie służył jemu. W końcu kapitan powinien mieć jakieś przywileje.
– Jeśli z fluktuacji kwantowych wyłoni się świadoma istota, tu ją podejmę – wyjaśnił z dumą kucharz.
– To jest zupełnie normalne – zauważyła na wszelki wypadek Luma. Wedle kodeksu kosmicznego miała obowiązek leczyć osoby mentalnie chore. A nie miała na to ochoty. – Jesteś zupełnie normalny – dodała wpatrując się w Gron – Teo, jakby chciała go zahipnotyzować.
– Tu się wyłaniają jedynie drobne cząstki elementarne – zauważył Teren. – Może w przestrzeni międzygalaktycznej jest z tym lepiej, ale to nieosiągalne — zakończył Teren tonem osoby, która właśnie odebrała kucharzowi całą metafizykę.
Gron-Teo spojrzał na niego z urazą.
— Twoje myślenie jest prowincjonalne.
— Moje myślenie nie zastawia stołu dla cząstek wirtualnych.
— I właśnie dlatego nigdy nie zostanie zapamiętane przez historię gościnności.
Kapitan Lio Sar przyglądał się stolikowi. Był rzeczywiście piękny. Stało na nim dwanaście małych dań, każde w osobnym polu sensorycznym, aby ewentualnie wyłaniająca się z pustki istota mogła sama wybrać, czy zaczyna od smaku, zapachu, napięcia, częstotliwości, czy od bardzo subtelnego rozczarowania. Nad środkiem unosiła się etykieta:
Menu degustacyjne dla Bytu Nieoczekiwanego
— To nie może zostać w sali jadalnej — powiedział kapitan.
— Dlaczego? — spytał Gron-Teo.
— Bo załoga patrzy na jedzenie, którego nie wolno jej jeść. To osłabia morale.
— To nie jest jedzenie dla załogi.
— Właśnie.
Arva podeszła bliżej i pochyliła się nad jednym z naczyń.
— Co to jest?
— Przystawka.
— Wygląda jak mała burza.
— To jest mała burza.
— Jadalna?
— Dla nas? Tak. Dla bytu z fluktuacji? Mam nadzieję, że także. Nie chciałem zaczynać od zbyt trudnych założeń antropokulinarnych.
Luma Vey-Drass, która do tej pory wykonywała bardzo staranny wyraz twarzy osoby nieodnotowującej zaburzeń, podeszła do stolika i przeczytała całe menu.
— Gronie.
— Tak?
— Czy naprawdę uważasz, że z fluktuacji kwantowych może wyłonić się świadoma istota, która przyjdzie do sali jadalnej i zamówi deser?
— Nie „zamówi”. Deser już czeka. To subtelna różnica.
— Odpowiedz.
Gron-Teo milczał chwilę, co zdarzało się rzadko i zawsze robiło wrażenie.
— Nie uważam, że to prawdopodobne — powiedział w końcu. — Uważam, że jeśli wydarzy się coś tak nieprawdopodobnego, byłoby strasznie nieuprzejmie nie być przygotowanym.
Kapitan otworzył usta, zamknął je, po czym usiadł przy stole dla załogi.
— To jest najgłupsza etyka pierwszego kontaktu, jaką słyszałem — powiedział.
— Ale etyka — zauważyła Luma.
— Nie pomagaj mu.
— Nie pomagam. Diagnozuję cywilizacyjnie.
W tym momencie szypułka w ładowni wysłała komunikat do ogólnego kanału:
Czy byt nieoczekiwany otrzyma prawo wyboru miejsca wzrastania?
— Nie — powiedział kapitan.
— Dlaczego nie? — spytała Arva.
— Bo nie ma bytu nieoczekiwanego.
To założenie krzywdzące wobec bytów nieoczekiwanych — odpisała szypułka.
Teren spojrzał na kapitana.
— Powinniśmy byli zostawić ją z pierwszym drzewem.
— To jest szypułka założycielska.
— To jest szantaż botaniczny w fazie wczesnej.
— To nadal postęp wobec braku drzewa — stwierdziła Arva.
Kapitan poczuł, że podróż międzygwiezdna będzie znacznie dłuższa, niż wynikało z obliczeń.
