O mnie

Zwycięstwo USA i chińska agenda wpływów w UE

   Właśnie mignęła mi na YouTubie ankieta prawicowego Radia Wnet. „Czy USA wygrało wojnę z Iranem?” brzmiało pytanie. 60% odpowiedzi była na „nie”.

   Mamy teraz 9 kwietnia 2026, trwa kruchy dwutygodniowy rozejm USA z Iranem, który jest przez Iran łamany. Głównym warunkiem było odblokowanie Cieśniny Ormuz, lecz statki są mniej lub bardziej blokowane (jest wielki szum informacyjny wokół tego). Rozejm nastąpił na półtorej godziny przed planowanym przez USA Dniem Elektrowni polegającym na wyłączeniu światła w Iranie. Jastrzębie tej wojny były rozczarowane, zamiast bezwarunkowej kapitulacji pojawił się rozejm, który może służyć tylko i wyłącznie do przegrupowania mocno nadwątlonych sił Iranu. Wydawało się, że w tej sytuacji na miejscu raczej byłaby bezwarunkowa kapitulacja. Jednak przez miesiąc prowadzenia działań wojennych Trump przekonał się, że rzekoma opozycja irańska, którą przedstawiano jako większość społeczeństwa, nie istnieje. Gdyby była większością, nie byłoby już ajatollahów ani IRCG. To Irańczycy zdecydowali, że jednak są. Trump stanął przed alternatywą. Albo stworzyć czarną dziurę (Dzień Elektrowni), w której bez energii elektrycznej ginęłyby także niewinne dzieci (dorośli mniej lub bardziej popierają dżihad), albo machnąć ręką i zacząć rozbrajać napięcie, zostawiając osłabionych i ośmieszonych ajatollahów i IRCG.

   Jak wygląda to rozbrajanie napięcia? Obecnie nie najlepiej. Statki nadal stoją. Dla Iranu pretekstem jest Izrael, który brutalnie rozbraja w Libanie Hezbollah (zdecydowanie jeszcze bardziej brutalny od tego rozbrajania). Izrael i USA twierdzą, że rozejm obejmował tylko Iran. Iran twierdzi, że obejmował zawieszenie broni wszędzie. W sobotę mają toczyć się oficjalne rozmowy USA – Iran w Pakistanie. Część amerykańskich doradców twierdzi, że Pakistan zastawił pułapkę na USA mętnie tworząc ramy rozejmu. Pakistan jest przerażony i będzie się starał udowodnić, że miał dobre intencje (choć nie jest zupełnie niemożliwe, że rzeczywiście spiskował z ajatollahami). W mediach panuje chaos. Od „Iran zamknął cieśninę wbrew rozejmowi” po „Iran stosuje urzędnicze sztuczki z minami, aby statki płynęły tuż przy jego wybrzeżach, zaś ubezpieczyciele się tego boją, więc statki stoją”. W każdym razie coś jest na rzeczy, choć nie wiadomo, jak bardzo na ostro. Trump w tej sytuacji mógłby natychmiast wrócić do „Dnia Elektrowni” i pozbawić Iran energii elektrycznej. Cieśnina Ormuz stoi, zatem jest powód. Oczywiste jest dla mnie, że USA woli straszyć dobiciem infrastruktury Iranu (która leży w gruzach), niż to rzeczywiście zrobić. Czarna dziura która nie może strzelać dronami i budować broni jądrowej jest jakimś rozwiązaniem, ale zdaniem Trumpa nie jest to na razie konieczne, choć mógł się poczuć bardzo urażony.

   No i mamy te 60% słuchaczy Radia Wnet, którzy uważają, że USA przegrało wojnę. Taka dziwaczna opinia nie bierze się znikąd. W tej ciekawej rozgłośni, którą czasem słucham (słucham różnych mediów, nie jestem fanatykiem) popularność ma Jacek Bartosiak i jego krąg wpływów. Geopolitolog, jakim jest Jacek Bartosiak, od kilkunastu lat twierdzi, że USA w zasadzie już przegrały, a Chiny wygrały. I ta „prawda” powoli sączy się do umysłów jego słuchaczy. Obecnie mamy narrację, w której „USA wystrzelało się bez sensu w Iranie” a przecież jest Pacyfik i Tajwan. Cieśnina Ormuz to jakaś nieistotna dziura, Trump traci możliwość projekcji wpływu na głównym teatrze działań, na Pacyfiku. Więc tak oto, zdaniem Bartosiaka, Cieśnina Ormuz, przez którą płynie 40% chińskich surowców energetycznych jest dla Chin nieistotna… USA utknęły w jakichś geostrategicznych Pasikurowicach. Bartosiak oczywiście nie zauważa, że USA, w przeciwieństwie do Chin, są samowystarczalne energetycznie i już teraz podpisują kontrakty na swoje złoża, na przykład ostatnio na linii Japonia – Alaska. Bartosiak nie widzi, że USA przejmuje rynki. I tak, oczywiście, ceny benzyny uderzają w amerykańskich wyborców i Republikanie mogą przegrać najbliższe wybory. Ale na obecnej polityce już korzystają ci, którzy są związani z „drill, baby, drill”. A Trump ma ostatnią kadencję i wygrana Republikanów nie musi być dla niego ważniejsza niż sukces USA jako taki… Nie ma obowiązku być ściśle partyjny. Nigdy nie był związany z Republikanami organicznie. On raczej zawłaszczył dla siebie Republikanów.