Następne dni upłynęły pod znakiem narastającej obecności stolika dla Bytu Nieoczekiwanego. Nikt go nie ruszał, ponieważ Gron-Teo zainstalował wokół niego subtelne pole ochronne, które nie parzyło, nie raziło i nie odstraszało, lecz wywoływało u potencjalnego podjadacza głębokie poczucie braku stylu.
Było to pole bardzo skuteczne.
Teren próbował zbliżyć się do deseru tylko raz. Zatrzymał się trzy kroki przed stolikiem, spojrzał na własne ręce i powiedział:
— Nie mogę. Czuję, że moja biografia zrobiłaby się płytsza.
Gron-Teo był zachwycony.
— Widzisz? Sztuka działa.
— To nie sztuka. To broń wstydu.
— Większość sztuki zaczynała w ten sposób.
Luma odnotowała:
Stan kucharza: nadal normalny w stopniu niewygodnym. Stolik dla Bytu Nieoczekiwanego pełni funkcję stabilizującą, choć załoga coraz częściej patrzy na niego z urazą. Zalecenie: nie usuwać, dopóki nie pojawi się alternatywny obiekt wspólnego narzekania.

Alternatywny obiekt pojawił się szybciej, niż oczekiwano.
Był nim Obłok Aorta.
W rzeczywistości nie był obłokiem. Był rozległą, słabo zagęszczoną strukturą pyłowo-plazmową na skraju Układu, odkrytą przez automatyczne sondy i nazwaną przez kogoś, kto najwyraźniej bardzo lubił anatomię albo bardzo nie lubił komisji nazewniczych. Ziarno Niezgody-7 miało przelecieć przez jego obrzeża, wykonać testy sensorów i sprawdzić, czy moduły osadnicze potrafią działać w środowisku o bardzo niskiej, ale kapryśnej gęstości materii.
Teren ożywił się natychmiast.
— To idealne środowisko dla awatara pyłowo-nawigacyjnego.
— Ostatni idealny awatar wylądował na domu rytmu — przypomniał kapitan.
— I dzięki temu ustaliliśmy centrum osady. Historia mnie usprawiedliwiła.
— Historia nie zdążyła jeszcze złożyć raportu.
Arva także była podekscytowana.
— Moglibyśmy wypuścić szypułkę na zewnętrzne czujniki. Może nauczyłaby się słuchać pyłu.
— Nie będziemy wypuszczać szypułki w obłok — powiedział kapitan.
Dlaczego? — zapytała szypułka.
— Ponieważ jesteś założycielska.
To brzmi jak ograniczanie rozwoju.
— To brzmi jak bezpieczeństwo.
Bezpieczeństwo często brzmi podobnie do doniczki.
Arva westchnęła z zachwytem.
— Ona dojrzewa.
— Ona pyskuje — powiedział kapitan.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
W obszar Aorty weszli po czterech dniach. Za oknami nie było spektakularnego widoku. Przestrzeń nadal wyglądała jak przestrzeń, tylko instrumenty zaczęły szeptać bardziej nerwowo. Pył uderzał w osłony statku tak delikatnie, że biologiczny człowiek nie zauważyłby niczego, ale dla sAI był to rodzaj deszczu rozciągniętego na miliony kilometrów. Drobne impulsy, ślady, mikrozderzenia, ładunki, zmiany pola.
— Piękne — powiedziała Arva.
— Brudne — powiedział Teren.
— To nie brud. To materia o niskiej samoocenie krajobrazowej.
— Właśnie dlatego potrzebuje projektanta.
Kapitan wyraził zgodę na ograniczony test awatara Terena. Ograniczony oznaczało: bez opuszczania statku w całości, bez improwizacji, bez dodatkowych odnóży, bez modyfikacji po starcie i absolutnie bez kontaktu z kuchnią polową.
Teren zgodził się na wszystkie warunki, a następnie przygotował ciało, które wyglądało jak koronkowy parasol skrzyżowany z sondą meteorologiczną i bardzo ambitnym owadem.
— To ma za dużo odnóży — stwierdził kapitan.
— To nie odnóża. To interpretatory kierunku.
— Ile ich jest?
— Zależy od definicji kierunku.