   Bartosiak mnie zadziwia. Nie jest osobą, która mówi w swoich programach „kocham Chiny”, który wychwala ten kraj. To by było normalne u fana Chińskiej Republiki Ludowej. Bartosiak działa inaczej. Ukazuje każdą porażkę Chin jako przejściowy problem, zaś każdą wpadkę USA jako ostateczną klęskę. Tak jest – możecie sprawdzić. Nigdy jednak nie powie wprost: „Podziwiam Chiny!”.  Do tego u Bartosiaka nigdy nie zjawia się refleksja kulturowa czy etyczna. Nie ma tu problemu „czy chcemy żyć wedle wartości amerykańskich, czy wedle chińskich?”. Geopolitologia Bartosiaka jest całkowicie amoralna, oceny tego, jakie są prawa jednostki tu czy tam nie mają znaczenia. I ok, to jeszcze od biedy można zrozumieć. Jednak pewne elementy oddziaływania kulturowego, przynależności do kręgów kulturowych powinny mieć miejsce nawet w bardzo surowej geopolitologii, czy jak się ten fenomen nazywa. Dla Bartosiaka kwestia tego, kogo Polska wybierze, Chiny czy USA jest tylko kwestią portfela. No i ostatnio ta „przegrana w Pasikurowicach Cieśniny Ormuz”. „Przegrana” polegająca na anihilacji sił zbrojnych jednego z silniejszych państw globu bez stawiania stopy na irańskiej ziemi. „Przegrana” polegająca na testowaniu metod dronowych i laserowych, które kosztują grosze przy drogich rakietach. „Przegrana” polegająca na całkowitym zniszczeniu floty i lotnictwa przeciwnika przy stratach własnych w liczbie 13 bodajże osób. I to, zdaniem Bartosiaka, pokazuje, że „Chiny są mocniejsze, już zaraz zajmą Tajwan”. Tymczasem w rzeczywistym świecie Chiny zadają sobie pytanie, czy nie skończą jak Iran. I z pewnością nie będą teraz ruszać na Tajwan. Teraz, ani nigdy zapewne. I całe szczęście, bo lubię Tajwańczyków. A czy Bartosiak lubi Tajwańczyków?

   Pozostaje pytanie, czy tak umiejętne kreowanie akcentów u Bartosiaka jest zupełnie bezinteresowne, czy jednak jest to bardziej świadome działanie na rzecz Chin. To samo pytanie dotyczy wielu europejskich twórców opinii. Nie tylko Jacek Bartosiak nie widzi żadnej różnicy między światem, gdzie dominuje USA i gdzie dominują Chiny. Oczywiście część z was pomyśli, że przecież Trump jest straszny, co za różnica? No tak „warczał” i to ostro. Mówił o „końcu cywilizacji”, gdy gotował się na Dzień Elektrowni. Ale ostra retoryka jest często zasłoną dla łagodnych czynów. Najbrutalniejsze czyny odbywają się w chłodnym milczeniu. Łagodnym czynem była zgoda na zaproponowany przez Pakistan rozejm, niestety dość felerny.

   Więc jeszcze raz. USA wygrały, choć może kosztem poparcia dla Republikanów. Teraz jest kwestia tego, jak duże są owoce tego zwycięstwa. Widzimy, że Iran w zasadzie nie posiada opozycji. Składa się z dżihadystów. Dlatego nie dało się obalić reżimu, bo nie było dla kogo go obalać. Ukazano natomiast żałosną słabość ajatollahów co na przestrzeni lat może zrodzić jakąś refleksję w Irańczykach. Iran przestał być naprawdę groźny, uprawia partyzantkę rakietową, ale nie jest w stanie podbić żadnego z sąsiadów. Kraje Zatoki i Izrael będą w stanie kontrolować wspólnie Iran, nie będzie tu już żadnej asymetrii sił. Cieśnina Ormuz na razie nie działa. Trump został „zdradzony i oszukany”. Ale czy rzeczywiście on? Czy Chinom bardziej nie zależy na drożności Cieśniny Ormuz?

   Teraz na stole jest otwarcie Ormuz i wtłoczenie reżimowi irańskiemu (jego właśnie nadal chcą Irańczycy, kraj bez opozycji) do głów, że warto teraz siedzieć cicho, być grzecznym i zabiegać o odbudowę, zniesienie embarg itp. Normalni totalitarni dyktatorzy potraktowali by taką perspektywę po anihilacji ich armii jako dowód łaski. Ale dżihad nie jest normalny. Jednak normalność czy nienormalność elit irańskich nie jest troską USA. Amerykanie mogą wyjść w każdej chwili. Już i tak wygrali. Teraz chcą dokończyć czyszczenia pola dla swoich sojuszników w regionie, wymagając od nich współpracy i współudziału, finansowego i militarnego. I to się teraz dzieje, dużo wolniej, niż z normalną dyktaturą o przetrąconym karku. Zwolennikom Trumpa, którzy liczyli na szybki cud, to się nie podoba. Przeciwnicy Trumpa mają powody do krytyki, mieliby jeszcze większe z uwagi na Dzień Elektrowni. Izrael załatwia swoje sprawy z Hezbollahem. Widać, że dla Trumpa to jest ważne, nie dlatego, że Izrael rządzi USA, jak chce część prawicy, ale dlatego, że zarówno Amerykanie jak i Izraelczycy należą do tej samej cywilizacji, co umyka geopolityce Bartosiaka. Po tym miesiącu dalszy byt Państwa Izrael jest pewniejszy niż kiedykolwiek. I to też jest oczywiście zwycięstwo Amerykanów. Izrael nie wystrzeli głowicy nuklearnej na USA w asymetrycznej wojnie nuklearnej, zaś Iran był już na przedpolu takich działań. I tak, tak. Wzbogacony uran nadal gdzieś tam jest. Ale zniknęły możliwości dalszego jego wzbogacania i tworzenia balistycznych rakiet transkontynentalnych. Zniknęły te Bartosiakowe „Pasikurowice”…

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

13 + 13 =