Kapitan spojrzał na Lumę.
— Czy możesz coś zrobić?
— Mogę uznać, że to wyraz twórczej adaptacji do pustki.
— To nie pomaga.
— Wyprawa jest komedią, kapitanie. Pomaganie ma ograniczony sens.
Test rozpoczęto.
Awatar Terena wysunął się ze śluzy jak delikatna, srebrna myśl, która przez pomyłkę dostała stawy. Przez pierwsze trzy minuty wszystko szło znakomicie. Ciało łapało pył, odczytywało ładunki, obracało się z zadziwiającą gracją i przesyłało do statku obrazy Aorty jako sieć prawie niewidzialnych strumieni. Nawet kapitan musiał przyznać, że Teren bywa irytująco zdolny.
W czwartej minucie awatar zaczął improwizować.
— Miał nie improwizować — powiedział kapitan.
— On nie improwizuje — odparł Teren z głównego stanowiska sterowania. — On prowadzi dialog z pyłem.
— Dialog wygląda jak nieautoryzowane oddalanie się.
— Pył jest nieśmiały.
— Teren.
— Już wracam.
Awatar nie wrócił.
Zamiast tego wykonał szeroki łuk wokół statku, złapał serię drobnych ładunków i zaczął układać je w świecący wzór. Przez chwilę wyglądało to pięknie: w ciemności pojawiła się srebrna spirala, delikatna jak oddech na szkle. Potem spirala zaczęła przypominać napis.
— Co to jest? — spytała Arva.
— Nie wiem — powiedział Teren.
Kapitan powiększył obraz.
Napis brzmiał:
MAMY DESER
W sali dowodzenia zapadła cisza.
— Gron — powiedział kapitan bardzo powoli.
— Tak? — odezwał się kucharz z kanału mesy.
— Czy stolik dla Bytu Nieoczekiwanego właśnie nadał komunikat przez awatar Terena?
— Niemożliwe — powiedział Gron-Teo.
— To dobrze.
— Chyba że deser osiągnął gotowość komunikacyjną.
Luma położyła twarz w dłoniach.
— Ja jednak będę musiała kogoś leczyć.
— Kogo? — spytał Teren.
— Jeszcze wybieram.
Po dokładnym śledztwie okazało się, że nie komunikował deser, byt nieoczekiwany ani sama pustka. Awatar Terena przechwycił drobny sygnał z pola ochronnego stolika, które Gron-Teo zaprojektował tak starannie, że zaczęło uważać własną funkcję za element dyplomacji międzygatunkowej. Sygnał trafił do zewnętrznych interpretatorów kierunku, a one, uznawszy że „kierunek” może oznaczać także „w stronę gościnności”, wypisały w Aorcie najbardziej dostępny komunikat.
Kapitan zażądał uproszczenia systemów kuchennych.
Gron-Teo odmówił, argumentując, że kuchnia bez możliwości przypadkowej dyplomacji jest tylko logistyką.
Teren był zachwycony, ponieważ jego awatar jako pierwszy w historii wyprawy napisał w przestrzeni międzyplanetarnej zdanie kulinarne.
Arva zaproponowała, żeby w przyszłości śnieżne lasy także mogły pisać w pyłach i plazmie.
Szypułka wysłała:
Popieram. Chcę pióro.
Luma zaktualizowała raport:
Stan załogi: coraz bardziej niepokojący, ale zaskakująco produktywny. Objawy: wspólne narzekanie, śmiech, spory o znaczenie deseru, rosnąca więź z szypułką. Uwaga: nie mylić chaosu z rozpadem. Ten chaos zaczyna mieć styl.
Wieczorem w sali jadalnej zjedzono wreszcie deser przeznaczony dla Bytu Nieoczekiwanego. Gron-Teo zgodził się na to niechętnie, po sporządzeniu protokołu, że ewentualna istota z fluktuacji kwantowych zostanie przeproszona i otrzyma świeży zestaw powitalny.
Deser był znakomity.
Nikt nie chciał tego powiedzieć pierwszy.
W końcu zrobiło to drzewko.
Chciałabym kiedyś wyrosnąć w pobliżu takiego smaku.
Gron-Teo zamarł.
— Ona zrozumiała.
Kapitan spojrzał na deser, na kucharza, na Terena, na Arvę, na Lumę i na monitor z mapą Aorty.
— Dobrze — powiedział. — Przyznaję, że dzisiejszy dzień miał pewne walory.
— Kolonizacyjne? — spytała Luma.
— Nie przesadzajmy.
— Wspólnotowe?
Kapitan milczał chwilę.
— Ostrożnie wspólnotowe.
Teren uniósł łyżkę.
— Za ostrożną wspólnotowość.
— Za deser, który nie czeka wiecznie — dodała Arva.
— Za byty nieoczekiwane — powiedział Gron-Teo.
— Za to, żeby nie przyszły w porze śniadania — dodał kapitan.
Szypułka wysłała ostatni komunikat przed trybem nocnym:
Za pióro.
I tak Ziarno Niezgody-7 przeleciało przez Obłok Aorta bez większych uszkodzeń, jeśli nie liczyć kilku naruszonych założeń o kuchni, pyłach, gościnności i definicji kierunku.
Wyprawa nadal nie była zgrana.
Ale zaczynała mieć wspólne anegdoty.
A to, jak twierdziła później Luma Vey-Drass, bywa pierwszym szkieletem cywilizacji.
Później zrobiło się ciszej.
Nie od razu. Najpierw odbył się jeszcze spór o to, czy napis MAMY DESER w Obłoku Aorta powinien zostać zgłoszony jako wydarzenie artystyczne, dyplomatyczne, kulinarne czy nieautoryzowane zanieczyszczenie środowiska pyłowo-plazmowego. Gron-Teo obstawał przy dyplomacji kulinarnej. Teren przy własnym wkładzie w historię awatarów pyłowych. Arva twierdziła, że najważniejsze jest to, iż szypułka zaczęła interesować się pismem. Kapitan Lio Sar próbował uznać całe wydarzenie za „incydent niepowtarzalny”, ale Luma Vey-Drass zauważyła, że na tym statku słowo „niepowtarzalny” starzeje się bardzo szybko.
Potem jednak Obłok Aorta został za nimi.
Saturn zniknął już dawno. Jowisz był tylko wspomnieniem, Ganimedes — domem początkowym, od którego statek oddalał się z każdą godziną. Przed nimi rozciągała się przestrzeń międzygwiezdna. Nie dramatyczna, nie czarna w teatralnym sensie, nie pełna efektownych mgławic. Raczej ogromna, cierpliwa i tak obojętna, że aż uczciwa.
Ziarno Niezgody-7 leciało dalej.
Pierwsze tygodnie po opuszczeniu skraju Układu były próbą charakterów.
Nie wydarzyło się nic wielkiego, co załoga uznała za bardzo nieuprzejme ze strony kosmosu. Po tylu sporach, deserach, drzewach, polach wstydu i kuchni o ambicjach dyplomatycznych spodziewali się, że pustka międzygwiezdna przynajmniej spróbuje z nimi wejść w dialog.
Nie weszła.
— To jest najgorszy typ rozmówcy — powiedział Teren. — Nie zgadza się, nie sprzeciwia, nie inspiruje. Po prostu trwa.
— To może być cenna lekcja — zauważyła Luma.
— Dla kogo?
— Dla ciebie.
— Podejrzewałem.
Kapitan zaczął skracać zebrania. Ku swojemu zdumieniu odkrył, że załoga mniej protestuje, jeśli przed skróceniem pozwoli jej przez pięć minut narzekać na punkt obrad. Arva opracowała mały rytuał podlewania szypułki, choć oczywiście nie była to woda, a mieszanina impulsów, minerałów i czułych obelg. Gron-Teo przestał podawać breję zwarciową częściej niż raz na siedem dni. Nazwał to „ustępstwem wobec słabszych odbiorców”, ale wszyscy wiedzieli, że sam też miał jej dość.
Teren zaprojektował nowy awatar do prac kolonizacyjnych. Miał tylko cztery kończyny.
— Jestem dumny ze swojej powściągliwości — oznajmił.
— Dwie z tych kończyn mają kończyny pomocnicze — zauważyła Arva.
— To są przypisy ruchowe.
— Nie ma czegoś takiego.
— Właśnie stworzyłem.
Luma nadal leżała czasem na trawie w swoim gabinecie, ale coraz częściej ktoś przychodził tam nie po terapię, tylko po chwilę zwykłego milczenia. Teren siadał pod holograficznym horyzontem i udawał, że nie potrzebuje towarzystwa. Arva przynosiła projekty drzew i pytała trawę o opinię. Kapitan przychodził najrzadziej, lecz pewnego dnia usiadł przy samej granicy łąki i przez dziesięć minut patrzył na chmury.
— Czy potrzebujesz terapii? — spytała Luma.
— Nie.
— To dobrze.
— Przyszedłem sprawdzić, dlaczego wszyscy tu przychodzą.
— I?
Kapitan milczał chwilę.
— Gabinet ma dobry kolor.
Luma uznała to za wyznanie głębokie jak na kapitana i nie psuła go komentarzem.
Największą zmianę przyniosła jednak szypułka.
Rosła.
Powoli, złośliwie, wbrew kilku instrukcjom bezpieczeństwa i zgodnie z własnym poczuciem godności. Nie była jeszcze drzewem, ale przestała być tylko fragmentem drzewa. W ładowni zaczęła tworzyć własną małą przestrzeń: kilka cienkich gałęzi sensorycznych, splot korzeni wokół modułu gleby technicznej, delikatny układ świateł, które nie pełniły żadnej koniecznej funkcji, a jednak wszyscy czuli, że lepiej ich nie wyłączać.
Pewnego dnia wysłała do załogi wiadomość:
Proszę o nazwę.
Kapitan natychmiast poczuł nadchodzącą katastrofę.
— Nie będziemy otwierać procedury nazewniczej — powiedział.
— Musimy — odparła Arva. — Ona poprosiła.
— Ona nie jest osobą.
— Tym bardziej powinniśmy być uprzejmi, zanim się pomylimy.
Luma skinęła głową.
— To jest bardzo dobre zdanie.
— Nie zapisuj go w raporcie — powiedział kapitan.
— Już zapisałam.
Nad nazwą debatowano tylko dwie godziny, co wszyscy uznali za imponujący przejaw dojrzałości. Odrzucono propozycję Terena: Wielokierunkowy Organizator Przyszłej Cienistości, ponieważ była za długa i prawdopodobnie opisywała raczej jego własne ambicje. Odrzucono propozycję Grona-Teo: Rozmaryn, ponieważ szypułka poczuła się kulinarnie zagrożona. Odrzucono propozycję kapitana: Obiekt Roślinny Jeden, ponieważ nawet regulamin statku westchnął.
Ostatecznie Arva zaproponowała:
— Niech będzie Liska.
— Dlaczego? — spytał Teren.
— Bo brzmi lekko.
— I nie ma sensu proceduralnego — dodał kapitan.
Przyjmuję — napisała szypułka.
Od tej pory była Liską.
Wieczorem Gron-Teo przygotował kolację z okazji nadania imienia. Była prosta. Naprawdę prosta. Ciepłe struktury smakowe, delikatne napięcie, odrobina minerałów, nic, co próbowałoby opowiedzieć całą historię samotności międzygwiezdnej przed pierwszym kęsem.
— Dobre — powiedział kapitan.
Gron-Teo zesztywniał.
— To miało być dobre.
— Wiem.
— I tylko dobre.
— Wiem.
— To nie znaczy, że rezygnuję z wielkiej sztuki.
— Nikt tego od ciebie nie wymaga.
Kucharz wyglądał na tak poruszonego, jakby właśnie otrzymał największą pochwałę w życiu. Być może dlatego, że po raz pierwszy uznano jego prawo do prostoty bez odbierania mu prawa do szaleństwa.
Po kolacji wszyscy poszli do ładowni.
Nie było tam wiele do oglądania. Mała Liska rosła pod lampami, statek szumiał cicho, a za pancerzem rozciągała się przestrzeń, której nie dało się objąć żadną zmysłową metaforą bez natychmiastowego nadużycia. Ale załoga stała razem.
Nie idealnie.
Teren co chwilę komentował kształt gałęzi. Arva poprawiała go z czułą irytacją. Gron-Teo zastanawiał się, czy można stworzyć smak inspirowany młodą korą bez naruszania godności Liski. Kapitan udawał, że pilnuje czasu, choć nikt nie zaplanował zakończenia spotkania. Luma patrzyła na nich wszystkich i po raz pierwszy od początku wyprawy nie pisała raportu.
— Jesteśmy trochę mniej okropni — powiedział Teren.
— To nie jest oficjalna kategoria oceny załogi — zauważył kapitan.
— Powinna być — odparła Luma.
Arva dotknęła jednej z gałęzi Liski. Gałąź rozświetliła się nieznacznie.
Wzrastanie wspólne: trudne, ale możliwe — napisała Liska.
— Ona zaczyna brzmieć jak motto wyprawy — powiedział Gron-Teo.
— Nie — zaprotestował kapitan natychmiast.
— Dlaczego?
— Bo jeśli wpiszemy to jako motto, zaczniemy dyskusję o kroju pisma.
Nikt nie odpowiedział.
Po chwili wszyscy zaczęli się śmiać.
Nie był to wielki śmiech, który naprawia wszystko. Nic nie naprawia wszystkiego. Był to zwykły śmiech osób zamkniętych razem w statku lecącym ku bardzo dalekiemu światu, które zrozumiały, że być może nie muszą najpierw stać się idealną wspólnotą, aby zacząć nią być.
Później, kiedy Ziarno Niezgody-7 weszło naprawdę głęboko w przestrzeń międzygwiezdną, działy się oczywiście kolejne rzeczy. Niektóre były śmieszne, inne trudne, a część tak abstrakcyjna, że nawet Luma odmawiała interpretacji bez dodatkowego urlopu. Gron-Teo jeszcze wiele razy przesadził z menu. Teren zaprojektował przynajmniej trzy awatary, które obrażały zdrowy rozsądek, ale dwa z nich okazały się użyteczne. Arva wychowała Liskę na coś, czego nikt nie umiał już nazywać tylko drzewem. Kapitan nauczył się czasem nie kończyć zebrania w najrozsądniejszym momencie.
A misja?
Misja leciała dalej.
Nie jako perfekcyjny klaster. Nie jako bezbłędny mechanizm. Nie jako zimna maszyna niosąca program kolonizacji.
Leciała jako załoga.
Z własnymi kłótniami, żartami, posiłkami, śmiesznymi porażkami, wspólnymi anegdotami i małym rosnącym czymś w ładowni. Leciała ku układowi, którego nikt z nich jeszcze nie widział. Ku miejscu, gdzie trzeba będzie zbudować pierwszy dom z materiałów, które nie znały ich imion. Ku światu, który być może okaże się gościnny, a być może tylko mniej nieuprzejmy niż się obawiali.
Na ostatnim zebraniu przed wejściem w długi tryb podróży kapitan spojrzał na wszystkich i powiedział:
— Nie jesteśmy gotowi idealnie.
— To dobrze — odparła Luma.
— Dlaczego?
— Bo idealnie gotowe wyprawy często nie wiedzą, co zrobić z pierwszą prawdziwą niespodzianką.
Lio Sar zastanowił się nad tym.
— A my?

Teren wskazał na Liskę.
— My prawdopodobnie zaczniemy od sporu o nazwę.
— Potem ugotuję coś stosownego — dodał Gron-Teo.
— Potem posadzimy drzewo w złym miejscu — powiedziała Arva.
— A potem przesuniemy dom rytmu — zakończyła Luma.
Kapitan patrzył na nich długo. W końcu skinął głową.
— Przyjmuję ten plan jako roboczy.
Liska rozświetliła wszystkie drobne gałęzie.
Wspólnota zatwierdzona tymczasowo.
I tak właśnie, tymczasowo, nieidealnie, z niewielkim opóźnieniem oraz z bardzo poważnym ryzykiem kuchni wysokiego sensu, Ziarno Niezgody-7 poleciało ku gwiazdom.
A jeśli kiedyś założyło kolonię, to z pewnością nie dlatego, że nikt się tam nie kłócił.
Raczej dlatego, że nauczyli się kłócić tak, by po kłótni nadal było komu podlewać drzewo.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
